~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
sobota, 31 grudnia 2011
1047. "Bilans musi wyjść na zero"...

  

Szczególny był to rok – zaczął się wiosną Arabów (Tunezja, Libia, Egipt, Syria, Jemen), kończy jesienią Zachodu (kryzys strefy euro); pomiędzy nimi zaś wstrząsy – ziemi (Japonia) i społeczeństw (USA, Rosja), królewskie śluby (Wielka Brytania, Monako) i pogrzeby (Czechy, Korea Północna), ataki (Norwegia – Breivik) i likwidacje terrorystów (Pakistan – ibn Ladin), a w Polsce comiesięczny Dzień Świstaka na Krakowskim Przedmieściu i wybory, co nie zmieniając nic, przeorientowały scenę polityczną. Mnie osobiście udało się spełnić marzenie o Warszawie, wypuścić z rąk Anię i odkryć w sobie kolejne blokady, skazujące na jeszcze większą izolację. Dlatego żadnych wspomnień ani planów – 2012 będzie pewnie równie chujowy jak każdy…

  

„Nie mieć historii, żadnej dającej się przewidzieć przyszłości, jedynie regularny puls niezmiennego teraz – jakie to byłoby uczucie?”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

piątek, 30 grudnia 2011
1046. Wystawa (II) - Reconstruction...

  

Budujemy Nowy Dom. Odbudowa Warszawy w latach 1945-1952 – wystawa w Domu Spotkań z Historią, prezentowana od 7 lipca do 31 grudnia 2011, będąca „próbą pokazania złożoności procesu odbudowy Warszawy, wyjaśnienia decyzji, jakie stanęły u podstaw dzisiejszego kształtu miasta, zaakcentowania niektórych grzechów, ale też ponadczasowych osiągnięć odbudowy. (…)

  

      

  

Rekonstrukcja zabytków warszawskiej Starówki to przedsięwzięcie nowatorskie w dziejach światowej konserwacji. Oficjalną decyzję o jej odbudowie władze podjęły 13 sierpnia 1949. Kamienice wokół Rynku odtworzono przed 22 lipca 1953. W miejscu rozebranych ruin po przedwojennej zabudowie Podwala odsłonięto średniowieczne mury miejskie. Pionierski i unikatowy charakter tej rekonstrukcji został doceniony przez opinię międzynarodową już 30 lat temu, kiedy na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO wpisano warszawskie Stare Miasto. Wraz z upływem lat ta ocena wyjątkowości dzieła podjętego w Warszawie uległa jeszcze wzmocnieniu. Wiosną 2011 roku społeczność międzynarodowa za jeden z najcenniejszych zbiorów dziedzictwa dokumentacyjnego ludzkości uznała archiwum Biura Odbudowy Stolicy, powołanego do życia już w 1945 roku, i wpisała je na prestiżową listę »Pamięć Świata« (…).

 

      

  

                  

  

      

  

Podstawowy szkielet miasta, istniejący właściwie bez większych zmian do dziś, powstał w latach 1947-55. Większość warszawskich inwestycji przypadła więc na okres obowiązywania doktryny realizmu socjalistycznego (1949-56). O wyglądzie dzisiejszej Warszawy zadecydowały cztery wielkie założenia: Trasa W-Z, Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa, dzielnice przemysłowe oraz Stare Miasto i Trakt Królewski – praktycznie tylko to założenie zostało w miarę konsekwentnie doprowadzone do końca. Stare Miasto z Traktem, kończącym się w pierwotnym założeniu na skrzyżowaniu Nowego Światu i Alej Jerozolimskich, miało być jedyną dzielnicą zabytkową. Jak wynika z wizji urbanistycznych i architektonicznych, wszystko co poza nim, oprócz dzielnic zbudowanych w latach międzywojennych, miało być stopniowo przeznaczone do rozbiórki. Na przeszkodzie tym zamierzeniom stanęła na szczęście niewydolność ekonomiczna systemu komunistycznego. Zdążono jednak wznieść w samym środku miasta monumentalny Pałac Kultury i Nauki, który swym ogromem i pustą przestrzenią wokół trwale przekształcił niegdyś gęsto zabudowane centrum Warszawy.

  

      

  

      

  

W rezultacie wyburzeń prowadzonych w drugiej połowie lat 40. oraz inwestycji kolejnych dekad lewobrzeżna Warszawa w dużym stopniu utraciła pozostałości zabudowy przełomu XIX i XX wieku. Ocalały jedynie znaczne fragmenty Śródmieścia Południowego, które (oprócz MDM-u) znalazło się poza obszarem wielkich projektów urbanistycznych, oraz dzielnice międzywojenne otaczające wianuszkiem XIX-wieczne centrum. Gruntownie zmienił się też przekrój społeczny mieszkańców Warszawy. I nie chodzi jedynie o napływ nowych mieszkańców z obszarów wiejskich, ale też niemal całkowity zanik miastotwórczej klasy średniej. Zniknęli nie tylko przemysłowcy i kamienicznicy, ale nawet drobni kupcy. Powoli likwidowano rzemiosło, które odrodziło się dopiero po 1956 roku. Te zmiany miały ogromny wpływ zarówno na styl życia, jak i sam wygląd miasta.

 

      

  

      

  

Powojenna odbudowa Warszawy okazała się przedsięwzięciem pełnym sprzeczności. Miała miejsce w wyjątkowo trudnych warunkach politycznych. O jej kształcie zadecydowała ideologia, ówczesne poglądy estetyczne i urbanistyczne, a wreszcie narzucenie wzorów sowieckich i odcięcie Polski od Zachodu żelazną kurtyną. Wielkim sukcesem okazała się za to rekonstrukcja dzielnic zabytkowych. To ona uchroniła przestrzeń Warszawy przed całkowitą sowietyzacją, przywróciła jej ciągłość i atrakcyjne przestrzenie miejskie, także dziś stanowiące o tożsamości stolicy”

                 [z katalogu wystawy i tekstów na niej prezentowanych].

  

      

  

czwartek, 29 grudnia 2011
1045. Z domu do... domu...

   

Przez sześć pełnych dni u rodziców udaje się przeczytać dwa tysiące stron – sześć tytułów: Kłamstwa Enrique’a de Hériza, Pierścienie Saturna. Angielską pielgrzymkę W. G. Sebalda, Szaloną geometrię miłości Susany Guzner (lesbijski romansik z domieszką feminizmu – moja pierwsza powieść z tematyką branżową; i od początku, niestety, widać każdą nitkę, jaką jest to szyte), Na oślep Claudio Magrisa, O miłości i innych demonach Gabriela Garcíi Márqueza oraz Żar Sándora Máraia. Rehabilituję się w ten sposób sam przed sobą, bo bodaj od ośmiu-dziesięciu miesięcy wyłącznie tygodniowa prasa. Do tego dwie siedmiogodzinne podróże pociągami pozwalają zabrać się nareszcie za drugi i trzeci numer Książek z Agory, a w nich żadnego artykułu nie da się opuścić – latami czekałem na takie właśnie pismo. Na drogę powrotną obładowany zostałem sprezentowanym mi a wymarzonym albumem o Zamku Królewskim, szeregiem orzechów, marcepanów, a nawet słusznym kawałem delikatnego schabu. Pół walizki zajmuje też zimowy płaszcz, choć ani on dopasowany, ani ciepły. W efekcie mieszczą się tylko cztery z zaplanowanych woluminów (a sprowadziłem ich jak dotąd sto dwadzieścia). I otom znów w Warszawie...

Dobrze, że nie grozi tam już nic – bez krzyków, szpiegowania, wyzwisk i histerii – lecz jeszcze lepiej wrócić…

  

„(…) zostałam sama, z dala od nich, od ich przygnębienia i ich pośpiechu, od ich wcześniejszej żądzy i późniejszej wzgardy (…) przyjęłam mieszkanie (…), pokój (…), gdzie mnie nie niepokoili, nie męczyli mnie, nie odwiedzali mnie ani nie dotykali, nie zadawali pytań, gdzie zostawili mnie w spokoju, szczęśliwie zostawili mnie w spokoju”  

  [António Lobo Antunes, Podręcznik dla inkwizytorów. Przeł. W. Charchalis].

  

wtorek, 27 grudnia 2011
1044. Backwards glance...

  

Dziwne tak, gościem w rodzinnym domu, oglądać jakby nowe to, co przez całe życie… A przecież zmiany, spore nawet, niektóre listownie uzgodnione. W pokoju, co wciąż moim, a gdy mnie nie – sypialnią ojca, gabinetem mamy – biedermeierowskie lekkie biurko, gustowne krzesło, kunsztownie wykończone ich wygięcia, gruby puszysty dywan; i kredens w korytarzu, a w kuchni – wielki porcelanowy zestaw. Wciąż jedna pensja w tej rodzinie, ale daj Boże, by innym dwie składały się na taką – niech korzystają, i mnie skapuje przecież…

A właśnie, wokół: skakanie, dogadzanie, dokarmianie. Niemożność nacieszenia. Trwały od wyprowadzki rozejm. Miasteczko jeszcze brzydsze, mokre, szare; ulice puste jak wzrok wypartych wspomnień, który je omiata. Bez złości już to wszystko, bo i ja – gdzie indziej…

  

„(…) ów prymitywny świat przyrodzony był każdemu człowiekowi, czuło się go po trosze we własnym sercu, trochę za nim ciekawości, trochę tęsknoty, trochę dla niego współczucia. Zadanie polegało na tym, żeby mu oddać sprawiedliwość, zachować dlań we własnym sercu coś w rodzaju patriotyzmu, a mimo to z powrotem ku niemu się nie cofnąć”

            [Hermann Hesse, Gra szklanych paciorków. Przeł. M. Kurecka].

  

sobota, 24 grudnia 2011
1043. Wesołych Świąt!...

  

                  

   

czwartek, 22 grudnia 2011
1042. Przed-świątecznie...

  

Mieszkanie po tygodniach odkurzone, pościerane i umyte. Akurat, żeby je takim zostawić i wyjechać. Prezentów nie kupuję i nie dostaję – w tej przynajmniej kwestii święty spokój. Ale do domu wiozę piernik staropolski od Bliklego i serwetki z folklorystycznymi wzorami. Zostanę przez tydzień, żeby się nieco podtuczyć, ale pewnie będą namawiać do przeciągnięcia pobytu i na Nowy Rok. Mam jednak ochotę przeżyć go już w Warszawie – pierwszy raz bez rodziców, bez nikogo. Trzeba to poczuć – wciąż nie ma pewności, że ta przygoda pozostanie trwała…

  

05:36, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 20 grudnia 2011
1041. Z cyklu: Moje okolice (VI) - Cmentarz Żydowski...

  

W prezencie na święto Chanuka (znacznie większa galeria tutaj):

  

      

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

niedziela, 18 grudnia 2011
1040. Owoc żywota...

 

Raz poczuć jak nadchodzi, spływa. Wypełnia i nabrzmiewa, wzbiera. Pulsuje gdzieś pod skórą, krąży. Ogarnia Cię całego i bierze w posiadanie – jak w końcu eksploduje, tryska. Jak plami swoim śladem, niesie spełnienie, ulgę. Choć raz strumień emocji, myśli, pragnień – lub innych choć wydzielin…

Tymczasem życie wyschłe i opadłe, wszystko miękkie; nie wznosi się, nie tworzy, nie posuwa. Wciąż niepoznane ciało bez impulsów, wstrząsów; głowa z wolna umierającego intelektu – odwieczny autyzm, upośledzenie dziwne, niedorozwój. Mężczyzna, któremu nie powiedział nikt, że jest nim; poeta, co nie rozumie, nie pisze wcale wierszy. Zanikający, bo nieużywany organ-człowiek…

  

               „O, w życiu, nie we śnie, daj mi na jedno mgnienie

               Stać się płomieniem, lub niech strawią mnie płomienie!”

                              [Innocenty Annienski, Dręczący sonet. Przeł. S. Pollak].

 

czwartek, 15 grudnia 2011
1039. Wystawa (I) - La Tragédie du Roi...

 

Spacer wokół Cytadeli, a potem wizyta na Zamku, gdzie wystawa „Stanisław August, ostatni król Polski. Polityk, mecenas, reformator 1764-1795”. Obok eksponatów (najlepsze ze wszystkiego portrety i miniatury, bardzo ciekawy też film z cyfrową rekonstrukcją pierwotnego projektu Świątyni Opatrzności Bożej i jej otoczenia) spora dla mnie atrakcja przejść innymi niż tradycyjna trasa komnatami i wrócić przez Galerię Lanckorońskich, gdzie nieoglądane dotąd dwa rembrandty. Namiętnie kartkuję przeogromny, grubaśny i pięknie wydany katalog wystawy – ładny by mógł być dla mnie prezent, ale jestem też swoim osobistym Mikołajem, więc za drogo…

  

„Stanisława Augusta bardziej się dziś pamięta za obiady czwartkowe, rozbudowę warszawskich Łazienek czy kolekcjonerstwo, niż za prowadzenie dalekowzrocznej polityki, odpowiadającej – jak dowodzą współczesne badania – polskiej racji stanu. Niestety, na tym nie kończą się uproszczenia i mity dotyczące jego postaci. Wystawa, która gromadzi ponad 260 dzieł sztuki (w tym sześć płócien z Francji, Ukrainy i Litwy): obrazów, rzeźb, miniatur, obiektów sztuki użytkowej i dokumentów ma pomóc w ich przezwyciężeniu. Jest ona świadectwem znaczenia i trwałości historycznego dzieła, jakie pozostawił po sobie ostatni król Polski.

  

      

  

W historycznej pamięci Polaków Stanisław August zapisał się przede wszystkim jako wybitny mecenas kultury. Historycy sztuki, literatury, teatru złotymi zgłoskami opisywali jego osiągnięcia. Pod wieloma względami jest to ocena sprawiedliwa. Stanisław August z pewnością wyróżnia się jako pierwszy bodaj monarcha, który dostrzegał rolę kultury w procesie modernizacji państwa. Podziw dla osiągnięć w tej dziedzinie ostatniego króla, przybierający na sile w okresie międzywojennym, nie wpłynął jednak na zasadniczą zmianę ocen jego działalności politycznej.

Fikcyjna wizja dziejów Polski, wykreowana przez romantyków, a inspirowana dziełem O ustanowieniu i upadku Konstytucji 3 maja z 1793 r., utrwaliła stereotyp króla o słabym charakterze, bez kręgosłupa moralnego, oportunisty uległego wobec żądań imperatorowej. Obraz ten stał się miarodajny dla wielu pokoleń Polaków walczących o niepodległość. Trudniej pojąć, że pozostaje on zadziwiająco żywotny do dziś, skwapliwie wykorzystywany dla rozmaitych, doraźnych korzyści przez publicystów i pisarzy, uprawiających swoją twórczość w odpowiedzi na społeczne frustracje.

W tych okolicznościach oczywisty wydaje się powód, dla którego, bez oglądania się na historyczne jubileusze, Zamek Królewski w Warszawie podjął inicjatywę przygotowania obecnej wystawy.

Jej celem jest lepsze poznanie i zrozumienie ostatniego monarchy, którego wizerunek zastygł w kilku stereotypach: »Stanisław August został zaklęty w marionetkę narodowej szopki, czy to jako nikczemny zdrajca, czy to jako przemądry „polityk realny”, czy to jako uróżowany król Staś« (Emanuel Rostworowski). Przesłaniają one zasadniczą prawdę o Stanisławie Auguście – monarsze tragicznym, za życia którego Rzeczpospolita Obojga Narodów została podzielona między potężnych sąsiadów i zniknęła z mapy Europy. Eks-monarcha umierał w poczuciu klęski. Państwo, o którego odrodzenie walczył z uporem przez trzydzieści lat swojego panowania, przestało istnieć, a on zmuszony został do abdykacji. Stanisław August bardziej przypomina Szekspirowskiego króla Leara niż »rokokowego playboya«, za jakiego czasami bywa uważany.

Wystawa stara się wskazać, jakie czynniki wpływały na jego działania, co król mógł w określonych warunkach czynić, a czego nie, niezależnie od swojej odwagi i wytrwałości (»cierpliwość i odwaga« – dwa słowa, które w chwilach dziejowych zakrętów Stanisław August powtarzał jak mantrę, stały się mottem jego postępowania). Z jakimi siłami, zewnętrznymi i wewnętrznymi, był konfrontowany, jakie w ich obliczu podejmował decyzje i jaki to miało wpływ na los państwa. Pomocą w dotarciu do samej istoty charakteru Stanisława Augusta, w zrozumieniu motywów jego postępowania są towarzyszące ekspozycji wypowiedzi króla i osób mu współczesnych, zawierające komentarze do wydarzeń i refleksje ich autorów. Stanowią one główny wątek ekspozycji, prowadzący widza niemal od samych narodzin przyszłego władcy aż do chwili jego śmierci.

  

      

  

Po doświadczeniach I rozbioru Stanisław August zdecydował się działać na politycznie neutralnym polu: gospodarki, nauki, edukacji i kultury. Jego wysiłki sprawiły, że Rzeczpospolita na krótko przed swym ostatecznym upadkiem przeżyła rozkwit porównywalny w jej dziejach tylko z epoką humanizmu. Dlatego główna część ekspozycji nosi tytuł Odrodzenie w upadku. Wystawa nie jest jednak panoramą kultury polskiego Oświecenia. Jej obszar świadomie został zawężony do działań króla i osób z jego najbliższego kręgu. Podkreśla ona związki między królewskimi inicjatywami artystycznymi, naukowymi i gospodarczymi a polityką. Stawia tezę, że mecenat królewski był czymś więcej niż tylko formą kulturalnej rozrywki, której uprawianie należało do przywilejów oświeconego monarchy. W rzeczywistości był on bowiem projektem politycznym Stanisława Augusta, jedną z metod działania monarchy w warunkach ograniczonej suwerenności”

               [ze strony internetowej Zamku Królewskiego w Warszawie].

  

wtorek, 13 grudnia 2011
1038. Trzydzieści lat później...

 

Atrakcje w związku z kolejną rocznicą – milicjanci na Chłodnej, zomowcy, koksowniki, pałowanie manifestujących na Placu Zamkowym, świece dymne… A gdzieś pomiędzy – poznanie przemiłego Jarka, rozmowa i pyszny sernik w Coffee Heaven. Jak na spotkanie w ciemno chyba nieźle poszło (swoją drogą, ciekawe, że wszystkich chłopców poznaję wyłącznie poprzez bloga, a nie dzięki branżowym portalom – w ten sposób, choć nie jest to zabieg celowy, udaje się unikać niewypałów). Wracam zmarznięty i zadowolony odważny jestem i rozmowny w dniach ostatnich… ;-)

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

poniedziałek, 12 grudnia 2011
1037. Don’t panic (II)...

 

Tydzień zaczyna się od wyskoczenia korków – kombinowanie z tymi w moim mieszkaniu nie daje efektów, tak więc gaz zapalam zapałkami i dopiero po dwóch godzinach strachu, niemocy i pytań (co to będzie? samodzielne gospodarowanie mnie przerasta!) udaje się namierzyć jeszcze jeden, wysoko umieszczony włącznik na korytarzu (musiałem wynieść krzesło i mocować się z metalową skrzynką). Wraz ze światłem powraca normalność. Może dzięki tej dawce stresu mniejsze popołudniu nerwy podczas pierwszego z serii spotkań (po drodze był jeszcze brak biletów w kilku kolejnych kioskach i autobus zaczepiony o latarnię, stający w poprzek toru mojego tramwaju) – poznaję Paulinę i idziemy do Wedla, gdzie zagadujemy się nad czekoladami, przez prawie trzy i pół godziny bezlitośnie okupując stolik wobec nawały klientów, którzy pewnie radzi by skorzystać. Bardzo sympatyczny wieczór – bo w ogóle z dziewczynami jakoś łatwiej. Ale jutro chłopak, więc trzymajcie kciuki… ;-)

  

piątek, 09 grudnia 2011
1036. Philobiblon...

 

W ostatni dzień atrakcyjnej promocji w Merlinie (pokłosie Targów Historycznych pod Zamkiem) zamawiam sobie Mikołajkowy prezent. Dziś odbiór paczki na Złotej – i oto już są: Szałamow, Powojnie oraz Skrwawione ziemie. A na dokładkę, jak tylko ukazał się w miękkiej okładce, najnowszy Michel. Kilka dni temu jeszcze Lato Coetzee’go, a jutro do obejrzenia Warszawa. Ballada o okaleczonym mieście. Na rynku już także pierwszy tom wznowienia Dziennika pisanego nocą Herlinga-Grudzińskiego, od wtorku trzeci Iwaszkiewicza, a w styczniu drugi Mrożka. Kolejny raz trzeba się będzie wykosztować – nareszcie jakiś racjonalny powód, by w końcu znaleźć tę cholerną pracę. Choć wtedy już na pewno nie zdołam zabrać się za wszystko, co tu zwiozłem…

 

„Książki opanowały mieszkanie jak nieuleczalna choroba, a powszechnie teraz wypowiadana groźba, że epoka książki ma się ku końcowi, zdawała się tylko potęgować ich siły obronne”

                   [Michael Krüger, Wiolonczelistka. Przeł. A. Kopacki].

  

środa, 07 grudnia 2011
1035. Pożegnanie jesieni...

  

Lato pogodowo najgorsze z pamiętanych; tymczasem wrzesień, październik i listopad – najwspanialsze. Parasol na zesłaniu w szafie gdzieś od lipca, wykorzystany do cna czas spacerów pośród żółtych liści. Ale skończyło się – już zima, nieśmiały debiut dziś wraz z deszczem płatków śniegu. Ponuro, szaro, ciapowato; choinki, ozdóbki-duperelki, mikołaje... Pamięć rozgrzewa wspomnienie tamtych barw, drzew, słońca. Wraz z nimi wiosny czekamy jeszcze rozbłyśnie, jeszcze w zielone gramy

  

      

  

poniedziałek, 05 grudnia 2011
1034. Frozen...

  

Jakaś powiększająca się z upływem lat bariera, narastający od kilku dni paraliż, co nie pozwala ruszyć palcem, wykręcić numer, błagalnie zwrócić się o pomoc. Odpisać, pociągnąć to, zapoznać… Pomysł, by iść do kina po odkryciu, że tańsze seanse w określonych porach – i sześć osób, z których by każda mogła towarzyszyć, a jedna z czterech tym sposobem do urzeczywistnienia. Ale co mówić, o co pytać, skoro nieznani – po co sobą męczyć?... Pustka wciąż nieustanna w głowie – bez uczuć, myśli, działań, postanowień. Wstyd za samego siebie, że tak właśnie. To dodatkowo blokuje każdy kontakt… Zdjęcia, ulice, w księgarniach kartkowane tomy – mnóstwo z tego radości, rozkosze bycia poza wszystkim. Dopóki są pieniądze, słońce, dopóki sobie kogoś nie przypomnę. A wtedy płacz i dreszcze…

 

„Dopiero teraz zrozumiała, że rozpacz jest zimna. Dotąd myślała, że jest czymś gorącym i potężnym, gwałtownym i mocnym. Ale to nieprawda. Rozpacz to ciemność i chłód, i samotność. Grzech rozpaczy, o którym mówił ksiądz, to lodowaty grzech odcięcia się od ciepłych, pełnych życia kontaktów z ludźmi”

                   [Agatha Christie, Niedziela na wsi. Przeł. J. Bartosik].

  

piątek, 02 grudnia 2011
1033. Portrait d’un inconnu...

  

Widziałem go już parokrotnie z okna; raz śmiali się z niego pracujący na dachu robotnicy – wtedy zwróciłem uwagę na szalik i sposób chodzenia. Sam z siebie pewnie nigdy nie nabrałbym „podejrzeń”. Niedawno dostrzegłem go na moim piętrze – wchodziłem po schodach, on szybko wybiegał z suszarni. Tak odkryłem, że mieszka drugie drzwi ode mnie. A wczoraj rozmawiał z koleżanką w bramie – imię dosłyszałem; głos charakterystyczny, z lekką emfazą, ale sympatyczny. Przy mijaniu się podniosłem głowę i w tych wieczornych ciemnościach obaj spojrzeliśmy sobie w oczy… Jeśli kiedyś będę musiał pożyczyć szklankę cukru, już wiem, do którego mieszkania trzeba pukać…

  

Archiwum
Tagi