~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
niedziela, 30 kwietnia 2006
66. Plan

  

Znów marnuję czas.

Dłużej tak nie można. Trzeba się zabrać do pracy, myśleć nad doktoratem, więcej czytać, powtarzać trzy języki obce, które – choć filolog – znam fatalnie, starać się przelać na papier wrażenia z każdego dnia…

A jutro będzie to samo.

Otacza mnie przeraźliwa pustka – nic nie robię, o niczym nie myślę.

Nicość…

  

                    kiedy »nic nie robię«

                    robię NIC

                                   [Tadeusz Różewicz]

  

wtorek, 25 kwietnia 2006
65. Raj

  

…Więc całe to piekiełko dzieciństwa siedziało w nim i kipiało gdzieś w głębinach, w odmętach, od czasu do czasu wypuszczając na powierzchnię pojedyncze sondy, przygotowujące wielki wybuch, który, gdyby wreszcie nastąpił, mógłby dać materiał do opisu godnego Pliniusza Młodszego, o ile by ten miał kiedyś okazję zapoznać się z osiągnięciami wiedeńskiej szkoły psychiatrii. Wszystkie te pieszczoszki, misie, podusie, różyczki na sankach, te kołysanki, dobranocki, zaklęcia, hokus-pokus czary-mary, Asa Nisi Masa, te owieczki idące w milczeniu na rzeź (Jam jest Baranek Boży, który gładzi grzeczne dzieci po główkach), te aniołki i paciorki, te I love you w szkolnych pamiętnikach, te przedszkolne zabawy w lekarza, jedyne prawdziwe, pierwsze i jedyne doświadczenie seksualne jego życia, gdy mała Ania zdejmowała ochoczo bluzeczkę, by dać się opukać doktorowi Olkowi, a potem, gdy doktor Olek zachorował, musiała go zbadać, opukać, obejrzeć, dokładnie obmacać − siostra Ania, najbardziej chętna dziewczyna w jego życiu, − ale cóż im wtedy po chęciach, po nagości i bliskości, skoro mieli po pięć lat; więc wszystko to, te urazy z przedszkolnych zabiegów klinicznych, ta kołyska-klatka, w której się wychowywał, kładło się to cieniem na całe jego późniejsze życie, na stosunki (ha!) z kobietami, i nie wiedział wtedy tego, nie mógł jeszcze wtedy tego wiedzieć, ale na stosunki z mężczyznami też…

  

O, nie spoglądaj na mnie, moje dzieciństwo, tymi wielkimi, wystraszonymi oczami[Vladimir Nabokov, Dar. Przeł. E. Siemaszkiewicz].

  

sobota, 22 kwietnia 2006
64. The Waste Land

  

Koń był jak noc, chłopiec był jak słońce. Pamiętasz? pamiętam…

Miał dziewiętnaście lat i wymyślił sobie, że napisze powieść w duchu Heinricha Manna o Aleksandrze Wielkim, nawet pierwsze zdania mieli podobne, zresztą dalej niż poza pierwsze zdanie nie wyszedł, a że było dobre, więc mógł ze spokojem porzucić pracę nad książką; potem miał dwadzieścia lat i ubzdurał sobie czystą platoniczną miłość, pozbawioną całkowicie pierwiastka cielesnego, w efekcie czego zakochiwał się codziennie, szukając wciąż upragnionego ideału, a nieuniknione napięcie seksualne rozładowywał tak, jak to dwudziestoletni chłopcy czynią, jak mu się zdawało, że czynią, bo dopiero później zauważył, że w tym wieku wszyscy zaczynali już zakładać rodziny, a on? no cóż, zamiast wcześniej, kiedyś, robił to częściej, teraz, aż wychodziło każdego dnia, więc też każdy dzień kończył się zbyt szybko, przedwcześnie, bo z chwilą, gdy po umyciu rąk trzeba było wyprostować się i spojrzeć w lustro i następowała ciemność…; a potem miał dwadzieścia jeden lat i przekonał się, tak już doświadczony w miłości, że kochać może nie tylko dziewczyny, które nazywał kobietami, ale i mężczyzn, których nazywał chłopcami; ale jeszcze przedtem, przed Aleksandrem, Platonem i przed swymi sobowtórami, których szukał w każdym i widział w każdym chłopcu, w każdej dziewczynie, a byli to zawsze ci sami chłopcy i te same dziewczyny, to rozróżnienie przestało mieć w końcu jakiekolwiek znaczenie, więc przed tymi sobowtórami, bo tylko swego sobowtóra mógł prawdziwie kochać, bo kocha się samego siebie, z całą nienawiścią do samego siebie, więc przed całą tą nienawiścią, przed codziennym spoglądaniem w lustro, gdy kończył się dzień, nawet jeśli było to nad ranem czy w południe, gdy umierał dzień i zapadała ciemność, przed tym wszystkim miał osiemnaście lat i, nie, nie stracił wiary w Boga, zrozumiał, gdzie prowadzi go ta hipoteza, więc ją odrzucił, bo nie chciał odrzucać innych ludzi, nie chciał dzielić innych i odróżniać ich od siebie pod żadnym względem, odrzucił z przekonaniem, że staje się lepszy, bo heroizm dnia codziennego, bo zasady bez liczenia na nagrodę w niebie, bo odpowiedzialność i miłość, bo nie wolno wybierać łatwiejszego rozwiązania i tak dalej, więc miał się wtedy odrodzić i to było pierwsze kłamstwo, bo wymowne spojrzenia w lustro były jeszcze przed tym i była ciemność… I dopiero gdy miał dwadzieścia sześć lat zrozumiał, że latami budował fikcję, i nie zostało już nic do budowania, nic do odczuwania, nic do zrobienia. Można było tylko trwać i czekać…

  

                    I stałem się dla siebie ziemią jałową.

                                        [Augustyn z Hippony, Wyznania. Przeł. Z. Kubiak]

  

I gdy nie było już nic, znalazł ideał. Ale nie miał już nic do zaoferowania…

  

23:36, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
czwartek, 20 kwietnia 2006
63. Twarze

  

Swoim o sześć lat ode mnie młodszym studentom zrobiłem dziś sprawdzian. Zacząłem przyglądać się twarzom, analizować je, grupować, szeregować. Zauważyłem już parę lat temu, że ludzie reprezentują, jeśli chodzi o twarz, zaledwie kilkanaście typów i w ich ramach wszyscy wyglądają tak samo. I tak się jakoś składa, że wśród kobiet ta powtarzalność jest jakby bardziej nachalna.  

Nie jesteśmy sobą, tylko innymi ludźmi…

  

Patrzyłem na te pochylone karki i widziałem jej szyję, to wygięcie, na które patrzyłem z tyłu przez rok i które będzie mnie prześladować aż do...

  

wtorek, 18 kwietnia 2006
62. Uczucia

  

Oglądam dziś Szalonego Piotrusia (1965, reż. Jean-Luc Godard).

Utkwiła mi w głowie pewna fraza: Nie można z Tobą rozmawiać. Nie masz myśli, tylko uczucia…

Dobre…

Pewnie dlatego tak rzadko tu piszę. I pewnie dlatego zmarnowałem to, o czym poniżej, czego nie potrafię nawet nazwać.

Znowu apatia. Mam depresję? Całe życie?...

  

Tagi: filmy
19:05, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 10 kwietnia 2006
61. Zwątpienie

  

Monotonne rozczulanie się nad sobą.

Popisywanie własną bezradnością i mazgajstwem.

Jest sens ciągnąć to dalej?

  

sobota, 08 kwietnia 2006
60. Beztroska

  

Zadziwiająca jest ta moja beztroska w stosunku do własnej przyszłości, będąca zapewne efektem całkowitej rezygnacji, bezsilności – głupoty?

W porównaniu z rówieśnikami i osobami młodszymi – nie zdobyłem wielu doświadczeń, nawet tych banalnych, codziennych, życiowych.

Skończyłem studia, które nie dały mi żadnych kwalifikacji, byłem jednym z najlepszych studentów, ale nie nauczyłem się niczego, nie nawiązałem żadnych przyjaźni, nie miałem dziewczyny, nie miałem chłopaka, nie spałem z nikim, nie upiłem się, nie paliłem, nie wierzyłem, nie bawiłem, nie podjąłem żadnej decyzji…

  

                    Więc na cóż odważę się?

                                                      Cóż potrafię?

                    Czy tylko to, czego nie potrafię?

                    I czy na pewno już nigdy nie trafię

                    w sedno, w które nigdy nie trafię?

                    I czy na pewno już nie pokocham

                    kobiet, których już nie pokocham?

                    I czy na pewno już nie zaszlocham

                    nad tym, nad czym już nie zaszlocham?

                    I czy nigdy się nie ułożę

                    z tym, z czym nigdy się nie ułożę,

                    w pieśni, której, wiem, nie ułożę,

                    w pracy, do której się nie przyłożę,

                    w polu, w którym głowy nie złożę?...

                                   [Bułat Okudżawa. Przeł. W. Woroszylski]

  

środa, 05 kwietnia 2006
59. Pajac II

  

Ilekroć próbuję wyjść z tego zaklętego kręgu, w którym tkwię od tylu lat, ponoszę klęskę, wychodzę na idiotę.

Przedwczoraj znowu się ośmieszyłem.

Jak wspomnę te głupoty, które wygadywałem…

Mam prawdziwy kompleks na tym punkcie – nade wszystko obawiam się wydać komuś śmiesznym i ciągle w śmieszność popadam.

A im bardziej chcę zrobić wrażenie i się kontrolować, tym większy błazen ze mnie wychodzi, tym większe bzdury produkuję.

Ridi, Pagliaccio!...

  

poniedziałek, 03 kwietnia 2006
58. Trzecie spotkanie

  

Po trzech tygodniach – po raz trzeci.

I znów zmarnowana szansa...

  

Archiwum
Tagi