~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
poniedziałek, 30 kwietnia 2007
223. Tylko chwile...

   

          Już ich nigdy nie odnalazłem – tak szybko utraconych…

          tych oczu pełnych poezji, tej bladej twarzy…

          gdy się ściemniało na ulicy…

   

          Już ich nigdy nie odnalazłem – podarował mi je zwykły przypadek,

          a ja tak łatwo się ich wyrzekłem,

          a potem w takiej męce za nimi tęskniłem.

          Tych oczu pełnych poezji, tej bladej twarzy,

          tych warg już nigdy nie odnalazłem.

                         [Konstandinos Kawafis, Dni roku 1903. Przeł. Z. Kubiak]

  

sobota, 28 kwietnia 2007
222. Tylko godziny...

  

Gdy tak siedzisz w parku nad kanałem, a słońce pocałunkami zza chmur pali ci twarz, gdy zdejmujesz okulary i wszyscy ludzie wokół, którzy na co dzień wzbudzają w tobie lęk, rozpływają się we mgle, tracąc tożsamość, wiek, płeć, a zachowując tylko swoje kontury i jedynie przytłumionymi odgłosami zdradzając swe istnienie, niemal tożsame z istnieniem podchodzących coraz bliżej gołębi, których spojrzeń nie musisz się obawiać, gdy wybijasz palcami na ławce fortepianowe pasaże Michaela Nymana i Philipa Glassa, gdy obok ciebie materializują się wszystkie twoje pragnienia i marzenia – wtedy świat staje w miejscu, choć płyną godziny. Są tylko godziny…

  

piątek, 27 kwietnia 2007
221. To

  

Sentencja dnia:

„Nie wystarczy urodzić się chłopcem, by być mężczyzną”.

Ale gdyby tak móc być chłopcem przez całe życie…

  

Chłopiec. Chłopca. Z chłopcami. O chłopcach.

  

Tagi: homo
22:24, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (5) »
wtorek, 24 kwietnia 2007
220. Amnezja

  

67 lat po zbrodni katyńskiej 40% Polaków nie wie, kto jej dokonał, a 10% upatruje sprawców w Niemcach – takie wyniki przynosi sondaż opublikowany wczoraj w „Rzeczpospolitej”. Przerażające dane. Oczywiście, zaraz posypały się komentarze prawicowych publicystów, którzy ze złośliwą satysfakcją ogłosili, że jest to najlepszy dowód na to, jak III RP próbowała zakłamać historię poprzez odwrócenie się od niej i „marsz ku przyszłości”, jak dla doraźnych korzyści pomijano sprawy trudne i bolesne, które mogłyby skomplikować nasze stosunki z sąsiadami (w tym miejscu odpowiednikiem drażliwej w relacjach z Rosją sprawy katyńskiej jest kwestia niemieckich wypędzonych z Ziem Zachodnich). Ta historyczna amnezja ma być jednym z grzechów pierworodnych Polski po roku 1989.

Widzę tę sprawę inaczej, szerzej. Polacy w ogóle charakteryzują się niskim stopniem świadomości historycznej. Analogicznie do sondażu o Katyniu można by zadać pytanie o wiek, w którym panował Kazimierz Wielki lub kiedy (w którym stuleciu) zawarto Unię Lubelską. Rokrocznie 11 listopada i 3 maja dziennikarze pytają przechodniów na ulicy, jakie tego dnia przypada święto i rokrocznie są problemy z odpowiedzią. Coś złego dzieje się z naszą pamięcią o przeszłości – czy to dziedzictwo komunistycznej propagandy i ewidentnych w tamtym okresie przekłamań historycznych (co nie tłumaczy bynajmniej niewiedzy o odzyskaniu niepodległości w 1918 r. czy o Polsce piastowskiej)? Czy też efekt nieudolnego szkolnictwa i przyjętej wizji historii, akcentującej martyrologię narodową i kult klęsk (dobitnym tego przykładem jest nasilające się od mniej więcej trzech lat laurkowe podejście do Powstania Warszawskiego)?

Indolencja rodaków w kwestii Katynia jest tym boleśniejsza, że dotyczy wydarzenia stosunkowo nieodległego w czasie (w porównaniu z innymi z naszych tysiącletnich dziejów), dzieci katyńskich ofiar wciąż żyją wśród nas, a pamięć o tej zbrodni zdawała się być jednym z filarów polskiej tożsamości w drugiej połowie XX stulecia – obok powstania 1944 i Sierpnia’80.

Skąd więc ta amnezja? Jakie są przyczyny tego masowego odwrotu od polskiej historii? Dlaczego Polacy nie potrafią i nie chcą czerpać ze swojej przeszłości siły i nauki na przyszłość, dlaczego nie potrafią być z niej dumni? Dlaczego słowo „patriotyzm” budzi ironiczny uśmiech, zażenowanie i zniecierpliwienie? Bo polska tradycja i historia zostały zawłaszczone przez jedną opcję? Bo przeszłość kojarzy się u nas z cierpiętnictwem i bezsensownym składaniem kolejnych generacji na ołtarzu Ojczyzny? Bo z przyczyn gwałtownych zmian cywilizacyjnych w świecie końca XX wieku przerwany został ciągnący się przez stulecia łańcuch pokoleń, a ludzie pragną nade wszystko żyć, bez rozpamiętywania przeszłości?

A jednak jestem przekonany, że bilans polskiej historii jest w istocie pozytywny i jako wartość pozytywna może i powinien być akcentowany jako jeden z podstawowych elementów naszej dzisiejszej tożsamości. Wymaga to przyjęcia odpowiedniej „polityki historycznej”, która akcentowałaby to, co łączy i napawa dumą, nie negując przy tym i nie przemilczając spraw trudnych i kontrowersyjnych. Przyjęcie chrześcijaństwa (966), unia z Litwą w Krewie (1385) i Lublinie (1569), Złoty Wiek polskiej kultury w XVI stuleciu i Srebrny w następnym, Konfederacja Warszawska (1573), tradycje parlamentaryzmu i tolerancji religijnej w wielonarodowej Rzeczpospolitej, Komisja Edukacji Narodowej (1773), Konstytucja 3 Maja (1791), paradygmat romantyczny wieku XIX, odzyskanie niepodległości (1918), bitwa warszawska (1920), osiągnięcia II RP w postaci COP i Gdyni, wysiłek zbrojny na niemal wszystkich frontach II wojny światowej, pontyfikat Jana Pawła II, masowość pierwszej „Solidarności”, Okrągły Stół i pokojowa transformacja, obudzenie polskiej przedsiębiorczości, boom edukacyjny i inwestycyjny po 1989 roku, mocna samorządność i demokratyczny porządek ustrojowy, wreszcie wejście do NATO i Unii Europejskiej, w przyszłości organizacja Euro’2012, a wszystko to dodatkowo przepojone naczelną ideą wolności – to wystarczy, by obdarować nawet kilka narodów. Naprawdę, warto być Polakiem. Nie tylko PiS powinien posługiwać się tym hasłem. I nie tylko prawica winna powiewać sztandarem z białym orłem. Wiadomo przecież, że wszyscy Polacy mają skrzydła u ramion. Ale duma zaczyna się od pamięci.

  

sobota, 21 kwietnia 2007
219. Obłomow

  

Patrzę w lustro – kiedyś widziałem tam tajemniczego Pieczorina, potem demonicznego Stawrogina, a dopiero teraz widzę wyraźnie: toć to poczciwy Obłomow, który na chwilę tylko otworzył oczy i zaraz znów pogrąży się w przedśmiertnym śnie wieczystym.

  

„Jakże strasznie mu się zrobiło, gdy nagle obudziło się w jego duszy żywe i jasne zrozumienie losu i przeznaczenia człowieka, gdy zamajaczyło przed nim zestawienie tego przeznaczenia z jego własnym życiem, gdy obudziły się w jego głowie, jedno po drugim, różne zagadnienia życia, snując się chaotycznie i trwożliwie jak ptaki zbudzone nagłym promieniem słońca w pogrążonych we śnie ruinach.

Ogarnął go smutek i ból, że jest jakby niedojrzały, że czuje zahamowanie wzrostu sił moralnych, ociężałość, która przeszkadzała mu we wszystkim; gryzła go zazdrość, że inni żyją życiem tak szerokim i pełnym, a on – jak gdyby ktoś rzucił ciężki kamień na wąskiej, nędznej ścieżce jego bytowania.

W lękliwej duszy Obłomowa rosło męczące przeświadczenie, że wiele stron jego natury nie obudziło się dotąd, inne – zaledwie zostały poruszone i ani jedna nie rozwinęła się jeszcze całkowicie.

Odczuwał przy tym boleśnie, że zakopany w nim został, jak w grobie, jakiś cenny, świetlany pierwiastek, który może teraz jest już martwy albo leży w nim jak złoto we wnętrzu góry, i czas już najwyższy, by to złoto stało się monetą obiegową.

Lecz skarb ten przywalony został głęboko ciężką warstwą brudu i śmieci. Ktoś jakby ukradł mu i zakopał we własnej jego duszy skarby ofiarowane w darze przez świat i życie. Coś przeszkodziło mu rzucić się na fale życia i mknąć po nich pod pełnymi żaglami rozumu i woli. Jakiś wróg utajony położył mu na ramieniu ciężką dłoń u początku drogi i odrzucił go daleko od prawdziwego ludzkiego przeznaczenia…

I nie wydostanie się już chyba z głuszy i odludzia na prostą ścieżkę. Las wokoło niego i w jego duszy coraz gęstszy i ciemniejszy, ścieżka zarasta coraz bardziej, jasna świadomość budzi się coraz rzadziej i tylko na chwilę ożywia uśpione siły. Rozum i wola są od dawna sparaliżowane i zdaje się, że na zawsze.

Wydarzenia jego życia zmniejszyły się do rozmiarów mikroskopijnych, ale nawet z nimi nie może już sobie dać rady; nie przechodzi od jednego do drugiego, to one przerzucają go jakby z fali na falę; nie potrafi jednemu wydarzeniu przeciwstawić prężności woli, a wobec innego pokierować się rozumem.

Gorycz go ogarniała przy tej tajemnej spowiedzi przed samym sobą. Bezpłodny żal rzeczy minionych, palące wyrzuty sumienia kłuły go jak igły, ze wszystkich sił starał się zrzucić z siebie brzemię tych wyrzutów, znaleźć winowajcę poza sobą samym i przeciwko niemu skierować ich żądło. Przeciw komu jednak?”

                       [Iwan Gonczarow, Obłomow. Przeł. N. Drucka]

  

piątek, 20 kwietnia 2007
218. Tak jak możesz

  

                    „Jeśli nie możesz ukształtować swego życia tak, jak chcesz,

                    przynajmniej o to się staraj tak, jak możesz:

                    aby go nie upodlić

                    w ciągłym ze światem obcowaniu

                    w bieganiu i gadaniu.

  

                    Upodliłbyś je, wlokąc to w prawo, to w lewo,

                    obnosząc je dokoła, zanurzając

                    w te spotkania towarzyskie, te bankiety

                    w tę głupotę codzienną,

                    ażby się stało obcym dla ciebie brzemieniem”.

                                   [Konstandinos Kawafis. Przeł. Z. Kubiak]

  

Dziś na ulicy dostałem w twarz od grupy obcych mi wyrostków znienawidzonym wyzwiskiem – tak dobrze, tak dogłębnie znanym z przeszłości. Widać nigdy się już nie uwolnię od pogardy bliźnich. A jednak nie byłem dziś na to przygotowany, nieomal zapomniałem...

Tego samego dnia prof. Jan Miodek (ilekroć mówię mu na korytarzu czy ulicy dzień dobry”, dzień się rozpromienia) zostaje pomówiony o współpracę ze służbami PRL. Nie, tego, że mieszkam w Polsce, nie da się zapomnieć...

  

środa, 18 kwietnia 2007
217. Premier numer jeden

  

Tadeusz Mazowiecki kończy dziś 80 lat. „POLITYKA” przypomina:

„Mazowiecki ma historyczne zasługi nie tylko jako patron demokracji i planu Balcerowicza, ale i jako działacz katolicki, który gotów był rozmawiać i współdziałać z lewicą antytotalitarną w obronie praw człowieka. To między innymi dzięki Mazowieckiemu powstawał »polski kształt dialogu«, bez którego nie byłoby pokojowej rewolucji Solidarności i bezkrwawego przejścia z PRL do III Rzeczpospolitej”.

Z kolei w „Gazecie Wyborczej” pisze Adam Michnik:

„Wybór postawy był dlań ważniejszy od deklaracji światopoglądowych – w tym tkwi klucz do rozumienia pomysłu Mazowieckiego na demokrację polską. Tadeusz często podkreślał, że Kościół jest w Polsce »podstawową instytucją zaufania publicznego«. Zastanawiał się jednak, czy to »spotkanie polskości i chrześcijaństwa formować będzie rodzaj polsko-katolickiego triumfalizmu i zacieśnienia, czy będzie spotkaniem polskości – otwartej i katolicyzmu – otwartego«.

Zawsze też był Mazowiecki wyczulony na polsko-katolicki triumfalizm. Powtarzał za Norwidem, że nie chce, by »Polak był olbrzym, a człowiek w Polaku karzeł«.

Zastanawiając się nad przesłaniem pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Polski w 1983 r. w trudnym czasie stanu wojennego, zanotował, że widzi w niej wezwanie do wyboru: »Jasność świadectwa, poczucie wolności danej przez Boga, której nikt nie jest w stanie odebrać, nieustępliwość zasad i poczucie praw, a zarazem poniechanie słowa "wróg", zrozumienie słów "przebaczenie", "pojednanie" – oto właśnie elementy tego wyboru«”.

  

„POLITYKA” kończy swoje życzenia dla Szanownego Jubilata tak: „hasłem kampanii prezydenckiej Tadeusza Mazowieckiego była »siła spokoju«. Wbrew złośliwcom i pesymistom dawniejszym i obecnym uważamy, że trafiało w sedno. Takiej polityki i takich polityków Polska potrzebowała wtedy, a może jeszcze bardziej potrzebuje dzisiaj”.

  

23:04, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
niedziela, 15 kwietnia 2007
216. Agonia II

  

Nie straszny mi żaden mróz, zimą prawie nigdy nie noszę czapki – rozumiecie: fryzura, – ale też co roku w pierwszych ciepłych dniach wiosny wystarcza lekko rozszczelnione okno, bym od razu – siedząc w domu – się przeziębił. Tak jest i tym razem. Od kilku dni leje mi się z nosa, z trudnością docieram do łazienki, nie mogę leżeć, nie mogę siedzieć, chodzić, spać, jeść, czytać, a na myśl, że za kilka dni trzeba będzie studentom objaśniać systemy wersyfikacyjne w poezji polskiej, aż mnie skręca w środku. Tak sobie w cichości umieram. Jak co roku. Niech żyje wiosna!

  

piątek, 13 kwietnia 2007
215. Katolickie pogaństwo? (2)

  

Dziś druga część Raportu „Święta w starych dekoracjach” Joanny Podgórskiej:

  

Jerzy Pilch wspomina, że w czasach jego dzieciństwa, gdy z sąsiedniej katolickiej wsi wychodziła procesja, jego luterska babka zasłaniała okna, żeby nie patrzeć na zgorszenie. – Katolicyzm widziany jej oczyma to było pogaństwo w stanie czystym – opowiada. – Klękanie, medaliki, obrazy, zastępy świętych, palenie świateł na grobach, wszystko to było dla nas egzotyczne.

Zwłaszcza, gdy chodzi o Zaduszki, różnice między protestantyzmem a katolicyzmem są szczególnie znaczące. W protestantyzmie los zmarłego rozstrzyga się w chwili śmierci, będzie rozliczany tylko ze swoich czynów. W katolicyzmie można trochę pomediować, zamówić mszę za duszę, pomodlić się za zmarłych, ulżyć ich losowi. (...)

Nikły wpływ reformacji, która oczyściła konfesję ze wszystkiego, czego nie ma w Piśmie, to kolejny z czynników kształtujących polską religijność. Na to nałożyła się bardzo silna kontrreformacja, która zwalczała heretycką plagę poprzez bardzo energiczne wzmacnianie obrzędowości i celebry.

(…) [Zdaniem prof. Anny Zadrożyńskiej] niezwykle istotnym czynnikiem kształtującym polską religijność była także kultura szlachecka. Zawdzięczamy jej nie tylko fakt, że polska Matka Boska przypomina Marynię Połaniecką, ale także bardzo silną, administracyjną funkcję parafii, która stanowiła pas transmisyjny między dworem a ciemnym, niepiśmiennym pańszczyźnianym chłopem.

