~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
środa, 31 grudnia 2008
543. O kolejnym resume - czyli: "Nie znam i nigdy nie poznam nic piękniejszego niż Ty, Najjaśniejszy Panie!"...

  

„Nie mogę powiedzieć, że w ciągu tego roku wpłynąłem do spokojnej przystani, i zastanawiam się nawet, czy taka przystań będzie mi kiedykolwiek dana gdzie indziej niż w grobie. Moja pozycja i moje stosunki ze światem będą zawsze podlegały perturbacjom wynikającym z niezwykłości, wyjątkowości; nie oszczędziły mnie one również w tym mijającym roku, w ciągu którego prawie żaden dzień nie upłynął bez domieszki nieporozumień, napięcia, niepokoju i strapienia. (…) Muszę wyznać, że całe moje poprzednie życie, w porównaniu z tym jednym rokiem, wydaje mi się bez wartości i nieprzeżyte należycie

          [Ryszard Wagner do Ludwika II, 5 V 1865. Przeł. T. Jekielowa].

  

Tagi: homo
15:07, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 30 grudnia 2008
542. O bez pracy dniu sto dwudziestym trzecim (bardzo zgrabna liczba, taka... konsekwentna)...

  

Coraz mniej tych codziennie przeglądanych ogłoszeń, niemal nic też w nich ciekawego − czasem tylko jakiś zabawny lub zastanawiający ustęp: obsługa „klijentów”; zdjęcie oczekiwane od kandydatów na magazyniera; sprawność fizyczna jako wymóg przy pracy dla niepełnosprawnych; wreszcie stawki wynagrodzeń zbyt rzadko podawane, dziwnie wysokie za to dla absolwentów szkół średnich. I pomyśleć tylko, że gdybym zamiast do liceum poszedł do pobliskiej szkoły zawodowej, przebierałbym dziś w ofertach. Na co mi był ten doktorat?...

Trzeba jednak uczciwie przyznać: nie ma ani jednego zajęcia, które mogłoby mnie choć trochę zainteresować. Tylko układanie książek na półkach ciągle jeszcze wydaje się pociągające. Ambicja na moją miarę…

  

Nie dostaniesz pracy za więcej niż tysiąc złotych, więc musisz z nami mieszkać. Trzeba się z tym pogodzić i jakoś ułożyć sobie to wspólne życie. No to układamy je sobie podczas kolejnej z tych strasznych rozmów, choć naprawdę straszne jest to, co ostatnio się ze mną dzieje (stąd ponownie odżywa motyw leczenia psychiatrycznego). Tym razem jednak rzeczywiście udało mi się coś wywalczyć. I gdyby ta rozmowa odbyła się rok temu, mógłbym dziś mieć wszystko co najważniejsze. A przynajmniej spróbować…

  

Nie bardzo rozumiem, dlaczego od czterech miesięcy nie zarejestrowałem się jeszcze w urzędzie pracy − pewnie ze wstydu, pewnie z braku w tej dziurze czegokolwiek. A przecież mógłbym dzięki temu odwiedzić nareszcie paru lekarzy. Wiem natomiast dobrze, dlaczego ostatnio wciąż myślę o Warszawie. Coraz mniej mnie tu bowiem trzyma. Rodzice i kilka ścian książek to chyba nie dosyć…

   

niedziela, 28 grudnia 2008
541. ...co by na gorsze nie wyszło...

  

Wczoraj dwa cudowne zaproszenia, chyba najpiękniejsze z tych zaledwie kilku w całym moim życiu. Ogromna wdzięczność za nie, a zwłaszcza za ułatwienie nieuniknionej rezygnacji: „Przychodzi mi do głowy tysiąc powodów, na które możesz się powołać przy odmowie. Bo odmówisz, prawda?”

Jest radość − znana mi jedynie jako potencja − tak wielka, że aż boli. Zbytnio unaocznia bowiem to, co poza nią, na co dzień, a ujawnia się nie przed czy po, ale w trakcie, gdy śmiać się powinno, a tymczasem płyną łzy. Nie chcę zawadzać, choć wiem, że wyrzekając się tego, tracę więcej niż mi się wydaje…

   

Przychodzi też smutna wiadomość o konieczności rozstania, niedługim powiększeniu się rozdzielającej nas odległości. Może to coś pomoże − w uspokojeniu, odzwyczajeniu się, zapomnieniu. Choć do tej pory byłem przekonany, że to raczej narastająca intensywność kontaktu pomoże zmienić moje nastawienie, wciąż na nowo udowadniając błędność tak niefortunnie ulokowanych uczuć. Ale nic nie pomaga, bo wystarczy słowo, wspomnienie, imię, sms… A ja naprawdę się staram…

  

„Zadawał sobie pytanie, jak to się dzieje, że jedna jedyna osoba może stanowić dla nas zarówno źródło ogromnych cierpień, jak i nieodzowny warunek wszelkiego szczęścia”

  [Marina Mayoral, Smutny to oręż, co nie broni się słowem. Przeł. B. Jaroszuk].

  

Uświadamiam sobie też, jakie to upokarzające, że − choć pomijam szczegóły − tyle osób doskonale wie, o czym piszę. Choć tak im się tylko wydaje. Ja sam już dawno się w tym wszystkim pogubiłem…

  

Za bardzo chciałbyś mieć przyjaciół.

Nie myśl tyle o tym, nie myśl wcale. I już nie płacz, proszę…

  

sobota, 27 grudnia 2008
540. O tym, że nie ma tego złego...

  

Udało się, bez umyślnych działań w tym zakresie, przytyć do nieosiągalnych do tej pory 60 kilogramów. I gdyby nie powracające ostatnio, czy raczej nasilające się histerie, można by nawet liczyć na utrzymanie tej wagi. Ale za dużo tracę teraz łez, szans i nadziei. Znowu wszystko trzeba zaczynać od początku…

  

środa, 24 grudnia 2008
539. O "życiu rodzinnym" - czyli: Że znowu płaczę w Święta (choć nie z ich powodu)...

  

Ojciec zarabia na jedzenie, mama gotuje, ja zmywam naczynia. To jedyny logiczny ciąg, w który udaje mi się wpisać całą naszą trójkę. Wigilia jest parodią codzienności…

  

Ł. prosi mnie, bym przypomniał sobie najpiękniejsze Święta, jakie przeżyłem, wytężył wszystkie zmysły, przywołał tamtą atmosferę, by ponad rozdzielającą odległością połączył nas dźwięk łamanego opłatka. Ale tu nigdy nie pachniało jodłowymi czy świerkowymi gałązkami, choinka zawsze była sztuczna, nie wisiały na niej cukierki czy pierniki, które można by ukradkiem podjadać, na pasterkę się nie chodziło i nie wiem, jak nocą chrzęści śnieg pod stopami, jak śpiewa się kolędy pomimo zmarzniętych policzków, popękanych od mrozu ust… I nawet prezenty wciąż rozczarowywały, bo wszystkie książki, jakie dostawałem, były przewidziane dla znacznie młodszych niż ja ówcześnie dzieci. Na szczęście, od dawna już nie ma prezentów…

Z jakichś jednak powodów niecierpliwie czekałem na pierwszą gwiazdkę. Skończyło się jednak, jak wszystko, czego nie było. W życiu bez elementarnych doświadczeń zwłaszcza magia rodzinnych Świąt jest niepoznaną nigdy tajemnicą…

  

„Nie miał dzieciństwa − mówiła sobie − żadnej ze zwykłych radości, jakie świat powinien zapewniać dziecku. Ani ogrodu dokoła domu, ani wyjazdów do dziadków… Ani… Nie, nic z tych rzeczy. Nic prócz cierpienia. Bojaźliwego oczekiwania na nowe cierpienie. Na niepewną poprawę, na ulgę, która pozwalała mieć nadzieję, a nadzieja rozkwitała jak kwiat i jak kwiat więdła…”

            [Andreï Makine, Zbrodnia Olgi Arbeliny. Przeł. M. Hołyńska].

  

Ustawiczne zażenowanie przy składaniu życzeń, bo zawsze tylko banalne „Wszystkiego najlepszego…” jestem w stanie z siebie wydusić. W tym roku staram się nie czytać, nie odbierać, nie słyszeć − bo w mojej obecnej sytuacji nic równie bolesnego, jak świąteczne życzenia…

  

Chciałbym… tak się wszystkim nie wzruszać, nie płakać tyle każdego dnia, nie przeżywać każdego, kierowanego do mnie słowa. Nie musieć się bać sięgania po dzwoniący telefon. Nie zazdrościć innym. Odkochać się wreszcie − stracić tę ostatnią już radość i jedyny powód do życia…

  

poniedziałek, 22 grudnia 2008
538. O przekonaniach graniczących z pewnością...

  

„I tak, kalecząc wieczność, mijały dni i lata. Juan dojrzał radosną myśl, że co noc się umiera, a co rano odradza, i że każdego dnia życie rozpoczyna się na nowo. Uczepił się jej z nadzieją, że i dla niego nadejdzie kiedyś chwila pojednania z samym sobą, a wtedy wykrzesze z siebie odwagę do życia. Jednak nie wziął pod uwagę, że czas niszczy serce z taką samą cierpliwością, z jaką woda liże skałę i przemienia wyniosłość góry w pokorę piasku. W dniu, w którym odkrył, że nie ma już serca, zrozumiał także, iż oduczył się czuć”

          [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

    

sobota, 20 grudnia 2008
537. O "niedobrej miłości" (tytuł z Nałkowskiej zaczerpnięty, ze streszczenia jedynie znany)...

  

Tradycyjny szał nerwów i wzajemnych przekleństw przy sprzątaniu przed katolickimi świętami. Obłuda tego wszystkiego. I jeszcze oni…

Nie to, że każdego dnia doprowadzają mnie do wściekłości, rozdrażnienia lub płaczu; że przez nich czuję się skrępowany nawet we własnym pokoju; że są tak okropnie inni… Najbardziej uwiera mnie to, że w żaden sposób nie potrafię odpowiedzieć na ich miłość do mnie…

  

Po nocach wciąż w myślach obrazy wulgarnego, oderwanego od uczucia seksu albo masowej śmierci pośród fantastycznych w swej spektakularności batalii. Niezaznane nigdy potencje; Érōs i Thánatos. Ale nie dlatego codziennie budzę się zmęczony...

   

          „Kiedyż się straszny ten mój sen zakończy?”

                    [William Shakespeare, Tytus Andronikus. Przeł. L. Ulrich].

  

Wieczorem dane mi jest obejrzenie w telewizji filmu Plac Zbawiciela (Polska’2006; reż. Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze). Jakie to... znane, widziane wokół, przeżyte. Hipnotyzujące. A finał zawsze ten sam...

  

czwartek, 18 grudnia 2008
536. O (nie)konieczności - czyli: Heautontimorumenos...

  

„I znowu próbowałem jej i samemu sobie wyjaśnić, co to za niepojęte uczucia osaczają mnie w ostatnich dniach; że jak obłąkany stale myślę, że wszędzie wokół mnie czają się tajemnice i znaki; że, jak mi się zdaje, nawet nieme fasady domów wiedzą o mnie coś niedobrego i że zawsze uważałem, że muszę być samotny, i teraz, chociaż tęsknię do niej, jestem o tym przekonany bardziej niż kiedykolwiek. To nieprawda, powiedziała Marie, że potrzebna nam jest nieobecność i samotność. To nieprawda. Tylko ty się boisz, nie wiem czego. Zawsze trzymałeś się trochę na dystans, dostrzegałam to, ale teraz jest tak, jakbyś stał na progu, którego nie odważasz się przekroczyć. Wtedy nie byłem w stanie uświadomić sobie, jak bardzo miała rację, pod każdym względem, ale dziś − mówił Austerlitz − wiem, dlaczego musiałem się odwracać, kiedy ktoś zanadto się do mnie zbliżał, i że zdawało mi się, że ten odwrót jest dla mnie ocaleniem, a zarazem sam siebie uważałem za okropnego człowieka, do którego strach przystąpić

               [Winfried Georg Sebald, Austerlitz. Przeł. M. Łukasiewicz].

  

wtorek, 16 grudnia 2008
535. O porozumieniu w milczeniu...

   

                    „Ktoś list dostał. Komuś serce bije”…

                                        [Maria Pawlikowska-Jasnorzewska].

  

Fenomen mojej korespondencji z Ł. − nie odnosimy się niemal do tego, co napisał ten drugi, prawie nie odpowiadamy na swoje pytania, toczymy dialog nie rozmawiając. On mi pokazuje, co czyta, myśli, czuje; w kim się zakochuje. Ja mam do nazwania tylko pustkę. I czasem też wrażenie, że pisząc do mnie, on mówi sam do siebie. Zbyt dobrze to znam, by mogło mi się nie podobać…

  

niedziela, 14 grudnia 2008
534. O tym, że nie warto...

  

Piątek urozmaica kilkugodzinne pisanie listu motywacyjnego (ale jak do siebie zachęcić, gdy się nie ma chęci?); sobotę tradycyjne odkurzanie; dzień dzisiejszy czytanie o wojnach punickich. Jutro pewnie trzeba będzie pójść do sklepu, we wtorek może obejrzy się któryś z dawno nagranych filmów z telewizji. Trudno spodziewać się więcej do końca tego roku. Nie warto o tym pisać ani nie ma czego komentować. Zbyt męczące staje się też czekanie na jakikolwiek odzew, zbyt bolesne odmawianie…

Próbuję nabrać dystansu, jak gdyby chowanie się w sobie było jakimkolwiek rozwiązaniem...

  

„I ten błahy szczegół nie odegra żadnej roli w przepływie dni i nocy, którego nie ośmieli się już nazywać »swoim życiem«”

            [Andreï Makine, Zbrodnia Olgi Arbeliny. Przeł. M. Hołyńska].

  

19:25, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
piątek, 12 grudnia 2008
533. O końcu (nie! o kontynuacji) - czyli: Wieczne pokusy i wątpliwości jak ostatnio...

   

                    „A może wyższe to zwycięstwo

                    Nad czasem i nad przyciąganiem − 

                    Tak przejść, by nawet cień najlżejszy, 

                    Tak przejść, by nawet cień na ścianie

   

                    Nie został…

                                        Może by tak − odmową

                    Zmóc? Z luster wykreślić się i z czasu?

                    Przez Kaukaz wzorem Lermontowa

                    Przemknąć, nie poruszywszy głazów?

   

                    A może − wyższa to pociecha,

                    Móc palcem Sebastiana Bacha

                    Organowego nie tknąć echa?

                    Tak zetleć, by ni szczypty prochu

  

                    Na urnę…

                                        Może oszustwem − trwanie

                    Zmóc? Wypisać siebie z ziemskiej roli?

                    Po czasie jak po oceanie

                    Przemknąć, nie poruszywszy toni…

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. J. Salamon].

  

środa, 10 grudnia 2008
532. O pozbywaniu się - czyli: Że (nie) wszystko na sprzedaż...

  

Od dni kilku porządkuję szafy, półki, szuflady, przeglądam i wyrzucam tony papieru − mnóstwo tego, tysiące, całe życie notatek, wycinków, zeszytów, skserowanych tekstów nigdy nieczytanych, niezrealizowanych projektów. Historyczne artykuły, jakieś zdjęcia z czasopism − mistrzowskie ujęcia dzikich zwierząt (tygrys w biegu, lis wśród wrzosów, koliber w locie), krajobrazów, wybuchających wulkanów, zachodów słońca, pierścieni Saturna… Jeszcze więcej dzieł sztuki (obrazy, grafiki, rzeźby, mniej lub bardziej znane budowle, w rozpoznawaniu których stawałem się stopniowo niedyplomowanym mistrzem), fotosów filmowych (długie rzęsy Garbo, kapelusze Bogarta, nogi Marleny, kadry z Viscontiego − nie, tego na razie nie). Wszystko to latami odkładane do pudełek po bombonierkach, bo przecież takie ładne, bo może się kiedyś przydać, a potem zupełnie zapomniane, w swoim czasie niewykorzystane (jak odkrywane właśnie zapiski z czasów studenckich, które mogły być pomocne, gdy sam później nauczałem), daremne, nic dziś nieznaczące, niepotrzebne. Materiały do pracy magisterskiej i doktoratu (setki listów Gogola i ód Łomonosowa ręcznie przepisanych, z zaznaczeniem różnymi kolorami kwestii odpowiednich) do kosza wędrują. Przynajmniej jednego balastu od teraz już mniej… 

   

                    „Enough of science and of art;

                    Close up these barren leaves”

                                        [William Wordsworth, The Tables Turned].

  

P. jest kolejnym, który nie pozwala się już dłużej czytać. Nie wie, że radość uczestniczenia w jego dynamicznym życiu dawała mi siłę, by znosić monotonię własnego. Będzie mi brakowało tego zachwytu nad pięknie się rozwijającym mężczyzną z wielką klasą i prawdziwym talentem…

A może by tak pójść w jego ślady i też wykreślić stąd − siebie lub innych. Ci, co będą chcieli i tak znajdą do mnie drogę. A ja ich najpewniej odtrącę...

  

poniedziałek, 08 grudnia 2008
531. O "przeklętej przelotności" - czyli: Że piątki wypadają u mnie raz na kilka tygodni zaledwie, a w międzyczasie nic...

  

„Pętała go niemoc, która jednocześnie nie wykluczała przyjemności. Można powiedzieć, że odczuwał ją intensywniej niż inni, ale przyjemność mijała i natychmiast, bez żadnego poślizgu, wpadał w otchłań niemocy i smutku.

(…) Istotą melancholii, do której wracał, nie była cicha rezygnacja, filozoficzna zgoda na porządek rzeczy, ale bunt, tym bezsilniejszy, im mijająca przyjemność wydawała mu się bardziej bezpowrotna”

                              [Eustachy Rylski, Człowiek w cieniu].

  

piątek, 05 grudnia 2008
530. O tym, że nie wolno mi marnować najmniejszej nawet okazji, bo to wszystko i tak zbyt rzadko, krótko, mało...

  

Powrót po tygodniach, przepustka z więzienia, prezent dla samego siebie w przededniu Mikołajek (innego nie dostanę) − prawdopodobnie ostatni w tym roku Wrocław. I dwugodzinna galopada, żeby tylko zdążyć ze wszystkim przed południem. New Yorker w Arkadach (z ruchomych schodów nieśmiało podpatruję, jak radzą sobie w Trafficu beze mnie); Empik na Kościuszki (żeby zobaczyć, cóż to za 1000 genialnych rzeźb ostatnio wyszło); spojrzenie w półobrocie na błyszczącą złotem spod rusztowań Renomę (i ostatnia nadzieja zawodowa, przyszłorocznie wiosenna z nią związana); H&M na Świdnickiej (spodnie: długie rozbieranie się, ubieranie, by przy wyjściu zobaczyć jeszcze ładniejsze, i od nowa…); Tania Książka na Ruskiej (jedyny egzemplarz Wniebowstąpienia z lekko odklejoną okładką − po namyśle rezygnuję); Świat Książki na trakcie jutrzejszego solenizanta (Yukio Mishima z braku pomysłu na obowiązkowe cokolwiek); Empik w Rynku (zaskakująco niebotyczne zawalenie pudłami z towarem); i wreszcie Targi, czyli w Muzeum Architektury wizyta po raz pierwszy (ścisk w wejściu niesamowity, szybki obchód zatem, nowego dla dorocznych ekspozycji lokum obwąchiwanie, w efekcie którego tylko ostatniego Michnika, odnalezione inedita Herberta i Życie polskie w XIX wieku wynieść się udało, bez tradycyjnego na stoisku PIW-u połowu, że o kuszących ilościami nieprzebranymi Czytelniku, Czarnym, Literackim, W.A.B. i innych Iskrach nie wspomnę)…

Ale nie było dla kogo tak się spieszyć. Coś źle najwidoczniej w dzień poprzedni zrozumieć musiałem i − nie przyjdą. Tak oto półtoragodzinna luka w planie precyzyjnym powstała, który jednego tylko uwzględnić nie zdołał − że marzenia się nie spełniają. Więc potem już tylko żal do siebie, i w wodę tępe wpatrywanie, potem fryzjer w Idealu (gdzie ciąć nie potrafią, a i tak człowiek wychodzi bardziej zadowolony niż tam, gdzie umieją), pociąg i dom… Gdy wracam po 16.00, zmierzcha się już dostatecznie, by nie było widać, że mam czerwone oczy. Bo prezent był nieudany.

Chociaż − pięć spotkań z czterema osobami w tym roku to i tak więcej niż dwa z jedną w ubiegłym. Tempo moich postępów jest zaiste mordercze…

   

środa, 03 grudnia 2008
529. O wstydzie - czyli: O godności...

  

Widzę go podczas niemal każdej swojej wizyty w Intermarch­é (z jakichś powodów nie lubię Tesco ani Biedronki) jak wykłada na półki butelki z Coca-colą i wodą mineralną. W szkolnych jeszcze latach chodziliśmy do jednej klasy; dziś nie umiem się z nim nawet przywitać − omijam go wzrokiem, nie poznaję. Być może dlatego, że za wszelką cenę chcę zapomnieć tamten smutny okres, w którym obaj służyliśmy za pośmiewisko, choć z odmiennych powodów. Był w pewnym stopniu upośledzony intelektualnie i emocjonalnie − i może mniej się od niego różnię niż wówczas myślałem. Może tego właśnie się dziś boję? A może po prostu wstyd mi, że jemu bardziej się w życiu udało. Ma pracę, coś potrafi, coś tam zarabia i może nawet żywi do siebie szacunek…

  

Archiwum
Tagi