~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
środa, 30 marca 2011
924. Gomorra italiana...

  

„Boski” (Włochy’2008; reż. Paolo Sorrentino) – to się nazywa autorskie podejście do tematu. Ściskająca za gardło satyra na Giulia Andreottiego. Koncertowo zrealizowane. Genialnie zagrane. Boskie!...

 

Ci Włosi. Mają najpiękniejsze krajobrazy i kolory nieba, ze dwie trzecie światowych skarbów sztuki, świetną kuchnię, zachwycający design, od razu rodzą się śpiewakami i instynktownie gustownie ubierają – a jednak ich telewizja to cyrk, zaś polityka to kryminał w burdelu. Niczym łajno nawożące bujne kwiaty, bez którego nie mogłyby zaistnieć…

Podobnie mówił Orson Welles jako Harry Lime w „Trzecim człowieku” (Wielka Brytania’1949; reż. Carol Reed) o czasach Borgiów. Sześćdziesiąt (i sześćset) lat później, a nic się nie zmienia. Mają to widać we krwi, a dziedzictwo kultywować potrafią…

  

Tagi: filmy
20:43, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 28 marca 2011
923. Pars pro toto...

  

Zamiast szukać mieszkania w Warszawie, przeglądać ogłoszenia, kalkulować, pytać – sporządzam listę rzeczy, które chciałbym stąd zabrać. Jakie to dla mnie typowe – przesłaniające mi całość drobiazgi, nieumiejętność określania priorytetów, kunktatorstwo. A jednak ten wybór czterdziestu filmów na DVD, tyluż płyt z muzyką i stu pięćdziesięciu książek (zaledwie 10% stanu bibliotecznego) pozwoliłby oswoić jakoś przyszłą, choćby i najskromniejszą nawet, przestrzeń – uspokaja mnie ta myśl, łagodzi lęk przed nowym, przed działaniem. Pozwala sobie wmawiać, że przygotowania trwają…

Wrażenie, jakby najważniejsze zdawało się zupełnie nieistotne...

  

„(…) ścigała swe mrzonki bez przekonania, kapryśną, krętą drogą, już to mocno z niej zbaczając, już to zapominając o niej w pół kroku; tak właśnie w taksówce zapomina się parasola”

                               [Vladimir Nabokov, Prawdziwe życie

                         Sebastiana Knighta. Przeł. M. Kłobukowski].

  

sobota, 26 marca 2011
922. Stop-klatki...

  

„Mroczny rycerz” (USA / Wielka Brytania’2008; reż. Christopher Nolan), czyli realistyczny Batman 2. Popkultura najwyższych lotów…

  

W ostatnich miesiącach „Pogwarki” (1972) i „Kalina czerwona” (1975) Wasilija Szukszyna; „Pokój przychodzącemu na świat” (1961) Władimira Naumowa; po raz drugi już „Czterdziesty pierwszy” (1956) i „Był sobie dziad i baba” (1965) Grigorija Czuchraja; „Dworzec białoruski” (1970) Andrieja Smirnowa; „Trzeba przejść i przez ogień” (1967) i „Temat” (1979) Gleba Panfiłowa; absolutnie mistrzowski „Dworzec dla dwojga” (1982) i „Zapomniana melodia na flet” (1988) Eldara Riazanowa…

W każdym, choćby i nieudanym radzieckim filmie drga podskórnie jakiś poruszający ludzki dramat lub ujawnia się subtelnie żywiołowy komizm; zawsze jest co najmniej jedna scena, wymiana zdań, spojrzenie, gest, ujęcie kamery czy postać w tle, w których zawiera się więcej życia i naturalności, a przy tym jest więcej artyzmu niż w najdoskonalszych produkcjach z Zachodu. W najbardziej nawet zakłamanych propagandówkach lśni zawsze ten okruch prawdy…

  

Elizabeth Taylor (1932-2011). Pierwsza aktorka, która zrobiła na mnie wrażenie. Fiołki jej oczu zwiędły przed trzema dniami ostatecznie…

  

21:04, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 24 marca 2011
921. Le Locataire...

