~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
środa, 30 grudnia 2009
724. "W moim początku jest mój kres"... *

  

Mniejsza w tym roku ochota na podsumowania, bo też wrażenie stania w miejscu, a nawet oddalania się od upragnionego celu coraz to wyraźniejsze, bardziej dojmujące. Na domiar złego jeszcze dwa dni i rocznikowo przynajmniej trzydziestka. A przecież mimo wszystko, a jednak… – rozwijająca się ogromna przyjaźń z Anią (cztery spotkania, co kilka dni długie rozmowy, jej czułość i wsparcie), pierwsza samodzielna podróż: dwie doby u chłopców w Łodzi, cudowne trzy tygodnie nieustannego zachwytu w Warszawie, do tego trzy seanse kinowe i pierwszy spektakl teatralny (a wszystko to w sympatycznym towarzystwie) plus pewien dość szczególny pokaz w wąskim gronie, wreszcie zaś: doświadczenie stażowania i, po roku przerwy, zarabiania – czynią 2009 jednym z najdonośniejszych w moim cichym życiu, stawiając go w jednym rzędzie z niezrównanym, wspaniałym i strasznym 2007.

Poznałem też dwie nowe osoby, które jednak, wraz z kolejnymi dwoma z ubiegłego roku, przestały się zupełnie odzywać. Nie umiałem najwidoczniej okazać im swojej ogromnej sympatii – lub też sympatia ta okazała się dla nich zbyt męcząca. W ten sposób lista moich rzeczywistych znajomych skurczyła się z siedmiu do trzech, a właściwie: dwóch i pół. Tylko tyle, raz na kilka miesięcy – oto granice mojego świata i efekt rocznych usiłowań…

  

* Thomas Stearns Eliot. Przeł. A. Pomorski

   

poniedziałek, 28 grudnia 2009
723. ..."dom nasz i majętność całą"...

  

Niczym wizja jakaś, nagłe jak olśnienie – i bolesne także, tak, jak nigdy chyba – własnej przestrzeni pragnienie, budowanie jej od podstaw razem z Tobą – zakupami, posiłkami, rozmowami – nasz parapet, książki nasze, nasze noce – i aż serce ściska, mózg przewierca, łzy wylewa – bo choćby jeden pokój, jeden tylko człowiek – to tak bardzo, nieustannie niemożebny…

   

                    „Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie.

                    Kto teraz sam jest, długo pozostanie sam

                    i będzie czuwał, czytał, długie listy będzie

                    pisał i niespokojnie tu i tam

                    błądził w alejach, gdy wiatr liście pędzi”

                                        [Rainer Maria Rilke. Przeł. M. Jastrun].

  

piątek, 25 grudnia 2009
722. Noël...

 

Udaje się to – łatwiej nawet niż rok temu – przeżyć. Wigilia dziwnie rozłożona na obiad z barszczem i pierogami, a potem kolację z halibutem i śledziami. I gdzieś pomiędzy nimi zdawkowe tylko życzenia – ten zawsze najtrudniejszy dla mnie moment. Prezentów nie ma już od wielu lat i nie potrzeba do tego żadnej Advent Conspiracy – wystarczy brak pieniędzy i rodzinnych uczuć…

Rano tak wyczekiwany znak – i wiadomość, że u innych może być inaczej. Że się wciąż na nowo spełnia… Z trudem muszę skrywać swoje roztrzęsienie, zapłakane oczy, drżenie w całym ciele. Rani mnie nieustannie cudze szczęście – bardzo się za to nie lubię. I nie lubię życia, które na każdym kroku przypomina, czego nie mam, na co się nie zanosi…

  

środa, 23 grudnia 2009
721. "Now, Voyager"...

  

Wolne dni i godziny zajmują ostatnio wizyty u kolejnych lekarzy – czterech w przeciągu tylko ostatniego tygodnia. A to wstydliwe wyznania przed specja-listami, a to starania o samo jedynie skierowanie: dopiero przy trzecim podejściu się udaje. Dziś zaś nawet pojechać do Wrocławia trzeba było, żeby się zapisać na za miesiąc – osobiście, bo przez telefon nie ma możliwości

Od jutra na śniadanie po pięć tabletek plus w zapasie jedna, gdybym kiedyś wypróbować chciał swą gotowość do zaznania dłuższej przyjemności. Ćwierć tysiąca złotych na to wszystko poszło. Nie stać mnie na luksus chorowania…

  

Pociąg do Wrocławia opóźnia się o godzinę – widocznie mżawka przeszkodziła. Tanie Linie Kolejowe droższe o dziewięćdziesiąt procent od przewozów regionalnych przy tym samym czasie jazdy. Przekleństwa ludzi na dworcu, na próżno spieszących do pracy, bezradna pani przy kasie.

Ja z nosem przy oknie. Patrzę na nagie drzewa z plątaniną gałęzi nie do ogarnięcia. Naturalizm przechodzący w abstrakcję…

  

Pomysł, że w Empiku w Renomie – największym rzekomo na zachód od Warszawy – odnajdę w końcu tę książkę, okazał się proroczy. Kartkuję więc strona po stronie, oglądam zdjęcia, reprodukcje. Ładne, ciekawe, przydatne. Chciałbym chyba mieć, przestudiować to, o czym wciąż nie mam żadnej prawie wiedzy. Ale nie wolno takich rzeczy trzymać w domu. Musiałbym się najpierw wyprowadzić…

  

Kurtka chłopca, siedzącego za mną w pociągu, oprawki okularów i nos tego, który idzie przede mną, kilkakrotny przebłysk kogoś w mej pamięci. Jutro te straszne święta. Dyżur samotny mam w Wigilię w pracy. Tak jakby kiedykolwiek istniało coś innego niż samotność…

  

wtorek, 22 grudnia 2009
720. Les neiges d’antan...

  

Przez dni kilka, w zimne ranki, śnieg przyjemnie chrzęści pod nogami, mróz różowi nosy, szczypie w uszy, okutuje dzieci w czapki z pomponami i na sznurku rękawiczki. Śmieszne to, a mnie się dodatkowo przypomina – zapadanie w śnieżnym puchu po kolana to najstarszy obraz w mej pamięci. Nie pisałem o tym już przed rokiem, dwoma laty? Wciąż powracam do tych dni przedszkolnych i nie mogę odżałować, że minęły, że tak różne od nich było to, co przyszło potem. Kiepskie musi być to moje bytowanie, skoro trzeba cofnąć się o lat dwadzieścia ponad, by odnaleźć w sobie ślad radości…

  

„(…) potrzeba czystej, mocnej, szczerej, niewinnej fantazji, niezachwianej i niezmąconej strachem fantazji owego szczęśliwego wieku, w którym życie oszczędza nas jeszcze, nie śmie nałożyć na nas obowiązku ani winy, gdy wolno nam widzieć, słyszeć, śmiać się, dziwić i marzyć, nie oddając światu usług… gdy niecierpliwość tych, których wszakże chcielibyśmy kochać, nie domaga się jeszcze od nas oznak ani pierwszych dowodów, że jesteśmy gotowi gorliwie spełniać owe usługi… Ach, już niezadługo, jakże ciężko i przemożnie zwali się na nas wszystko, by nas opanować, ćwiczyć, ukrócać, wyprostowywać, niszczyć”

             [Thomas Mann, Buddenbrookowie. Przeł. E. Librowiczowa].

  

Wczorajszy jeszcze wieczór rogiem prawie zjedzonego już księżyca przeszywa lodowato mi policzki, a już dzisiaj odwilż, ciapa, plucha – i wyraźnie cieplej. „Lecz gdzież są niegdysiejsze śniegi?”…

  

23:05, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 20 grudnia 2009
719. Interactions - czyli "Rose is a rose"...

  

Od samego początku chciałem być kimś innym. Napomnienie nosce te ipsum ma dla mnie posmak popiołu, od kiedy nauczyciel kazał mi powtarzać tę formułę. Znałem siebie, aż za dobrze, i nie podobało mi się to, co o sobie wiem. Ale znowu muszę poczynić tu pewne zastrzeżenia. Nie do siebie samego czułem awersję, nie do »ja« pojedynczego, esencjalnego – choć przyznaję, że nawet samo pojęcie esencjalnego, pojedynczego »ja« jest czymś problematycznym – ale do nagromadzenia afektów, skłonności, prawd branych na wiarę, klasowych uprzedzeń, którymi moje pochodzenie i wychowanie obdarowały mnie w miejsce osobowości. W miejsce, tak. Zamiast. Nigdy nie miałem osobowości, nie w tym sensie, w jakim inni ją mają, lub zdaje im się, że mają. Byłem zawsze wyróżniającym się nikim, którego bezwzględnym życzeniem było stać się niewyróżniającym się kimś. Wiem, co mówię. Anna, od razu to zrozumiałem, posłużyłaby mi za medium mojej transmutacji. Była jak krzywe zwierciadło, w którym wszystkie moje zniekształcenia wróciłyby do normy. Dlaczego nie być sobą? – zapytała mnie pewnego dnia, na początku naszej znajomości. »Być sobą«, zwróćcie na to uwagę, nie »znać siebie« – z litości nad moimi nieporadnymi próbami zrozumienia wielkiego świata. Bądź sobą! Co oczywiście znaczyło: bądź kimkolwiek chcesz być. Taki zawarliśmy pakt, że uwolnimy się nawzajem od tego ciężaru, jakim jest konieczność bycia ludźmi, którymi jesteśmy w oczach innych. A przynajmniej ona uwolniła mnie od tego ciężaru, ale co ja dla niej zrobiłem? Być może nie powinienem włączać jej do podróży ku niewiedzy, być może tylko ja pragnąłem tę niewiedzę osiągnąć.

A problem, z którym teraz zostaję, jest właśnie problemem wiedzy. Kim, jeśli nie samymi sobą, byliśmy? Dobrze, nie wplątujmy w to Anny. Kim, jeśli nie sobą samym, byłem? Filozofowie mówią, że to inni nas określają, że inni kształtują nasze bycie. Czy róża jest czerwona w ciemności? Czy w lesie na dalekiej planecie, gdzie nie ma uszu, które mogłyby słuchać, drzewo pada z łoskotem? Pytam: kto miał mnie znać, jeśli nie Anna? Kto miał znać Annę, jeśli nie ja? Pytania niedorzeczne. Byliśmy razem szczęśliwi, albo raczej nie byliśmy nieszczęśliwi, a to więcej niż się udaje większości ludzi – czy to nie dość? Były napięcia, były konflikty, jak w każdym związku takim jak nasz, jeśli takowe w ogóle istnieją. (…) Kończyliśmy nasze kłótnie śmiechem, gorzkim śmiechem, ale był to mimo wszystko śmiech, speszeni, nawet nieco zawstydzeni, nie naszą brutalnością, ale jej brakiem. Walczyliśmy ze sobą, żeby czuć, i żeby czuć się rzeczywistymi ludźmi, byliśmy bowiem ludźmi, którzy stworzyli się sami od zera. Ja takim byłem.

Czy mogliśmy, czy mogłem, postępować inaczej? Czy mogłem żyć w inny sposób? Jałowe dociekanie. Oczywiście, że mogłem, ale nie żyłem, i w tym tkwi cały bezsens samego pytania. A poza tym, gdzie są te wzorce autentyczności, względem których mógłbym zmierzyć swoje spreparowane ja? (…) Bardzo się staraliśmy, ja i Anna. Przebaczyliśmy sobie wszystko to, czym nie byliśmy. Czegóż więcej można oczekiwać na tym padole cierpienia i łez? (…) A mimo to nie mogę pozbyć się myśli, że coś nam umknęło, że mnie coś umknęło, z tym że nie wiem, co to mogło być.

Pogubiłem się. Wszystko się pomieszało. Czemu dręczę się tymi nierozwią-zywalnymi paradoksami, czy mało mi było kazuistyki? Daj sobie spokój, Max, daj sobie spokój”

                         [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

  

czwartek, 17 grudnia 2009
718. Delirium tremens...

   

               „A jednak czasem łapię się na tym, że mój zmętniały umysł

               toczy szklistym wzrokiem

               za imieniem bez twarzy, lub twarzą bez imienia”

                                                  [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

  

Uwagę przyciągają głównie niewinne, błahe z pozoru detale: czapka z przekrzywionym daszkiem, grzywka opadająca na czoło, oprawki okularów, wykrój nosa, skórzana torba na ramieniu, wąskie spodnie, płaszcze z pagonami, białe buty do niebieskich dżinsów, ręce w kieszeniach, sposób kołysania biodrami… Jaki fajny, swobodny i normalny chłopiec – mówię sobie tyle razy na dzień, mijając niemalże każdego, wciąż pragnąc być kimś innym zupełnie od siebie, goniąc za czymś zazdrośnie, bezowocnie. Czy siebie lepszego na ulicach poszukuję, czy też kogoś jak ja tożsamego, by się zespolić nareszcie i zrozumienie, ukojenie znaleźć? Narcyzm i egoizm a homoerotyzm – przyczynek do studium zjawiska…

  

Te mroźne przeraźliwie, puste noce, chłodna w swej śliskości pościel, krew, co napływa, co buzuje tu i ówdzie. Że też tyle żaru musi się w wieczór każdy, każdego poranka marnować. Bierze mnie chyba gorączka…

  

wtorek, 15 grudnia 2009
717. Associatio...

 

W pracy dziś świętują wigilijnie, ale ja nie jestem z nimi. I specjalnie tak to urządziłem…

Wystawa na wrocławskim Dworcu Głównym o wiadukcie kolejowym w Bolesławcu przypomina mi, że On gdzieś właśnie stamtąd. Uśmiech zatem. Potem monolog w wyobraźni do Niej, że choinkę na Rynku znów mamy w Polsce najładniejszą. I znów radość. Lecz poza tym szaro, smutno, samo. Skrócenie się u fryzjera o centymetr, walka ze skrępowaniem u lekarza, tradycyjnie bezowocne wypatrywanie trzech branżowych książek w Empiku i Trafficu, które choćby pooglądać chciałoby się, zetknięcie z byłą swoją studentką za ladą w Dedalusie. I dziesiątki razy zachwyt młodymi ludźmi na ulicach. Ich naturalną swobodą, własnym stylem lub nieświadomością stylu – gdy ja jedynie półśrodki, braki, kompromisy... Te chłopięce twarze, to pragnienie przemożne, to wspomnienie w tle gdzieś, w tyle głowy…

A już w domu histeryczny płacz – i wrażenie, że się zawsze tak wypady owe kończą. Rady nie ma, póki będziesz wracać…

  

23:06, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 14 grudnia 2009
716. Fulfilment and embarrassment...

  

Trzymać się udaje rygorystycznego planu zarabianio-oszczędzania (niebotyczne dotąd pięć tysięcy złotych za półtora miesiąca powinienem mieć), więc sprawiony sobie z nadwyżek drobnych prezent około-mikołajkowo-świąteczny zburzyć go nie powinien. Przybywa mi zatem na półce prawie cztery i pół tysiąca promocyjnych stron – Littell, Krawczuk i cztery Nabokovy do kompletu. A chciałoby się jeszcze Grossmana, Ginzburg, Figesa, Sebalda, Shalev, Bobkowskiego, Tazbira i Iwaszkiewicza… – ech, może w przyszłym roku. I znowu czułe spojrzenia w stronę regału – sięganie, oglądanie, dotykanie, czytelnicze plany na dni wolne, których mało tak ostatnio, że weekend wciąż gdzieś ucieka i urlopami trzeba się wspomagać...

  

Wytrzymać ten chłód zimowy, stawić czoła temu tygodniowi medycznemu – dwie wizyty u różnych specjalistów od spraw najintymniejszych jutro we Wrocławiu i w sobotę tu na miejscu. Jak wydusić to z siebie, o czym nie wie nikt, jak pokazać, jak zapytać, wreszcie się dowiedzieć? I czy da się z tym coś wreszcie zrobić, czy jest do pomyślenia, że ja, kiedyś...

  

niedziela, 13 grudnia 2009
715. Incurable...

  

„Mawiała życzliwie, że to czy tamto mu przejdzie (…), ale przez cały czas w gruncie rzeczy sądziła, że nie ma dla niego nadziei, że jak na jej gust jest w ogóle zbyt nieodwracalnie naiwny, zbyt trwale samolubny, wierny sobie, że bez przerwy próbuje być takim, jakim sobie siebie wyobraził, niepoprawny skrupulant w niewoli własnych nędznych standardów, nieszczęsny, oto, co o nim myślała, nieszczęsny, o to jej chodziło”

[Samuel Beckett, Sen o kobietach pięknych i takich sobie. Przeł. B. Kopeć-Umiastowska i S. Magala].

  

piątek, 11 grudnia 2009
714. Asymmetrically...

  

Wydaje mi się, że płakała. Że był ku temu słuszny powód. Ale brak mi już sił, by przepraszać za samego siebie, by tłumaczyć warunki, które mnie wciąż na nowo takim czynią. Te zewnętrzne, przeklęte czynniki, które muszę na każdym kroku uwzględniać: wystraszone zerkanie w bok, odczekiwanie, uspokajanie się, wyznaczanie sobie czasu, gdy można, a nie, gdy się chce

Wszystkie relacje z tym kilkorgiem ludzi, na których mi zależy, opierają się na zadawaniu bólu lub odczuwaniu krzywdy. I chyba tak już będzie…

  

„Nie wiem, jak tu rozwiązać ten problem. Nic nie wiem prócz tego, że asymetria odbiera ludziom szczęście”

            [John Maxwell Coetzee, W sercu kraju. Przeł. M. Konikowska].

  

środa, 09 grudnia 2009
713. Splendid isolation...

  

A w pracy mej upiornej robi się nawet ciekawie: co kilka dni jakieś fochy, pretensje i awantury; omdlenia, lekarskie interwencje, kryzysy; wściekłości, przekleństwa, kurwice; zwolnienia dyscyplinarne, wzywania na dywanik, obcinanie premii; zabijanie wzrokiem, nieodzywanie się do kogoś, oczernianie… Ja zaś z boczku, milczkiem i kącikiem – podpatruję tylko, słucham, się dziwuję. Bo już w nosie mam to wszystko, i powyżej. I po deszczu nawet wolę iść niż się komuś stąd dać do domu podwieźć…

Tylko i wyłącznie swoje obowiązki – ani słowa czy uśmiechu więcej…

  

Tagi: praca
22:59, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 06 grudnia 2009
712. Untruthfulness...

  

Po raz pierwszy chyba przychodzi bez uprzedniej, prowokującej urojenia myśli, nieoczekiwany, w śnie prawdziwym, nie na jawie; tak wyraźny, namacalny, uśmiechnięty… Tłumaczę to sobie jako objaw nie tęsknoty, ale mego nareszcie – smutnego przecież – pogodzenia z losem. Bo nie byliśmy tam, we śnie sami. I czas zrozumieć, że nigdy nie będziemy…

  

„Nie kochałem cię, nie kochałem cię. Nie powiedziałem ci, że cię kocham, ponieważ cię nie kochałem”

                   [Louis Aragon, Wyrok śmierci. Przeł. K. Dolatowska].

  

22:41, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
piątek, 04 grudnia 2009
711. Loveless...

  

„Brod odkryła sześćset trzynaście rodzajów smutku, a każdy był jedyną w swoim rodzaju, odrębną emocją, nie bardziej podobną do któregokolwiek spośród pozostałych smutków niż do gniewu, ekstazy, poczucia winy czy bezsilności. Był zatem Smutek Lustrzany. Smutek Udomowionych Ptaków. Smutek Zasmuconego w Obecności Ojca lub Matki. Smutek Humoru. Smutek Miłości bez Ujścia.

Była jak tonący, który miota się, próbując chwycić się czegokolwiek, co mogłoby posłużyć za deskę ratunku. Jej życie było pospieszną, rozpaczliwą walką o uzasadnienie własnego życia (…) powolnym uświadamianiem sobie, że świat nie jest dla niej, a ona z jakiegoś niewiadomego powodu nigdy nie będzie jednocześnie szczęśliwa i uczciwa. Czuła się przepełniona, jakby nieustannie wytwarzała i gromadziła we własnym wnętrzu coraz to nowe zasoby miłości. Ale miłość ta nie znajdowała ujścia. Stół, amulet z kości słoniowej, tęcza, cebula, fryzura, mięczak, szabas, przemoc, naskórek, melodramat, rów, miód, serwetka pod kieliszek… Nic z tych rzeczy jej nie wzruszało. Podchodziła do swojego świata uczciwie, szukając czegoś, co zasługiwałoby na te bezmiary miłości, o których wiedziała, że je w sobie nosi, lecz wszystkiemu po kolei musiała oświadczać: Nie kocham cię. Korobrunatna sztacheto w płocie: Nie kocham cię. Wierszu zbyt długi: Nie kocham cię. Południowy posiłku w misce: Nie kocham cię. Fizyko, sama ideo fizyki, prawa fizyczne: Nie kocham was. Każde poszczególne zjawisko odczuwała tak, jakby było tylko sobą i niczym więcej. Każda rzecz była jedynie rzeczą, bez reszty ugrzęzłą we własnej rzeczości.

Gdybyśmy na chybił trafił otworzyli jej dziennik (który niewątpliwie prowadziła i prowadzała się z nim wszędzie – wcale nie z obawy, że go zgubi albo że ktoś go wyszpera i przeczyta, lecz z lęku, że pewnego dnia natknie się może na tę jedyną rzecz godną wreszcie opisu i zapamiętania, a wtedy okaże się, że nie ma na czym pisać), znaleźlibyśmy tam w ten czy inny sposób wyrażone uczucie: Nie jestem zakochana.

Musiała więc zadowolić się wyobrażeniem miłości – kochać własne ukochanie rzeczy, których istnienie było jej najzupełniej obojętne. Sama miłość stała się dla niej obiektem miłości. Brod kochała siebie zakochaną, kochała kochać kochanie, tak jak kochanie kocha kochać, i potrafiła dzięki temu pogodzić się ze światem, tak bardzo nie dorastającym do jej nadziei. To nie świat był wielkim, zbawiennym kłamstwem, lecz jej własna chęć uczynienia go pięknym i sprawiedliwym, jej zgoda na życie o krok od rzeczywistości, w świecie o krok odległym od tego, w którym najwidoczniej żyli wszyscy inni ludzie.

(…) Utrzymywała pod swoim oknem skrupulatną równowagę, nigdy nie dopuszczając mężczyzn za blisko, ale też nie pozwalając im zanadto się oddalić. Rozpaczliwie ich potrzebowała – nie tylko ze względu na drobne przysługi czy z uwagi na przedmioty, które mogli sprawić Jankielowi i jej (…), lecz i dlatego, że pomagali zatkać wyrwę w tamie, chroniącej ją przed dobrze znaną prawdą: przed świadomością, że nie kocha życia. Nie istniał żaden przekonujący powód, żeby żyć

     [Jonathan Safran Foer, Wszystko jest iluminacją. Przeł. M. Kłobukowski].

  

środa, 02 grudnia 2009
710. Exhausted...

  

Od zmęczenia zaczyna się dzień. Półprzytomne spojrzenie, podkrążone oczy, powłóczysty krok. Głowa, którą trudno po paru godzinach utrzymać, powieki, co się same zamykają. Osiem godzin dziennie przez pięć dni w tygodniu – nie wiem, kto to wymyślił, ale tego się nie da wytrzymać...

I jeszcze ta wewnętrzna niechęć, ta odraza do wszystkiego, co wokół, co się musi robić. Przymus na każdym polu, zero zaś przyjemności, zero też własnej woli – chyba że w odmawianiu. Nie chcę tak żyć, do cholery, i nie mogę…

  

Cowieczorne ćwiczenia przynoszą po paru miesiącach efekty: wcale nieźle zarysowane ramiona, wysklepiona klatka, płaski, twardy brzuch. Ale kto w to uwierzy, widząc tak cienkie nadgarstki? Sił też zresztą jakoś nie przybywa, krew uderza do głowy, żyła występuje na czole, dławi brak tchu już po paru ruchach. Gdybym uprawiał seks, pewnie ryzykowałbym życiem – i nawet pomysłowy to sposób na popełnienie samobójstwa...

  

We wsi Borowina zabójstwo rodziców przez nastoletniego syna z powodu nieakceptowania jego homoseksualizmu. Myślę o naszym domu złym, o tym, jak bezsilny się nierzadko czuję...

  

Archiwum
Tagi