~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
wtorek, 30 marca 2010
763. "Speak, Memory!"...

  

Firmowy zapierdziel, domowy brak prywatności. Już po dwóch dniach trudno doprawdy uwierzyć, że jeszcze w niedzielę tam byłem. Tak mało udało się na fotografii uwiecznić – zbyt oszołomiony byłem w tych pierwszych godzinach. Na dodatek nie wziąłem swojego aparatu, więc Ania użyczyła mi własny. Ale wyciągnąłem go dopiero schodząc z wawelskiego wzgórza – w międzyczasie zmierzchać się zaczęło, widoki pewne i miejsca pozostały gdzieś za nami, pominięte, może obrażone...

Tych zdjęć kilka ledwie, na szybkiego, nieznanym sobie sprzętem uchwyconych – podobają mi się one, bardzo... Może nie wiem, co to ekspozycja, naświetlanie, czułość i przysłona, ale mam niejaką zdolność do łapania kadrów. To cegiełki, z których składam później najsłodsze wspomnienia…

  

      

  

niedziela, 28 marca 2010
762. Alex in Wonderland...

  

Od tygodnia pogodynki straszyły deszczem, wiatrem, chłodem. Do ostatniej zatem chwili waham się, czym nakryć głowę. Potem, już w pociągu i u celu, okazuje się, że nie jedynym jestem tego dnia kapelusznikiem

Za oknami pustego InterRegio przesuwa się przygnębiający, postindustrialny krajobraz – z tej perspektywy, gdziekolwiek by nie jechać, Polska jawi się niczym jakaś wielka zona ze Stalkera... Podczytuję Nieszpory sycylijskie. Dzieje świata śródziemnomorskiego w drugiej połowie XIII wieku Stevena Runcimana. Gdzieniegdzie na polach hasają marcowe zające; Śląsk strzela w niebo kominami i neogotyckimi wieżami kościołów. A potem zaczyna się bajka…

 

       

 

Nie wiedzieć czemu, nigdy mnie specjalnie do Krakowa nie ciągnęło. Szary jakiś zawsze się wydawał, zapowiadał mokry. Po dwudziestu w nim godzinach jednak łzy roniłem szczere, wyjeżdżając. No bo Ania, bo rozmowy z nią, spacery, śmiechy; bo na obiad pyszna pizza (pierwsza poza domem i w całości zjedzona, czerwonym winem popita) w ogródku letnim w Trzech Papryczkach, i herbata (z braku czekolady) w Bunkrze Sztuki Cafe już w porze zmroku; bo uliczki (i światowi chłopcy na nich!), bramy, kamienice; Rynek niedzielno-palmowy, kościoły i Wawel; nawet okno w trzygwiazdkowym Campanile wychodzi nam prosto na Planty…

  

      

  

Moc kolorów, dużo wrażeń, dużo wzruszeń; sporo pięknych też w pamięci mej widoków. Wielka dla Niej wdzięczność za to wszystko. I niedosyt, że tak krótko zawsze, mało…

Moja druga w życiu, po Warszawie i Łodzi sprzed roku, czarodziejska, cudowna przygoda. Długoż trzeba będzie czekać na następną?...

  

       

  

czwartek, 25 marca 2010
761. Need a break...

  

Wydawało mi się do niedawna, że przywykam już i odnajduję się, w rutynę wpadam. Ale po ostatnich zmianach w pracy znów obawy, stres, zmęczenie, groźna wizja większych obowiązków. Brak chęci i sił, by ze wszystkim nadążać, coraz więcej na biurku papierów. Prezes mnie zaprasza na audiencję, choć już czwarty raz przesuwa ją z dnia na dzień. Boję się, że coś zaproponuje, a ja się nie zgodzę…

Tylko weekend jest teraz krótkim czasem wytchnienia, choć najbliższy przygodą będzie raczej, odmianą niźli odpoczynkiem. Trzeba kupić bilety aż na cztery pociągi, popołudnie sobotnie zaś, noc i niedzielny poranek spędzam z przyjaciółką – w dotąd nieznanym Krakowie…

  

poniedziałek, 22 marca 2010
760. List-less...

