~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
czwartek, 31 marca 2016
1556. Z cyklu: Przeczytane (LI) - Marzec...

1. Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i pokój, Warszawa 2015;

2. Leonid Cypkin, Lato w Baden. Przeł. R. Papieski, Warszawa 2015;

3. Maurice Keen, Rycerstwo. Przeł. A. Bugaj, Warszawa 2014;

4. Jonas Gardell, Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Tom 1. Miłość. Przeł. K. Tubylewicz, Warszawa 2014;

5. Jonas Gardell, Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Tom 2. Choroba. Przeł. K. Tubylewicz, Warszawa 2014;

6. Jonas Gardell, Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Tom 3. Śmierć. Przeł. K. Tubylewicz, Warszawa 2015;

7. Raymond Carver, O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości. Przeł. K. Puławski, Izabelin 2006.

Tagi: książki
21:41, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 28 marca 2016
1555. Jedyne, jakie miałem...

W dwa dni pochłaniam trzy tomy Gardella. Chłopcy, co uciekają z prowincjonalnych dziur, by zdobyć wolność i odkryć swą tożsamość w wielkim mieście. Uniesienia i upadki w byciu gejem. Lata osiemdziesiąte w Szwecji. Panika początków epidemii AIDS. Emocje, które takie bliskie (po zakończeniu długo nie mogę się otrząsnąć, łkam w łazience). I doświadczenia, których nie da się już zaznać – bo nie umiałem zawalczyć do końca, bo mi nie było dane ciałem czuć tego, co odczuwają wszyscy…

„Jest oczywiste, że można tęsknić za czymś, czego się nigdy nie miało, za kimś, kogo się nie spotkało, lub za czymś, czego się nigdy nie poznało.

Możesz tęsknić za własnym życiem, widząc, że przemknęło obok ciebie”

[Jonas Gardell, Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek.

Tom 1. Miłość. Przeł. K. Tubylewicz].

wtorek, 22 marca 2016
1554. Spectatores...

Oglądamy jednocześnie, choć niezależnie, w różnych pokojach, „Kupca weneckiego” (USA / Wielka Brytania / Włochy / Luksemburg’2004; reż. Michael Radford). Mnie przyciąga tekst, ją Al Pacino i Jeremy Irons. Ona się cieszy z tego, „jak przerobili Żydka”, komedią miłosnych perypetii. Ja widzę tragedię – człowieka, co traktowany niczym pies, znajduje nagle szansę, by ukąsić, ale opresja otoczenia wpycha go w jeszcze większe poniżenie; łajdaka, któremu się należy ludzka godność (fenomenalne, jak antysemicki stereo-typ wygłasza tu swoiste credo humanizmu, apologię równości). Mama jest widzem z epoki Szekspira, ja z czasów postkolonializmu i po Shoah. W tym domu nie ma sensu wymieniać się z kimkolwiek wrażeniami…

piątek, 18 marca 2016
1553. Wysypisko...

„[17 IV 1970] Myślę tutaj o mojej »tożsamości«, »identyczności«. Ja jako moja historia, nagromadzenie zdarzeń, »faktów«, zlepionych w przyzwyczajenia wielkie i małe, odruchy dawno umarłych sytuacji, utrwalone w biernej pamięci osobiste archetypy zachowania się bezsensownie przeżyły okoliczności, którym zawdzięczają swoje narodziny. Magazyn podobny do śmietnika, każda chwila i każda okoliczność moich czterdziestu lat coś tam dorzuciły. I naiwna, sztywna ingerencja tego magazynu w fabułę, moją biografię zewnętrzną, wewnętrzną – jakaż nuda i nieprawda.

Niechże więc moje pisanie, jeżeli ma mieć jakikolwiek sens, a ja jakąkolwiek na nie ochotę, będzie tylko robieniem porządku. Nie, nie segregowaniem magazynu w jakikolwiek nowy system, interpretację, ujęcie… po co? Niech będzie po prostu likwidowaniem magazynu, próbą odesłania tego rupiecia tam, skąd przyszedł – donikąd. Nigdy nie umiałem powiedzieć »tak«. Ale wiem dużo o tym, co »nie tak«. Oto jedyne uczciwe dla mnie pisanie”

[Sławomir Mrożek, Dziennik. Tom II. 1970-1979].

niedziela, 13 marca 2016
1552. Silenzio di tomba...

Panowie robią wspólne zdjęcie na Dzień Kobiet – trzymane kartoniki (ja kucam w pierwszym rzędzie) układają się we „Wszystkiego najlepszego, Babeczki” (a były dla nich jeszcze babeczki z czekolady). Tych kilka minut w hallu, dziesiątki nieznanych twarzy – nie rozmawiam tutaj z mężczyznami, oni zawsze byli obcym dla mnie światem. Nie poznaję ludzi spoza swojej grupy (15 na 200 osób), prędzej się uśmiechnę w odpowiedzi, niż przemówię, a każde wypowiadane zdanie przynosi zaskoczenie – nie panuję nad prozodią, wstydzę się głosu. Gdyby tak być niemową – nie jestem, lecz staram się usilnie… Czy głos właśnie mnie demaskował od dzieciństwa, od niego się zaczęło wyśmiewanie? Postępująca samoizolacja, impulsów z zewnątrz brak – wewnątrz zaś płytkie, puste, nie daje inspiracji do pisania. Jedynie konfrontowanie się ze światem rodzi słowa; tak upragniona niezależność od wszystkiego to przecież jednocześnie cisza grobu…

22:57, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
czwartek, 03 marca 2016
1551. Ulotność i kajdany...

Zima powraca na dwa dni. W poniedziałkowy ranek śnieg na wszystkim – czy też: ze śniegu wszystko, bo oblepione szczelnie mokrymi drobinkami najmniejsze nawet źdźbła, gałązki. Potężne drzewa wydają się jak z porcelany; las-poemat. Chciałoby się to uwiecznić, jak w Warszawie, gdy się jechało wcześnie „upolować” w takiej szacie Świątynię Sybilli czy Zamek Ujazdowski. Tymczasem już się nie robi wcale zdjęć – jedyna rozrywka i wytchnienie odłożone, musiały ustąpić pracy. Przerażające, że ta konieczność do przeżycia jest jednocześnie czymś, co właśnie żyć – tak, jak by się to widziało – nie pozwala…

Tagi: praca
22:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi