~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
poniedziałek, 31 grudnia 2007
355. Resume

   

                    „Jest taka chwila – jak zrzucone brzemię,

                    Chwila nauki, dla każdego czysta,

                    Gdy dumę w sobie ukrócić umiemy – 

                    Nieodwracalna, święcie uroczysta”.

  

Poza mną – miesiące poznawania. Osiągnąwszy dwadzieścia siedem lat, zacząłem wchodzić w dorosłość, a przecież jestem dopiero u początku tej drogi, drogi, której podświadomie chyba nigdy nie zamierzałem przebyć do końca. W przeciągu tych kilkunastu tygodni dowiedziałem się więcej, niż przez całe życie – dlatego też każda z tych nowopoznanych spraw jest z góry spóźniona o lat parę co najmniej. Żal, wstyd, upokorzenie wobec samego siebie – ale nic to. Uświadomiłem sobie, że odczuwany przeze mnie pociąg do mężczyzn nie ogranicza się (jak myślałem przez lata) jedynie do ich twarzy, jednocześnie zaś, teraz dopiero ujrzawszy nagie ciało ludzkie (wciąż nie na żywo, wciąż jeszcze), mogłem dzięki temu odkryć własne, a tym samym to, że od dawna cierpię na chorobę hemoroidalną w stadium zaawansowanym, że nie umiejąc dotąd dotykać własnej męskości (nie wiedząc, co znaczy ją mieć), nie umiałem też zadbać o jej właściwą higienę i w efekcie nigdy nie osiągam pełnej erekcji, a w ciągu minuty drobny nawet dotyk doprowadza mnie do finału, który jednak nie przynosi żadnej satysfakcji. Mogłem też zauważyć, że każdy drobny wysiłek fizyczny zapiera mi dech w piersi, że z powodu choćby głośnego śmiechu czy lekkiego pochylenia ujawnia się i nabrzmiewa mi pionowa żyła na czole, a w sercu zdarza się odzywać nieprzyjemnemu kłuciu. Wciąż nie nauczyłem się też golić bez podrażniania szyi, od zawsze czerwonej od pryszczy, i nadal nie umiem wytłumaczyć fryzjerce, o co mi chodzi – poznałem za to tajniki smażenia jajecznicy (zrobiłem ją już dwa razy!). Nie wiem, jak się obsługuje pralkę, ale mikrofalówkę już tak. Po czternastu latach nauki dalej nie potrafię sklecić zdania po angielsku. Zrozumiałem, jak błędny był wybór moich studiów, zwłaszcza zaś, jaką ogromną pomyłkę stanowi doktorat, który opóźnił wszystko o cztery lata, którego ukończyć nie umiem i nie chcę – dał mi on za to duże pieniądze, które beztrosko i w całości na nieprzeczytane książki i nienoszone ubrania wydane zostały. Co znaczy gospodarować też już zatem wiem.

   

                    „O, ta godzina, na czyn nas – jak głosy

                    Przyzywająca z czasu samowoli!

                    O, ta godzina, gdy jak ciężkie kłosy

                    My pod ciężarem schylamy się swoim”.

  

Przede mną – tygodnie działania. Rezygnacja lub skreślenie, nauka tego i tego (tym trudniejsza, im to łatwiejsze i banalniejsze dla innych), szukanie i próbowanie, wyjazd na dni kilka, by się przekonać (samemu po raz pierwszy), wymknięcie się ukradkiem już ostateczne, by zacząć (samemu na zawsze)… 

   

                    „Czasie nauki! Lecz znany, widzialny

                    Dla nas świat inny – jeszcze zorza płonie,

                    Błogosławionaś ty – idąca za nim,

                    Godzino samotności niezmierzonej!” 

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. S. Pollak]

  

sobota, 29 grudnia 2007
354. Dies irae

  

Zadziwiające, z jaką regularnością od pewnego już czasu piątkowe wyjazdy do Wrocławia kończą się traumatycznymi rozmowami (byłyby to dialogi, gdybym mógł wydusić z siebie choć słowo, gdyby ta, co mówi, chciała słuchać). Od dzieciństwa jestem przyzwyczajony do poniżeń ze strony rówieśników, jednakże nienawiść w głosie własnej matki jest mimo wszystko pewnym zaskoczeniem. Takiej hańby, jak wczoraj, jeszcze nie zaznałem… 

   

                    „Patrzajcie, bo spojrzeć nań warto:

                    Posępnie spogląda i hardo

                    I idzie – jak nędznik, obdarto,

                    Powszechną otoczon pogardą!”

                                   [Michaił Lermontow, Prorok. Przeł. Cz. Mąkowski]

  

Jedno zdanie szczególnie utkwiło mi w pamięci: „Mój syn za wszelką cenę chce zostać pedałem”. Rzeczywiście, kto by nie chciał zasmakować takiej wściekłości swych bliźnich?

  

czwartek, 27 grudnia 2007
353. Exhibitio

  

Jestem niczym manekin. Nawet poruszam się z nienaturalną sztywnością, jakby zastanawiając uprzednio nad każdym krokiem i gestem. I tak jak kukła przyjmuje bezwiednie każde z nakładanych na nią ubrań, tak i ja beznamiętnie odbieram wszystko, co wydarza się wokół mnie, bez śladu zaangażowania, bez udziału własnego, jak gdyby nic, co nie jest mną samym, nie warte było uwagi. Dlatego właśnie nie potrafię rozmawiać, bo nie myślę o tym, czego słucham, nie dopowiadam, nie zadaję pytań, nie zajmuję stanowiska. To, o czym mówisz, dotyczy Ciebie, nie mnie, jest Twoim doświadczeniem, nie moim – więc cóż mi do niego?

Jest jakieś okrucieństwo w takiej obojętności, w tym nastawieniu na siebie wyłącznie – okrucieństwo pustych oczu lalki, która rości sobie pretensje do udawania człowieka, a nieuchronnie trąci fałszem jako parodia wszystkiego, co ludzkie.

   

                    „I czucia nie ma pod powieką,

                    I słowa twe bez prawdy cieką,

                    I nie ma w tobie ducha”. 

                                        [Fiodor Tiutczew. Przeł. A. Kamieńska]

  

Wszystkie moje uczucia też są na „nie”: wstręt, pogarda, niechęć, nuda, lenistwo, zmęczenie, rezygnacja. Pozwalają mi czegoś uniknąć lub coś osiągnąć bez nadmiernych kosztów w angażowaniu się. Byłaby pewnie ta bezduszność egoizmem, gdybym przynajmniej sam sobie nie był obojętny. Już mój obraz w oczach innych wydaje mi się bardziej interesujący.

Jutro znów będę sam w zimnym mieście – wystawiony na pokaz przechodzącym mimo…

  

wtorek, 25 grudnia 2007
352. All or Nothing

  

Powinno mi przecież zależeć na własnej przyszłości. A niby dlaczego właściwie? Od zawsze tylko marzenia, od zawsze świadomość, że się nie spełnią. Od zawsze zatem brak złudzeń, a też nigdy nie mogłem zadowolić się w pełni jakimiś podrzędnymi substytutami. Bo albo wszystko, albo nic…

W efekcie zaś, jedyne co mi teraz pozostało, to uwierzyć, że mogę (i powinienem) być skarbem sam dla siebie.

  

niedziela, 23 grudnia 2007
351. Pętla

  

Im bardziej próbuję im to wytłumaczyć, nawiązać z nimi kontakt, nauczyć ich słuchania – z tym większą niechęcią i irytacją się spotykam, tym mniej zrozumienia znajduję, tym bardziej nadzieję tracę. Jakbym walił głową w ścianę, jakbym do siebie mówił. Jak gdyby mało było upiorów, z którymi muszę się zmagać na co dzień…

Cel zdaje się coraz bardziej oddalać, za to mury mego więzienia przysuwają się ku mnie – to coś jak sznur zaciskający się na szyi. Niechby już szybciej, skoro nie ma szans na zmiłowanie… 

   

                    „Sam teraz musi uważać, by nie paść,

                    Myśl jałowieje, rozum nie wystarcza,

                    W duszę się własną pogrąża jak w przepaść

                    I z zewnątrz nie ma żadnego oparcia.

                    I teraz sennym zda się mu widziadłem

                    Wszystko, co jasne, żywe, namacalne,

                    I w tajemniczem, nocnem, nieodgadłem

                    Nagle dziedzictwo widzi swe fatalne”. 

                                        [Fiodor Tiutczew. Przeł. K. A. Jaworski]

  

piątek, 21 grudnia 2007
350. Senso

  

Mgła, szron, lód. Drzewa, które do najdrobniejszej nawet gałązki składają się dziś z samej bieli jedynie, tworzą w tym krajobrazie o rozmywających się konturach nadzwyczaj bajkowy widok. Bezwietrzny mróz wyostrza wszystkie zmysły i pobudza krew do radosnego krążenia. Przyjemnie tak iść.

  

W jednej z perfumerii zamiar kupienia sobie po raz pierwszy w życiu wody toaletowej zakończył się po dłuższym czasie zabawnym stwierdzeniem, że chyba nie odróżniam żadnego z tamtejszych zapachów. Przyjmując z ulgą fakt nieposiadania w tej dziedzinie wyrobionych gustów, nie musiałem silić się na kosztowną oryginalność i mogłem zadowolić pierwszym lepszym z tych najpopularniejszych (choć raczej w zeszłym sezonie) banałów.

  

Wśród nieprzebranych tłumów okupujących galerie handlowe w poszukiwaniu ostatnich bożonarodzeniowych prezentów (jak niemal każdą tradycję, tę też kontestuję), co i rusz natrafiam na nieziemsko piękne młodzieńcze twarze. Obfitość ich dziś nadzwyczajna, a uroda porażająca jak nigdy (za jedną nawet przemierzyłem kilka pięter, udając, oczywiście, że wcale na nią nie patrzę). I te ich smutne, melancholijne spojrzenia. Niewątpliwie, kilka aniołów Botticellego nawiedziło ostatnio Wrocław. Święta idą…

  

środa, 19 grudnia 2007
349. Purgatorium

  

Wykrawam sobie odrobinę prywatnej przestrzeni – terytorium, na które już nikt nie wtargnie; w ukryciu, po cichutku, oglądając się wciąż za siebie próbuję jakoś przetrzymać ten czas najgorszy i jednocześnie nie wyrzec tego, co najcenniejsze, nie poddać w tej nierównej walce, za wszelką cenę nie rezygnować z tego, co już chyba nie do osiągnięcia. Przynajmniej nie tu…

A przecież, chowając się w sobie, prawdziwie wielkiej ceny wciąż jeszcze nie zapłaciłem. To jeszcze nie piekło… 

   

                    „Co mam rzec, powiem szeptem – na brudno,

                    Bo na czysty głos jeszcze nie czas:

                    Trzeba poddać się trudom i próbom,

                    Nim beztroskie niebo przyjmie nas. 

   

                    I pod niebem czyśćca tymczasowym

                    Często zdarza się zapomnieć nam,

                    Jak pojemny jest niebiański schowek – 

                    Dożywotni dom z ruchomych ścian”. 

                                        [Osip Mandelsztam. Przeł. S. Barańczak]

  

poniedziałek, 17 grudnia 2007
348. Puerilis

  

List od G. sprzed tygodnia i tamto, wciąż tkwiące mi w głowie – tak mocno przeżyte, tak prawdziwe w swojej, nam obu chyba tylko dostępnej zrozumiałości, tak moje – zdanie: „żadna kobieta [...] nie zrozumie, co czuje chłopiec, którego w męski świat wprowadzają wyzwiska kolegów, może wysłuchać, ale nie będzie w stanie pojąć, jakie znaczenie ma fakt, że się nauczyło nosić czapkę z daszkiem albo chodzić latem bez koszuli”.

Dzielę się z nim fundamentalną dla mnie, nieco po gombrowiczowsku ujmowaną kategorią „młodości”, moją prywatną (pewnie zbytnio idealistyczną z racji nadmiernego w przeszłości zawierzenia wrażeniom li tylko estetycznym) definicją „chłopięcości” jako kwintesencji żywiołowej i spontanicznej naturalności, siły, energii i beztroski, pozwalającej poznawać świat z radością i we wszelkich jego przejawach, bez skrępowania postronnymi ludźmi i baczenia na ich opinie, i nawet bez świadomości tego dokonującego się przez lata procesu, jego kolejnych etapów i znaczenia jako fundamentu pod wszystko, co później. Owo formowanie nie odbywa się tylko w dzieciństwie czy też w wieku młodzieńczym i wcale nie o wychodzenie ze stanu „niedojrzałości” w nim idzie (o brak kłopotów i niepowodzeń też nie) – takim „chłopcem” mężczyzna winien być przez połowę swojego życia i, mam nieodparte wrażenie, w przeważającej większości wypadków tak właśnie się dzieje. Stąd wielki mój żal, teraz dopiero i tym boleśniej odczuwany, że to, czego się wtedy wyrzekłem, dziś jest pożądane, co odpychać się zdawało – fascynuje, co było niewiadome – chciałoby być poznane. W odpowiednim czasie zabrakło tego wszystkiego, co w swej banalności i oczywistości (dla innych), jest tak istotne: wspólnej sportowej zabawy z rówieśnikami, towarzyszącego rozwojowi niewymuszonego wysiłku fizycznego, identyfikacji z grupą poprzez tożsame zajęcia, pasje, wygląd, poznawania przez dotyk własnego ciała i tego, co sprawia mu przyjemność, nauki zbliżania się do drugiej osoby, koleżeńskich wygłupów i wakacyjnych wyjazdów, owej „czapki z daszkiem” i „zdejmowanej latem koszulki”, stopniowego odcinania rodzicielskiej pępowiny, wchodzenia w mniej lub bardziej zobowiązujące relacje intymne, romansów i miłości, rozstań i powrotów… Można jeszcze tego zaznać, ale nie można już tego nadrobić, bo musi się to stawać bezwiednie wtedy, a nie być uzupełnianym teraz. Nie można zostać „chłopcem”, można tylko od początku nim być, stąd też zdanie „Jestem mężczyzną” wciąż brzmi dla mnie obco, wzbudza wątpliwość i nie pozwala mi w pełni utożsamić się z samym sobą. I – tak, G. ma po stokroć rację: nikt inny tego nie zrozumie…

  

Tagi: homo
17:42, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (5) »
niedziela, 16 grudnia 2007
347. Gra

  

Wykradanie minut, wysysanie każdej chwili, upajanie się własnym sprytem, gdy, pozostawiony na czas jakiś w spokoju i odosobnieniu (myśleli – bezradny już, rozbrojony), ukradkiem, w pośpiechu, ale jednak – nie rezygnuję, doświadczam istnienia innych.

   

                    „Ty jeszcze nie umarłeś, jeszcze sam nie jesteś…”

                                        [Osip Mandelsztam. Przeł. S. Pollak]

  

To, co wczoraj, właściwie niezbyt mnie przejęło. Jestem bardziej obojętny (nawet wobec siebie) i beznamiętny, niż może się to zdawać. A z drugiej strony, poddając się im w milczeniu, śmieję się w skrytości ducha. Niech ponosząc klęskę wciąż myślą, że zwyciężyli. Przecież to ja ostatecznie rozdaję tu karty...

  

16:10, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
sobota, 15 grudnia 2007
346. Penetracja

  

Wczoraj. Zdecydowanie cielesny dzień – od studiowania powłoki zewnętrznej do zagłębiania się w obszary intymne, te najgłębiej skrywane.

Chyba po raz pierwszy w życiu wszedłem dziś do pociągowej toalety (wejść „do” i zrazu kosmata myśl o wejściu „w”). Oczywiście, do tak desperackiego kroku nie skłoniła mnie potrzeba fizjologiczna. Sprawa była dużo poważniejsza – potrzebowałem bowiem lustra, by poprawić fryzurę.

Potem cudny śnieg, chciałoby się też powiedzieć: suchy, bo nie mokrymi, lepistymi płatkami, a drobniutkimi zmrożonymi kuleczkami sypiący się z nieba. A w tym wszystkim ja na wrocławskich ulicach, zadający szyku w nowiutkim płaszczyku. Mniejsza, że trochę marznę – za to jak wyglądam!

Wreszcie na spotkaniu opowieść o kolejnych erotycznych inicjacjach – przyjmowanych ze zdumieniem odkryciach tego, co stopniowo i powoli, zawsze o kilka(naście?) lat za późno uświadamiane, wciąż jedynie sferą wiedzy teoretycznej i pobożnych życzeń pozostaje, miast kosztowaniem drogą praktycznej empirii. A na koniec zadanie domowe, które nieuchronnie literackim kiczem zaowocować musi: opisać szczegółowo fantazję seksualną, co w moim przypadku znaczyć ma – wyobrazić sobie od początku do końca akt miłosny. Przyszły tydzień zapowiadał się więc bardzo podniecająco…

  

…gdyby nie tragedia, która wydarzyła się później. Z miłości do mnie ci, których zaczynam coraz bardziej nienawidzić, odcięli mi dostęp do internetu, żebym nie kontaktował się ze „zboczeńcami”, bo w ten sposób zamiast się „leczyć”, tylko pogłębiam to, co „chore”. Zdaje się więc, że gdy byłem nieobecny, znów gwałcono moją intymność, szperano w papierach, snuto brudne domysły (a ja, idiota, wciąż nieopacznie pozostawiam jakiś ślad). I jak zawsze – wszystko „dla mojego dobra”, oczywiście.

Już chyba tylko fantazją fantazja pozostanie, a z czekaniem na ich śmierć będzie więdła moja młodość. I gdy nadejdzie w końcu moment wyzwolenia, to nie przyniesie on żadnej wolności, bo będzie już za późno, bo to, co teraz wydaje się piękne, stanie się wulgarne i obrzydliwe. To jest właśnie owa  „miłość jałowa” Kawafisa, miłość, „która jest potępiana”, która „nie śmie wypowiedzieć swojego imienia”. Jak Wilde w końcu trafiłem do Reading...

  

środa, 12 grudnia 2007
345. No sense

  

Northumberland: Sorrow and grief of heart

Makes him speak fondly, like a frantic man (III, 3).

  

Już nie umiem tego napisać, wypowiedzieć, ogarnąć. Litery, słowa, myśli wirują, nie tworząc żadnej całości, nie niosąc żadnej treści. Nie ma w nich bowiem emocji, żadnego uczucia, nie ma żadnego stosunku do czegokolwiek. Wszystko, co mówię, jest więc na siłę, sztuczne i kłamliwe. To, co piszę, jest nieprawdziwe tym bardziej…

  

Troilus: Words, words, mere words, no matter from the heart (V, 3).

  

Wczoraj, w długim liście do kogoś nowego, tak podobnego jednak, że nieuchronnie musiał on ulec rozczarowaniu, nie znajdując tej siły, której nam obu brakuje, odsłoniłem siebie jak nigdy, a zarazem przyglądałem się sobie bez zainteresowania, opisując same tylko fakty, jak gdyby to, o czym mówię, to najboleśniejsze i najbardziej intymne, było gdzieś poza mną, nie dotyczyło mnie wcale. A jednak to były jego słowa i mogłem je za nim tylko powtarzać, bo traktowały przecież i o mnie – gdybym wiedział kiedyś, że takim być nie chcę…

  

Otello: I am not what I am (I, 1).

  

22:12, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 09 grudnia 2007
344. Lost

  

W miarę wyzbywania się złudzeń, także wmawiany sobie optymizm nabiera coraz bardziej iluzorycznych kształtów. Wciąż więcej tracę, niż zyskuję.

  

Zanika mi głos, bo nie otwieram już ust, bo mówię tylko do siebie. Kolejne organy odmawiają współpracy, zatrzymują się, psują, bo i tak nie były używane. Myśli jałowieją, wiedza ulatuje, zmysły więdną. Uczucia… – ich istnienia akurat nigdy nie doświadczyłem.

  

Zostają tylko cztery ściany, tylko jedno życie, jedna melodia, jedna osoba, jeden telefon, jedno niespełnienie, jedno wypalenie, tylko jeden koniec…

  

piątek, 07 grudnia 2007
343. L’Avventura

  

Najbardziej mnie bawi własna nieporadność.

Umówić się na wizytę do lekarza, którego specjalizacji istnienie dopiero co odkryć, przygotowywać się do niej, wyczekiwać, do Wrocławia za wcześnie przyjechać, więc z nadmiaru czasu piechotą na całkowicie sobie obce krańce miasta się udać, a po dotarciu tam wreszcie od niechcenia sobie spacerować, teren obchodzić, obwąchiwać, z coraz większym zdziwieniem się rozglądać, w konfuzję wpadać, bo szukać, a nie znajdować, i dopiero po kilkudziesięciu minutach dzięki wykonanemu telefonowi odkryć, że adres ten od dawna już nieaktualny pozostaje, a w rejony zupełnie inne trzeba by pojechać, znacznie przy tym dalej położone, a więc natychmiast wracać, spieszyć, gonić, tramwaje dwukrotnie zmieniać, w ścisku nieludzkim z nogi na nogę przestępować, głowę przy oknie na zawianie wystawiać, nerwowo na zegarek spoglądać, bo czas, którego było za wiele, nieubłaganie zaczyna ubywać, wreszcie z przekonaniem wysiąść, że się jeden przystanek przegapiło, i oto na odludziu niemal zupełnym się znaleźć, że dalej należało jechać sobie uświadomić, a mimo to niepotrzebnie brnąć w jedyną tam, ślepą przy tym uliczkę i na psów ujadanie się narażać, miną pewną celu myśl o pomyłce markować, do czasu jednak, bo wreszcie zrezygnować, bo poddać się, wycofać, do domu wracać, na pociąg zdążać, i znów na tramwaj czekać, i znów stać a jechać, i denerwować się, złościć, i z samego siebie zaśmiewać – bezcenne.

Ta przygoda wzbogaciła mnie o tyle wrażeń, że cóż przy nich znaczy te czterysta złotych, wydanych z ciężkim sercem na śliczny czarny płaszczyk z wielkim kołnierzem…

  

wtorek, 04 grudnia 2007
342. ...è ben trovato

  

Choć niby nic się nie zmieni, choć niby nie ma ku temu specjalnego powodu (i właśnie dlatego), choć nie zamaże się przeszłości i nie uniknie przyszłości, choć nikt tego nie dostrzeże (a właśnie że tak!), to jednak rzeczywiście – ma to jakiś sens, od tego trzeba zacząć: uśmiechnąć się do samego siebie.

Pozytywne myślenie – bawi mnie to dzisiaj niezmiernie, tym bardziej, że skutkuje.

  

Hamlet: (…) there is nothing either good

or bad but thinking makes it so (II, 2).

  

Smutek był hojny, dawał inwencję; radość jest skąpa, kradnie inne myśli. Zmienia poezję iluzji w prozę życia. Nie jestem przekonany, czy to takie złe… 

  

sobota, 01 grudnia 2007
341. Intense...

  

Gloucester: Now is the winter of our discontent

Made glorious summer by this sun of York.

  

Najpierw nieciekawie, bo deszcz, bardzo gęsty i mocny, bezlitośnie zmywający resztki lodu z chodników, przenikający chłodem czapkę, szalik, rękawiczki; potem pociąg, jak się później okazuje – ten poprzedni, bo spóźniony trzy godziny, niemiłosiernie przy tym nagrzany, lecz chyba nie wściekłością zzagłogowskich pasażerów, pustawy zresztą, bo jakoś niewielu ich; następnie książki na 16. Promocjach w Awangardzie, jak zawsze – bez opamiętania, do bankructwa, do przeciążenia – grube, drogie, upragnione, nie-do-udźwignięcia, więc zostawione po drodze w Instytucie, skąd pojedynczo będą do domu przemycane, by łudzić domowników, że jednak oszczędzać się staram; potem na terapii nauka lubienia siebie, nieskupiania wyłącznie na negatywach, cieszenia z drobnych nawet osiągnięć; i zadanie domowe tam otrzymane, zrealizowane szybciej, niż się zapowiadało: bo oto samotny wieczorny spacer, bo nagła myśl o wysłaniu esemesa do MrD. z nieśmiałą, ukrytą w myślach nadzieją, bo szybka telefoniczna odpowiedź, bo naprędce zorganizowane spotkanie po (nie do wiary!) osiemdziesięciu czterech dniach od tego pierwszego – i uśmiech z zabawnego nieporozumienia, i zatopiony w mroku Ostrów Tumski, i rozmowa, swobodniejsza niż ostatnio, radośniejsza znacznie, intensywniejsza mimo swej krótszości, nieobciążona przy tym znamieniem uroczystych przygotowań i wyczekiwań, ale dająca kojące złudzenie zwyczajnej codzienności, szansę powtarzalności także. I po tym wszystkim spełnienie, bo przecież – wbrew porannym zapowiedziom – udało się dzisiaj wszystko…

  

Archiwum
Tagi