  

Inaczej jakoś, więcej coś niż o jałowych dniach i jałowymi słowy – potrafić, chcieć, zrealizować umieć. Bo cóż, że znów w sobotę dwa pociągi, i Wrocław, fryzjer, pierwszy mój różowy T-shirt. Że rabat znów wysoki, gdzie ostatnio – więc Iwaszkiewicz drugi, więc Nabokov, Roth najnowszy, Grossman. Że rozśpiewane Cienie zapomnianych przodków w telewizji. Że czyjeś oczy, buty, kurtka, torba, uczesanie… Ta comiesięczna wyliczanka, to od do sobie ciągłe wyznaczanie. Czekanie wciąż, rosnące wciąż zmęczenie. I do pisania niechęć, koszmaru codzienności słowem nie-obejmowalność...

  

piątek, 19 marca 2010
759. Calling you...

  

Klucze, tony i dźwięki wśród jasnych, wiosennych przestworzy – krzyżujące się w powietrzu skrzydlate pięciolinie. Dzikie gęsi powracają z zimowych wywczasów: kilkanaście takich odwróconych V na niebie dzień ubarwia, wywołuje uśmiech. Pismo każe (Mat 6, 26) – patrzę więc, zadzieram głowę, słucham. Te donośnie gaworzące stada ponad głową – brzmią jak ku czemuś wezwanie. Kuszą, obiecują coś, nurtują. Przepływają mimo, nikną gdzieś w oddali. I zostawiają samego – w dole, na uboczu...

  

„ONA czuje się wyłączona ze wszystkiego, bo jest ze wszystkiego wyłączana. Inni idą dalej, niekiedy nawet ją przekraczają. Tak malutką wydaje się przeszkodą. Wędrowiec idzie dalej, a ona zostaje przy drodze jak zatłuszczony papier śniadaniowy, co najwyżej podfruwa odrobinę na wietrze. Papier nie może daleko ulecieć, butwieje tu, na miejscu. To butwienie trwa lata, lata pozbawione jakiejkolwiek odmiany”

                      [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

czwartek, 18 marca 2010
758. Kick out...

  

„– A to nam zabili Ferdynanda” [Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej. Przeł. P. Hulka-Laskowski].

  

W ciągu tych sześciu miesięcy w firmie byłem już świadkiem zwolnienia jednego z menadżerów i z dnia na dzień odwołania prezesa – dziś w trybie równie nagłym mój dział stracił swego kierownika. Niedopuszczalna dla mnie forma, w jakiej się to odbyło: w trzy minuty odebrano człowiekowi laptopa i telefon, ledwie pozwolono uścisnąć dłonie członkom zespołu i drzwi się za nim zatrzasnęły. Szereg spraw rozgrzebanych, stopień zaawansowania kluczowych projektów nieznany, dział – co chwilę obarczany nowymi obowiązkami i rzucaniem kłód pod nogi – dodatkowo osłabiony…

Atmosfera pełnego zaskoczenia, choć od dawna się na to zanosiło – swoim kunktatorstwem, beztroską i nieznajomością procedur eks wzbudzał dość powszechną irytację. Sęk w tym, że ja akurat miałem z nim świetny układ (może dlatego właśnie, że był taki – jaki i ja, przynajmniej czasem, bywam). Zawdzięczam mu postażowe tutaj pozostanie, premię, nadzieje na przedłużenie umowy (a tym samym na przyszłoroczne warszawskie wielkie plany), wreszcie dowody sympatii i uznania. Teraz zaś nie wiem już, co będzie… A może jednak – nieco wbrew Hamletowi – uda się maluczkim ujść spomiędzy ostrzy potężnych szermierzy?...

  

19:42, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 16 marca 2010
757. Najwspanialsza, jaką mógłbym sobie wyobrazić...

  

„Drogi Przyjacielu,

 

Głębokim cierniem rani ostatnie wyznanie, przebija przez wszelkie złogi rozsądku i uczuć, które do Ciebie noszę. Kiedy będziemy mogli porozmawiać na takie tematy? Kiedy pozwolisz mi wreszcie wejść do środka? Zastanawiam się, gdzie popełniam błąd… W którym miejscu nie dopilnowałam, nie dopatrzyłam, zaniechałam… Bo, że próbowałam – wiem… Złym przyjacielem Ci jestem skoro nie potrafię wpłynąć, skorygować, zawalczyć o Twoje poglądy… O cały Twój świat. O błądzenie Twoje. O tę nić, która wyjściem z labiryntu być może… Bardzo się za to nie lubię.

Chciałabym powiedzieć wiele słów, których nie usłyszysz… O tym, że nigdy nie poczujesz się wolny sobą i w sobie, dopóki pozwolisz zniewalać się fałszywym podszeptom własnej myśli – produktowi słabych czasów i niedoskonałych przestrzeni… O tym, że chcąc wpisać się w sztywne ramy schematów i norm, które kiedyś wymyślono próbując zapanować nad światem małych ludzi, najbardziej kaleczysz siebie samego i wszystko to, co w Tobie wyjątkowe… Cały ten mikrokosmos nieprzeciętności, któremu uparcie przeczysz, którego konsekwentnie się wyrzekasz, który kocham sercem całym (i cóż z tego!)… O tym, że nie istnieją sensy, tłumaczenia i interpretacje, a wykreślane akapity to jedynie gra szklanych paciorków… O tym, że w pytaniu »Kim jestem?« słowo JESTEM, a nie KIM, stanowi klucz… O tym, że »normalności«, »pomiędzy« i »poza« to wyłącznie bohaterowie baśni i starożytnych podań… O tym, że prawdziwości, chęci i pragnienia są względne jak teorie naukowe, a autentyczna wolność może zrodzić się wyłącznie z oswajania tego, co ludzie nazywają »brakiem« i »nieobecnością«… O tym, że kocha się w człowieku człowieka, a nie ciało i płeć jego… O tym wreszcie, że płci nie ma… I to jedna z prastarych i strzeżonych prawd… I tak naprawdę nie ważne KIM jesteś, dopóki JESTEŚ… sobą i w sobie… wolny i niezależny jak świeży deszcz, bryza północna, gwiazda poranna… O tym też w końcu, że egoizmy i tęsknoty potrafią zasłonić świat cały gęstą kotarą, zwieść, zamknąć powieki NA...

Chciałabym to wszystko powiedzieć. I nie zostać okrzyczana za wtrącanie się. I nie zostać odprawiona, bo nie ma prawa »zrozumieć Cię nikt«, a już na pewno kobieta jakaś i żółtodziób. I nie zostać źle zrozumiana. I nie zostać posądzona o złe rozumienie. To tylko słów kilka przed snem, majaki takie. Zapomnieć możesz, wykasować ze skrzynki… Dawno już chciałam – więc »mówię«. Jeśli mowa moja niedobra Ci – zamilknę na wieki i przyjaźń nasza pozostanie tym, czym jest – dobrem, choć i powierzchownością czasem…

Jeżeli to coś ułatwić zdoła, w czymś pomóc będzie mogło, ulgę przyniesie choć i chwilową, i niepełną, i niedoskonałą – wiedz, że masz mnie do dyspozycji… w każdym sensie.

 

Twój zatroskany przyjaciel,

A.”

   

Tagi: kobiety
19:50, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
sobota, 13 marca 2010
756. "Tęsknota za własną płcią"...

  

To sformułowanie, jeden z ostatnich komentarz – tak nurtujące wciąż, tak niepokojące; dopowiadam doń kolejne sensy, tłumaczę, snuję interpretacje; przypisuję temu, czego wciąż się nie daje określić. W efekcie zaś wykreślam kolejne akapity. Nie umiem, nie wiem, nie potrafię… I tylko niejasne pragnienie, bolesna moja potrzeba, krwawiący ów brak… – i niepewność do końca, kim jestem… Dlaczego nawet na tym polu muszę pytać? Skąd się to wzięło tak późno, że nawet mokrych snów mi w młodzieńczych latach oszczędzono? Być normalnym, w jedną albo w drugą stronę, ale być, móc coś o sobie powiedzieć! A tak nawet nie jestem pomiędzy, ale całkiem poza

A jednak… Ten szok sprzed dwóch i pół roku – przyspieszony kurs gejowskiej pornografii, to niszczące uczucie do Niego, wciąż przesłaniającego wszystkich; te obecne momenty wieczornego, porannego napięcia… To było, to wciąż jest prawdziwe. Nie wmawiam więc sobie. Chcę, pragnę…

Żeby tak obok kolega, żeby tak drugi chłopiec… Żeby współ-udział i współ-odczuwanie; żeby przebywać z kimś podobnym sobie – innym i lepszym, a jednocześnie tożsamym; z ciałem się drugim oswajać i własne zaakceptować; żeby zabawa, podróże, przygody… Cieszyć tym, czego nie było, swą młodość straconą odzyskać. Pogodzić się z własną naturą, przekonać i nabrać pewności. Chociażby jedna randka, jedna noc żeby przynajmniej – cóż, że mi własny organizm jest wrogiem. Być z tobą, być dla ciebie sobą…

  

„I nikt tego nie rozumie, tej radości i tego szczęścia. Wszyscy myślą, że to polega na rżnięciu w dupę! A przecież to już Sokrates wyłożył Alcybiadesowi, że nie na tym polega szczęście i radość, jakiej doznają dwaj mężczyźni z obcowania ze sobą. (…)

Kocha się nie erotyzmem. Nie marną pieszczotą, ale jakąś ludzką jednością, wspólnotą cierpienia i śmierci. Myślę, że tak może kochać tylko mężczyzna mężczyznę, i że w tym tai się nagroda dla nas – okaleczonych – za wszelkie rozpacze miłości jednopłciowej”.

                              [Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki].

  

Nie wiem: to orientacja czy też potrzeba przyjaźni. Wiem, że nie daje spokoju i wywołuje łzy w oczach…

  

środa, 10 marca 2010
755. The look...

  

Zagląda do naszego biura co kilka tygodni – sympatyczny, młody, dosyć elegancki; zdaje się konsultant, a może kontroler. Prowadzi rozmowy głównie z kierownictwem i w przelocie tylko zdarza się go widzieć. Przykuwa uwagę, w sumie nie wiem, czemu. Ślad urody starcza, by odbiec od tego, co miewam na co dzień… Zerkam na korytarz, do sali posiedzeń – mam chyba nadzieję na minięcie się gdzieś z zawstydzonym wzrokiem...

Przechodził ostatnio obok mego biurka i spojrzenia nasze dłużej się spotkały. Mowa ciała ciągle jest dla mnie zagadką, ale miło wyobrazić sobie, mając lat trzydzieści, że ktoś po raz pierwszy tak na mnie popatrzył. To musi wystarczyć i dopóki mieszkam TU nic więcej zdarzyć się nie może…

  

poniedziałek, 08 marca 2010
754. Na marginesie lektury wywiadu z Jackiem Dehnelem, swoim rówieśnikiem...

  

Zadanie na kolejne lata – pogodzić się nareszcie z własną przeciętnością…

  

„Strach pomyśleć, że nasze życie to opowieść bez fabuły, bez bohatera, wykonana z pustki i szkła, z namiętnego bełkotu samych tylko dygresji, z majaczeń (…) influency”

               [Osip Mandelsztam, Znaczek Egipski. Przeł. R. Przybylski].

  

sobota, 06 marca 2010
753. Out of season...

  

Rzeczywistość tradycyjnie, z miejsca kłam zadaje wszystkim napisanym słowom (tak literatura nie może nadążyć za życiem, tak poezja ustępuje prozie). Bo też wczoraj zimy śpiew łabędzi, jej kontrofensywa, ostatnie podrygi – promienne momenty i wielkie śnieżyce, gra początków marca z końcówkami grudnia. I tak nieustannie, ciągle, w nieskończoność – przy spojrzeniu w okno szok co dziesięć minut. Było sucho już, czysto, inaczej; teraz znowu biało, mokro, wietrznie, ślisko. Tamto jakby snem wydaje się jedynie; marzeniem, ułudą – teraz przebudzenie…

Żeby można było już na skórze słońce czuć i białe trampki nosić, obnażać ramiona...

Pogodowe fluktuacje, co wzrok przyciągają – żadnych innych zmian całymi miesiącami…

   

                    „Przychodzi taki wiek, gdy pora roku

                    zbiega się z losem”

                                        [Josif Brodski. Przeł. S. Barańczak].

  

19:06, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 04 marca 2010
752. The Shining...

  

Pogodnie, cieplej, lżej na duszy, choć zima się jeszcze odzywa. Wczoraj topiące się natychmiast płatki śniegu padały gęsto razem z drobnym deszczem, osiadając na moim czarnym okryciu tysiącem migotliwych – jak to właściwie określić? – nie gwiazdek, nie kropelek, ale jakichś zjawiskowych błyskotek. Do domu powróciłem niczym w płaszczu czarodziejskim Prospera...

O poranku coraz liczniejsze ptasie chóry towarzyszą mi w drodze do pracy – wokół tylko trele, gwizdy i pokląskiwania. Coś szura wśród traw i zbutwiałych, zeszłorocznych liści; gdzieś w górze przemyka wiewiórka, dzięcioły pnie drzew opukują. Dymy z fabrycznych kominów wzbijają białymi kłębami, stapiając się niepostrzeżenie z wielkimi nawisami obłoków. Coraz częściej przebija się słońce – soczystość tej świetlistości, choć mało jeszcze kolorów. To, co latem tak nuży, nasyca teraz oczy świeżością...

Odżywa kilka marzeń i nadziei, szykuje się także – w weekend przedświąteczny – króciutka przygoda…

Jakże przyjemnie by się żyło, gdyby nie trzeba pracować, zarabiać, usychać z tęsknoty...

Przedwiośnie, ta jego zachłanność...

  

poniedziałek, 01 marca 2010
751. "Czas. Jak on zapieprza" (J.)...

  

Bo to już w firmie równo miesiąc, zarazem zaś – i śmieszna owa jednoczesność – już pół roku. Niesamowite, nie do uwierzenia. A przecież tyle jeszcze trzeba czekać, wymęczyć się, odliczyć. Strach, że będzie się ciągnęło, strach, że szybko minie – że ucieknie, nie zostawi śladu. Tak czy owak dni jednakie i do zapomnienia – wszak nic się nie zdarza i jutro to samo, co wczoraj. Krwawiące poczucie straty, marnowania tego, co najlepsze…

 

„Życie wydawało się niewyczerpanym, upartym złudzeniem, chociaż jego młodość zaczynała już przekwitać. Ale Drogo nie znał czasu. Nawet gdyby czekała go młodość trwająca setki lat, jaką mają bogowie, i to by na nic się zdało. A on rozporządzał jedynie zwykłym i normalnym życiem, małą, ludzką młodością, skąpym darem, który przeliczyć mogły palce obu rąk. Darem, który się rozwieje, zanim zdąży go poznać”

                    [Dino Buzzati, Pustynia Tatarów. Przeł. A. Pałłasz].

     

Niechby już czym prędzej dwa tysiące jedenasty, ten maj, czerwiec, może nawet kwiecień. Bo dopiero wtedy – może – coś, wtedy się – za późno – zacznie. Będzie o czym pisać, bo teraz posucha...

  

19:22, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi