~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
piątek, 30 grudnia 2005
21. Analiza

  

Książki są niebezpieczne.

Zbyt wiele, zbyt wcześnie przeczytałem. Za wcześnie się brałem za niektóre pozycje.

Zbyt wcześnie dojrzałem, nie – spoważniałem.

Wypaczyły mnie. Moje stosunki z ludźmi. Moje relacje ze światem. Moje pojęcie miłości.

Przerażam sam siebie. I zarazem napawam samego siebie dumą. Poczuciem wyższości.

Nie umiem wyzbyć się wzgardy. Dystansu. Swojego indywidualizmu (egoizmu?). Swojej drogi.

Dokąd mnie ona zaprowadzi? Droga Hamleta, Doriana, Pieczorina i Stawrogina.

    

„Przebiegłem w pamięci całą swoją przeszłość i mimo woli zadaję sobie pytania: po co żyłem? w jakim celu przyszedłem na świat? A jakiś cel istniał na pewno i na pewno byłem przeznaczony do wyższego celu, bo czuję w mojej duszy bezgraniczne siły... Ale nie odgadłem tego przeznaczenia, zwabiły mnie przynęty namiętności czczych i jałowych; z ich płomieni wyszedłem twardy i zimny jak żelazo, lecz utraciłem na zawsze żar szlachetnych dążeń – najlepszy kwiat życia. I od tej pory ile już razy grałem rolę topora w rękach losu! Spadałem, często bez gniewu, zawsze bez współczucia, jako narzędzie kaźni na głowę skazanych ofiar... Moja miłość nikomu nie przyniosła szczęścia, gdyż nic nigdy nie poświęciłem dla tych, których kochałem: kochałem dla siebie, dla własnej przyjemności, zaspokajałem tylko dziwną potrzebę serca, chciwie pochłaniając ich uczucia, ich tkliwość, ich radości i cierpienia – i nigdy nie mogłem się nasycić. (…)

Z burzy życiowej wyniosłem tylko kilka pojęć... i ani jednego uczucia. Dawno już żyję nie sercem, lecz głową. Ważę i analizuję swoje własne namiętności i postępki z surową ciekawością, ale bez przejęcia. Jest we mnie dwóch ludzi: jeden żyje w całym znaczeniu tego słowa, drugi myśli i sądzi tamtego

          [Michaił Lermontow, Bohater naszych czasów. Przeł. W. Rogowicz].

  

środa, 28 grudnia 2005
20. De profundis...

  

Moja samotność jest złośliwa. Wulgarna.

Śmieje się ze wszystkich zakamarków. Pokazuje mi figę. I wychodzi bokiem.

A ja nie mam dość sił by zatrzasnąć przed nią drzwi.

Jest moim azylem.

  

poniedziałek, 26 grudnia 2005
19. Wyniosłość

  

Ta postronność, o której dwa razy poprzednio, to także chłód, smutek, raczej odstręczanie niż zjednywanie sobie ludzi.

Przywiązuję się do nich, ale czy kiedykolwiek kochałem? Chyba nie.

Lubią mnie, ale czy ktoś mnie kiedyś kochał? Na pewno nie.

Ten głód uczucia.

Ta niezdolność do uczynienia kroku.

Do życia wśród ludzi. Z ludźmi. Dla ludzi.

Do samodzielności i dorosłości...

Samotność. Egoizm. Pycha.

    

                    Pokochać go nikomu się nie chciało,

                    I nikt też nie mógł go zupełnie znienawidzić.

                    Nierozpoznanym przejść przez życie – jego los,

                    Nie działać, nie żyć, lecz dokładnie wszystko widzieć.

                                        [Fiodor Sołogub. Przeł. alexanderson]

  

sobota, 24 grudnia 2005
18. Bez celu

  

Na uboczu.

Nie odczuwając nic. Nie mówiąc nic. Nie osądzając.

Zawsze z dystansem. Krytycznie. Wątpiąc.

Równomiernie rozkładając akcenty. Oddając wszystkim sprawiedliwość.

Nie angażując się. Nie wiążąc.

Zawsze w obozie pokonanych, oplutych i wykluczonych.

Zawsze samotnie, w milczeniu, w niezrozumieniu.

Skazany na krzyk bez odpowiedzi.

Grając, udając, powstrzymując się i wyrzekając.

Przegrywając swoje życie. Niezdolny do życia.

Niczego nie umiejąc. Nikogo nie kochając. Niczym się nie interesując.

Jedyne, co mogę, to obserwować. Przyglądać się. Patrzeć.

Bo ja naprawdę – widzę.

Ale czy żyję?

  

A może będzie po prostu żył, ani na przekór, ani na złość, i nie przez zrozumienie, i nie dla właściwości ducha swojego, ale po prostu – po nic (…).

Po nic – po nic, ale żyć będzie! – tylko widzieć, tylko słyszeć, tylko odczuwać

                  [Aleksy Riemizow, Siostry krzyżowe. Przeł. A. Pomorski].

  

piątek, 23 grudnia 2005
17. Agonia

  

Księga życia.

Zmuszanie się. Udawanie. Przełamywanie wciąż od nowa.

Niezadowolenie.

Wycofywanie się, bierność, pozostawanie poza wszystkim, na zewnątrz, z boku.

Umieranie.

  

                    Z Sartre’m

                    pochylam się nad wanną,

                    zanurzając rękę

                    w osoczu czerwonej farby.

                    Przestaję czytać –

                    żyletka posłuży za zakładkę.

  

środa, 21 grudnia 2005
16. Tabula rasa

  

Jak można pisać, gdy nic się nie dzieje? Zupełna pustka, całkowita monotonia.

A przecież w ciągu dnia tak wiele myśli, refleksji, pomysłów przychodzi mi do głowy. I wszystko to gdzieś natychmiast ulatuje, by już nie powrócić, nie dać o sobie znaku.

Nie nadać sensu dzisiejszemu dniu.

I tylko czysta biała kartka…

I tylko niezapisane niczym życie. I to poczucie winy.

Wstyd…

  

poniedziałek, 19 grudnia 2005
15. Koszmar i harmonia

  

Czy istnieje pamięć w stanie czystym? Czy jesteśmy w stanie pamiętać coś takim, jakim było naprawdę? I co to właściwie znaczy, że „było”? Czy jest możliwe wreszcie, że pamięć obejmuje także to wszystko, co się nie wydarzyło, co wydarzyć się nie mogło? Bo ja – pamiętam. Ale w którym momencie zacząłem wymyślać?

  

Koszmarny sen z przeszłości.

Mała, rokokowa altana ogrodowa. Daszek na ozdobnych kolumienkach. Biała. Ja pośrodku niej. A wokół – morze lawy. Czy też jakiegoś błota. Ropy. Czarne. Grube skorupy przewalają się z hukiem. Po horyzont. Budzę się mokry.

Byłem małym chłopcem, gdy to mi się śniło (rzadko śnię, coraz rzadziej), byłem bardzo chory, gorączkowałem, a pamiętam, jak gdyby koszmar powtarzał się dziesiątki razy. Jestem przekonany, że się powtarzał.

I tak drobny incydent został zmitologizowany. Nie ten sen, lecz pamięć o nim prześladuje mnie całe życie.

  

Lat dziecinnych wspomnienia – moje tańce; te tańce – wloty w to, czego nigdy nie było, co jednak istnieje; innych bytów istoty wmieszały się teraz w fakty mego istnienia: obrazy przeszłości – to dla mnie puste naczynia; czerpię nimi harmonię niezrównanego kosmosu.

                    [Andriej Bieły, Kocio Letajew. Przeł. M. Leśniewska]

  

sobota, 17 grudnia 2005
14. Miasto

  

Wrocław – moja pustynia, mój Petersburg, moja Golgota.

Wrocław ukochany. Wrocław znienawidzony.

Ilekroć się w nim zjawiam, biorę to Miasto w posiadanie, na wyłączność. Wchodzę w nie jak między nogi wyśnionej kochanki.

Miasto – nie moje.

Miasto – mną będące.

     

     Nowych nie znajdziesz miejsc, innych mórz nie znajdziesz.

     To miasto pójdzie za tobą. Zawsze w tych samych dzielnicach

     będziesz krążył. W tych samych domach włosy ci posiwieją.

     Zawsze trafisz do tego miasta. Będziesz chodził po tych samych ulicach.

     Nie ma dla ciebie okrętu – nie ufaj próżnym nadziejom – 

     nie ma drogi ku innej stronie.

     Jakeś swoje życie roztrwonił

     w tym ciasnym kącie, tak je w całym świecie roztrwoniłeś.

                         [Konstandinos Kawafis. Przeł. Z. Kubiak]

  

czwartek, 15 grudnia 2005
13. Udręka i ekstaza

  

Wielki jest strach przed zapisaniem strony. Wielka jest odpowiedzialność za słowo. Za swój obraz przed światem, który i tak nigdy nie będzie w pełni prawdziwy...

   

                    Stado banału błąka się

                    po torfowiskach przymiotników

                                        [Ewa Lipska, Honor tragedii]

  

Wymuszam na sobie pisanie. Karcę się za owoce tego jałowego trudu.

To niezadowolenie. Zniechęcenie.

Ten dziennik to mój ustawiczny gwałt na samym sobie...

  

I jeszcze ten ekshibicjonizm. Bo ktoś to jednak czyta. I co taki ktoś sobie myśli?

Chyba nie chcę wiedzieć…

Kłamiesz.

  

wtorek, 13 grudnia 2005
12. Nuda

  

Jak to wszystko mnie męczy!

Przede wszystkim – ta nuda. Wszystko mnie nudzi. Dni mnie nudzą. Rodzina mnie nudzi. Żarty mnie nudzą. Zajęcia, które prowadzę, mnie nudzą. Moi studenci mnie nudzą. Ja sam też jestem nudny.

Właśnie – jestem samotny, bo jestem nudny.

Ta powtarzalność wszystkiego, automatyzm, mechaniczność słów, działań, gestów.

A czas mija, mija bezowocnie. Życie ucieka...

  

Chodzi o to, by zostawić po sobie jakiś ślad, dowód obecności w świecie, uzasadnienie własnej egzystencji. Co ja pozostawię?...

  

poniedziałek, 12 grudnia 2005
11. Pustka

  

Dwa dni milczenia. Dwa dni odeszły w niepamięć. Część życia przepadła.

Tak wielka jest chęć pisania.

Tak wielka jest pycha napisania.

A gdy już zasiadam, paraliżuje mnie strach. Odpowiedzialność za to, co się wymyśli.

Bo nie tworzy się dla siebie. Ze szczerości.

Tworzy się dla czytelników. Z kłamstwa. 

    

                    Nad białą kartką czają się do skoku

                    litery, które mogą ułożyć się źle,

                    zdania osaczające,

                    przed którymi nie będzie ratunku

                                   [Wisława Szymborska, Radość pisania]

    

Wiem, że nigdy niczego nie skończę, ale żebym miał siłę, by choć zacząć...

  

piątek, 09 grudnia 2005
10. Iluzja

  

Moja samotność, tak rozpaczliwa, jest zarazem powodem do wielkiego zadowolenia, daje mi spokój, azyl, swego rodzaju szczęście. Bałbym się zbliżyć do drugiej osoby, bałbym się wyciągnąć rękę, bałbym się – gdybym miał okazję do jakichkolwiek gestów, do ujawniania uczuć.

Czyli – oszukuję sam siebie.

  

„Moje życie potoczyło się fałszywą drogą, a kontakt z ludźmi wywoływał tylko wewnętrzny monolog. Upadłem już tak nisko, że gdybym miał do wyboru rzeczywistą miłość lub przeczytanie dobrego romansu, wybrałbym książkę

               [Nikos Kazantzakis, Grek Zorba. Przeł. N. Chadzinikolau].

  

czwartek, 08 grudnia 2005
9. O kimś

  

Widziałem Cię dziś w tramwaju, ale to nie byłaś Ty.

Przechodziłeś drugą stroną ulicy, ale to nie byłeś Ty.

Minęłaś mnie na korytarzu, ale to nie byłaś Ty.

Siedziałeś naprzeciw mnie w pociągu, ale…

  

Doskwiera mi brak kogoś, z kim mógłbym dzielić swe nadzieje i obawy, kto dawałby mi poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Kto by mnie w pełni akceptował, wszystko rozumiał i wybaczał.

Jest to tęsknota za osobą idealną, za moim lustrzanym odbiciem. Ale czy wytrzymałbym sam ze sobą? Czy teraz wytrzymuję?

Mam 25 lat i nigdy nie trzymałem nikogo za rękę. Straszne…

  

Dzisiaj będę o Tobie śnić. Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest...

Moja wymarzona. Mój ukochany.

  

środa, 07 grudnia 2005
8. The Decline and Fall...

  

Marsz na pocztę po paczkę z dwoma tomami Zmierzchu cesarstwa rzymskiego.

Deszcz. Wiatr. Błoto. Lód.

W taką pogodę świat obnaża swoją brzydotę. Swoje okrucieństwo.

Tyle wokół bólu, tyle męki, cierpienia. Nie sposób przejść nawet ulicą – ludzkie spojrzenia, kamienie, krople potu krzyczą…

Słyszycie tę rozpacz – ciszy?

  

                              Są na tym świecie

                              ludzie

                              kłaniamy się im

                              Są inne kręgowce

                              co płaczą

                              biegnąc za rowerami

                              w deszczu

                              Są na tym świecie

                              trzciny

                              łamane na wietrze

                              Są sumienia

                              nagich małp

                              milczące…

  

Ale najgorsze będzie jutro. Gdy stara kobieta z kudłatym psem, klęcząc w kałuży przejścia podziemnego, wyciągnie rękę po 50 groszy, a ty przyśpieszysz kroku, zły na nią za własną obojętność.

Zmierzch…

  

wtorek, 06 grudnia 2005
7. Deszcz
   
Nie umiem już odróżnić dobrej poezji od grafomanii.
Ja – filolog.
I pomyśleć, że sam kiedyś pisałem. 
          
                              Spłynęły po szybie
                              nierównomiernie
                              skręcając
                              i zatrzymując się
                              miejscami
          
                              Zebrałem je
                              zamknąłem
                              i odstawiłem na półkę
          
                              Twoje łzy
          
                              Będą czekać do wiosny
                              by zmartwychwstać
          
                              W deszczu
   
poniedziałek, 05 grudnia 2005
6. Ego

  

Moja skłonność do płaczu, łatwość, z jaką to mi przychodzi, cała ta czułostkowość, ten sentymentalizm, to marzycielstwo, owo dzieciństwo rozpieszczone, wymuskane, przytulane…

Moja skłonność do gniewu, agresja, jaka we mnie siedzi, cała ta uraza do świata, owa młodość moja odrzucona, opluta, wyśmiana…

Moja samotność wieczna, pycha, dająca poczucie wyższości – rozpaczliwy oręż do walki z ludźmi, ta subtelność i wrażliwość w siebie wmawiane, ten indywidualizm, egoizm, wyobcowanie, to JA do pogardy wciąż onanizowane…

  

niedziela, 04 grudnia 2005
5. Ucieczka od wolności

  

Niedziela.

Te nasze cepeliowskie rytuały religijne i rodzinne, to przywiązanie do obrzędu, do tradycji bez faktycznego zastanowienia się nad ich sensem, a zwłaszcza nad samym sobą, nad własną świadomością i tożsamością...

  

Religia – odwieczna tęsknota ludzkości za nieśmiertelnością, nieustanny lęk przed śmiercią, najbardziej wybaczalna z ludzkich słabostek.

Dlaczego ludzie nie mogą znaleźć tej siły do trwania w sobie – czyż odpowiedzialność za swe czyny i postawa moralna bez Boga nie są czymś bardziej heroicznym, godnym podziwu?

Chyba właśnie o to chodzi – oddając swój los w ręce Boga jest ludziom łatwiej. Trudno mieć o to do nich pretensje. Ale w życiu nie powinno być ciągle łatwo.

Nie można wciąż chodzić na skróty...

  

Tagi: religia
23:49, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 02 grudnia 2005
4. Habent sua fata libelli

  

Książki. Książek. O książkach.

Kupuję masowo, więcej, niż jestem w stanie przeczytać.

Wydaję więcej, niż powinienem, bo wszystko.

Nie czytam ostatnio prawie wcale. Tylko zapełniam półki.

Otaczam się książkami. Zamykam pośród nich. Odgradzam od świata.

Buduję trwały mur. Przeszkodę nie do pokonania.

Mur z papieru.

  

Archiwum
Tagi