~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
sobota, 31 marca 2012
1092. Z cyklu: Przeczytane (III) - Marzec...

  

1. Henryk Samsonowicz, Janusz Tazbir, Tadeusz Łepkowski, Tomasz Nałęcz, Polska. Losy państwa i narodu do 1939 roku, Warszawa 2003;

2. John Maxwell Coetzee, Życie i czasy Michaela K. Przeł. M. Konikowska, Kraków 2010;

3. Jerzy S. Majewski, Spacerownik Warszawa śladami PRL-u, Warszawa 2010;

4. Władysław Łoziński, Życie polskie w dawnych wiekach, Warszawa 2006;

5. Krzysztof Rutkowski, Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach, Gdańsk 2008;

6. Andreï Makine, Francuski testament. Przeł. M. Hołyńska, Warszawa 2004;

7. Milan Kundera, Powolność. Przeł. M. Bieńczyk, Warszawa 1997;

8. 101 najciekawszych polskich budynków dekady. Wybór i oprac. Agnieszka Rumińska, Warszawa 2011;

9. Wojciech Karpiński, W Central Parku, Warszawa 2010.

    

czwartek, 29 marca 2012
1091. X-Tube...

 

Przed południem awaria usunięta. Za to wcześniej kilkukrotne wstawanie, godziny wycierania mokrej podłogi (aż do wystąpienia jakichś krwiaków pod skórą palców, utrudniających ich zginanie), mocowanie się z kłódką do piwnicy, żeby odciąć wodę w pionie, a potem ją przywrócić

Noc pełna nowych doświadczeń i wytrysków (z rury) – takimi tylko muszę się najwidoczniej zadowalać…

  

środa, 28 marca 2012
1090. Wiatr w oczy...

  

Dmuchawa na ulicach. Zdjęcia pałacu Tyszkiewiczów-Potockich i (kolejny już raz w dniach ostatnich) domu mody „vitkAc”. Spotkanie z Pauliną w Galerii Funky na Placu Zbawiciela – klimatyczna niemal-pustka na przestronnym piętrze, na ścianach coś jakby kadry z filmów muśnięte przez Andy Warhola, śliczna pyzata dziewczynka bawi się klockami na podłodze. Nasze wspólne milczenie Przed kawiarnią na ławce Jacek Dehnel, w drodze powrotnej mijamy na pasach Łukasza Garlickiego. A w domu odkrycie zalanej podłogi w mej łazience – dziurawy zawór, potrzebny na jutro hydraulik. Za pomocą lejka zbieram kapiącą szybko wodę do blachy na ciasto – nic innego nie da się podstawić. Czeka mnie opróżnianie naczynia mniej więcej co półtorej godziny, czyli bezsenna noc, a jestem zmęczony jak nigdy. No, ale przecież nigdy nie może być, kurwa, zbyt normalnie…

  

poniedziałek, 26 marca 2012
1089. Gość w dom (II)...

  

Miesiąc po nadzwyczaj kosztownej naprawie kolejna awaria – przez tydzień znów musiałem żyć bez lodówki (żywię się głównie słońcem, więc wiośnie zawdzięczam przeżycie). Na szczęście serwis daje roczną gwarancję, wszystko odbywa się darmowo, więc mogą ją sobie zabierać i przywozić w (roczną) nieskończoność… Ciekawe, że ostatnio, tego samego dnia, oprócz techników odwiedził mnie jeszcze sąsiad z dołu, który przez moje okno uciął jakiś swój kabel zwisający z dachu, monter telewizji kablowej i Internetu, na nowo wszystko podłączający w związku z przejęciem mojego operatora przez innego, i dziewczyna z sąsiedniego mieszkania, pytająca, czy mogę pożyczyć korkociąg… Przez dziewięć miesięcy poza rodzicami nikt – aż nagle drzwi się nie zamykają. Sprzątam (żeby lepiej wypaść) przedpo łapię echa głosów…

  

„[28 V 1968] Smutno mi jak zawsze, kiedy ktoś do mnie przychodzi, a nie ja do kogoś. I to, że oni wszyscy poszli, a ja zostałem”

                       [Sławomir Mrożek, Dziennik. T. I. 1962-1969].

  

sobota, 24 marca 2012
1088. Nadzieja rozstrzelana - czyli: 24 marca (1925)...

 

Nie umiałem tak – na odległość, od czasu do czasu, zaczynając za każdym razem od początku, przyzwyczajając do mówienia i dotyku, oswajając. Po obcych miastach, wynajętych pokojach, co kilka miesięcy (dlatego też ja w tej Warszawie – miało być u mnie i łatwiej, my dwoje, już bez krakowskiego zwiedzania). Przemożna tęsknota i spazmy przy pożegnaniach. Naj-bliżsi sobie – i zawsze tacy dalecy. Aż w końcu do tych kilometrów dochodzą kolejne dystanse… Los zawsze mi daje coś tak, żeby to zaraz utracić…

 

                    „Ta roz-ległość: wiorst i przestrzeni…

                    Roz-stawili nas, roz-sadzili,

                    Byśmy grzeczni oboje byli

                    Na przeciwnych dwóch krańcach ziemi.

  

                    Ta roz-ległość: wiorsty i dale…

                    Rozrąbali nas, rozlutowali,

                    Ręce rozpiąwszy ukrzyżowali

                    I nie wiedzieli, że to jest aljaż

  

                    Naszych natchnień i naszych ścięgien…

                    Nie rozszczepili – ale rozprzęgli.

                    Rozwarstwili…

                                        Rowem i ścianą

                    Rozdzieleni – to jest rozstanie

  

                    Konspiratorów: wiorsty i dale…

                    Nie rozstroili – roztasowali.

                    Po zapadłych kątach tej ziemi

                    Jak sieroty porozdawali.

  

                    Który to już marzec – od tej chwili?

                    Niby talię kart nas rozrzucili!”

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. S. Pollak].

  

czwartek, 22 marca 2012
1087. ...„plus plate, plus concise et plus morne”...

  

„(…) przykre wrażenie, jakby łączące ich dawniej uczucie zaszło jakąś mgłą, jakby między nimi dwojgiem czas i oddalenie z wolna rozciągnęły zasłonę separacji”

                    [Dino Buzzati, Pustynia Tatarów. Przeł. A. Pałłasz].

  

Jak do tego doszło? Jak mogłem do tego dopuścić?... Przez tyle miesięcy kontakt codzienny, rozmowy – listy i SMS-y, Skypowanie – pocieszeń tyle, żartów i czułostek – mnóstwo radości z rzadkich, tak planowanych spotkań, tyle bliskości, niesamowitych dla mnie przygód, pierwszych razów – a teraz taka sporadyczność, zwyczajność, rozmijanie; nadziei brak, że będzie tak, jak było… Przez moją zazdrość, oschłość, niedojrzałość. Przez te cholerne kilometry – miasta, kariery, kraje…

 

„(…) ludzie rzadko się widują w naszych czasach, nawet wtedy, gdy relacja zawiązuje się w entuzjastycznej atmosferze. Czasami odbywają się zapierające dech w piersiach rozmowy, które traktują o różnych ogólnych aspektach życia; czasami dochodzi również do zbliżenia cielesnego. Wymieniamy oczywiście numery telefonów, ale przeważnie rzadko się zdzwaniamy. A nawet jeżeli się zdzwaniamy i spotykamy się ponownie, deziluzja i rozczarowanie szybko zastępują początkowy entuzjazm. Wierzcie mi, znam życie; to wszystko jest absolutnie przechlapane

        [Michel Houellebecq, Poszerzenie pola walki. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

Jak teraz mówić, pisać i spotykać? Przecież już nikt Jej nie dorówna, nie ma już z nikim, po co. Wciąż jeszcze szept do widma, uściski z cieniem, myśli. Ale to w głębi – na zewnątrz kamień, zmęczenie wszystkim, dzikość…

Należy odtąd jeszcze bardziej monotematycznie, jeszcze nudniej. Przez siebie, dla siebie tylko i wyłącznie, i o sobie...  

 

To postępujące zanikanie relacji międzyludzkich nie pozostaje bez wpływu na problematykę powieści. Jak w obecnej sytuacji posługiwać się narracją gwałtownych namiętności, które trwają przez lata i czasami odciskają piętno na kolejnych pokoleniach? Jesteśmy daleko od Wichrowych Wzgórz, delikatnie mówiąc. Forma powieściowa nie jest jeszcze gotowa, by opisać obojętność i nicość; trzeba by wymyślić bardziej bezbarwny sposób wyrazu, bardziej zwięzły i bardziej monotonny” [Ibidem].

  

wtorek, 20 marca 2012
1086. Ikona...

  

                    „Pałac Kultury i Nauki,

                    Już jadąc patrzyłem na niego.

                    Oto pnie się nad Warszawą stalą.

                    Zapowiedź, symbol, niebo”

                                         [Ferenc Pákozdy. Przeł. T. Fangrat].

  

                  

  

      

  

                  

  

niedziela, 18 marca 2012
1085. The Silent Touch...

  

„Jak dobrze, że jesteś. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby Cię nie być. Nie dałabym rady… Ratujesz mi życie, tak myślę. Poza Tobą nie ma nikogo, kto by umiał, chciał czy choćby próbował. A tak trudno mi samej, całkiem samej tu…”

Tak pisała przed równo szesnastoma miesiącami. A dziś to mnie tu trudno, pusto, samo… – ratują wspomnienia, lecz w pełni ocalić mogłyby tylko gesty…

  

                         „Oczywiście, że musimy umrzeć.

                         Jakże inaczej świat by się pozbył

                         starych numerów telefonicznych

                         których nie potrafimy zapomnieć?

  

                         Numerów

                         które niemądrze –

                         zupełnie bez sensu –

                         byłoby wykręcać”

                                         [Charles Reznikoff. Przeł. P. Sommer].

  

piątek, 16 marca 2012
1084. This Fucking Shopping...

  

Mama (która dzięki pracy ojca może od pewnego czasu na wiele sobie pozwolić i tyle też wydaje) chciała mi sprezentować na imieniny lekką kurtkę (faktycznie, nie mam w czym chodzić, gdy zacznie się teraz tak ocieplać – i na odwrót: zimę przechodziłem w kurtce zbyt cienkiej, jesiennej). Szukałem długo, bo niezbyt mi wychodzi łażenie po galeriach – mam zwyczaj odwiedzać sklepy tylko kilku marek, pobieżnie wszystko oglądam i wychodzę. W ubiegłym tygodniu kupiłem coś nareszcie, już dzień później odniosłem, wczoraj nabyłem zaś to samo po raz drugi. Żadnej z owych decyzji nie umiem uzasadnić i przy każdej miałem świadomość tej następnej…

  

„Zaiste bowiem fortuna, kiedy kieruje losami śmiertelnych, nie dba ani trochę o to, aby wszystko odbywało się, jak przystoi, ani też aby ludzie mniemali, że wszystkim rządzi rozum”

              [Prokopiusz z Cezarei, Historia sekretna. Przeł. A. Konarek].

  

21:47, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 14 marca 2012
1083. Mamma Mia!...

  

Kto by pomyślał po tych wszystkich historiach z ostatniego pięciolecia, że to właśnie z nią – z nią wyłącznie – będę co kilka dni rozmawiał. W swojej trosce o syna nieświadomie (?) ratuje mnie przed całkowitym zamknięciem się w sobie. Dzwoni, pytając „co tam?”, upewnia się, że przyjadę na święta (sugerując, żebym został u nich dłużej), czasem coś podpowiada, namawia (oboje z ojcem w wolnych chwilach przeglądają pod kątem mnie oferty pracy) – ja zdaję relację z pogody, podsyłam zdjęcia, kłamię, że jadam regularnie obiady i że jest „w porządku”. Nie chcę jej zamartwiać (w efekcie od lat zarzuca mi skrytość, niepozwalającą sobie pomóc), zwłaszcza, że (mimo przeczucia, jaki jestem) zdaje się jeszcze liczyć, iż ta warszawska przygoda stanowi jakąś szansę. Ale ja zacząłem ją sobie odbierać gdzieś przed dwudziestu laty i nigdy już z tej road to perdition nie zboczyłem…

     

„Wyprowadził się od matki, bo marzyła mu się odrobina wolności, ale natknął się na siebie – swojego największego wroga”

            [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

niedziela, 11 marca 2012
1082. Untalented...

  

Dopiero po pół roku obecności na nowym branżowym portalu Kumpello zacząłem rozumieć, że ślady (w rodzaju „Miły”, „Mniam!”, „Zatkało mnie”, „Masz gdzie spać?”), jakie można tam zostawić na czyimś profilu i jakie sporadycznie nawet mnie zdarza się otrzymywać (właściwie, tylko ten pierwszy z wymienionych), to forma zagajenia, punkt wyjścia do nawiązania kontaktu, pierwszy krok zamiast skreślenia paru zdań. Tymczasem mnie nie przychodziło w ogóle do głowy, by choćby odwiedzić komplemenciarza, o odpowiadaniu czy nawet dziękowaniu już nie mówiąc… Nieporadność w tych sprawach zaskakuje mnie na każdym kroku – jakby nie dość było życia, by wreszcie się do siebie przyzwyczaić…

Od dłuższego już czasu zastanawiam się nad sensem swojej obecności w tego typu miejscach. W tym roku będzie pięć lat – i ani jednej tą drogą znajomości. Po cholerę robić sobie dłużej nadzieje? I niby na co? – do łóżka już z nikim nie pójdę (tamte próby zawsze kończyły się płaczem i zaowocowały traumą), rozmowa mnie nudzi, podobają mi się tylko chłopcy z cukierkowych filmów. Martwota między nogami i wieczna pustka w głowie; zero odczuć, namiętności, przyjemności. Nawet własny dotyk jest mi obcy i bolesny, nawet całowanie drętwą niewygodą… Nic dziwnego, jeśli się zaczęło uświadamiać gdzieś w wieku kończenia studiów – dojrzewania więc, jako rozłożonego na etapy procesu w rozwoju nastolatka, tu nie było…

Najprostsza, sprawiająca wszystkim radość rzecz na świecie. A dla mnie wciąż zagadka, ciąg upokorzeń i narastających lęków…

  

„»Nigdy nie przeżył pan czegoś takiego?«.

»Nigdy, naprawdę – odparł Abrenuncio. – Seks to talent, a ja go nie posiadam«”.

                                [Gabriel García Márquez, O miłości

                        i innych demonach. Przeł. C. Marrodán Casas].

  

czwartek, 08 marca 2012
1081. Mourir de ne pas mourir...

  

Już niemal nic nie wiąże mnie ze światem ludzi. Na przyszłość zostało jedynie zerwanie z samym życiem. Z doświadczenia wiem, jakie to mimo wszystko trudne

 

„[12 X 1969] Najwstrętniejsze w samobójstwie jest to, że je trzeba jakoś załatwić w planie praktycznym”

                       [Sławomir Mrożek, Dziennik. T. I. 1962-1969].

  

21:36, alexanderson
Link
wtorek, 06 marca 2012
1080. „W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie”...

  

      

  

Tyle słońca w całym mieście w tych dniach ostatnich (i najbliższych), a ja znów w sferze mroku, roztrzęsiony, stęskniony, bez promienia nadziei. Tyle zdjęć, biorących za tło te niesamowite błękity nieba, a i tak najbardziej rzucają się w oczy czarne linie, kładące się na wszystkim skomplikowane wzory, pajęczyny, odbicia gałęzi; macki jakiejś rzeczywistości równoległej, wychodzącej z ukrycia, liżącej mury, zachłannie wyciągającej ramiona…

  

                  

  

niedziela, 04 marca 2012
1079. Perditissima Respublica (III)...

 

„Zagony tatarskie to chroniczna plaga i klęska, to nieszczęście i hańba zarazem całej Polski, a w najpierwszym rzędzie tych ziem, o których mówimy. (…) Nawet przy uwzględnieniu wszystkich niedostatków organizacji państwowej w Polsce nie podobna prawie dziś zrozumieć, że naród tak bitny i waleczny, a który w sztuce wojennej nie ustępował innym współczesnym w Europie, że naród Tarnowskich, Żółkiewskich, Chodkiewiczów, Koniecpolskich, Czarnieckich, Sobieskich mógł znosić te bezustanne zagony hord nieregularnych, źle uzbrojonych i łatwych do pobicia, jak tego tyle mamy dowodów (…) – nie podobna prawie zrozumieć, że warstwy rządzące nie miały tyle rozumu, tyle energii, tyle ambicji, powiedzmy otwarcie: tyle wstydu, aby jeżeli już nie zdobyć się, jak to przecież uczyniła sąsiednia Rosja na zdeptanie zbójeckiego wroga w samym jego gnieździe, to przynajmniej czujnością, odporem, zorganizowaną stale obroną granic ubezwładnić jego najazdy. »Przedmurzem« chrześcijaństwa byliśmy niestety także w biernym znaczeniu tego frazesu (…) – bo na co się zdało myśleć o chrześcijaństwie, skoro nie umieliśmy myśleć o sobie.

(…) prawie regularnie co dwa lata najeżdżali Tatarzy Polskę ordą wielką, nie licząc małych i krótkich zagonów! [A mimo to – alex.] Napady tatarskie miały prawie zawsze cechę nagłego zaskoczenia – w ostatniej chwili dopiero alarmowano ludność, palono ognie, bito z dział po zameczkach; szlachta uciekała do miast lub do zamków, lud do lasów. Król rozsyła wprawdzie uniwersały przestrzegające o niebezpieczeństwie (…) – ale nim starosta roześle je między szlachtę, Tatarzy już siedzą na karku ludności. Wojewoda wzywa szlachtę do zbrojnego oporu, ale zawsze albo za późno, albo kiedy dość jeszcze wcześnie, to nadaremnie. Z błagalnego tonu wojewodzińskich uniwersałów, z zaklęć, do jakich się one uciekają, widać, jak trudno było skłonić szlachtę do zorganizowania obrony. (…) Szlachta najczęściej pozostawała głucha na te nawoływania. Te zagony tatarskie tak często się powtarzały, próby obrony były zawsze tak słabe i bezskuteczne, trwoga tak się ustaliła w sercach i tak ją dziedziczyły pokolenia od pokoleń, że nareszcie przyjść musiało do tego, iż odpór stał się niejako psychologicznym niepodobieństwem, że nauczono się najazdy pogańskie uważać za złe konieczne, nieuchronne, które pada jak piorun z niebios za wolą Bożą i nie da się odwrócić ręką ludzką (…).

Zaraz po Tatarzynie szedł żołnierz swawolny, lepszy od Tatarzyna chyba tym, że wsi nie palił i jeńców nie brał. Pod względem wojskowym nie było chyba kraju, w którym by się tak ścierały ostateczności, jak w Polsce. Nie miała stałej armii, a miała najdotkliwszy ucisk żołnierski, nie miała żołnierza dla siebie, a miała go na eksport zagraniczny, miała go na eksport zagraniczny, a sama importowała go z Węgier, z Wołoch, z Niemiec. W tych czasach i w tych ziemiach, o których piszemy, żołnierz swawolny był ciężką a nieustającą plagą, i nie masz takiego roku, w którym by akta województwa ruskiego nie były przepełnione protestacjami i pozwami przeciw rotmistrzom swawolnych chorągwi lub nieskończenie długimi wykazami szkód i gwałtów dokonanych przez nich nie tylko w dobrach królewskich i duchownych, ale nawet i w nietykalnych szlacheckich. Najsrożej cierpiał lud, wydany na pastwę zdzierczego żołnierstwa i jego tzw. stacyj. (…)

Najemne, dla służby obcej w Polsce zwerbowane chorągwie, ciągnąc za granicę, pustoszyły wszystko, co leżało na ich szlaku, dopuszczały się najzuchwalszych gwałtów i rabunków (…). Mimo najgorszych doświadczeń, mimo klęsk, jakie sprowadzały na kraj takie roty wracające z obczyzny, gdzie się nauczyły żyć przeważnie łupem wojennym – nie zdobyto się w Polsce nigdy na tyle energii, aby postawić kres takim zaciągom. Werbowano polskiego żołnierza do Niemiec, do Wołoch, do Węgier; a czy to idąc w obcą służbę, czy z niej wracając, chorągwie takie rozpisywały sobie samowolnie stacje, uciskały, lud, łupiły miasta. Szczytem rozpasania żołnierskiego była swawola lisowczyków, których niesłychanej drapieżności dorównywała chyba tylko niesłychana także ich waleczność. Lisowczycy, kwiat i szumowina zarazem fantazji polskiej, kipiący ferment szlacheckiego temperamentu, rycerze bez trwogi i bez honoru, bohaterowie i łotry zarazem, których »Bóg nie chciał, a diabeł się bał«, sława i niesława szabli polskiej w całej Europie – to zjawisko naszej przeszłości, na którym się można uczyć, jak najwyższe zalety skojarzyć się mogą z najniższymi instynktami, jeżeli pierwszych od drugich nie przegradza mur sumienia i karności. Przyszło do tego, że ci, co cały świat napełnili rozgłosem swojej niezrównanej waleczności, przed których czarno-czerwonymi sztandarami drżał najwyborowszy, najbardziej ćwiczony żołnierz europejski – zarobili sobie w Niemczech na nazwę Teufel und Bluthunde [diabły i krwiożercze psy – alex.], a w ojczyźnie homo Lissovianus był synonimem opryszka i wyrzutka społeczeństwa, którego gdy zabił infamis, w nagrodę za to powracał do czci. (…)

Objaw to bolesny naszej przeszłości, że nikomu się ani nie śni o usunięciu instytucji jawnie szkodliwych, anormalności prawnych i administracyjnych, wydających społeczeństwo na pastwę nierządu i samowoli – ale kiedy zaczyna upadać instytucja jakaś wysoce pożyteczna, a to nie brakiem własnej żywotności, ale niedołęstwem, egoizmem i karygodnym niedbalstwem tych, którzy pielęgnować ją i czuwać nad nią byli powinni, zaraz zgoda na to, aby ją znieść i usunąć, bo to radykalny środek pozbycia się raz na zawsze kłopotu i obowiązku.  (…)

Na sejmiki zjeżdżano się chętnie i tłumnie, bo tam rozprawiać było można de omnibus rebus et quibusdam aliis [o wszystkich rzeczach i niektórych innych – alex.], tam się wyszumiano na króla i na senatorów, regulowano stosunki Europy, wypowiadano wojny i zawierano traktaty, wywodzono gravamina [oskarżenia – alex.], a co ważniejsza uchwalano petita [prośby – alex.] o wakansy, o myta, o donacje, o nagrody za urojone i nieurojone zasługi – ale już na doroczne okazowania, na ten popis zbrojny, który miał stwierdzać pogotowie obronne szlachty i być demonstracją jej rycerskiego zawołania, a zatem powinien był reprezentować godnie zasadę i obowiązek stanu, szlachta przybywała nielicznie, z lada jakim pocztem lub bez pocztu. Znamienitsi ziemianie najczęściej nie stawili się osobiście, zasłaniając się pierwszą lepszą wymówką i przysyłali tylko poczty ze służby złożone. (…) Nie brak wprawdzie na sejmikach i zjazdach patriotycznego bombasu, bohaterskich frazesów, rycerskich ślubowań, ale tą wielką gębą małe przemawia serce. (…) między tą cnotą w uściech a egoizmem w duszach leży przepaść cała, przewiązana girlandami frazesów obywatelskich i patriotycznych, pokryta pomostem nie tyle może istotnej obłudy, co pysznej, bałwochwalczej wiary w samego siebie, przekonania, że to, co się robi dla własnej glorii i dla własnej prywaty, musi być eo ipso dziełem obywatelskim i patriotycznym. L’état c’est moi, to hasło Ludwika XIV, było hasłem polskiego możnowładcy. (…)

Możny szlachcic polski, a cóż dopiero magnat, był prawie udzielnym władcą, a miarą tej udzielności swojej zbliżał się bardzo do małych suwerenów europejskich. Posiadał wielkie obszary ziemi, miał w nich miasta i warowne zamki, utrzymywał własne wojsko, wybierał cła i myta, z poddanych swoich ściągał czynsze i daniny, miał prawo życia i śmierci nad chłopem, urządzał na własną rękę wyprawy wojenne na sąsiednie kraje – dość tu przypomnieć wołoskie kampanie (…) – znosił się z zagranicznymi dworami, prowadził formalne wojny z równie możnym sąsiadem, wypowiadał je nawet własnemu królowi. (…)

Jeśli po stronie szlachty wina upadku, to po jej stronie także zasługa minionej chwały, jeśli zespoliła się z najsmutniejszymi chwilami przeszłości, to i najświetniejsze jej były dziełem. Nie godzi się zapomnieć, że cała tragiczność losów przede wszystkim w jej ugodziła piersi i że ona to po upadku przechowała żywot narodu, a nowy świat polski z jej dłoni bierze dorobek narodowy i historyczny. (…)

Było to zawsze cechą Polski, że więcej w niej ważył człowiek niż instytucja, więcej znaczyła moc osobistości niż moc społecznych urządzeń. Wypływało to zapewne z bujności indywidualizmu w naturach polskich, które niełatwo dawały się uskromnić rozkazem prawa, ale łatwo ulegały żywej, bezpośredniej sugestii, czy też przewadze silniejszej, energiczniejszej, wyższej duszy

                              [Władysław Łoziński, Prawem i lewem.

            Obyczaje na Czerwonej Rusi w pierwszej połowie XVII wieku].

  

Tagi: książki
23:31, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
sobota, 03 marca 2012
1078. Perditissima Respublica (II) - Iure et gladio...

 

Nie brak prawa zgubił obyczaje, ale brak władzy, nie brak sankcyj karnych, ale brak ich wykonania. Wiemy, że prawa były dorywcze, niedostateczne, niestanowcze, niejasne i pełne niekonsekwencyj, ale to było mniejsze złe, stokroć gorszym było to, że były bezsilne, że istniejąc, a nie działając, już samym tym martwym swoim istnieniem robiły niekiedy więcej szkody, niż gdyby ich wcale nie było, niż gdyby bieg spraw społecznych pozostawiony był samym instynktom moralnym ludzi, przyrodzonemu ich sumieniu i wyrabiającym się z społecznej konieczności zwyczajom. Bo przychodziło do tego, że kto chciał, aby prawo było wykonane, sam je wykonywać musiał, a wtedy nie mogło być inaczej, jak tylko, że prawa stawały się pozorem, legalnym tytułem występków, narzędziem gwałtu, środkiem przemocy, sankcją samowoli.

Dwa kardynalne warunki społecznego bytu: bezpieczeństwo życia i bezpieczeństwo mienia były zachwiane; ani jedno, ani drugie nie miało dostatecznej opieki. Zabijano otwarcie i skrycie, po domach, po drogach i rynkach miejskich, na sejmikach, zjazdach, bankietach, a nawet i sądach, zabijano o co bądź, a zabijano bezkarnie. (…)

A przecież istniały prawa przeciw mężobójcom. Były one bardzo łagodne, bo nikt prawie prócz chłopa nie dawał głowy za głowę, nie płacił życiem za życie, (…) bywały pory (…), w których trzeba było szczególnego nieszczęścia lub wielkiej osobistej pokory i dobrowolnej skruchy, aby ulec karze w rzeczywistym jej rygorze. (…) Niestety kryminałów ustawicznie nie sądzono. Sprawy cywilne szły do trybunału, sprawy wybitnie kryminalne na sądy królewskie, czyli sejmowe. Sejm zwoływany był raz co dwa lata i trwać miał sześć tygodni, a i w tych odstępach czasu często nie dochodził; jakżeż można było myśleć, aby wszystkie sprawy kryminalne, nagromadzone przez dwa lata, mogły być osądzone w tak krótkim czasie i to przy nawale spraw sejmowych? »Sprawiedliwości nie masz przez sejm cały. Ledwie osądzim ze dwa kryminały« – powiada poeta Grochowski (…). Za tym poszło, że o sprawy stanowczo kryminalne, jak np. zajazdy połączone z gwałtami i zabójstwami, nie pozywano criminaliter, ale civiliter, aby tym sposobem rzecz przyspieszyć i przecież doczekać się nareszcie wyroku.

Ale gdyby nawet sądy odbywały się i częściej, i dłużej, gdyby nawet były czynne stale, szybkiemu wymiarowi sprawiedliwości stanęłaby na zawadzie owa nietykalna zasada, palladium i smutna chluba szlacheckiej wolności: Neminem captivabimus nisi iure victum, która nie pozwalała pojmać osiadłego szlachcica nawet po spełnieniu najoczywistszej zbrodni, chyba na gorącym uczynku, in recenti, co się bardzo rzadko zdarzało, zwłaszcza gdy gwałtownikiem był możniejszy szlachcic, otoczony zawsze zgrają zbrojnej czeladzi, i co zresztą w razie możliwości takiego pojmania było rzeczą o tyle utrudnioną, że starostowie przyjmowali do więzienia pojmanych prywatnie złoczyńców tylko pod warunkiem, że utrzymywani będą kosztem, wiktem i pod strażą (…) tego, który ich pojmał i dostawił. (…)

Dalszą niemniej zgubną dla publicznego bezpieczeństwa zasadą było: Nemine instigante reus absolvitur [gdy nikt nie wniesie oskarżenia, podejrzanego uwalnia się od winy – alex.]. Nie było właściwie władzy, która by ścigała zbrodnie z urzędu (…) – ściganie takie było wprost niedozwolone. (…) Gdzie nie było delatora [powoda – alex.], tam nie było pozwu, ścigania, dochodzenia, tam jakby nie było zbrodni, choć zbrodnia się stała otwarta, oczywista, wszystkim i samej władzy wiadoma, o pomstę wołająca. (…) Prawo nakładało obowiązek delatorstwa i pozywania zabójcy na krewnych zabitego (…) pod rygorem tej samej kary, jakiej podlegał sam zabójca. Miało to zapobiegać bezkarności, ale akta grodzkie tych czasów, o których piszemy, zawierają niestety dowody, że tak nie było, że umiano obchodzić i to na pozór tak stanowcze i surowe prawo. Bliższy lub dalszy krewny zabitego oskarżał, tj. zanosił protestację w grodzie i wytaczał pozew, czyniąc tym zadość prawu, następnie zaś godził się z zabójcą, brał pieniądze i procesu nie było, bo oskarżyciel nie stawał na terminy, nie domagał się śledztwa, czyli tzw. scrutinium, nie prezentował świadków itp., zgoła pozwalał na to, aby rzecz ugrzęzła na zawsze. (…)

Zapada wreszcie wyrok prawomocny. A więc według stopnia przewinienia: miecz, wieża, banicja, infamia. Kto miał wyrok wykonać, kto miał pojmać winowajcę i zniewolić go do ekspiacji, skoro władzy wykonawczej, silnej, trwałej, zorganizowanej tak jakby nie było? Kara śmierci bardzo rzadko zdarzała się w Polsce – oczywiście mowa tu o szlachcie, bo chłop szedł za byle kradzież wołu na szubienicę, a miasta nadużywały miecza na mocy swego okrutnego prawa magdeburskiego – chyba że winny ścigany był prawem przez bardzo możnego oskarżyciela, chyba że był bardzo mizernym, nieosiadłym szlachetką i należał do warstwy herbowej »zgołoconej i obdartej« (…) albo gdy podpalał i rozbijał, a pojmany był in recenti (…).

Jakże chcieć, aby przy takim poniżeniu i przy takiej bezsilności władzy, która miała być strażą sprawiedliwości i bezpieczeństwa, nie wyrabiał się w społeczeństwie instynkt brutalnej »samopomocy«, nie ustalał się zwyczaj dochodzenia prawa bezprawiem, ścigania winy prywatną zemstą? Burzliwsi uciekali się do szabli, spokojniejsi do rozjemstw przyjacielskich, polubownych. (…) Więcej ufano naciskowi prywatnemu niż urzędowej egzekucji.

(…) Procesy nie miały końca. Szły w fatalnym spadku z pradziada na prawnuka, bywały dziedziczną klątwą rodzin. Nikt, chyba jakiś specjalny znawca starodawnego polskiego prawa, nie zorientuje się w tym labiryncie (…), aby się w nim zaraz na wstępie nie zgubić. Nie podobna według aktów zorientować się w tym chaosie pozwów, terminów, astycyj, kontrawersyj, dekretów i nareszcie intromisyj, które mają kończyć sprawę, a zaczynają ją ab ovo. Taka niejasna, powikłana, ciężka i leniwa procedura musiała przy wrodzonej szlachcie skłonności do pieniactwa wywołać liczną klasę zawodowych prawników, tzw. prokuratorów, którzy dla zysku włóczyli biednego klienta przez ten ciemny labirynt procesowy, podniecali waśnie rodzinne, budzili najgorsze instynkta napaści i chciwości, odwodzili od zgody, podejmowali się spraw najniesłuszniejszych i bogacili się ruiną swoich ofiar. (…)

Takim zawodowym prawnikom, wierutnym szynkarzom moralnego alkoholu, którym dosłownie rozpajali swych klientów aż do szału pieniactwa, zależało nie tylko na tym, aby sprawę powierzoną sobie wikłać, jątrzyć, przewlekać, ale także na tym, aby z drobnej rzeczy zrobić wielką, z małego zajścia srogi gwałt, z drobnego przewinienia zbrodnię. (…) Najdziksza (…) przesada panuje w protestacjach i pozwach, spisywanych przez prawnych rabulistów owego czasu w imieniu strony pozywającej. Niekiedy protestacja cała jest zmyśleniem, zuchwałym kłamstwem co do joty. Nazywało się to robić ex causa mentali realem, ex civili criminalem [ze sprawy zmyślonej rzeczywistą, z cywilnej karną – alex.]; chodziło o prostą napaść, o zastraszenie słabszych i lękliwszych, o ekstorsję, czyli jak to zwano o usilstwo, czasem o sam paszkwil, tylko bez dalszych konsekwencyj. Wyrobił się osobny styl w tych pozwach i protestacjach; przesadny, napuszysty, pełny fałszywego akcentu tragiczności i niesmacznej, a czasem komicznej tautologii, która miała sam fakt podnieść, uwydatnić i jak najjaskrawiej oświetlić, a zasypywała go raczej sieczką słów niepotrzebnych. Wyrządził ktoś komuś małą szkodę w lesie, to sakramentalną formułką pozwu było, że »1000 drzew rodzajnych, ogromnych, budulcowych, masztowych wyrębał«, nigdy mniej i nigdy więcej; naruszył ktoś komuś uprawne pole, to już je »spustoszył, zniszczył, zniósł i wniwecz obrócił«; dopuściła się służba czyjaś burdy na własną rękę, o czym służbodawca nie wiedział i nie słyszał, to stało się to przecież »za jego sprawą, wolą, wiedzą, mandatem, zmową i rozkazaniem«; a zabił ktoś kogoś w zwadzie, to nie zabił go krótko i węzłowato, ale »ważył się zabić, zamordować, uśmiercić i z żywego nieżywym uczynić, jakoż i zabił, zamordował, uśmiercił i z żywego nieżywym uczynił«.

Wobec tego wszystkiego nie dziw, że sprawy cywilne z powodu swojej przewlekłości wyczerpują cierpliwość przeciwników i przechodzą w sprawy kryminalne. (…) Pomagano sobie gwałtem; urosła owa nieszczęsna praktyka dochodzenia swoich pretensyj »prawem i lewem«, trybunałem i kryminałem. »Prawem i lewem« weszło w zwyczaj i w codzienny słownik szlachecki – iure et gladio nazywano to po łacinie już w pierwszej połowie XV wieku – i odtąd aż w głąb XVIII stulecia ani słowo, ani rzecz nie wychodzi z użycia. (…) Nie można było dojść końca »prawem«, dochodziło się go »lewem«. Następował zbrojny zajazd – co miało być aktem sprawiedliwości, zmieniało się w akt prywatnego gwałtu.

(…) inequitatio – po polsku zajazd, była pierwotnie aktem prawnego objęcia w posiadanie rzeczy, przyznanej wyrokiem sądowym. Wykonywać się miała całkiem legalnie za interwencją organu urzędowego, a w razie oporu pokonanej strony następować miała egzekucja z ramienia króla. Ale gdy tym organem był (…) woźny wraz z swymi dwoma szlachcicami [którzy asystować mu mieli w każdej czynności – alex.], a władza egzekucyjna istniała tylko z imienia, więc po całym szeregu intromisyj, nie dopuszczonych przez dłużnika (…) zniecierpliwiony wierzyciel wykonywał zajazd zbrojny i zajmował przemocą majątek strony pokonanej prawem. Niekiedy gwałtowny taki zajazd maskowany był pozorami egzekucji prawnej; ten, który go urządzał, przybierał sobie wicesregensa i woźnego, najczęściej jednak i bez tego się obchodziło. W takim stanie rzeczy zrobiły się zajazdy rozbójniczymi napadami, a jeśli strona przeciwna miała środki po temu i pomyślała o obronie, przychodziło do krwawych bitew, do zabójstw i spustoszeń całych majątków. Zajazdami obejmowali zaraz po śmierci czyjejś – niekiedy nawet jeszcze praesente cadavere [w obecności trupa – alex.] – spadkobiercy pozostawiony majątek, rugowano w ten sposób dzierżawców, zajmowano przemocą sporne grunta itp.

Zajazdy bywały tak częste, w porze przez nas traktowanej tak weszły w obyczaj, zresztą wobec niemocy władz bywały niekiedy tak konieczne, że wyrobiła się klasa specjalistów, którzy fachowo trudnili się ich organizacją i dostawą potrzebnych szabel. Udawano się do nich z zamówieniami, godzono się z nimi stosownie do trudności i niebezpieczeństwa wyprawy. I nie mogło być inaczej: jak był specjalista-prawnik do prawa, tak musiał być specjalista-rębacz do »lewa«.

(…) Osobliwością w swoim rodzaju bywały zajazdy, że tak powiemy rolnicze, w których chodziło o gwałtowne odjęcie zbiorów, o wykonanie prawa używania pewnej spornej przestrzeni roli. Pod silną eskortą zbrojną wyjeżdżano w setkę pługów i orano rolę, spędzano setki żeńców i zaraz wywożono snopy. (…). Zajazdem obejmowano schedę po zmarłych, zajazdem wchodzono w posiadanie nadanego przez króla starostwa. (…)

Zajazdy uważane były za rzecz zwyczajną, za malum necessarium [zło konieczne – alex.], i nie obruszały sumienia publicznego, chyba kiedy dokonane były z niezwykłym okrucieństwem lub kiedy ofiarą zajazdu padła jakaś osobistość szczególnie szanowna lub między szlachtą bardzo popularna

                              [Władysław Łoziński, Prawem i lewem.

            Obyczaje na Czerwonej Rusi w pierwszej połowie XVII wieku].

  

Tagi: książki
21:03, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
piątek, 02 marca 2012
1077. Perditissima Respublica (I)...

  

                    „O nierządne królestwo i zginienia bliskie,

                    Gdzie ani prawa ważą, ani sprawiedliwość

                    Ma miejsca, ale wszytko złotem kupić trzeba!”

                                   [Jan Kochanowski, Odprawa posłów greckich].

  

Największe wrażenie spośród tych moich lektur ostatnich robi ponad stuletnie już dzieło Łozińskiego, barwnie rysującego przerażający świat anarchii w dawnej Rzeczypospolitej. Z siedemnastowiecznych akt grodzkich województwa ruskiego (ziemia sanocka, przemyska, lwowska i halicka), które posłużyły za źródła jego książki, wyłania się obraz nieznającego granic pieniactwa i zapiekłej wrogości sąsiedzkiej naszych przodków, „nieskończonej litanii zatargów i krzywd wzajemnych – były to spory o granice, o lasy, o kamień, o pastwiska, o szkody polowe, o zagrabione rzeczy, o wodę, ogień, ziemię i powietrze – a już najwięcej o chłopów poddanych, czy to zbiegłych, czy też nie ukaranych za jakieś winy i prawdziwe, i urojone”. Kłótnie, pozwy, zajazdy, grabieże i zawłaszczenia, bijatyki, morderstwa, porwania, oblężenia dworów i zamków, samowolne uwięzienia, lekceważenie uniwersałów wojewodzińskich, hetmańskich, królewskich, sejmów i trybunałów, konflikty ciągnące się latami i dziedziczone przez kolejne pokolenia – „najmniejsza drobnostka dawała powód do zwady, a zwada do formalnej wojny sąsiedzkiej”. Czas i siły wszystkie mitrężone „na komisjach, które niczego nie załatwiły, na procesach, które się ciągle zaczynały, a nigdy nie kończyły, na dekretach, których nikt nie słuchał, na kondemnatach [wyrokach – alex.], których nikt nie egzekwował, na infamiach, których nikt się nie bał, i na wieżach, których nikt nie odsiadywał”. Buta i samowola, deptanie wszelkich praw – i całkowita bezkarność. Nie było takiej zbrodni, ohydy i zdrady, żeby jej sprawca musiał się czegokolwiek obawiać – sprawiedliwość i egzekucja raczej zdarzały się sporadycznie niźli były regułą i ostoją. Polskie piekło pogardy dla państwa i bliźniego – co Polskę do ruiny doprowadziło i trwa nadal, a my, wtedy i dziś, z niego wszyscy…

 

„Co za świat, co za świat! Groźny, dziki, zabójczy. Świat ucisku i przemocy. Świat bez władzy, bez rządu, bez ładu i bez miłosierdzia. Krew w nim tańsza od wina, człowiek tańszy od konia. Świat, w którym łatwo zabić, trudno nie być zabitym. Kogo nie zabił Tatarzyn, tego zabił opryszek, kogo nie zabił opryszek, zabił go sąsiad. Świat, w którym cnotliwym być trudno, spokojnym nie podobna.

Takie jest pierwsze wrażenie, które się odnosi z czytania aktów grodzkich województwa ruskiego z XVII wieku. Wrażenie odpychające, naprawdę bolesne. Uciec się chce z tego świata, od tych czasów i od tych ludzi, zostawić te księgi w pyle, tę przeszłość w zapomnieniu. Ale ten moment krytyczny jest rzeczywiście tylko momentem. Przezwyciężyć go łatwo – daleko trudniej byłoby przerwać czytanie. Zaczyna się oswajać z tym światem, poznawać tych ludzi, żyć z nimi poufnie, rozumieć te stosunki, a zrozumiawszy, wiele przebaczyć.

(…) Nikt z tych aktów nie złoży historii narodu, ale gdy je poznamy wszystkie, złożyć się z nich może historia naturalna Polaka.

(…) nie bójmy się cieni na obrazie przeszłości. Nie zgaszą one światła, a dadzą wypukłość. Wygląda to na paradoks, a przecież tak jest: Miarą wysokich przymiotów polskiego społeczeństwa są jego przywary. Miarą jego żywotności jest jego anarchia. Miarą jego światła są jego cienie. Bo gdzie drugi naród, co by tak, jak Polska, bez rządu, był potężnym państwem, bez stałego żołnierza odnosił wielkie zwycięstwa, bez wewnętrznej zgody zdobywał się na taką jedność w patriotyzmie? Sarmatorum virtus veluti extra ipsos. Cnota Polaków poza Polakami”

                              [Władysław Łoziński, Prawem i lewem.

            Obyczaje na Czerwonej Rusi w pierwszej połowie XVII wieku].

  

Archiwum
Tagi