  

Tylekroć już przekładane (zapowiadano grudzień, potem styczeń, luty, marzec…) przenosiny mojego Działu na Produkcję nieuchronnie się w końcu zbliżają. Wygląda na to, że za dwa tygodnie. Ominęłoby mnie to (na co liczyłem), gdyby nie pozostanie w firmie na ten kolejny miesiąc dłużej. Wygodniej tam nie będzie, wręcz przeciwnie (stare drewniane okna, brak ciepłej wody, koedukacyjna ubikacja – wszystko to po remoncie budynku!), na domiar złego sami będziemy musieli taszczyć swoje meble (już widzę siebie w owej roli, ze swym urazem kręgosłupa z czasów liceum, z wątłymi siłami i krwią uderzającą do głowy przy lada pochyleniu). Przemęczę się tam jednak jakoś do końca kwietnia – tym większa będzie ulga po ostatecznym zatrzaśnięciu bramy…

  

Dziwnie zły nastrój w dniach ostatnich (w ostatnich latach?), złe o sobie samym myślenie. Na domiar zmęczenie straszne po powrocie, senność jak jakaś narkolepsja, gdy mógłbyś zasnąć na stojąco, ziewasz co pół minuty, nie jesteś w stanie zwalczyć opadających powiek… Brak czasu, a teraz wszak tyle trzeba – nie daje się pogodzić szukanie równoczesne pracy i mieszkania. To pierwsze nieciekawe, gdy nie ma się ambicji zawodowych, chciałoby nic nie robić, siedzieć w domu; to drugie też przygnębia – puste pokoje, graty z epoki późny Gierek, wygórowane ceny. Gdybym miał chłopca, można przebierać by w (na dwóch) gustownych kawalerkach. A tak z kimś obcym, kto nie wiadomo, czy oswoi, przy drzwiach zamkniętych… Mnóstwo z tym lęków, wątpliwości, nieznajomości kosztów. Ciułany dwadzieścia miesięcy majątek chcę wydać na pogorszenie warunków życiowych, gdzieś kątem, w wiecznej niepewności, na walizkach. Lecz przecież gdybym zostać miał – dłużej tu nie wytrzymam…

  

„Być może, mówię sobie, ta przeprowadzka (…) zmieni  moje  myślenie; najpewniej w ujemnym sensie, ale zmieni  moje  myślenie; przynajmniej nastąpi jakieś załamanie, jakieś drgnięcie”

         [Michel Houellebecq, Poszerzenie pola walki. Przeł. E. Wieleżyńska].

   

wtorek, 22 marca 2011
920. Z tyłu...

   

Idą przed, ciągniesz za. On ją ręką na barku, ona mu dłoń do kieszeni na pupie. Pocałunki uliczne, śmiech, imitacje niesytych ukąszeń. Zdaje się, że liceum, nie więcej. W takim wieku – już doświadczą, już dotkną. I rozkwitną, i dojrzeją, nauczą. Będą wiedzieć i czuć, będą mogli. A dla ciebie – bez tego, bez wtedy, emeryta od dziecka – nawet gdyby przyszła jeszcze kiedyś wiosna: już za późno…

  

„Wzdycha. Młodzi biorą się w ramiona, w zapamiętaniu, pochłonięci muzyką zmysłów. To nie jest kraj dla starców. Lurie ostatnio jakoś ciągle wzdycha. Żal: żałosna nuta jak na finał”

                [John Maxwell Coetzee, Hańba. Przeł. M. Kłobukowski].

  

niedziela, 20 marca 2011
919. W piaskownicy - z cyklu "Wypisy użyteczne"...

  

„»Szczepan, ty musisz się pozbierać, bo ty trzydziestkę przekroczyłeś, a niepotwierdzony jesteś, niewiadomo, czy głupek, czy geniusz« – radzi głównemu bohaterowi »Kaca« Dziewczyna z Palcem. Ale sam Szczepan też czuje presję czasu: »Może panikuję, na kaca tracę tu czas, a wy tam posuwacie się do przodu, kariery robicie, rodziny zakładacie, na bieżąco jesteście, zdrowi, napchani«. 30-latkowie od [Michała] Walczaka mają poczucie, że życie ucieka, że trzeba działać, społeczeństwo wymaga wybrania jakiejś ścieżki: kariery, życia, że trzeba posadzić drzewo, zbudować dom i spłodzić dziecko. Ale wybierać nie chcą, bo wybranie jednej ścieżki – jednej historii – to zarazem niewybranie setek innych. (…)

Krytyk Łukasz Drewniak trafnie określił pisarstwo Walczaka mianem »dramaturgii pierwszego razu«. A pierwszy raz może być tylko jeden, więc trzeba być uważnym, nie podejmować decyzji pochopnie, żeby potem nie żałować. Dlatego większość bohaterów, zanim zdecyduje się na jakąś historię, nieustannie próbuje – a Walczak dba o to, by dokładnie zamazać granice między realnością a wizją czy koszmarem sennym na jawie. (…)

Ale bohaterowie Walczaka zdają sobie sprawę również z faktu, że historie toczą się według pewnych schematów: pierwsza miłość, pierwszy seks, pierwsze wspólne mieszkanie, pierwsza praca, pierwsze spotkanie z rodzicami ukochanej, pierwsze oświadczyny, pierwsze dziecko, pierwsze zerwanie, pierwsza zdrada, pierwszy rozwód... Znają konwencję, potrafią przewidzieć rozwój wypadków i zadają sobie pytanie, czy naprawdę jest sens w to wchodzić? (…)

Dramaty Walczaka to gry z konwencją komedii romantycznej. Z jej partyturą zauroczeń i zachwytów, chwilowych nieporozumień i rozstań oraz ostatecznego pogodzenia się i triumfu miłości. Większość sztuk Walczaka rozgrywa się w damsko-męskich parach lub trójkątach, miłość wisi w powietrzu, jest siłą napędzającą rozwój akcji, a jednak nacisk położony jest raczej na zgrzyty i usterki w mechanizmie niż sprawnie rozpędzającą się machinę. Tak jakby Walczak opowiadał miłosne historie z perspektywy ich końca.
Pierwszy problem: niedojrzałość bohaterów. Ich niepewność siebie, własnych pragnień, podatność na zranienie i łatwość, z jaką ranią innych. Mężczyźni Walczaka są dużymi chłopcami, którzy życiowe nieudacznictwo tłumaczą idealizmem i niedostosowaniem do systemu. Wychowani na popkulturowych wzorcach męskości (…), bycie mężczyzną postrzegają jako nieustanną walkę o: kobietę, pracę, pozycję społeczną, i z: kobietami i ich oczekiwaniami, z ich »byłymi« i ewentualnymi przyszłymi, z ich przyjaciółkami feministkami. Ale przede wszystkim walczą z chłopcem w sobie, z wewnętrznym rozmemłaniem i chęcią ucieczki w świat zabawek. Kobiety z kolei próbują łączyć wzorce kobiecości, wpojone im przez babcie i mamy, z nowoczesnym wizerunkiem bizneswoman.

Choć dla bohaterów Walczaka miłość jest najważniejszą siłą w życiu, być może jedyną szansą na ocalenie z chaosu i magmy codzienności – to w rzeczywistości na drodze do jej spełnienia stają zwykle rozmijające się oczekiwania dwojga ludzi, wpajane od dzieciństwa wzorce uczuciowe, odmienne życiowe doświadczenia... No i ta pokoleniowa niechęć do dokonania wyboru tej jednej, jedynej historii. (…)

Bo najpiękniejsze miłości to miłości nierozpoczęte, potencjalne, idealne

     [Aneta Kyzioł, Romantyzm trzydziestolatków, „POLITYKA” 2011, nr 11].

  

19:51, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
piątek, 18 marca 2011
918. Przyciąganie-odpychanie...

 

Nie chcą zatrudnić, nie potrafią się definitywnie rozstać. Przedłużyli staż o dwa miesiące, następnie dali umowę-zlecenie na sześć, potem kolejno na siedem i na jeden, a teraz otrzymałem piątą propozycję w przeciągu półtora roku – zostaję do końca kwietnia. I tak pewnie przesiedziałbym go w domu, a te tysiąc trzysta bardzo mi się przyda – trochę się zatem jeszcze wzajem pomęczymy…

   

Tagi: praca
20:13, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 15 marca 2011
917. (Coming) In-N-Out...

  

Doniesiono mi w pracy, że dwie najbardziej lubiane i wspomagane przeze mnie osoby sporo się napracowały, by przekonać kierownictwo o zbędności mojego stanowiska. Tak więc wśród żartów, uśmiechów mocno pode mną kopano. A może to mój informator ryje teraz pod tamtymi, odgrywając się za wynikłe podczas swojej długiej nieobecności zmiany, które i jego obecnie przykro dotykają? W każdym razie, robi się z tego kretowisko na polu minowym – ja już prawie gotowy do ewakuacji, a kierownik ponoć zaczyna sobie uświadamiać, czym poprzydzielanie moich zadań innym, i tak już nadto obciążonym pracownikom, grozi. I żałuje, choć pomysły Prezesa nie bardzo już można odwrócić…

  

Od wczoraj przewija się przez firmę korowód kandydatów na stażystów. Nie uczestniczę w rozmowach kwalifikacyjnych, ale „przypadkiem” znajduję się na korytarzu, ilekroć pojawia się ktoś następny, więc również oceniam – po swojemu. Przychodzą i wychodzą, niczego nie potrafią. Kilkanaście dziewczyn i tylko dwóch chłopaków – jeden mieszka na moim podwórku, w bloku naprzeciwko (i chyba z narzeczoną, zawsze widuję ich razem). Od dawna już przykuwa mą uwagę – milusi, i świetnie (niby zwyczajnie, a modnie, z klasą) się ubiera (to pokolenie, młodsze co najmniej o dekadę – generacja z zupełnie innego świata, oto kolejny dowód!). A jednak wypadł dziś najsłabiej spośród wszystkich – był, opowiadają, tak zestresowany, że aż się robiło go szkoda. Przytuliłbym biedactwo, i pocieszył…

  

Od początku wypowiadam się przy nich tak – o swoim ulubionym dostawcy, o wszystkich przychodzących męskich gościach – żeby coś zasugerować, dać im do myślenia. Poza tym niektórzy pewnie widzą, coś o mnie słyszeli, ktoś z magazynu użył chyba nawet kiedyś tego określenia. A dziś rozmowa tak się potoczyła, że właściwie – nic przy tym o sobie nie mówiąc – się przyznałem. Tylko cóż takiego – odwieczny mój problem – mam niby do ujawnienia?...

  

Tagi: homo praca
21:03, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 13 marca 2011
916. Untouchable...

  

Tylko pod opuszkami palców jakieś czucie – gładkość i miękkość cudzych piersi, pośladków, ud i ramion. Wyłącznie lekki dreszcz spotykających się naskórków. Błogość i bierność, odpływająca ciągle sztywność. Bez podniecenia, uniesienia, bez radości. Bo w środku nic, za mało, za męcząco. Zniecierpliwienie szybkie, rozczarowanie tym, zażenowanie sobą. Każdorazowy płacz zamiast zaspokojenia. Lęki, pytania, wstyd. Nie możesz się powstrzymać jednak ni próbowania wyrzec…

I tylko to kim jesteś, do czego jesteś zdolny, czy kiedyś to poczujesz (por. 745, 756, 774, 783, 801), czy da się z kimś – gdy nie potrafi z osobą Ci najbliższą…

  

„Wszystko, co fizjologiczne i cielesne, jest dla Eriki wstrętne i bezustannie upośledza jej prosto wytyczoną drogę. Być może Erika nie jest upośledzona jak kaleka, ale niewątpliwie ma ograniczoną swobodę ruchu. Większość ludzi mianowicie porusza się czule w stronę jakiegoś Ty, w stronę partnera. To jest to, czego mogliby pragnąć. Jeśli jakaś koleżanka w konserwatorium weźmie Erikę pod rękę, Erika aż się wzdryga od takiej bezczelności. Nikt nie ma prawa dotykać Eriki, może się na niej osadzać jedynie lekkie jak piórko brzemię sztuki (…). O takiej osobie mówi się zazwyczaj, że jest nieprzystępna. I nikt do niej nie przystępuje. Wszyscy wolą ją omijać. Godzą się na opóźnienie i czekanie, żeby tylko nie wejść w styczność z Eriką. Niektórzy na cały głos zwracają na siebie uwagę, Erika nie. Niektórzy machają, Erika nie. Są tacy i tacy. Jedni podskakują w miejscu, jodłują, wydzierają się. Erika nie. Bo oni wiedzą, czego chcą. Erika nie”

                        [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

piątek, 11 marca 2011
915. Navigare necesse est (II)...

  

      

  

Wędrowaliśmy ulicami prowadzącymi pod górę i na dół, przechodziliśmy przez mosty i tory kolejowe i dalej szliśmy przed siebie. Nie kierowaliśmy się do żadnego konkretnego miejsca, wystarczało nam po prostu, że idziemy. Szliśmy skupieni, zupełnie jakby marsz był jakimś religijnym rytuałem mającym na celu uzdrowienie duszy

                               [Haruki Murakami, Norwegian Wood.

                           Przeł. D. Marczewska i A. Zielińska-Elliott].

  

      

   

      

   

wtorek, 08 marca 2011
914. Multi-Culti...

  

Wbrew początkowym śniegowo-deszczowym prognozom, trzeci już (por. 762, 763, 843, 844) pobyt tam okazał się bardzo słoneczny – zresztą, z A. pogoda zawsze dopisuje. Multimedialne Podziemia Rynku (Kraków średniowieczny) i Fabryka „Emalia” Oskara Schindlera (Kraków czasu okupacji 1939-1945) zachwycają – technologicznym zaawansowaniem, zmyślnością aranżacji, gigantyczną wprost masą informacji. Nic lepszego w życiu nie widziałem – Muzeum Powstania Warszawskiego to przy nich przestarzały skansen. A poza tym wspólne spacery, posiłki, oglądanie w sklepach torby dla mnie i nieudanych „Biesów” (Francja’1988; reż. Andrzej Wajda) w telewizji (Lambert Wilson mógłby w tej charakteryzacji grać z powodzeniem Oniegina, ale Stawrogin z niego raczej kiepski), śmiechy, wygłupy, przytulania… To naprawdę nie w porządku, że rzeczywistość zmusza do tak szybkiego powrotu…

  

      

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

sobota, 05 marca 2011
913. For the third time...

  

Wychodzę wczoraj z pracy godzinę później niż zwykle, a i tak przez ostatnich pięć dni nie udało się wyczyścić biurka ze spraw nagromadzonych podczas chorobowej niebytności. W efekcie nie zdążyłem przed zamknięciem kasy biletowej na stacji, by kupić bilet na pociąg. Nic to, będę musiał zrobić to tuż przed podróżą – jadę dziś do Krakowa spotkać się z A.; do wtorku więc poza domem, poza dostępem do sieci. W wynajętym przez nas studiu na Kazimierzu ściany zdobić będą czarno-białe akty pań i panów, mamy też rezerwacje w dwóch nowych, multimedialnych muzeach. Oby było tak przyjemnie, jak jeszcze niedawno liczyłem…

Za pierwszym razem, niecały rok temu, spędziliśmy w Krakowie jedną noc; za drugim dwie; teraz będzie trzeci raz – i trzy noce; a w maju, po raz czwarty – cztery... Przyjaźń nasza rozwija się w postępie arytmetycznym…

 

czwartek, 03 marca 2011
912. Im-perfect...

  

Po długich latach mojego nań wyczekiwania, obejrzany nareszcie „Barry Lyndon” (Wielka Brytania’1975; reż. Stanley Kubrick) nieco rozczarował. Przygotowywałem się na zachwyt arcydziełem, perfekcji niestety zabrakło. Ale i tak uwodzą pewne sceny, kapelusze i twarz Marisy Berenson, zdjęcia we wnętrzach, rozjaśnionych jedynie światłem świec, nadające całości tę specyficzną, mglistą miękkość, niczym na obrazach Hogartha, Reynoldsa czy Gainsborough, którego „Poranny spacer” należy do moich dzieł ulubionych. Szczególnie jednak z filmu zapadło w pamięć – poza znaną mi już „Sarabandą” Haendla – „Andante con moto” z Schubertowskiego Tria Es-dur op. 100. Kilkakrotnie melodia jak gdyby przystaje, gubi się, w ośmiu nutach próbuje złapać rytm, zanim wróci na utarte tory i wszystko znów zacznie od nowa. Właśnie w owym precyzyjnie zaplanowanym „wahaniu” wyraża się prawdziwa doskonałość…

  

Tagi: filmy
20:50, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 marca 2011
911. Ptasiek...

  

Ogromne stado rozkrzyczanych kaczek ponad głową – prywatny klucz do nadchodzącej wiosny. A na branżowym portalu wiadomości aż od trzech chłopaków – nic specjalnego w nich, zwyczajne „cześć! jak leci?”, a jednak w końcu coś, i naraz w jeden dzień, więc bilans rekordowy, niczym przez cztery lata. Niech będzie jaskółeczką bardziej promiennej przyszłości…

  

Tagi: homo
19:55, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi