~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
piątek, 31 grudnia 2010
886. Tak samo, tylko bardziej...

 

Te dni, Wigilia czy Sylwester, gdy w biurze pozostaje tylko parę osób, kiedy nie dzwonią telefony, nikt nie pogania, nie przeszkadza, gdy włącza ktoś muzykę – dobrze się tak pracuje, nic nie robiąc… Szkoda, że na ostatnim dniu się kładzie cieniem „Pedzio!” krzyczany za plecami na ulicy. Wszystkiemu pewnie winien ten kapelusz, na który się zdecydowałem rano z obawą, że tak właśnie będzie, z szeregiem wątpliwości… Jak gdybym i bez niego mógł czuć się w mieście tym bezpieczny i anonimowy…

  

A jednak, przyznać trzeba, to cztery lata już, kiedy kolejny każdy rok wydaje się być lepszy. I choć największe w tym okresie także klęski, straty i łzy, to przecież idzie naprzód. Ten dwa tysiące dziesięć: dwa Krakowy, pierwszy raz zagranica, kilka pieszczot; jedno spotkanie z innym chłopcem, praca i oszczędności… Iskierka, co chciałaby wybuchnąć w dwa tysiące jedenastym rewolucją… Niech się więc żarzy coraz mocniej i dojrzewa, darzy nam wszystkim (A., J., P., T., W., A., M., D., M. szczególnie), mnie przydarzy!...

  

środa, 29 grudnia 2010
885. Nie dziwi nic...

  

Człowiek przedziera się przez zaspy jak jakiś pieprzony Amundsen, nie kupuje ulubionego tygodnika, bo nie dojechał do tej dziury, w której przyszło mu żyć, ośmiesza się (głównie przed samym sobą) w pracy, upierając, że „Kobieto! puchu marny!” to z pewnością nie Mickiewicz, na obiad w domu ma same ziemniaki – a jednak humor go od weekendu nie opuszcza. Przełom starego i nowego roku zapowiada się rzeczywiście wyjątkowo, bo może nareszcie – z uśmiechem…

  

W „POLITYCE” sprzed tygodnia fascynująca historia Ryszarda Walkowiaka, odkrywającego w siódmej dekadzie swego życia, że jest Ewarystem – synem hitlerowskiego oficera i Heleny Lossow, późniejszej Wielkiej Siostry Joanny od Ekumenizmu, typowanej na świętą Kościoła. Niezliczone przeszkody, jakie trzeba było pokonać na drodze do poznania prawdy – niechęć i opór krewnych, urzędników, instytucji: bo nie można szargać dobrego imienia, bo po co to komu, bo jeszcze pan zaszkodzi

Ta przysięga młodej zakonnicy na Biblię, że nigdy nie zobaczy własnego syna. Czy świętość nie zrodziła się właśnie z owych przepłakanych nocy?...

Pojmowanie Historii jako sumy losów pojedynczych ludzi, jako splotu węzłów i rozdarć, przechodzących poprzez rodziny, narody, kultury, zrozumienie dla wszystkiego, co się zdarza uważam za bodaj najcenniejszy ze swych darów. Przynajmniej to jedno odkryłem dostatecznie wcześnie…

   

niedziela, 26 grudnia 2010
884. Dary losu...

 

Narobił sporo zamieszania, napsuł mi krwi, po czym zmienił plany i w Wigilię wpadł tylko popołudniem, nie czekając na kolację, ruszając gdzieś w dalszą drogę. Jakież to typowe dla tego wuja-zbója – przypomina się moje bierzmowanie, na którym miał być świadkiem, a w kluczowym momencie okazało się, że nie przyjechał i ostatecznie, po kościelnej bieganinie, musiał przy mnie stanąć ksiądz-katecheta… Kogóż można bardziej zapiekle nienawidzić niż własnych krewnych?…

Minęło więc szybko i raczej spokojnie. Od paru już miesięcy zresztą nie pojawiają się w domu pewne tematy, krzyki i ataki – kilka odświętnych posiłków z rodzicami to dość godziwa za to cena. I nawet były prezenty – choć jest coś żenującego w tej polskiej tradycji obdarowywania się wełnianymi skarpetkami i dezodorantami, czymś przede wszystkim praktycznym. Dziedzictwo PRL-owskich niedoborów, które nawet ja sam wciąż pamiętam. Może kiedyś ktoś sprezentuje mi płytę albo książkę. Ale wtedy i jemu (jej?) wypadałoby chyba coś kupić…

À propos – od pół roku wybieram golarkę. Dopiero ostatnio był czas przysiąść, poszukać, poczytać i model Philips RQ 1180 najbardziej mi – jak się wydaje – odpowiada. Daj sobie odrobinę luksusu, jak już dostałeś tę premię…

    

piątek, 24 grudnia 2010
883. Childishness...

  

„[Magda:] Nie znoszę życzeń, dotykania, całowania. Tego momentu, który jest zarządzony, że mamy się wszyscy ze sobą godzić. Zwłaszcza z rodzicami to jest udręka. Bo mama znowu próbuje mnie zasypać tymi gestami, tymi słowami, które brzmią fałszywie, bo zawsze były zamiast tego, co dla mnie ważne. Strasznie jestem wyczulona na taką hipokryzję.

Matka rzuca się więc na mnie, całuje, mówi, że jestem dzielna (…). A ten jej głos ma jakąś taką wibrację, że normalnie nie mogę. Stoję jak wrośnięta. A potem, jak ona już skończy swoje, to mówię tylko: dziękuję, wszystkiego najlepszego.

Staram się, żeby to nie było demonstracyjne, bo to nie ma być demonstracyjne, ale niestety na więcej mnie nie stać.

(…)

[Andrzej:] Wszystko (…) stało się bardzo powierzchowne, a życzenia przybrały formę: ty wiesz, czego ja ci życzę, synu. Co zresztą też mnie denerwuje, bo w tym jest takie fałszywe przekonanie, że ja wiem, o co im chodzi, że między nami jest jakaś wspólnota. A ja chcę jednego: dowieść, że jestem inny niż oni.

– Ale ty przecież wiesz, czego oni ci życzą?

– Wiem, ale to olewam. To znaczy chcę olewać. Niech nie myślą, że mają nade mną władzę.

– A nie miałeś pomysłu, żeby być z nimi szczerym?

– W czasie Wigilii?

– Tak.

– Nie, bo najgorsze nieszczęście, jakie się może wydarzyć w Wigilię, to szczerość. A ja w gruncie rzeczy kocham swoich rodziców i nie chcę im psuć świąt.

(…)

[dr hab. Bartłomiej Dobroczyński:] Naturalny powód świąt Bożego Narodzenia został utracony. Nie ma już potrzeby wspólnego bycia wobec czegoś, co nas otacza, jest niezrozumiałe, wielkie, groźne.

Religia już nie działa, więc nie ma też tego połączenia. »Religiare« znaczy przecież »wiązać«.

A do tego pogłębia się rodzinne zamieszanie, bo każdy ma inne wyobrażenie na temat siebie i innych, każdy jest z innego świata. (…)

Mamy więc tylko dwie możliwości.

Pierwsza, że święta będą coraz bardziej przypominać kamień wypalony od środka. Będziemy się spotykali, dzielili opłatkiem, dawali sobie prezenty, ale z coraz większym poczuciem braku sensu.

Starsi będą czuć, już czują, że tracą grunt pod nogami, że coś im się wymyka, więc dociskają śrubę, stają się nieco brutalni, ale też groteskowi. No bo co? Ma pan córkę, syna, ta hierarchia się chwieje, to mówi pan: cicho, gnoje! Jak już przychodzicie, to udawajcie, że wszystko jest OK!

Dzieci czują, że to jest jakieś sztuczne i nienaturalne, ale ojciec każe, to udajemy, że sztuczne nie jest.

W dzieciństwie jest wiele sytuacji, gdy musimy udawać. Bo jesteśmy u cioci na imieninach, zupa nie smakuje, ale cicho, udawaj, że smakuje.

Przecież gdyby nie ten przymus dotyczący bycia na Wigilii, to pan w tym momencie robiłby co innego. Może oglądałby jakiś film. Może spotkał się ze znajomymi albo kochał z żoną. A tu panu każą wsuwać kapustę z grzybami, a jak się pan choć skrzywi, to usłyszy: czy przynajmniej raz w roku nie mogłoby być normalnie! To znaczy tak jak kiedyś!

Inna sprawa, że to kiedyś to też jest iluzja, bo dawniej również tak nie było, tylko w pamięci się wygładziło.

W Wigilię nie jest więc tak, jak pan mówi, że my się czujemy jak dzieci, ale jesteśmy traktowani jak dzieci. Bo gdyby to pierwsze, to byłoby super. Fajnie jest się przecież przebrać, wygłupiać, baraszkować, w grupie to już w ogóle, ale to musi być autentyczne. A tu jest wymuszone.

Problem w tym, że jeśli ja to zostawię i nie będę świętował, to będę czuł jakiś brak. Będę zazdrościł. Bo w człowieku wciąż jednak działa odwieczna potrzeba świąt.

Będę więc sobie własne święta tworzył. I ludzie tak robią. Na przykład święto z okazji tego, gdy pierwszy raz mnie pocałowałaś. (…)

Człowiek tęskni do tego, co w religii ważne, czyli do tego, by przynależeć. By mieć poczucie, że nie jestem sam, że ktoś o mnie dba i ten ktoś jest silniejszy niż przeciwności losu.

Wierzę, że człowiek bez religii nie może, ale jestem przekonany, że potrzebuje religii innej od tych, które dziś obowiązują. Jak powiedział Dalajlama: potrzebujemy tylu religii, ilu jest ludzi.

Można więc w czasie Wigilii udawać, że się jest dzieckiem, a można być dorosłym. Tylko że wtedy trzeba sobie zbudować jakąś własną formułę religii. I to jest właśnie ta druga możliwość”

[Tomasz Kwaśniewski, Niewolnicy krainy szczęśliwości, „Gazeta na Święta” 24-26 XII 2010].

  

środa, 22 grudnia 2010
882. This Is A Man’s World (I)...

  

O tym, że następnego dnia zamierzam wziąć wolne, informuję kierownika zawsze mailem tuż przed wyjściem z pracy. Nie czekam też na jego odpowiedź z akceptacją – nie pytam przecież, a on się nie może nie zgodzić…

Wczoraj około południa śnieg zaczyna sypać gęstymi, wielkimi płatami, a Wrocław wygląda wręcz nieziemsko. Widoczne tylko drzewa przy chodnikach, niejasne zarysy kamienic, zniknęły blokowiska, ludzie na biało oblepieni – niczym chodzące bałwany. A ja pod parasolem, szeroko roześmiany – nie ma przebacz!

W księgarni album Art déco 1910-1939 – nadzwyczaj ładna rzecz, lecz cena niczym Chrysler Building. W Empiku obsługuje taki fajny jeden – ucieka, jak się dopcham już do obsługiwanej przezeń kasy…

Fryzjer coś zamiast kwadransa grzebie się kilkadziesiąt minut. Pewnie coś spieprzył – zaczynam się bać – i nieporadnie naprawia (bez okularów na nosie za każdym razem zdawać się muszę na końcowy efekt). A jednak tradycyjnie chwyta mnie na fotelu dziwna błogość, senność i ukojenie, niemal rozkosz. Palce we włosach, dłonie na karku, obroty głowy – jedyne mi dostępne z męskich pieszczot. I pewnie też dlatego żadnych innych, że żadnych dotychczas – jaki byś nie był, Twój brak doświadczeń Cię dyskwalifikuje…

  

                              He’s lost in the wilderness

                              He’s lost in the bitterness

                              He’s lost...

                                                   [James Brown].

  

20:23, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 19 grudnia 2010
881. Made in Poland...

  

W związku z dodatkowym gościem na kolacji wigilijnej mama chyba chce urządzić pokaz – że niby u nas normalnie, po bożemu, jak u innych... Pierwszy raz będziemy mieć żywą choinkę, a zamiast filetów z dorsza – ojciec kupuje całego karpia. Ryba zostaje fachowo ogłuszona na zapleczu sklepu, po czym zaczyna się poruszać już w domu, na tacy w lodówce. Tak właśnie się kończy humanitaryzm po polsku. A przecież karp też człowiek…

  

piątek, 17 grudnia 2010
880. The Sound and the Fury...

  

Nie miało być w tym roku Wigilii w firmie, lecz jednak ją organizują, tak na ostatnią chwilę. I, jak poprzednio, zjawiać się na niej nie zamierzam…

Gorzej z tą w domu, pożal-się-Boże-rodzinną. Znienawidzony przeze mnie brat matki, namolny palant, przyprawiający mnie o palpitacje serca kretyn – wprosił się do nas na kolację. Jakby nie mogła go przygarnąć była żona, jedno lub drugie z dzieci lub aktualna flama. Wigilia z rodzicami to są kwadranse męki – z nim będzie to wielogodzinny koszmar. O ile przetrwam wcześniej ten rozpierdolony tydzień, wrzące we mnie pokłady pełnej agresji furii…

  

środa, 15 grudnia 2010
879. Ein Wintermärchen...

  

Światło gaśnie, a ciśnienie wody wciąż za słabe, gaz się, kiedy mycia pora, nie chce palić – potrujemy się pewnego dnia przez tę pogodę. Ale za to pod kołderką zimną, śliską – tak rozkosznie. Sny bajkowe, słodkie wylegiwanie… Przez noc sypać mocno chyba musiało, bo w efekcie świat nad ranem zmienił pościel – otulająca go biała pierzynka znowu była świeża, puszysta, czyściutka. Tylko w lasku przecinają ją strumyki śladów – tu kopytka jakieś, ówdzie łapki czyjeś drobne z pazurkami. Ojciec mnie ostatnio przywozi do domu – z okna samochodu można niemal dotknąć saren stojących przy drodze. Drzewa oblepione grubym lukrem, korony ich z waty cukrowej…

Nie chce się już nic, ulega świadomemu zmarnowaniu każda chwila. Wszystko odkładane jest na później, pogrążone w apatycznym może kiedyś

  

„Drogo jeszcze silniej odczuł znany mu niepokój i na próżno usiłował go przepędzić, myśląc o swym młodym wieku i o wielu latach życia, jakie go czekają. Czas – w sposób niewytłumaczalny – zaczął biec coraz szybciej, pochłaniając dni jedne po drugich. Wystarczało rozejrzeć się wokół i już zapadała noc, słońce kryło się za widnokręgiem i wstawało z drugiej strony, aby ukazać oczom świat pełen śniegu”

                     [Dino Buzzati, Pustynia Tatarów. Przeł. A. Pałłasz].

  

19:37, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 12 grudnia 2010
878. Gott strafe England!...

  

Z pełnych ciekawostek doniesień A. po pierwszych tygodniach jej pobytu w Leeds wyłania mi się obraz Anglii jako oryginalnej barbarii. Nie istnieje tam pojęcie odśnieżania czy posypywania chodników piaskiem albo solą. Ubrań zimowych się nie nosi, bo niemodne i nie widzi zagrożenia w chodzeniu z gołym brzuchem po chłodzie (choroby powodować mają wirusy w powietrzu i nic się na to nie poradzi). Woda z kranów leci gorąca lub też zimna – nawet przy próbie jej uregulowania powstają jednocześnie dwa odmienne temperaturowo strumienie. Studenci wciąż demonstrują i wzywają na barykady przeciwko rządowi, ludzie nie odpowiadają na przywitanie i nie garną się do zapoznania, zabudowa jest nudna i przeciętna, miasta brudne i brzydkie, w sklepach odzieżowych sprzedaje się tandetne szmaty, a w Boże Narodzenie w ogóle nie kursują pociągi i autobusy – lotnisko funkcjonuje, ale nie można się na nie dostać. Że jest to jakiś problem? – to dopiero budzi zdziwienie. Jakiż to musi być zabawny szok w porównaniu ze schludną Danią, zorganizowanymi Niemcami…

Chyba jeszcze sześć miesięcy i odwiedzę ją w tym zakontynentalnym buszu. W twardych planach York i Castle Howard, może jeszcze jakiś wypad do Londynu. Powinienem być już wtedy bezrobotny i bezdomny, powinienem coś odkładać już nie tylko na Warszawę…

  

piątek, 10 grudnia 2010
877. La vida es sueño...

  

Wracają – zdaje się, że po latach przerwy – obficie, męczą i zastanawiają, uciekają gdzieś po przebudzeniu… Inni śnią obrazami: jakieś fabuły, przygody  – ja zaś pamiętam jedynie, że były tam słowa – teksty, których nie mogłem przeczytać, nigdy nie zasłyszane dialogi; słyszy się, widzi tam frazy, jakieś skomplikowane pojęcia. Słowa i zdania, litery – słów mnóstwo, których bym sam nie wymyślił…

Jestem elokwentny i odważny w momencie, kiedy bywam nieprzytomny…

  

„Bo czy żył naprawdę podczas tych ciemnych, smętnych godzin, które spędzał w biurze, omawiając bilanse, polisy, ubezpieczenia, wyroki, inwestycje? Jedyny zakątek prawdziwego życia zapewniała mu noc, kiedy zasypiał, a świadomość otwierała wrota snów, podobnie chyba jak Zygmuntowi zamkniętemu w kamiennej samotnej wieży, zagubionemu w lesie. Tamten też przekonał się, że prawdziwe życie, życie bogate, wspaniałe, powolne jego kaprysom, to życie pełne kłamstw rodzących się w ukryciu myśli i pragnień – we śnie i na jawie – kłamstw pozwalających mu wyrwać się z celi i dusznej monotonii więzienia”

         [Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta. Przeł. F. Łobodziński].

  

wtorek, 07 grudnia 2010
876. Given...

  

Ciche miasteczko w białej otulinie o zmierzchu bezwietrznym – jest w tym coś, przyznać trzeba. Bajkowo zamglone powietrze. A jednak drugiego tygodnia zima odsłania swoją gorszą twarz – grzęźnie się w jakiejś śnieżnej kaszy po kostki, ślizga po piaszczystym błocie. Za stan chodników, katastrofalny jak nigdy, powinno się kogoś posadzić…

Na rozweselenie – trzy sójki w alejce przy lasku, skaczą z jednej gałęzi na drugą; jakby się ze mną bawiły, odprowadzały do pracy. Taki spóźniony prezencik od losu – innych Mikołajek nie było…

Nie dawać i nie otrzymywać – znaczy to: tracić podwójnie…

  

niedziela, 05 grudnia 2010
875. A Moveable Feast...

  

Piąta rocznica mego tu notowania minęła jakoś niezauważenie – przeoczyłem chyba, pominąłem, zupełnie zapomniałem. Inne problemy, tematy, wrażenia; inni niż kiedyś czytelnicy, utrata dawnych złudzeń i nadziei… Może i lepiej tak: po prostu pisać – zamiast przydawać znaczenie…

  

„Poza literaturą, którą może opanować każdy, kto umie mówić, jeden lepiej, a drugi gorzej, a którą pewni ludzie, którzy nie mogą sobie na to pozwolić, by jakąś lepszą metodą przerastać swe otoczenie, zarezerwowali dla siebie, Rainer niestety żadnej rzeczy nie uczynił sobie poddaną. A literatura może spełnić wiele z tego, czego pragnie Rainer”

           [Elfriede Jelinek, Wykluczeni. Przeł. A. Majkiewicz i J. Ziemska].

   

czwartek, 02 grudnia 2010
874. Winter-fresh...

  

Niedzielne zaskoczenie, kiedy po odsłonięciu okien ukazał się świat cały skąpany w bieli – nie przywykłem pisać o zimie w listopadzie. W poniedziałek sypie już za dnia, a wiatr niesie smugi śniegu niemal horyzontalnie – samo się ciśnie na myśl wspomnienie finału Różewiczowskiego „Spadania”. Potem z każdym dniem coraz mroźniej, kolejne warstwy swetrów, skarpetek, czapek nawet. Dziś w nocy kolejne opady; na chodnikach rano tyle już tylko miejsca, ile sobie ludzie sami udeptali. Znów to wrażenie chodzenia po plaży sprzed roku...

A jednak, pomimo zimna, wysiłku, senności, mojej niechęci do takich ubrań, długiego ich zakładania, pory roku – dziwnie to wszystko zabawne. Odzywa się we mnie coś dziecinnego, budzi się mały chłopiec: zachwyt wzbudza iskrzenie śniegu w wieczornym świetle latarni, rozśmiesza skrzypienie pod nogami i zaczerwieniony nos – niczym marchewka bałwanów. Chwilowe to, tylko tak na początku sezonu zapewne (urok odmiany, świeżości) – a przecież fajnie, że jest, że wciąż umiem…

  

Archiwum
Tagi