~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
niedziela, 31 grudnia 2006
184. Wstrząśnięty i zmieszany...

  

Oglądam film „Wesele” (Polska’2004; reż. Wojciech Smarzowski). Porażające kino. Kolejny raz okazuje się, że właśnie komedia, groteska, przerysowanie pozwalają najtrafniej uchwycić istotę danego zjawiska. Tym trafniej, że przecież w tym przypadku ani razu się nie zaśmiałem, zszokowany wręcz – to dobre słowo – przedstawionym obrazem i mistrzostwem technicznym filmu. Rzadko mam tego rodzaju przyjemność. Jest to dzieło niemal na miarę Wyspiańskiego; metafora, co nie traci na aktualności. „A to Polska właśnie…”, niech ją wszyscy diabli...

  

Koniec roku.

Jakoś nigdy to wydarzenie nie miało dla mnie specjalnego znaczenia. Godzina „0.00” była swego rodzaju ciekawostką telewizyjną, oglądaną następnego dnia w serwisach informacyjnych. Nuda – od Nowej Zelandii po Los Angeles wygląda to tak samo. O ile codziennie przesiaduję do późna, tak 31 grudnia mam ochotę położyć się spać przed północą. Ale czy dadzą człowiekowi spokojnie usnąć?

  

Jutro jest pierwszy dzień kolejnego roku twojego życia.

Przeraża mnie ten upływ czasu. Przygnębia. I zawstydza...

  

czwartek, 28 grudnia 2006
183. Czekanie II czyli Kroki Komandora

  

Jest to jakaś dziwna forma bezradności, apatii, zdziecinnienia, a zarazem jakaś swoista forma odwagi, życiowej brawury, tańca na krawędzi przepaści, wyzwania rzuconego – losowi? życiu? przeznaczeniu? A może zwyczajna dziecinna beztroska? Marnowanie szansy, jaką się otrzymało, niewypełnianie zobowiązania, które się samemu podjęło.

Zbliża się nieuchronnie katastrofa, a ja nie umiem, nie chcę jej zapobiec – choć mogę. Zachowuję się tak, jakbym umyślnie ją prowokował, bo „jeśli ktoś odrzuca łaskę nieba, ściąga na siebie piorun jego sprawiedliwości” [Molier, Don Juan]. I może wtedy, wreszcie, zostanę ukarany za swoje zbrodnie…

Zasiadłem oto do wieczerzy i czekam na Kamiennego Gościa…

  

poniedziałek, 25 grudnia 2006
182. Nie chce się...

  

Niemiłosiernie nudzi mi się od kilku dni. Czas ciągnie się bez końca. Nie umiem za nic się zabrać. Nie mogę. Nie chcę. A przecież – powinienem. Trzeba. Wypada. Czas najwyższy.

A ja nie chcę. Mi się nie chce. Znów.

Właściwie to – „nie chce się”. Jakoś tak bezosobowo, poza mną, komuś, dlaczegoś. Dojmująco i w ogóle. Jakoś tak generalnie „nie chce się”.

Nic się nie dzieje. Nic się nie zdarzyło. Nic się nie zrobiło. Na nic się nie czeka. Niczego nie planuje. Nie wybiega myślą w przyszłość. W ogóle – nie myśli się.

I mogłoby to trwać w nieskończoność…

  

środa, 20 grudnia 2006
181. Upiór

  

Minąłem na ulicy, bez słowa, chłopaka, z którym przez osiem lat chodziłem do podstawówki. Nie byliśmy zaprzyjaźnieni, chyba nawet nigdy sam na sam nie rozmawialiśmy, ale w końcu to kolega z klasy. Potem on stał się dla mnie uosobieniem wszystkiego w mężczyźnie, do czego czuję odrazę, a ja dla niego lalusiowatym prymusem. Dziś się nie znamy. Przypomniały mi się jednak rzeczy, o których nie chcę pamiętać. Ale bez nich – kim byłbym bez nich?

Ileż to upiorów z przeszłości mijać muszę każdego dnia. Bez słowa…

  

23:58, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 18 grudnia 2006
180. Mogę?

  

Mignęłaś mi dzisiaj na korytarzu, na ułamek sekundy, w przelocie. Widziałem Cię od tyłu, a przecież wszędzie bym poznał. I znowu wszystko wróciło…

Mogę bez Ciebie żyć. Jesteś moją przeszłością.

I bez Ciebie, który miałbyś pojawić się w przyszłości, też mogę.

Tylko – co to za życie?

Życie jest wyłącznie teraźniejszością…

  

czwartek, 14 grudnia 2006
179. Powrót

  

Wcześnie rano, po przebudzeniu, jesteś oszołomiony, jakbyś nie mógł uwierzyć w rzeczywistość, do której tak nagle, tak nieoczekiwanie zostałeś przeniesiony. Cisza, ciemność, chłód gładkiej pościeli na twojej gładkiej skórze. Leżysz długo, wpatrując się w sufit, który gdzieś tam, nad tobą, dopiero zaczyna się wyłaniać z ciemności. Leżysz bez siły, by powstać, by zacząć, by od nowa… Chciałbyś znów zasnąć, zrobić krok do tyłu, do tego, co, tak ulotne, było – zdaje się – jeszcze przed chwilą, gdy nie musiałeś odczuwać swoich ograniczeń. 

Rano jesteś zmęczony. Wróciłeś właśnie z krainy niespełnionych pocałunków...

  

niedziela, 10 grudnia 2006
178. Chichot historii

  

W wieku 91 lat zmarł generał Augusto Pinochet.

Ponieważ nie odpowiadał przed ludźmi za wszystkie swoje zbrodnie, zniecierpliwiona historia musiała sama wymierzyć mu sprawiedliwość: dziś jest Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka…

Niemal słychać chichot zza kulis. To historia się śmieje...

  

piątek, 08 grudnia 2006
177. Nigdy...

  

Kiedyś byłem młody i piękny...

Wieczorem trafiłem przypadkiem w Internecie na ciekawą stronę z męskimi zdjęciami – nic zdrożnego, subtelne portrety pięknych twarzy i mniej lub bardziej obnażonych torsów. Zachwyciłem się. Długo przeglądałem te zdjęcia, aż uświadomiłem sobie, że szukam tak naprawdę – siebie. Siebie, jakim nigdy nie byłem, jakiego nie mogę pamiętać, jakiego zawsze pragnąłem. Kogoś, kto mógłby bez lęku stanąć pośród ludzi. W jakim ktoś mógłby się zakochać.

W nocy obudziłem się i nie mogłem zasnąć. Nagle myśl straszna, porażająca. Między piętnastym a dwudziestym rokiem życia byłem młody i piękny. To najlepszy czas w życiu chłopca, to powinien być najlepszy czas. Uświadomienie sobie, kim się jest, stawanie się mężczyzną. Doświadczanie życia. Kosztowanie życia (i nawet nie chodzi o seks). Ja tego wszystkiego nie miałem. Zmarnowałem ten czas. Nie wiem jak, nie wiem dlaczego, ale zmarnowałem. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, a teraz już za późno. Nie powtórzy się. Nie wróci. Nie cofnie. I już nigdy. Nigdy. I nie będzie nawet wspomnienia. A jeśli to był najlepszy czas – to co w przyszłości, skoro nie mam nawet przeszłości? Ta banalna myśl, że żyje się raz, że nie ma odwrotu, że sami kształtujemy swoje życie i podejmujemy decyzje – przeraziła mnie.

Kiedyś byłem młody i piękny. Ale nikt mi tego nie powiedział. Dziś jestem wrakiem człowieka…

  

czwartek, 07 grudnia 2006
176. Przyjdź...

  

Przyjdź, weź mnie za rękę i zabierz stąd, bo już dłużej nie wytrzymam… 

  

               Passa que’colli e vieni allegramente;

               Non ti curar di tanta compagnia – 

               Vieni, pensando a me segretamente – 

               Ch’io t’accompagni per tutta la via. 

     

niedziela, 03 grudnia 2006
175. Trwanie

  

Siedziałem w ciemności nad Odrą. Naprzeciw majaczyły skąpane w czerwono-złotym świetle reflektorów wieże katedry – samotnie wyróżniające się na tle czarnego nieba. Wokół zakochane pary robiły sobie zdjęcia, a ja patrzyłem na migoczącą srebrem wodę. Cisza. Spokój tej chwili, która mogłaby ciągnąć się bez końca.

Trwanie. Z biegiem lat to pojęcie coraz więcej dla mnie znaczy. Z jednej strony niezmienność, stałość, z drugiej – wyłączenie się ze wszystkiego.

Obserwowanie upływającego czasu...

W końcu jednak życie daje znać o sobie – trzeba wracać. Otarłem łzy z twarzy i poszedłem szybko przed siebie, starając się nie patrzeć na mijanych ludzi. Ludzie zawsze przeszkadzają…

  

piątek, 01 grudnia 2006
174. Klasa

  

Dziś Mieczysław F. Rakowski skończył 80 lat, a Daniel Passent został pomówiony o współpracę z SB. I taka refleksja na marginesie: co by o nich nie sądzić, to obaj jako dziennikarze są wzorem klasy, jakiej dzisiejsze „pismactwo” – bo w wielu przypadkach trudno nawet nazwać to dziennikarstwem – nigdy nie zdoła osiągnąć.

Czym dzisiaj jest klasa, rzetelność, uczciwość? Dlaczego od pewnego czasu wszyscy równamy w dół? Dlaczego przeglądając prasę, oglądając telewizję, czuje się już niemal wyłącznie obrzydzenie, zażenowanie, wściekłość, oburzenie…

Jak z tym walczyć? Co można zrobić w tej sytuacji? Chyba tylko zacisnąć pięści w akcie bezsilności i – poczytać sobie „POLITYKĘ”…

  

22:33, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
Archiwum
Tagi