~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
poniedziałek, 31 marca 2008
402. Une saison en enfer

  

Zimnym rankiem spieszę na pociąg przez zieleniejący się, rozkrzyczany głosami setek ptaków las. Prowadzi mnie charakterystyczne pukanie o pnie drzew – „Nie krakały kruki, wrony, / Tylko dzięcioł / Pełzł po wierzbie, wystukiwał / Drogę księciu” [Słowo o wyprawie Igora. Przeł. J. Tuwim]. Całe poszycie jest białe od tysięcy zawilców, ale dziwnym trafem zauważę to dopiero wiele godzin później, wracając tędy do domu ze wspomnieniem wrocławskich krokusów przy teatrze Capitol…

  

Pamięć, zapomnienie, wspomnienie…

W pociągu naprzeciw mnie siada dziewczyna, z którą w liceum chodziłem do jednej klasy. Nie miałem powodu jej nie lubić. Mówimy sobie „cześć” i są to jedyne słowa, jakie padają między nami. Ona próbuje usnąć, ja uciekam w lekturę…

  

„Czas zabliźnia rany. Czas to cierpliwy żółty deszcz, gaszący powoli najbardziej zajadłe płomienie. Ale istnieją płonące pod ziemią stosy, szczeliny pamięci tak zapiekłe i głębokie, że nawet rwący potok śmierci nie mógłby ich przesłonić. Próbujemy żyć, jakby ich nie było, zadusić je milczeniem, przykryć patyną czasu i gdy myślimy, że nareszcie udało nam się zapomnieć, dostajemy niewinny list, który rozbija na drobne kawałki taflę lodu skuwającą zapomnienie”

                    [Julio Llamazares, Żółty deszcz. Przeł. M. Płachta].

  

Na zajęciach pytanie o zadane przed świętami opowiadanie Leonida Andriejewa spotyka się z głuchym odzewem studentów. „I odpowiedzią mu było milczenie…” – nigdy nie będą wiedzieć, ile dla mnie znaczy ten tekst… Tam, gdzie zajść ani razu we Wrocławiu nie omieszkam, kupuję Pogardę Alberto Moravii. Być może jest w tym jakieś ukryte znaczenie. W każdym razie cudowny motyw George’a Delerue z filmu Godarda musiał mi nieuchronnie rozbrzmiewać potem w myślach…

Spacer wzdłuż Promenady Staromiejskiej przez park Kopernika do Wzgórza Partyzantów. Jak zwykle przyglądam się ludziom, zajmującym kolejne ławki. Drzemiący, sterany życiem i chyba podpity mężczyzna; chłopiec nadający sms; babcia z rozkosznym maleństwem w wózku; student czytający grubą powieść; dziewczyna z czymś, co mogłoby być podręcznikiem do angielskiego; i zakochane pary, bez skrępowania okazujące sobie uczucie. Pierwszy raz wspinam się na Wzgórze – z ławki na szczycie spoglądam na wschód i przez kilkanaście minut obserwuję przez drzewa, jak po drugiej stronie fosy, na skwerze Krasińskiego dwaj chłopcy odbijają piłkę. Jeden jest w krótkich spodenkach i ma mnóstwo tej życiowej energii, o której ja dawno już zapomniałem. Jak dobrze, że macie siebie nawzajem, koledzy, że umiecie się tak bawić i śmiać. Jak dobrze…

Wracam dołem, blisko lustra wody. W pociągu kończę czytać zaczętą dziś przepiękną opowieść o umierającej wiosce Ainielle…

  

„Nic nie budzi w człowieku takiego lęku jak drugi człowiek – większego jeszcze, jeśli oboje są jedną i tą samą osobą. Tak, samotność zmusiła mnie do stawienia czoła samemu sobie. A w odpowiedzi na ten przymus, do zbudowania na wspomnieniach potężnych ścian zapomnienia. I to był jedyny sposób, by przetrwać pośród tego zniszczenia i rozkładu, jedyny sposób, by znieść samotność i lęk przed obłędem” [Ibidem].

  

Wiosna – rozleniwia, drażni nerwy, mąci w głowie, nie daje nocą zasnąć. Z pewnością już przyszła. To będzie mój kolejny sezon w piekle

  

sobota, 29 marca 2008
401. Simplicitas

  

Czuję się tutaj jak eksponat w muzeum, wybryk natury w Kunstkamerze…

Kiedyś roiłem sobie, że będę bohaterem naszych czasów, reprezentantem pokolenia, głosem powszechnym (Nazywam się Milijon…), portretem zbiorowym. Trzeba było lat, rozwiania się wyrosłych z lektur marzeń dzieciństwa, by zrozumieć, że nie tyle jestem wcieleniem pewnego typu, ile jego wynaturzeniem, krzywym zwierciadłem, anomalią naszych czasów. W ten oto sposób, straciwszy na uogólnieniu, zyskałem wreszcie podmiotową indywidualność i już żaden schemat się mnie nie imał.

A jednak chciałbym się dopasować do – pojedynczego – kogoś, pójść z kimś na kompromis, spokornieć nieco, wmieścić w jakieś ramy…

  

Naiwnie niegdyś myślałem, dziś naiwnie piszę. Nie wiem, co gorsze.

Nie wiem, czy to w ogóle ma sens…

   

                    „Samotność – cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi?

                    […]

                    Nieszczęsny, kto dla ludzi głos i język trudzi”

                                        [Adam Mickiewicz, Dziady. Cz. III].

  

czwartek, 27 marca 2008
400. Tower

  

Skoro znalazłem, czego mieć nie mogę, to szukam tam, gdzie znaleźć nie chcę…

M. doradzał kiedyś, że trzeba wypatrywać albo ładnych, albo inteligentnych twarzy, bo równoczesność się podobno tu nie zdarza. Lustro próbuje mnie przekonać o możliwości syntezy, ale sam sobie już dawno przestałem wystarczać. Choć boję się zarazem, że jednak nie…

Jestem księżniczką zamkniętą w wieży dawno opuszczonego zamku – szturmowanie jego bram nikomu nawet nie przyjdzie do głowy. A i trudu tego daremnego szkoda…

  

Tagi: homo
21:50, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (8) »
wtorek, 25 marca 2008
399. Extension I

  

„Przeżyłem tak niewiele, że mam skłonność do wyobrażania sobie, że nie umrę, wydaje mi się nieprawdopodobne, że życie ludzkie może redukować się do tak niewielu rzeczy; człowiek myśli, wbrew samemu sobie, że wcześniej czy później coś się wydarzy. Poważny błąd. Życie może być doskonale krótkie i puste zarazem. Dni upływają monotonnie, nie zostawiając najmniejszego śladu ani wspomnienia.

Niekiedy nawet myślałem, że uda mi się umościć na trwałe w życiu kompletnie pustym. Że znużenie, relatywnie bezbolesne, pozwoli mi nadal wykonywać zwykłe codzienne gesty. Kolejny błąd. Przedłużające się znużenie nie jest pozycją dającą się utrzymać: wcześniej czy później przechodzi w odczucia dużo bardziej bolesne, w ból rzeczywisty; dokładnie to mi się właśnie przydarza”

          [Michel Houellebecq, Poszerzenie pola walki. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

Że się zmieni, że może być inaczej, że się uda… Już same myśli o tym są ponad moje siły, cóż więc tu mówić o nadziejach, o możliwościach. Zbyt bardzo chcę w to wierzyć, by temu zaprzeczyć… – napisał mi kiedyś J., ale moja wiara (w cokolwiek) jest równie jak on ulotna…

  

„[…] już od dawna sens moich działań przestał być dla mnie jasny; w każdym razie nie objawia mi się zbyt często. Przez większość czasu ustawiam się, w mniejszym lub większym stopniu, w pozycji obserwatora. […]

Bogactwo tego, co we mnie umrze, jest absolutnie zdumiewające” [Ibidem].

  

sobota, 22 marca 2008
398. Resurrectio

  

Był pewien chory, Łazarz z Betanii... [J XI, 1n].

  

   „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy upadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity” [J XII, 24].

   „To powiedziawszy zawołał donośnym głosem: »Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!« I wyszedł zmarły…” [J XI 43, 44n].

  

Był pewien chłopiec, lnianowłosy z roześmianymi oczami...

  

   „Pamiętajcie, że nic nie daje tyle godności, siły, zdrowia i pożytku przyszłemu życiu, ile jakieś dobre wspomnienie, zwłaszcza wyniesione z dzieciństwa, z domu rodzinnego. Dużo wam się opowiada o waszym wychowaniu, a może właśnie najlepszym wychowaniem jest jakieś takie piękne, święte wspomnienie zachowane z dzieciństwa. Jeżeli dużo na przyszłość uzbiera się takich wspomnień, człowiek na całe życie jest ocalony. A jeżeli nawet tylko jedno zachowamy w sercu dobre wspomnienie, i to może nam kiedyś przynieść ocalenie” [Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow. Przeł. A. Pomorski].

  

Była pewna przeszłość, w oddali już pozostawiona...

  

   „A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się” [Łk XV, 32].

  

...i tylko tamten uśmiech niewinny pozwolę sobie zachować.

  

czwartek, 20 marca 2008
397. Śnieg

  

Próbując dociec przyczyn tego wszystkiego, cofam się w pamięci ku coraz to odleglejszym wspomnieniom, bolesnym obrazom, dotkliwym ranom, i miast odpowiedzi znajduję tylko kolejne pytania, jeszcze jedne z całego szeregu wątpliwości. Źródła mojego strachu, wszystkich kompleksów i zahamowań, mojej samoizolacji… fundamenty otaczającej mnie próżni…

Pamiętam, choć nie powinienem… Twarz, wciśniętą w śnieg po powaleniu mnie od tyłu na ziemię… Szydercze kartki przyczepiane mi na plecach… Ślady oplucia, dopiero w szatni na kurtce dostrzegane… Drwiny na sali gimnastycznej… Przezwiska… 

   

                    „I wszędy było mi oszczerstwo towarzyszem.

                    Przez sen, jak skrada się, słyszałam i wciąż słyszę”

                              [Anna Achmatowa, Oszczerstwo. Przeł. W. Woroszylski].

  

A może to ja? Przeze mnie? Przez ówczesne przekonanie, że nie podzielam pasji i rozrywek moich rówieśników... Przez długie, prowokująco falujące włosy?... Lęk przed piłką… Erudycyjną wyższość prymusa…

Źródła – wokół mnie i we mnie…

W efekcie zaś zostałem sam, z całym tym bagażem nie-do-udźwignięcia, nie-do-wypowiedzenia, nie-ma-komu-do-wyznania. A przecież, choć tak wielu najprostszych a wciąż nieznanych rzeczy doświadczyć bym pragnął, brutalne lekcje z przeszłości wiele mi dały. Nawet jeśli obecnie nie jestem dzięki nim silniejszy… 

    

                    „Tyle już we mnie rzucono kamieni, 

                    Że mi niestraszny i rzucony świeżo. 

                    Mój potrzask w kształtną wieżę się zamienił,

                    Wśród wież wysokich stał się smukłą wieżą.

                    Jej budowniczym wielkie składam dzięki, 

                    Niech się nie znajdą w trosk i smutków matni. 

                    Stąd wcześniej widzę promienie jutrzenki,

                    Tu tryumfuje słońca błysk ostatni”

                              [Anna Achmatowa, Samotność. Przeł. L. Lewin].

  

Dziś staram się pokryć swoje koszmary bielmem zapomnienia. Tego pierwszego dnia wiosny, gdy za oknem sypie śniegiem. Innym, na szczęście, niż wtedy, gdym go musiał kosztować…

  

wtorek, 18 marca 2008
396. Defeat

  

Na dzisiejszym styczniowym wietrze łzy niemal zamarzały mi w oczach. Ale na pełne załamanie pozwoliłem sobie dopiero po dotarciu do Instytutu i zamknięciu się w łazience (zawsze ta sama kabina jest jedynym przytulnym mi miejscem). Nie wytrzymuję już własnego istnienia...

Modliłbym się o śmierć, ale nie mam do kogo. Zaklinam więc los, by coś przynajmniej (mam nawet pewne podstawy, by na to liczyć) zżerało mój organizm od środka. Wewnętrzne gnicie nie może być gorsze niż dławiące umysł myśli…

  

„Czuję, jak coś we mnie pęka, niczym eksplodujące szkło. Chodzę w tę i z powrotem, nękany napadami wściekłości, odczuwam silną potrzebę działania, ale nie mogę nic zrobić, gdyż wszelkie usiłowania wydają mi się z góry skazane na zagładę. Porażka, zawsze porażka. Jedynie samobójstwo mieni się blaskiem, dla mnie nieosiągalne”

          [Michel Houellebecq, Poszerzenie pola walki. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

Ze wszystkich rzeczy na świecie moja przyszłość i cała ta pseudoegzystencja wydają mi się najmniej interesujące, zupełnie niewarte zachodu. Może gdybym nie wiedział, co tracę, dałoby się to jakoś znieść. Ale, niestety, wiem, po co się żyje…

  

poniedziałek, 17 marca 2008
395. Void

  

Z dzisiejszej pociągowej lektury:

„Szedł bulwarem nad rzeką, zatrzymując się od czasu do czasu, by popatrzeć, jak płynie mulista woda, czas, życie” [Leonardo Sciascia, Rycerz i śmierć. Przeł. H. Kralowa].

  

Monotonia i jałowość każdego dnia, a to już dziesięć tysięcy trzydziesty tego trwania w próżni…

Zastanawiam się (znów ten egoizm), czy ktoś jeszcze zna, czy może zrozumieć ten stan dojmującej pustki, takie pozostawanie poza nurtem jakiegokolwiek dziania się, nawet czucia i myślenia. Może jedynie ci, co kogoś utracili. Kim był ten, którego ja straciłem?...

   

W pociągu powrotnym czytam jednego z zaległych Marquezów. I tak jak nie ma kto pisać do pułkownika, tak ja – nie tylko dziś – nie mam się do kogo odezwać

Zimnie obojętny deszcz. To pewnie z jego powodu jutro na podróż zabieram Houellebecqa…

  

sobota, 15 marca 2008
394. Wszechmiara

  

Czyż można pragnąć mniej, chcieć zwyczajniejszego, nie zaznać prostszego? Czy wspólny wypad rowerami za miasto, wieczorny spacer, nocna rozmowa przy kuchennym stole, dźwięk głosu, uśmiech, dotknięcie ręki… – pozostaną tylko wyobrażeniem? Czy to już za wiele? Czy jeszcze zbyt mało? I dlaczego właśnie mnie jest dane to najmniej... 

   

                    „Tego chciałem i więcej niczego. Więc któż

                    Winien? Kto sprawił, że mi odebrano

                    Młodość i wiek dojrzały, że mi zaprawiono

                    Moje najlepsze lata przerażeniem? Któż, 

                    Ach któż jest winien, kto winien, o Boże?”

                              [Czesław Miłosz, Pieśń obywatela]

  

I oto czytam. Stare matki starych, upośledzonych ni to dzieci, ni dorosłych budują dla nich Dom Dożywotniej Opieki. Jak już go zbudują, będą mogły spokojnie umrzeć (E. Gietka, „Polityka” 2008, nr 11).

Cierpienie i poświęcenie innych jest miarą wszechrzeczy. Przywraca właściwe proporcje naszym urojeniom i skargom na rzekomą niesprawiedliwość losu...    

   

                    „Jeżeli człowiek może być taki jak wy

                    w naturze ludzkiej prawdziwej także ja mam udział”. 

                              [Czesław Miłosz, Odstąp ode mnie]

  

Żeby tylko zdążyć przed własną śmiercią... – modlą się stare matki starych ni to dzieci, ni to...

  

czwartek, 13 marca 2008
393. Lawina

  

Nabytki, przesyłki, okazje, rabaty, promocje, nowości, wyprzedaże…

Tydzień temu: T. Bernhard, Dawni mistrzowie; S. Márai, Występ gościnny w Bolzano; W. Wojnowicz, Spiżowa miłość Agłai i Życie i niezwykłe przygody żołnierza Iwana Czonkina.

Wczoraj: J. Kerouac, W drodze; J. S. Foer, Strasznie głośno, niesamowicie blisko; D. Gilbert, Normalsi; M. Yan, Obfite piersi, pełne biodra; F. Wheen, Karol Marks.

Dzisiaj: V. Pankovčín, Marakesz; D. Ugresic, Forsowanie powieści-rzeki; F. Kongoli, Psia skóra; T. Prochaśko, Niezwykli; N. Veličković, Koczownicy; D. Kiš, Cyrk rodzinny.

Jutro: M. Streeruwitz, Uwiedzenia; J. Andruchowycz, Perwersja; F. Vallejo, Mój brat alkad i Błękitne dni...

Najdalej w przyszłym tygodniu rewolucja meblowa w salonie się szykuje, co ów niepowstrzymany potok, strumień, rzekę, ocean papieru jakoś uporządkować i poluzować pozwoli. A jednocześnie będzie to wyrokiem, ostatecznym potwierdzeniem, że już tych ścian czterech, w których tkwię od urodzenia, tego tysiąca pięciuset tytułów, który wszystkiego sobie nieopatrznie odmawiając zgromadziłem, tych dwojga, co życie mi dali i do śmierci powolnej w męczarniach doprowadzają – już nie opuszczę nigdy.

Sam się zamykam w więzieniu, sam siebie pod lawiną grzebię…

  

wtorek, 11 marca 2008
392. Eventful

  

Ta sama droga (dom – stacja – dom – stacja) przemierzana dziś czterokrotnie (nowe buty sprawdziły się znakomicie), odwołany pociąg, telefon do koleżanki, by zatrzymała studentów (kiedy to ja ostatnio do kogoś dzwoniłem? – a tak, dziesięć dni temu o 19.12), spóźnienie na zajęcia o trzy akademickie kwadranse, i pełna improwizacja na temat właściwości liryki. W drodze tam czytam Jedno drzewo, jedno pożegnanie Mariny Mayoral; w drodze tu – Podzwonne dla dzwonnika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Na poczcie czekają na mnie trzy paczki z książkami, kolejna już w drodze, jeszcze jedna w planach. I tyle. To wszystko. Wydarzyło się dziś więcej niż przez dni, tygodnie, lata. Nic ciekawszego mnie już nie czeka. Nic ciekawszego nie umiem już sobie wyobrazić…

  

poniedziałek, 10 marca 2008
391. Zmierzch

  

Pierwszy gorący dzień, co nie tyle nawet zapowiada nadchodzące, ile pieczętuje, zamyka minione… Uporczywe poszukiwania lżejszego, ale koniecznie czarnego obuwia na moje miniaturowe stopy (małe jak nos, małe jak…, bo małe jest piękne) uwieńczone zostają pół-sukcesem, który – ze względu na swoją niską cenę – oby choć końca tego roku doczekał… Tak jak tydzień temu wróciłem po latach do kina, tak dziś wracam do lektury – kilkudziesięciominutowa podróż powrotna z Wrocławia pozwala przeczytać w całości Bez krwi Alessandro Baricco; w torbie jeszcze kupiony okazyjnie Ogród niedoskonały Tzvetana Todorova (z pobieżnego przeglądu – tak charakteryzuje samego siebie J. J. Rousseau w liście do Sophie d’Houdetot 17 XII 1757: „Zżerany potrzebą kochania i bycia kochanym, i mało wrażliwy na wszystkie inne potrzeby”)… Na zajęciach w Instytucie rosyjski dekadentyzm – nie wiem, dlaczego tyle uwagi poświęciłem zjawisku zalegalizowanej prostytucji. Z ekstatycznego nurzania się w żywiołach u Balmonta, kultu własnego indywidualizmu u Briusowa oraz katastroficznego pesymizmu i ucieczki w marzenie u Sołoguba zdecydowanie najbliższy jest mi autor Małego biesa – co prawda, nie prześladuje mnie jeszcze złośliwa niedotykomka, ale chyba niewiele do tego brakuje. Byłaby ona moim jedynym i codziennym towarzyszem…

Już nie widok zakochanych par, małżeństw, związków, partnerów na ulicach, zdjęciach, w opisach rodzi łzy w kącikach moich oczu, ale brak kogokolwiek do zwyczajnej rozmowy, nieobecność drugiego. Chwilami mam wrażenie (jest coś z pychy w takim myśleniu), że już nie można sobie wyobrazić większej udręki, niż moja. Chwilami muszę się bardzo powstrzymywać, by nie zrobić czegoś nieodwracalnego. Nie używam wtedy racjonalnych argumentów… 

   

                    „Привычка жить... наверно. Все равно.

                              Душа согласна на любое.

                    Включи другой канал, трескучее кино,

                              Стрельба, объятия, ковбои.

                    Проснусь – увижу луч, умру – увижу тьму,

                              И, погружаясь в сумрак дымный,

                    Я одиночества такого никому…

                              Гори, гори, звезда моя, прости мне…”

                                        [Bachyt Kienżejew]

  

Po tych słowach zawsze słyszę w podświadomości huk wystrzału...

Пора, мой друг, пора...

  

sobota, 08 marca 2008
390. Na mieliznach słów, snów

  

                    „Człowiek powołuje do życia iluzję, żeby oderwać się

                    od rzeczywistości” [Gustaw Holoubek, 1923-2008].

  

Piszę na wodzie swoje dni kolejne, swoją odwagę, postanowienia i atuty. Moje zamki na piasku ocalić się staram. Przekonuję sam siebie, ucieleśniam (wcielam?), dopowiadam. Wciąż daremnie, beznadziejnie, wciąż nie wiem po co. Bo wciąż ani z nurtem, ani pod prąd; bo samotnego rejsu po bezwietrznym morzu nie przewidziałem, nie ustrzegłem się, nie przygotowałem. A przecież mam ochotę na Wielkie Tsunami…

   

                    „buduję moją arkę

                    pijany statek

                    papierowy okręcik

                    pod czerwonymi

                    czarnymi żaglami

   

                    Cóż z tego że we śnie”

                                        [Tadeusz Różewicz].

  

czwartek, 06 marca 2008
389. Baudrillacrum

  

Rok temu zmarł Jean Baudrillard. Podobno istniał ktoś taki…

  

„Idzie Stirlitz przez las, patrzy, na drzewie siedzi Baudrillard. »Stirlitz« – pomyślał Baudrillard. »Simulacrum« – pomyślał Stirlitz. […]

Nietrudno zauważyć podwójną semantykę »Baudrillarda«. To, że tradycja anegdoty sytuuje go w tym samym kontekście co Stirlitza (na jego miejscu mógłby być Piet’ka albo Wasilij Iwanowicz), oznacza uznanie Baudrillarda za swojego chłopa, za znak swego kręgu, za mitologem na tyle domowy i rodzinny, że staje się on własnością ustnej twórczości ludowej. Z drugiej strony, Baudrillarda i jego teorię simulacrum przedstawiono tutaj specjalnie w sposób trywialny, protekcjonalny i komiczny. Anegdota ma co najmniej dwa oczywiste interteksty. Pierwszy: »Idzie Stirlitz ulicą, naprzeciwko idą, powiedzmy, kurwy. „Kurwy” – pomyślał Stirlitz. „Stirlitz” – pomyślały kurwy«. Aluzja ta podkreśla strywializowanie postaci Baudrillarda. Tekst oryginału parodiuje legendarną przenikliwość i zdolności konspiracyjne Wielkiego Szpiega – wszystko okazuje się zrozumiałe dla pierwszych z brzegu panienek lekkich obyczajów. W naszym tekście w roli Stirlitza znalazł się Baudrillard: sparodiowano wyjątkowy intelektualizm Wielkiego Filozofa – jego konstrukcje okazują się łatwe dla pierwszego lepszego pułkownika wywiadu, przy czym nawet nie tyle najbardziej bohaterskiego bohatera Siedemnastu mgnień wiosny, ile jego ludowego wzorca, takiego półgłówka Stirlitza, co to występuje w starych radzieckich apokryfach. Odpowiednio Stirlitz z naszego tekstu jest tak naprawdę »simulacrum-szkicem«, simulacrum simulacrum. Kiedy simulacrum simulacrum określa jako simulacrum autora teorii simulacrum, nie sposób nie zgodzić się, że tekst jest po prostu bardzo dobrze zrobiony.

Drugi intertekst naszej anegdoty to baśń Iwana Kryłowa Wrona i Lis. Sytuacja sparodiowana jest wspaniale. Jedna z postaci siedzi na drzewie (na gałęzi) i jest posiadaczem pewnego dobra materialnego, a druga, apelując do zdolności twórczych pierwszej, przy pomocy oszustwa wyłudza od niej rzeczone dobro. Wrona, uwierzywszy w swój talent do śpiewania, wyszła na głupca (i śpiewać nie umiała, i ser straciła). Baudrillard, uwierzywszy w swój dar filozofowania, wychodzi na błazna: nie umiał zastosować praktycznie własnej teorii (nazwał Stirlitza Stirlitzem, zupełnie po przedbaudrillardowsku prostacko odniósł znak do desygnatu).

Oczywiście wymysły francuskiej filozofii postmodernistycznej, głoszącej niezależność signifiant do signifié, wielość płci, uprzedniość skutku względem przyczyny i temu podobne cuda, po prostu bezwarunkowo winny wzbudzać pragnienie ich wydrwienia. Słyszałem kilka historyjek tego rodzaju, mniej »archetypowych«, aniżeli o Stirlitzu i Baudrillardzie (to maleńkie arcydzieło – bogactwo »treści« przy, wydawać by się mogło, prymitywnej »formie«), ale też dobrych.

Przychodzi Deleuze z hemoroidami do lekarza, a leczą go na gonoreę. Gilles krzyczy: »Litości! To wcale nie to miejsce! Z drugiej strony!« W odpowiedzi słyszy: »Niech pacjent się uspokoi! Czyżby nie czytał pan w drugim tomie Kapitalizmu i schizofrenii, klasycznej pracy wybitnych współczesnych miłośników mądrości Deleuze’a i – w żałobnej ramce – Guattari, że fallus pod względem typologicznym niczym nie różni się od anusa?«

Albo: o narodowym ruchu dekonstrukcjonistów, którzy zgodnie z wszelkimi zasadami rozebrali Derridzie krzesło w czasie wykładu, samochód i domek pod Paryżem.

Albo o ciotce tego samego Baudrillarda, która umarła, pozostawiwszy siostrzeńcowi ogromny spadek, ale spadku tego siostrzeniec dostać nie może. »Ale przecież to ja, Baudrillard, jestem spadkobiercą!« – »Jaki z pana Baudrillard, pan jest simulacrum«. – »Przypuśćmy, ale to mnie zapisano pieniądze!« – »Dość tego, co to znaczy panu? Pieniądze te w najlepszym przypadku należą do pana tekstów, nawet nie do tekstów, a pewnej idei pana tekstów… No i czym w istocie są pieniądze, gdzie je pan widział, jeżeli znak poprzedza desygnat…«

Warto powtórzyć: podobny odbiór świadczy o dwóch rzeczach. O tym, że idee poststrukturalistów i dekonstrukcjonistów przyjęły się u nas jak własne. I o tym, że pewne grono ludzi chce w jakiś sposób zdystansować się wobec tych idei. Wiadomo. Z uśmieszkiem. Po prostu niemalże pogardliwie. […]

Lecz wracając do naszej anegdoty. Charakterystyczne, że »Stirlitz«, głupi Jasio z tradycyjnych radzieckich opowieści, na tle rachitycznego Francuzika Baudrillarda wydaje się nad podziw mądry. Zwraca uwagę doskonałość i soczystość mitologii socrealistycznej […]. Odwołanie do oczywistego kontekstu. […] zapotrzebowanie na mitologię nigdy nie ginie, a pewne sfery, gotowe określać postmodernizm jako zdechłego psa, dokonują mitologizującego gestu w postmodernistycznym kontekście. To, że wybierają postać Baudrillarda, jest znakiem zdrowej autoironii: w ten sposób tematyzują swój gest jako prawdziwe simulacrum”.

                         [Wiaczesław Kuricyn. Przeł. A. Skotnicka-Maj]

  

wtorek, 04 marca 2008
388. Madness

  

Były zapewne w ostatnich miesiącach dni z niższą temperaturą i silniejszym wiatrem, ale takiego zimna jak dziś dawno nie doświadczyłem. Rozdygotany spieszę wczesną porą – jak wczoraj, choć w miejsce znacznie odleglejsze i dotąd niezapoznane – na kolejny seans. Jak gdybym chciał z nawiązką nadrobić te moje paroletnie kinowe niebytności; kto wie zresztą, jak wiele czasu upłynie, nim znów nadarzy się okazja. Marzę o takich wieczornych wyprawach z kimś, a dostępne są mi tylko poranne, z samym sobą. Nie najgorsze to chyba jednak towarzystwo…

Do celu docieram zmarznięty i wyczerpany, o mało przy tym nie gubiąc się w czeluściach świątyni konsumpcji. Natłok tego wszystkiego – sklepów, towarów, zaułków – przyprawia o szaleńczy zawrót głowy.

  

Wczoraj widziałem mistrzostwo, dzisiaj zobaczyłem wielkość. Wybieram bez wahania to drugie, choć Oscary przypadły pierwszemu. Nie mogło być inaczej. Wizja Ameryki jako kraju zapomnianych wartości i powszechnego mordu musi być tam mimo wszystko łatwiejsza do strawienia niż finałowe szyderstwo z fałszywych proroków, co złodziejstwo nazwali objawieniem. Za dużo takich opętanych kaznodziei uspokaja współcześnie sumienie Nowego Świata, niegdysiejszej Ziemi Obiecanej

Psychodelia bogactwa i religii, co trawi dziś Amerykę jak choroba, bo też z gorączki (czarnego złota czy raju wolności) się zrodziła. Pieniądze i wiara, chciwość i obłuda, sycące się nawzajem upokorzeniem każdego, kto staje im na drodze – tak długo, w końcu poleje się krew

  

Napotykani za każdym razem na wrocławskich ulicach ludzie mówiący do siebie, do kogoś wyobrażonego obok, kłócący się z cieniami, objaśniający coś powietrzu; moi współnosiciele nieszczęścia. Obłęd to, samotność czy egoizm? Przyjmuję każdą diagnozę i nie obiecuję poprawy…

  

Tagi: filmy
21:48, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 03 marca 2008
387. Sceny i ujęcia

  

Przyklejony do szyby w zatłoczonym przedziale wyglądam zwiastunów wiosny. Klucze powracających ptaków czarnymi smugami przecinają niebo. W powietrzu rozkrzyczane gęsi, na wodzie kaczki, po zamokłych polach przechadzają się kolejne pary żurawi, a zorane bruzdy obsiadło stadami coś jeszcze skrzydlatego, trudnego do sklasyfikowania z racji zbyt dużej odległości… Gdzieś za moimi plecami grupa damsko-męska żartami umila sobie drogę do pracy. Dwoje z nich znałem kiedyś, przed paru laty zaledwie, co już się wiecznością wydają. Czy też się tak wówczas śmiałem – już nie pamiętam…

  

Po kilku latach przerwy, pierwszy raz od czasów Aleksandra, idę do kina. W ciemnej, pustawej sali (usiadłem nie tam, gdzie bilet mi nakazywał) rozgrywa się mroczne misterium rzezi, równie niepojętej jak milczenie Boga nad preriami Teksasu, pośród których wzrok nie znajduje żadnego oparcia. Szeryf Bell ma przynajmniej sen o czuwającym przy ognisku ojcu („...and I knew that whenever I got there he would be there. And then I woke up”). Co jest naszym fundamentem dzisiaj, co daje nam pewność? W czym możemy upatrywać nadziei? Budzimy się ze snu i dostrzegamy jedynie absurd pustki…

Wychodząc po seansie mimowolnie podsłuchuję młodą grupę moich niedawnych współwidzów, którzy kpiącymi pytaniami starają się pokryć własne niezrozumienie zakończenia, tak konsekwentnie przecież wyprowadzonego z całości filmu. Mijam ich zirytowany, bo właśnie tacy jak oni nadają teraz ton. Rzeczywiście, to już nie jest kraj dla starych ludzi

  

W Instytucie pani z działu dydaktyki przekazuje mi szeptem na korytarzu poufną wiadomość, że studenci bardzo sobie chwalą moje zajęcia i wystawiają mi najwyższe oceny. Aż się zdziwiłem. Wracam uskrzydlony do domu i nie mogę się powstrzymać od uśmiechu na widok chłopca, który naprzeciwko mnie łakomie pałaszuje udka kurczaka i frytki z KFC. Za oknem lecą żurawie

  

sobota, 01 marca 2008
386. Czy...? ...na pewno!

   

                    „Tam gdzieś, gdziekolwiek bądź i kiedykolwiek, 

                    U gór podnóża czy na brzegu rzeki, 

                    Czy też za wozem dudniącym – zwyczajnie

                    Idąc, pod tnącą na ukos ulewą, 

                    Pod niskim, białym, wiekuistym niebem,

                    Lub jeszcze później i o wiele dalej,

                    Nie wiedząc – co, nie rozumiejąc – jak,

                    Lecz gdzieś, gdziekolwiek bądź i kiedy bądź, na pewno”. 

                              [Gieorgij Adamowicz. Przeł. A. Mandalian]

  

Archiwum
Tagi