~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
sobota, 31 grudnia 2016
1604. Z cyklu: Przeczytane (LX) - Grudzień...

1. Victor Serge, Sprawa Tułajewa. Przeł. K. Teodorowicz, Warszawa 2013;

2. Ksenofont, Wyprawa Cyrusa (Anabaza). Przeł. A. Rapaport, Wrocław 2006;

3. Richard Flanagan, Klaśnięcie jednej dłoni. Przeł. R. Sudół, Kraków 2016;

4. Wiktor Pielewin, Empire V. Opowieść o prawdziwym nadczłowieku. Przeł. E. Rojewska-Olejarczuk, Warszawa 2008;

5. Jáchym Topol, Strefa cyrkowa. Przeł. L. Engelking, Warszawa 2008;

6. Jani Virk, Śmiech za drewnianą przegrodą. Przeł. J. Pomorska, Wołowiec 2007;

7. Antoni Ziemba, Iluzja a realizm. Gra z widzem w sztuce holenderskiej 1580-1660, Warszawa 2016.

Ogółem w 2016 roku – 55 książek, 3 ponad założone minimum (52, statystycznie jedna tygodniowo), ale aż o 11 mniej, niż w 2015. Czytanie przegrywa z sennością i zmęczeniem – nie zapowiada się, by w 2017 miało być inaczej…

Tagi: książki
22:11, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 24 grudnia 2016
1603. Mein Herzenstäubchen...

Już przed paroma miesiącami postanowiłem sprawić sobie pod choinkę dwa tomy „Ptaków Polski” Andrzeja Kruszewicza. Jakieś kilkuzłotowe fluktuacje sprawiły, że sprawa się odwlekła. Cóż, muszę się obejść bez prezentu – przez czas jakiś. Zazdroszczę J. i M., że w urodziny, święta dostają tyle książek, i nie są to rzeczy błahe. A gdzieś w domyśle – że są znajomi, rodzina, przyjaciele, co mogą im je dawać…

Ogromna wierzba przed mym oknem, już kilka razy wcześniej przycinana – teraz pozostał tylko nagi pień, bez żadnych odgałęzień. Nie będzie gniazda srok, cykań sikorek, stadka gili – tu tylko zaobserwowanych. Zostają myszołowy, gęsi, gawrony, czaple z okien rannych pociągów; od stycznia hurtem znowu powinny być żurawie…

Śni się, że z tyłu głowy wyrywam sobie włos sterczący – ten okazuje wówczas ptasim piórem. W dodatku to nie puch, lecz lotka. Chęć, by odlecieć, w gnieździe utkwienie, brzydkie kaczątko oraz podcięte skrzydła – dramat wydaje się wyraźny i bez tych z Junga (?) w duchu w podświadomości analogii. Ten Papageno już nie odnajdzie gołąbeczki, nawet jeśli od pięciu i pół roku wciąż mu się marzy z nią gruchanie…

23:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 17 grudnia 2016
1602. Buried in books...

Sześć grubych tomów z Literackiego wydawnictwa mi przychodzi, w tym pięć powieści (trzech laureatów Booker Prize). W kolejce jeszcze tyle must have innych. Przy tak rozrośniętej bibliotece na ograniczonej, wykorzystanej do maksimum już powierzchni, kupno beletrystyki – lektury na jeden raz przeważnie (odmiennie w mych dziecinnych latach, kiedy po szkole, w domu babci, czekając na odebranie przez rodziców, wracałem wielokrotnie do fragmentów „Robinsona Crusoe”, „Hrabiego Monte Christo”. Potem jeszcze na studiach z zachwyceniem znowu sięgnąłem do „Wojny i pokoju” – pierwsze czytanie w ostatniej klasie podstawówki) wydaje się szaleństwem, zbytkiem. Są niby biblioteki i e-booki, ale nie lubię tak – nie swoje, bez dotyku. Rośnie od lat lawina (już ponad dwa tysiące sztuk), choć staram się oszczędzać – szukam promocji, śledzę wahania dzienne cen. Zapełniam coraz bardziej pokój, czytam zbyt wolno, niewiele też pamiętam z tego – czasu tak mało, a jeszcze marnotrawię pół soboty na zastanawianiu się, co czytać. Każdy nowy egzemplarz staram się ukryć przed domownikami – bo przecież nie ma miejsca, już starczy ci, tyle pieniędzy na to poszło. Jedna z niewielu przyjemności, a przecież odgradza mnie od życia, grzebie wśród fikcji i papieru; tyleż napawa dumą, co rodzi wyrzuty sumienia…

„(…) nieprzeczytane książki mają w sobie coś z nieboszczyków, podobnie jak księgarnie, w każdym razie w środku nocy, przypominają nisze grobowe”

[Juan José Millás, Porządek alfabetyczny. Przeł. A. Elbanowski].

23:16, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 07 grudnia 2016
1601. A weight of carrion flesh*...

Mija trzynasty miesiąc pracy. Wciąż sypiam w dni powszednie po pięć godzin. Przyzwyczajam się do swoich obowiązków, jakkolwiek wciąż nie widać w nich większego sensu – z pewnością trudno byłoby tak spędzić całe życie. Trud po nic, przyszłość żadna, chroniczne przemęczenie. Własne ograniczenia też nie pomagają, pogłębiają się niektóre złe nawyki – gdy wyjaśnienia z sądem odnośnie jakiejś sprawy wydają się wykraczać poza standard, zdarza mi się wychodzić z open space’u, szukać odosobnienia, korzystać z prywatnego telefonu. Wstyd przed rozmową wobec osób trzecich. Jakiś płaczliwy ton i drżenie w moim głosie, gdy trzeba o coś spytać czy zwrócić się o pomoc. Szczęśliwie, wiele też tu automatyzmu, godziny mechanicznego oklejania albo weryfikacji pism w systemie. I milczenie…

Prócz sądów, komorników piszą też zwykli ludzie. Kolejne takie moje doświadczenie wglądu. W warszawskim ministerstwie była to pomoc finansowa z Unii, szczegóły wniosków i projektów, inwestycji. Potem, w Krajowej Radzie Sądownictwa – skargi obywatelskie, skrzywdzeni i poniżeni, niepowtarzalny splot stylistyk, form i argumentacji, meandrów ich myślenia i pojmowania świata. Na kartkach krzywo wyrwanych z zeszytów, ścinkach papieru gdzieś w aresztach, hieroglifami lub komputerowo, czasami na dziesiątkach stron to samo; przypominało to niekiedy (kolory, miniaturyzacje, powiększenia, nakładające się na siebie wersy, zmiany kierunków tekstu) jakieś mentalne mapy, rodzące podejrzenia – już nawet bez wnikania w treść – odnośnie zaburzeń potencjalnych ich autorów, psychopatii. A teraz, tutaj nie wyzwiska już, nie spiski – raczej błagania, prośby. Ludzie na skraju, bez dochodów, w spirali długów, schorowani – ruina życia, nędza i opuszczenie. Umórzcie, rozłóżcie na raty lub darujcie. Kłuje coś wtedy w sercu i łza się w oku kręci. Nie ja naciskam, decyzje podejmuję – tylko otwieram listy. A jednak czuję się niczym element systemu represji, nóż wrzynający w ciało – bieda nie łączy mi się jakoś z wymogiem spłaty długów…

* William Shakespeare, The Merchant of Venice (Act IV, scene 1)

22:48, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi