~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
wtorek, 31 marca 2015
1467. Z cyklu: Przeczytane (XXXIX) - Marzec...

  

1. Jurij Drużnikow, Wiza do przedwczoraj. Przeł. P. Fast, Kraków 2003;

2. David Albahari, Mamidło. Przeł. D. J. Ćirlić, Warszawa 2008;

3. Warłam Szałamow, Opowiadania kołymskie. Przeł. J. Baczyński, Poznań 2011;

4. Robert Thurston, Polowania na czarownice. Dzieje prześladowań czarownic w Europie i Ameryce Północnej. Przeł. J. Kierul, Warszawa 2008;

5. Jeffrey B. Russell, Krótka historia czarownictwa. Przeł. J. Rybski, Wrocław 2003;

6. Jean-Michel Sallmann, Czarownice. Oblubienice szatana. Przeł. M. i A. Pawłowscy, Wrocław 1994;

7. Ernst Jünger, Awanturnicze serce. Figury i capriccia. Przeł. W. Kunicki, Warszawa 1999;

8. Virginia Woolf, Do latarni morskiej. Przeł. K. Klinger, Warszawa 2005;   

9. Moda. Wielka księga ubiorów i stylów. Przeł. E. Romkowska, Warszawa 2014;

10. Tatiana Tołstoj, Kyś. Przeł. J. Czech, Kraków 2004;

11. Ingo Schulze, Komórka. Przeł. R. Wojnakowski, Warszawa 2009;

12. Eliseo Alberto de Diego, Ester, gdzieś tam, czyli romans Lina i Larry’ego Po. Przeł. B. Wyrzykowska, Warszawa 2006;

13. Milan Kundera, Kubuś i jego Pan. Hołd w trzech aktach dla Denisa Diderota. Przeł. M. Bieńczyk, Warszawa 2000.

  

Tagi: książki
10:42, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 29 marca 2015
1466. Co ludzie powiedzą?...

  

– Co się tak uparłeś na te żółte spodnie? Żeby chodzić w nich codziennie całą zimę (akurat od grudnia do marca nosiłem niebieskie i jakoś nie było problemu). Jeden tylko chłopak w mieście w żółtych. Przecież nie lubisz, jak się na Ciebie patrzy. A tu wystawiasz się na pokaz, wszyscy się przyglądają i rzeczywiście, jeszcze coś sobie pomyślą…

Mieliśmy iść do sklepu razem, ale tak podskoczyło mi ciśnienie, że szybko wychodzę sam (żeby nie musiała się mnie wstydzić). Klnę na głos całą drogę. Życie podporządkowane chwilowym opiniom idiotów. Kastrowanie, rugowanie indywidualności, zastraszanie. Można się przeciwstawiać, ale trzeba wciąż wysłuchiwać; można się łudzić, że już spokój, ale od tego nie sposób do końca się uwolnić…

    

          „Kto szuka, ten zawsze znajdzie coś gorszącego, na co skrycie liczy”

                           [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

23:45, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
czwartek, 26 marca 2015
1465. There and Back (II)...

 

I znowu do Wrocławia na doczepkę. I tak jak przed trzema tygodniami (por. 1461) – trasy te same (Rynek, Ostrów), wstyd przed wyciąganiem aparatu, sklep jeden i bezowocne przymierzanie: żałosne, jak skromna jest moja garderoba – nie mam ni jednej koszuli, garnituru, wyjściowych spodni, butów czy marynarki; ubieram się casualowo (?), półsportowo z przetartych szmat – do miejsc, gdzie chociażby na rozmowie kwalifikacyjnej obowiązuje jakiś dress code, lękam się nawet zgłaszać. Z zazdrością patrzę na młodych ludzi, jak w prosty (wyrafinowany?) sposób zyskują modny look, podczas gdy ja od wielu lat nie umiem kupić dżinsów, obciąć się u fryzjera…

Remontujący przejście podziemne na Świdnickiej krzyczą mi za plecami „Homo niewiadomo!” – widocznie barwa cytryny na nogawkach to nazbyt wiele jak na otwartość „miasta spotkań”. A może błędnie, nie pierwszy raz już tłumaczenia szukam w ubraniu – podczas gdy to mimika, gest, sposób chodzenia mnie zdradzają (musi być w środku coś, czego sam nie znam; lęk i nieśmiałość paradoksalnie owocują prowokacją). Pizza w „Sycylii”, zwiędłe krokusy i tanie książki z wydawnictwa Czarne. Z pociągu marsz do domu przez zmierzchający park, wskazuję mamie kosa na gałęzi, w ruinach mauzoleum Hoymów śmieje się (pije?) młodzież; przed snem „Zabójca” (Włochy / Francja’1961; reż. Elio Petri) z Mastroiannim. I tyle – może kiedyś, znów, po coś i na chwilę, uda się wyrwać tam, lecz trzeba tutaj wrócić…

  

23:15, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 22 marca 2015
1464. Drobne szaleństwa dnia codziennego...

  

                    „W moim odciętym pokoju

                    robię postępy w mówieniu do siebie”

                                        [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

  

Popołudniowe wydarzenie na podwórku: żyjący chyba samotnie pan z psychicznym odchyleniem dostaje jakiegoś napadu – krzyczy od kilku dni „do kogoś”, awanturuje się, nie daje drzwi otworzyć. Przyjeżdża na sygnale doń policja, straż pożarna, zabiera go karetka. Sąsiedzkie głowy w oknach (zaćmienie słońca w piątek nie miało tylu obserwatorów), strojący sobie żarty chłopacy na podwórku. Być może za dwadzieścia czy trzydzieści lat historia się powtórzy – odwrotnie niż u Marksa farsa się zmieni w dramat, znów będzie widowisko, przyjadą właśnie po mnie (por. 1416). Już teraz można wytknąć palcem, zaczynać odliczanie…

    

                    „Ile pokarmu da się wyciągnąć z szaleństwa

                    ile z obsesji śmierci

                    zanim osiągną one krytyczny punkt

                    kiedy już nic z niczego nie da się wysnuć

                    kiedy nic do niczego nie zmierza

                    kiedy na spotkanie nie pojawia się nikt”

                                        [Julia Hartwig, Zanim].

  

niedziela, 15 marca 2015
1463. O beata solitudo! O sola beatitudo!...

  

Próbuje wejść, gdy rano się ubieram, wieczorem, kiedy przymykam drzwi, by oddać się ćwiczeniom. Ni chwili prywatności, pewności, że ktoś nie będzie niepokoił. I tylko raz na jakiś czas, liczony tygodniami, na ledwie kilka godzin: jej wyjazd, ich wyjście na rodzinne imieniny – ja zostaję. Ale jak mam to wykorzystać, czym innym się zajmować? Wystarcza snucie się po milczącym mieszkaniu, leżenie i rozkoszowanie się spokojem. To właśnie jest wyśnionym (warszawskim utraconym) ideałem – mieć własną przestrzeń, do której nikt nie będzie miał dostępu, zamknąć się i nie wychodzić, już nigdy nie odzywać…

  

„(…) nikt do niej nie mówił, nikt na nią nie patrzył. Tak, to było najważniejsze, nikt na nią nie patrzył. Samotność: słodki brak spojrzeń”

                     [Milan Kundera, Nieśmiertelność. Przeł. M. Bieńczyk].

  

środa, 11 marca 2015
1462. Melanchujnia...

  

Wiosennie, cieplej, nareszcie w lekkiej kurtce, białych butach, wczoraj też pierwszy motyl. Można by pójść nad Wisłę, obejrzeć prawie gotowy bulwar pod Starówką i górny ogród Zamku; ocenić niedoskonałą, lecz znacznie lepszą teraz Świętokrzyską, przejechać drugą linią metra; zobaczyć szklący się Warsaw Spire, rosnący Q22, w Łazienkach chiński pawilonik, w Muzeum Sztuki Nowoczesnej wystawę Wróblewskiego albo Boznańskiej w Narodowym… Tyle atrakcji i nowości można by – gdyby nie opuściło się Warszawy. Tu można tylko wybrać się do Tesco, Lidla, Biedronki, Intermarché i Netto. Lub na cmentarz… Dzień każdy jest ulatywaniem myślą tam, daleko, śledzeniem, co się dzieje; każdy – pielęgnowaniem żalu i wściekłości, poczucia omijania…

  

Tagi: Warszawa
22:36, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 07 marca 2015
1461. La condition humaine...

   

Wczorajszy wypad mamy do Wrocławia; dołączam się, żeby uniknąć kosztu samodzielnej wycieczki – dopiero tam osobno, innymi drogami, z odmiennym nastawieniem. Przyzwyczajanie się do ludzi na ulicach, przylegających do siebie budynków – miejsca, gdzie mieszkam, nie można nazwać miastem. Wiosna w powietrzu, setki krokusów na trawnikach, chwilami rozpięty płaszcz, młodzież już nie w zimowych butach. Zdjęć kilka, parę śledzonych dotąd w Internecie remontów i nowych inwestycji. Pięćdziesiąt złotych za pięć tomów w Taniej Książce (szaleństwo przy moim braku dochodów, skąpieniu nawet na pociągowy bilet). I wspólna pyszna pizza w „Sycylii” na górze RenomyCoś na kształt przyjemności i beztroski – tych ledwie kilka godzin, po których wraca się do beznadziei swej kondycji

   

Tagi: Wrocław
22:19, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 04 marca 2015
1460. Na zadupiu swego losu...

  

„To jest coś gorszego niż Rumunia. Zły sen, zły sen o tym, że wcale się nie śni”.

  

Telewizyjna wersja spektaklu „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” (2015; reż. Agnieszka Glińska) z warszawskiego Teatru Studio. Objawieniem jest dla mnie brawurowy Marcin Januszkiewicz. A że to pierwsze zetknięcie z Dorotą Masłowską – choć nie, mimo trzech podejść nie mogłem zdzierżyć choćby pierwszego kwadransa „Wojny polsko-ruskiej” (Polska’2009; reż. Xawery Żuławski) – to i hipnotyzujący tekst. Maski i klisze, zagubienie, strach, że się wypadnie z…, strach, że trzeba wrócić do… Pustka, jałowość i nieważne, czy tylko odreagowujesz zabawą w dziada na melanżu, czy też na co dzień również musisz robić za „Rumuna”…

  

„DŻINA:

Wiesz co? Bo najgorsze kurwa jest, że świat chce zrobić z człowieka szarą szmatę salutującą w szeregu, przechodnia przechodzącego przez jezdnię. Pasażera kurwa tramwaju powiewającego na rurce z taką twarzą, o. Bez żadnych wypustek. Bez żadnej twarzy. Takiego jak ty. Człowieka-wędlinę. Ja nie chcę taka być.

(…)

PARCHA:

Szczerze mówiąc, mimo wszystko podświadomie obawiam się, że mogę nie otrzymać życia wiecznego. To znaczy Bóg wie, że teoretycznie byłem lepszy lub gorszy, ale dobry i w tym świetle byłem w porządku, ale z kolei Kościół katolicki się przypierdoli ze swoimi dogmatami, spowiedziami, postami i udupią mnie. Mnie. Księdza Grzegorza udupią”

  

22:40, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi