~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
czwartek, 31 grudnia 2015
1536. Z cyklu: Przeczytane (XLVIII) - Grudzień...

1. Warszawa lata 40. (Fotografie z Narodowego Archiwum Cyfrowego). Słowo wstępne Danuta Szaflarska, Olszanica 2014;

2. Warszawa lata 50. (Fotografie z Narodowego Archiwum Cyfrowego). Słowo wstępne Krystyna Sienkiewicz, Olszanica 2014;

3. Warszawa lata 60. (Fotografie z Narodowego Archiwum Cyfrowego). Słowo wstępne Beata Tyszkiewicz, Olszanica 2015;

4. Warszawa lata 70. (Fotografie z Narodowego Archiwum Cyfrowego). Słowo wstępne Anna Seniuk, Olszanica 2015;

5. Olga Tokarczuk, Księgi Jakubowe, Kraków 2015.

Plan minimum na 2015 zakładał 1 książkę tygodniowo, przynajmniej 52 w ciągu tego roku. Udało się przeczytać 66 tytułów (67 tomów) – najwięcej w czteroletniej historii moich tu comiesięcznych podsumowań lekturowych (choć w czasach licealnych i studenckich pochłaniało się z pewnością znaczniejsze ilości), aż o 37 więcej niż w 2014. Ponad połowę (38 pozycji) zajęła proza, choć wydawało się, że czytam głównie opracowania historyczne. Da się więc – teraz tylko utrzymać tę zwyżkującą formę….

Tagi: książki
21:39, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 26 grudnia 2015
1535. ...„my library / Was dukedom large enough”...

Najlepsze w tym całym obłudnym świętowaniu są dni wolne od pracy, smak kilku dań, prezenty. Każdemu z nas dostało się po kapciach oraz książce – mnie nawet cztery, z czego sam sobie kupiłem dwie (piąty tom „Sztuki polskiej” z Arkad i „Sztukę budowania” Jana Knothe) i zapakowane schowałem pod choinkę (odbieram z paczkomatu w dniu Wigilii), do tego niespodzianki na minus i plus – opasły tom, od wielu dni oczekujący w kącie, okazał się powieścią „Nowy Jork” Edwarda Rutherfurda (księgarz polecał mamie; ostatni raz dostałem od niej – i w ogóle – prozę przed bodaj dwudziestoma laty: „Hrabiego Monte Christo”, jeden z ważniejszych tytułów mego życia, który miał pecha stać na samej górze wśród książek dla dzieci i młodzieży, oddała później bez pytania, gdy mieszkałem w stolicy, jakiejś placówce opiekuńczej. Tak też straciłem pośród wielu innych „Alicję w Krainie Czarów”, przygody Tomka Wilmowskiego, „Chatkę Puchatka” i cudnie ilustrowanego „Konika Garbuska”), natomiast już kilka dni wcześniej ciocia, co mieszka parę kroków od nas i często wpada z ciastem, zupełnie nieoczekiwanie przyniosła mi „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk – 900 stron w dużym formacie; wczoraj zacząłem z fascynacją czytać, jutro zamierzam skończyć. Dla mamy album o polskich królewskich rezydencjach (black Friday w BOSZ-u za pół ceny, grzech było nie skorzystać, wzbogacając przy okazji kolekcję książek o Warszawie o cztery tomiki fotografii od lat 40-tych do 70-tych), dla ojca reportaże historyczne Magdaleny Grzebałkowskiej („1945. Wojna i pokój” – świetnie się będą uzupełniać z „Wielką Trwogą”). I jeszcze dziesięć innych tomów dla mnie (doszły w grudniu). Tym samym zostaje przekroczona masa krytyczna – nie ma już na nic miejsca, pięćdziesiąt półek w dwóch pokojach nie wystarcza. Dlatego nie chwalę się na ogół nowymi nabytkami, żeby nie drażnić mamy; układa się wymyślnie wszystko, żeby coś jeszcze zmieścić – bo przecież nie zrezygnuje się z jedynej swojej przyjemności, nawet gdy staje się obłędem, niczemu już nie służy…

„Nagle wpadł w zły humor, patrząc na tę niesamowitą i niezrozumiałą masę książek. Co dawały książki? Doświadczanie. Lecz żadne doświadczanie nie pomagało. Teraz, u schyłku ostatniego etapu swego życia, niemal wrogo przyglądał się książkom, które zawsze odpowiadały jedynie na szczegóły. Na całość nie umiał odpowiedzieć nikt”

[Sándor Márai, Książka. Przeł. I. Makarewicz].

wtorek, 22 grudnia 2015
1534. Człowiek w futerale...

„Wyglądało to tak, jakby żył zamknięty w hermetycznej stalowej kapsule, ale o dziwo (…) ta jego samotność i wyobcowanie zdawały się go wcale nie przygnębiać, uważał je raczej za fortunny obrót zdarzeń, pomocną okoliczność dla kogoś takiego jak on, kogoś, kto żywił bezgraniczną nieufność wobec innych i cierpiał na równie wielki brak wiary we własne siły”

[Javier Cercas, Prędkość światła. Przeł. E. Zaleska].

22:27, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
sobota, 19 grudnia 2015
1533. L’Espace du dedans...

Przy wszystkich zastrzeżeniach, niechęci do samej jej istoty, obecna praca wydaje się niemalże idealna – konserwuje moje społeczne ułomności, nie zmusza do kreatywności i rozwoju, pozwala zamknąć się w rutynie mechanicznych działań, odzywać tylko, gdy trzeba konkretnej odpowiedzi: co, gdzie, kiedy. Przejście z peronu do stadionu zajmuje mi 5 minut, większym wysiłkiem jest siedzieć wciąż przy biurku. Nie było mnie na firmowej imprezie przedświątecznej oraz grze miejskiej w ramach integrowania grupy – to, że w dni robocze nie mam ochoty spędzać zimnych wieczorów we Wrocławiu nie było, chyba jasne, głównym powodem rezygnacji. Chociaż odbębnić swoje i wrócić do domu jak najszybciej, to rzeczywiście moje prymarne założenia… Była już pierwsza pensja, więc grudzień jest nadrabianiem zaległości: promocje i zamawianie mnóstwa książek – sam sobie sprawiam wielki prezent pod choinkę; rodzice z tym na ogół źle trafiają, nikt więcej mi go nie da. Skoro nie może być Warszawy, tych kilku osób, na których mi zależy, sensu w przymusie pracy, mieszkania i wolności, to niech me nędzne życie odbywa się chociaż jak najmniejszym kosztem dla psychiki, bez zbędnych kompromisów czy rezygnacji z dziwactw, maleńkich przyjemności, samo-dla-siebie-w-sobie

„Powie mi pan też: »Skoro tak pan nienawidzi biurowego czasu pracy, akt i polis, raportów i protokołów, skarg, zezwoleń i załączników, to czemu nie miał pan na tyle odwagi, żeby rzucić wszystko i żyć naprawdę zgodnie z własną fantazją i pragnieniami, nie tylko nocą, ale także rano, w południe i wieczorem? Dlaczego ponad połowę swego życia złożył pan w ofierze biurokratycznej bestii, która zniewala pana tak samo, jak pańskie anioły i demony?« Stosowne to pytanie – sam je sobie zadawałem po wielekroć – ale takaż jest i moja odpowiedź: »Ponieważ świat fantazji, rozkoszy, pragnień, świat wolny, moja jedyna i ukochana ojczyzna, nie przetrwałby nienaruszony w warunkach niedostatku, biedy, kłopotów finansowych, udręki zadłużenia, ubóstwa. Sny i pragnienia są niejadalne. Moja egzystencja podupadłaby, stając się własną karykaturą«. Nie jestem bohaterem, nie jestem wielkim artystą, brakuje mi geniuszu, nie mógłbym się zatem pocieszać nadzieją, że jakieś moje »dzieło« mnie przeżyje. Moje aspiracje i zdolności ograniczają się (…) do umiejętności odróżnienia w otaczającej mnie gmatwaninie możliwości tego, co kocham, od tego, czego nie znoszę, tego, co upiększa moje życie, od tego, co je szpeci i bruka głupotą, tego, co mnie wprawia w zachwyt, od tego, co mnie załamuje, tego, co napawa mnie rozkoszą, od tego, co zadaje mi cierpienie. Ażeby po prostu móc nieustannie korzystać z owej zdolności dostrzegania sprzeczności, potrzebuję zabezpieczenia ekonomicznego, a to zapewnia mi moje zawodowe zajęcie, skalane kulturą formalności, zabójczy miazmat, (…) który stał się powietrzem, jakim wszyscy oddychamy. By móc zaistnieć, fantazje i pragnienia – moje przynajmniej – wymagają minimum spokoju i pewności. W innym przypadku zwiędłyby i umarły. Jeżeli zamierza pan z tego wnioskować, że moi aniołowie i demony są zakutymi mieszczuchami, będzie pan miał absolutną rację. (…)

Jednak mimo że moje życie to Tantalowe męki, codzienne zmagania moralne pomiędzy biurokratycznym balastem mojej egzystencji a skrytymi w mym jestestwie aniołami i demonami – pan mnie nie pokonał. Nieodmiennie udaje mi się, na przekór temu, co robię od poniedziałku do piątku od ósmej do szóstej po południu, zachować ironię pozwalającą gardzić zajęciem, gardzić sobą za jego wykonywanie, dzięki czemu pozostałe godziny wynagradzają mi to, przynoszą zbawienie, rekompensują straty moralne i uczłowieczają (co w moim przypadku zawsze oznacza izolację od gromady, od stada). (…) Obecnie jestem sam (…) a więc czytam, kontempluję ryciny, przeglądam swoje zeszyty i uzupełniam listami (…), ale przede wszystkim fantazjuję, marzę, buduję lepszą rzeczywistość, oczyszczoną z odpadków i narośli (…) przez które ten świat jest tak mizerny, tak plugawy, że trudno, żebyśmy nie śnili o lepszym. (…)

Wszelako te szczęśliwe chwile nie byłyby możliwe bez ogromnej frustracji, jałowej nudy i gnębiącej mnie rutyny życia rzeczywistego

[Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta. Przeł. F. Łobodziński].

piątek, 11 grudnia 2015
1532. Not like this...

„Myślał o życiu, o tych trzydziestu pięciu latach, jakie spędził na ziemi i podczas których ciągle czuł, że każdy dzień jest jedynie przygotowaniem do czegoś… i wszystko, co się zdarzyło, było prologiem tylko, nieśmiałym i nieistotnym ćwiczeniem i eksperymentem… i tak pędził czas, i mijało życie, i tyle się zdarzyło! Lecz wszystko to nie było prawdziwe.

(…) Celem życia było szczęście. Wszystko, co robił, myślał, mówił, wołało i przyciągało szczęście; lecz poznał jedynie zachwyt, podniecenie, ból, wszystko, co poznał, było bardziej gorące lub bardziej lodowate, wszystko było inne, niż powinno było być, żeby mógł się czuć szczęśliwy”

[Sándor Márai, Wytłumaczenie. Przeł. I. Makarewicz].

21:33, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 08 grudnia 2015
1531. Choć goni nas czas...

Po całym tygodniu sobota też w pociągu, tym razem prywatnie jednak, tak dla siebie. 24. Wrocławskie Targi Dobrych Książek w Centrum Kongresowym Hali Stulecia – czwarta to już (po Galerii BWA Awangarda, Muzeum Architektury i Dworcu Głównym) z odwiedzanych przeze mnie lokalizacji tej imprezy, a zawsze tak samo tam ciasno. Tłum, który zniechęca, nawet wózków z małymi dziećmi było pełno – szybko obiegam wybrane stoiska (traf dziwny: znajduję wszystkie obok siebie – interesują mnie tylko Karakter, Marginesy, Arkady, Więź, Zeszyty Literackie, UJ-ot i Agora; że o PIW-ie zapomniałem, uświadomię sobie dopiero po fakcie), dostrzegam podpisy składających Ziemowita Szczerka, Magdalenę Grzebałkowską, Janusza Majewskiego, a że ceny książek z mojej listy okazały się nie tak atrakcyjne, jak na co dzień w sieci (to zresztą reguła tej imprezy), wychodzę z ledwie jedną, przeznaczoną na prezent dla ojca pod choinkę (album dla mamy przyszedł pocztą w piątek – zresztą, obydwie te pozycje kupiłem w istocie pod siebie). Powrót do centrum w tramwajowym ścisku, chwila w Empiku na Rynku bez przypatrywania się kramom na jarmarku, potem znów Empik w Renomie i cudowne niebo w płomieniach przez okno pociągu. Dom... W niedzielę jedno zbyteczne kliknięcie i nie ma już odwrotu – coś złego stało się z moim edytorem Bloxa – pisanie z zachowaniem układu jak dotychczas (zwłaszcza przy cytowaniu wierszy) mocno się komplikuje. W poniedziałek zaś i dzisiaj zapierdol w pracy przeogromny – nie korzystam nawet z tych pięciominutowych przerw, do których mamy prawo co godzinę. Kolejne pudła listów, dokumentów, zszywki, datownik, oklejanie, podpięcie do systemu; gonienie, żeby jak najwięcej do pory skanowania. A potem peron i zapchany pociąg, te same twarze, te same wsie mijane. Ot, wszystko, co się dzieje – niewiele, a przecież i tak upływają mi te dni jakoś tak niezauważenie, w pędzie, za którym nie ma smakowania życia, bez satysfakcji większej i radości, szybko...

22:01, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 04 grudnia 2015
1530. Państwo PiS-lamskie...

      

„Znam ja ich wszystkich: same łajdaki (…). Łajdak na łajdaku jedzie i łajdakiem pogania. Wszyscy judasze”

                      [Mikołaj Gogol, Martwe dusze. Przeł. W. Broniewski].

  

Nie miałem nigdy żadnych złudzeń co do PiS-uarowej sekto-mafii, jestem zawziętym przeciwnikiem komuny tej mentalnej od początku. Piszę na tyle długo (jakoś tak niezauważenie minęło ostatnio dziesięć lat), że z własnych moich słów, emocji (por. 33, 245, 263, 268, 776, 811, 1297, 1478, 1482, 1493) lub cytowanych artykułów i analiz (por. 68, 129, 137, 144, 159, 185, 252, 258, 276, 777, 806, 929, 1008, 1500, 1521) zebrała się – choć blog to monotematyczny, osobisty – dość spora lista apeli i ostrzeżeń politycznych. Ciągle to aktualne. Trudno jednak odczuwać satysfakcję z trafności swoich prognoz czy poglądów, kiedy koszmarna wizja się zmienia w rzeczywistość, kiedy w poczuciu bezsilności patrzy się na demontaż państwa prawa. Ja wiedziałem, że tak będzie, a jednak ich bezczelność, cynizm i pośpiech w tej demolce zaskakują. Od razu się wzięli za Trybunał i specsłużby, za chwilę ustawią media i kulturę, prokuraturę, edukację i samorząd. W dodatku wszystko to w wykonaniu istnych ćwoków, zakapiorów, kolesi spod celi, PZPR-owskich niedobitków, co jak te kurwy z anegdoty na starość leżą krzyżem (por. 198). I nawet ten pożal się Boże ich prezydent, nadęty i adoracją otaczany Maliniak prosto z „Czterdziestolatka”, to też towarzysz szmaciak

Swego czasu, po roku kaczystowskich rządów, sporządziłem w 8 częściach „Raport o IV RP” (por. 119, 120, 121, 122, 123, 124, 125, 126, 127) – tym razem można by go pisać już po trzech tygodniach. Wkurwienie wówczas doprowadziło mnie na skraj nerwicy – jak będzie teraz, kiedy się zapowiada jeszcze gorzej, gdy oni mają wszystko i za nic nie ustąpią? Za tę nienawiść i odrazę swoją do nich ja też ich nienawidzę (por. 135). Lecz większość obojętna, zaślepiona – wolą mieć w dupie lub dać dupy za 500 zł. Garstka, co mieni się całością, wystarczy do urządzenia piekła wszystkim, zaś „wola ludu” (co jakoś zawsze znajduje swoją emanację w konkretnej partii i jej wodzu) musi być ponad prawem, jak mówi Kornel Morawiecki – kończy się to populistycznym autorytaryzmem (por. 241), a w końcu jakobinami, faszystami, bolszewizmem (por. 1522)…

  

„Aby upowszechnić ideał wszechstronnych zmian, inteligencja musi (…) stworzyć abstrakcję zwaną »ludem«, któremu może przypisać własne pragnienia. (…) Uzasadnienie takiego postępowania znajdowano w sformułowanej przez Rousseau koncepcji »woli powszechnej«, według której wolą ludu jest to, co »opinia« za taką uznaje (…).

Tylko przez sprowadzenie ludzi z krwi i kości do czystej idei możliwe jest ignorowanie woli większości w imię demokracji i ustanowienie dyktatury w imię wolności”

                       [Richard Pipes, Rewolucja rosyjska. Przeł. T. Szafar].

  

23:40, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
Archiwum
Tagi