– Przy czym polska kultura szlachecka była głęboko aintelektualna, przepojona ostentacją, teatralizacją, działaniem na pokaz. Kwestię religii traktowała niezwykle emocjonalnie, przy całkowitym braku refleksji na temat prawd wiary – dodaje prof. Kowalski.

Także Norman Davies skłonny jest szukać przyczyn kształtu polskiej religijności w naszej historii, głównie w fakcie, że polski Kościół był przez wieki Kościołem oblężonym. „Mity o jednolicie katolickim charakterze Polski mogli uknuć jedynie apologeci Kościoła, którego supremacja była stale zagrożona” – pisze w „Bożym igrzysku”. W Europie Zachodniej do końca średniowiecza Kościół funkcjonował na prawach monopolu. W Polsce nie. Pogaństwo kwitło jeszcze długo po chrzcie Polski, a na Litwie do XIV w. było religią państwową. Potem kraj był otoczony i zagrożony przez sąsiadów innowierców. Kult maryjny był najbardziej oczywistą formą manifestacji polskości w obliczu wyzwań, jakimi były protestantyzm czy judaizm. Brak poparcia papiestwa dla polskich powstań wywołał urazę. „W rezultacie prości ludzie w Polsce z silnym przekonaniem skłaniali się ku myśli, że Ojciec Święty ich opuścił i wobec tego wierzyli, że praktykowany przez nich katolicyzm jest bardziej katolicki niż sam papież” – pisze Davies.

Sytuację zmienił oczywiście pontyfikat Jana Pawła II, związał nasz katolicyzm mocniej z Watykanem, ale też wzmocnił jego polskość i naszość. Żeby utrzymać tę więź, nawet niemiecki papież musi mówić po polsku, utwierdzając część wiernych w przekonaniu, że jest to w sferze sacrum język urzędowy.

Ponad 70 lat temu, gdy Czarnowski pisał swoje studium, katolicyzm ludowy nie był niczym specyficznie polskim. (...) Pytanie – jak bardzo zmieniła się religijność polska od tamtych czasów? Ostatnio powstały dwie prace, które wychodząc od zjawiska objawień i cudów starają się analizować ten problem: „Na straży prawdziwej wiary” Ariela Zielińskiego i „Cuda, wizjonerzy i pielgrzymi” Huberta Czachowskiego.

Współcześni badacze odróżniają religię wyboru od religii ludu, przemieszanej z folklorem i magią. Według Zielińskiego przed 1989 r. o religii czy też kościele wyboru nie było w Polsce mowy. Wewnątrzkościelny pluralizm istniał, ale był niewidoczny, bo Kościół rzymskokatolicki w Polsce, jako opozycja, musiał sprawiać wrażenie monolitu. Pełniąc funkcję integracyjną jako swoista masowa organizacja narodowa musiał kierować się na przeciętnego Polaka-katolika, a nie indywidualne potrzeby wiernych. Musiał być ekspansywny w dążeniu do ukazania swej obecności i pozycji poprzez rozwój masowych rytuałów. W zderzeniu z władzą miał większe szanse jako instytucja urzędowo-hierarchiczna niż wspólnotowa. Po 1989 r. w atmosferze pluralizmu pojawiły się zjawiska kierujące religijność w stronę kościoła wyboru, jednak nie stała się ona dominująca. Jak twierdzi Zieliński, zdecydowana większość społeczeństwa mieści się w nurcie kościoła ludu, a polski katolicyzm ludowy od czasów Czarnowskiego nie uległ szczególnym przemianom.

Według prof. Anny Zadrożyńskiej nie bez znaczenia był tu program tradycyjnej ludowej pobożności realizowany przez kardynała Stefana Wyszyńskiego, oznaczający zamknięcie drogi mistycznej refleksji, poznawania zasad wiary, czytania Biblii, który w gruncie rzeczy był programem analfabetyzacji wiary.

Stereotyp Polaka-katolika wydaje się wiecznie żywy. Nacjonalizm może nawet się pogłębił przez to, że świętych rolniczych zastąpili święci polscy (beatyfikowani i jeszcze niebeatyfikowani). Faustyna Kowalska, kardynał Wyszyński, ksiądz Jerzy Popiełuszko, Jan Paweł II stali się ikonami i bywa, że objawiają się wiernym wspólnie z Matką Boską.

(...) Czarnowski badał swoich włościan trochę jak owady pod mikroskopem, a kult obrazów postrzegał jako rodzaj pogańskiego bałwochwalstwa. Współcześni badacze starają się o nieco więcej empatii i nie są tak kategoryczni, twierdząc, że można go przypisać zarówno postawie magicznej, jak i religijnej. Ludwik Stomma w „Antropologii wsi polskiej” przyznaje, że przewaga zmysłów nad duchem jest u polskiego chłopa tak wielka, iż nie potrafi on wyobrazić sobie dziejów ewangelicznych na tle pustyni czy gajów oliwnych, ale ten naiwny sensualizm legł u podstaw specyficznego dla naszych ziem typu niezwykle głębokiej i autentycznej wrażliwości religijnej.

Z prowadzonych obecnie badań wynika, że sacrum nadal musi mieć widzialną, rozpoznawalną formę. Jak pisze Hubert Czachowski, w religijności XIX w. modlitwa bez obrazu była niewyobrażalna. Dziś niewiele się zmieniło, nie wystarczy idea, obraz nadal potrzebny jest do oddawania czci. Doszły jeszcze cudowne fotografie, na których objawia się Matka Boska, papież lub Duch Święty, najczęściej w postaci białej smugi.

Rytualizm, przywiązanie do obrzędowości i niechęć do najmniejszych zmian (komunia na rękę, zniesienie postów) nadal wiążą się z nieznajomością Pisma i doktryny oraz brakiem potrzeby poznawania. Z badań prowadzonych w kolejnych dziesięcioleciach wyłania się dość dziwaczny obraz Trójcy Świętej, czasem pozbawionej Boga Ojca, za to nader często obdarzonej Matką Boską. Hubert Czachowski, który badał ostatnio religijność uczestników tzw. ruchu mirakularnego (czyli skupionego wokół miejsc cudów i objawień), tak opisuje świętą hierarchię: Duch Święty jest niemal nieobecny; Bóg Ojciec – nieco abstrakcyjny i enigmatyczny – przedstawiany jest jako srogi, karzący grzeszników sędzia; Jezus to postać podająca sposoby ominięcia kary; Matka Boska otwarcie przeciwstawia się wyrokom Bożym, a błogosławiona Faustyna Kowalska przekazuje ludziom te sakralne, toczące się w transcendencji spory.

Ruch mirakularny to samo serce ludowego katolicyzmu. Jak pisze Hubert Czachowski: „w miejscach cudownych krzyżuje się oficjalna teologia, religijność ludowa, teologia różnych sekt, magia. Ta świadomość religijna przesycona cudem wykazuje wiele cech typowych dla myślenia magicznego”.

Trudno dokładnie oszacować skalę tego zjawiska. Wydaje się, że funkcjonuje ono na marginesie, media przedstawiają je czasem jako dziwne i ciekawe. Jednak z prac obu wyżej wspomnianych autorów wynika, że jest to zjawisko masowe. W okresie powojennym naliczono 50 miejscowości będących areną cudów i objawień (nie licząc objawień na szybach), a ich częstotliwość nasiliła się w ciągu ostatnich 20 lat; prawdopodobnie ze względu na łatwiejszy przepływ informacji. Oławę, miejsce najsłynniejszego objawienia, gdzie Kazimierzowi Domańskiemu wielokrotnie ukazywała się Matka Boska, w okresie największej świetności (do śmierci Domańskiego w 2002 r.) odwiedzało do 200 tys. pielgrzymów rocznie; to skala porównywalna z sanktuarium w Świętej Lipce.

W takich miejscach tysiące wiernych obserwują zjawisko wirującego słońca, słyszą chóry anielskie, oglądają odciski stóp Matki Boskiej, dochodzi do setek uzdrowień, a święte źródełka są normą. Woda, którą pielgrzymi zabierają do butelek, jest – jak pisze Czachowski – dosłownym dotknięciem sacrum, z którym nie może konkurować ani msza, ani modlitwa, ani nawet widok wierzby, na której ukazała się Matka Boska. Chociaż listki z drzewa i kora też zbierane są jako talizmany. Wszystkie cechy religijności ludowej, opisane grubo ponad pół wieku temu przez Czarnowskiego, zastygły tu jak owad w bursztynie. (...)

Takie objawienia są problemem dla Kościoła. Na niektóre nieformalne sanktuaria biskupi nałożyli interdykt, zabraniający ich odwiedzania. Tylko że to nikomu w niczym nie przeszkadza. Jak pisze Zieliński, ci sami pielgrzymi żywo uczestniczą w oficjalnym nurcie katolicyzmu, odwiedzają parafialny kościół, chodzą na pielgrzymki do Częstochowy. Organizowane przez księży pielgrzymki parafialne odwiedzają Oławę po drodze; nie ma jej w programie, ale od początku jest dla wszystkich jasne, że tu przyjadą. „Ruch pielgrzymkowy skoncentrowany wokół zjawisk cudownych, nieuznawanych przez Kościół, nie występował dotąd w Polsce w takim nasileniu, jak ma to miejsce obecnie” – podsumowuje Zieliński. Zauważa także, że w ten nurt wpisuje się pięciomilionowy ruch skupiony wokół Radia Maryja. To ta sama mentalność, która pragnie czarno-białej wizji świata, przekonania o własnym wybraństwie, silnego, plemiennego niemal poczucia wspólnoty i autorytarnego przywództwa jako odpowiedzi na niejednoznaczności nowoczesnego świata.

(…) Polska obrzędowość wyrasta z ludowego katolicyzmu. Jemu i pieczołowicie pielęgnowanej tradycji, która kruszy się dziś pod naporem komercji, zawdzięczamy wielkanocne święconki i palemki, wigilijne wieczerze szczególnie nasycone elementami magicznymi, rozświetlone cmentarze w listopadzie, urok przydrożnych krzyży. Z drugiej strony rodzi on sakrokicz, religijne gadżety i makatki z papieżem.

Ale ludowy katolicyzm w Polsce nie ogranicza się do sfery estetyki. Jak pisze Piotr Kowalski w eseju „Potoczna religijność, kicz i sakrobiznes”, cechuje go łatwość łączenia emocjonalnie nacechowanego doświadczenia religijnego, manifestowania religijnej uczuciowości z równie emocjonalnie nacechowanym patriotyzmem. Kicz religijny wykazuje zdumiewająco wielką łatwość łączenia się ze stereotypem prawdziwego Polaka. Agresja miesza się tu z ckliwością, patriotyzm przepoczwarza w ksenofobię.

Magiczna wizja świata wyrastała z lęku przed światem nieoswojonym, ciemnością, żywiołami, zaświatowymi mocami. Współczesny nurt ludowego katolicyzmu także napędza poczucie zagrożenia, bezradności, kompleksów wobec pluralistycznego świata, którym rządzi informacja i gry wolnego rynku, świata wielości idei, nurtów, postaw – niepojęte moce, przed którymi trzeba się chronić. Im bardziej świat otwarty, tym większa potrzeba identyfikacji z tym, co znane, kurczowego przylgnięcia do prostej wizji rzeczywistości. (…)

  

czwartek, 12 kwietnia 2007
214. Katolickie pogaństwo? (1)

  

Fenomen polskiej religijności, swoistego oblicza katolicyzmu, który – jeśli dobrze się przyjrzeć – mocno podszyty jest u nas myśleniem magicznym z czasów przedchrześcijańskich i szeregiem innych pogańskich elementów. Joanna Podgórska pisze na ten temat w ciekawym Raporcie pt. „Święta w starych dekoracjach” – „POLITYKA” nr 14 (7 IV 2007). Na razie część pierwsza:

  

Dymy kadzideł, procesje, strojne szaty kapłanów, światła na grobach, kult świętych wizerunków, medaliki traktowane jak talizmany, błagalne i dziękczynne wota – to relikty prastarych kultów, które wchłonęło chrześcijaństwo. W polskim katolicyzmie przetrwało ich szczególnie dużo. Stanowią niemal o narodowej tożsamości. Tworzą barwną tradycję, ale czynią też Polskę czymś w rodzaju religijnego skansenu, w którym parlamentarzyści modlą się o deszcz albo chcą intronizować Chrystusa na króla Polski.

Dziedzictwo pogaństwa wciąż jest w Polsce żywe, a nawet się rozwija – stwierdził prof. Norman Davies (…), wymieniając obok zaduszek i dożynek m.in. święcenie samochodów. Widziana oczami zewnętrznego obserwatora polska religijność jawi się jako szczególnie uzależniona od rekwizytów, widzialnych znaków: popiołu, palemek, różańców, medalików, obrazków. U nas do dziś figury płaczą krwawymi łzami, a plama na szybie może stać się cudownym wizerunkiem Matki Boskiej i gromadzić tysiące wiernych. Tak jakby ciągle niezbędna była Biblia pauperum. Okruchy magicznego szkieletu, na którym wspierała się przedchrześcijańska wizja świata, utkwiły w nas niezwykle mocno.

Przymiotnik „pogański” ma w języku konotację negatywną, a dług, jaki chrześcijaństwo zaciągnęło wobec tamtej kultury, bywa zwykle wstydliwie przemilczany. – Z historycznego punktu widzenia formy kultu są rzeczywiście takie jak w pogańskich kulturach rolniczych, odwołujących się do sacrum zaświatów; zostały bezszmerowo włączone w chrześcijański kontekst obrzędowy. Z punktu widzenia współczesnych relacji człowieka z wszechświatem i innymi ludźmi sens owych form nie jest już pogański, bo odwołują się one do chrześcijańskiej hierarchii mitycznej i kościelnej – mówi prof. Anna Zadrożyńska z Instytutu Etnologii i Antropologii Uniwersytetu Warszawskiego. – Wynika z tego jednak teza niezgodna z panującym przeświadczeniem: to chrześcijaństwo ukorzeniło się w kulturze europejskich pogan, a nie Europa zapuściła korzenie w glebie chrześcijaństwa.

Z prastarej religii kosmicznej zapożyczono czas świętowania, który od neolitu wyznaczała wędrówka słońca po niebie. Bogowie zawsze rodzili się w zimowe przesilenie, umierali i zmartwychwstawali z wiosenną równonocą. Gdy w dawnym kalendarzu istniał obrzęd związany z kultem słońca, w obrzędowości chrześcijańskiej pojawia się święto lub dzień świętego patrona. Matki Boskiej Gromnicznej obchodzone 2 lutego to połowa zimy, gdy zapala się ognie, aby przyspieszyć powrót jasności. Święto płodności, obchodzone w letnie przesilenie, zmieniło się w wigilię św. Jana i rytuał Zielonych Świątek. Kościelna nazwa tych ostatnich to Zesłanie Ducha Świętego, ale ludowa pobożność wpisała je w rytm przyrody, sięgając do archetypowych praktyk magicznych, które miały oczyścić ziemię z demonów i zapewnić obfite plony: palono ognie, domy przyozdabiano zielenią tataraku, procesje z chorągwiami obchodziły zasiane pola, a bydło okadzano dymem z poświęconych ziół.

Ciekawa jest także historia Bożego Ciała (ludowa nazwa Święta Ciała i Krwi Pańskiej), ustanowionego przez Kościół w XIV w. po cudzie w Orvieto, gdy hostia w rękach księdza heretyka zaczęła krwawić. Na pamiątkę tego wydarzenia uroczysta procesja zatrzymuje się przy czterech ołtarzach, gdzie odczytywane są fragmenty czterech ewangelii związane z Eucharystią. W obrządku ludowym ewangelie nie były jedynie nauką, ale świętym przedmiotem materialnym, który w postaci zakopanych na rogach pól zwitków miał chronić plony od gradobicia. Do tego doszły poświęcone wianki, które jako talizmany zabierano do domów, by odstraszały pioruny i choroby.

W świętach, obrzędach i zwyczajach przechowało się mnóstwo elementów dawnych obrzędów ofiarnych, magii płodności, rytów oczyszczających, magii dobrego początku, trwających nieustannie pertraktacji z zaświatami. Błagalne krzyże i kapliczki wznoszone na granicach wsi można postrzegać jako przejaw archaicznego lęku przed obcym światem, święte znaki, które mają chronić obszar wewnętrzny przed otaczającym chaosem, demonami i plagami. W chwilach zagrożenia obchodzi się je w uroczystej procesji, bo są one punktem mediacji z zaświatami, uprawnionych i otoczonych ochroną kontaktów z nimi. Święcenie nowo wybudowanych gmachów można postrzegać jako magię dobrego początku. Poświęcone obrazki, medaliki ze św. Krzysztofem to rodzaj amuletów.

Myślenie religijne wymaga założenia, że gdy chcemy coś w świecie zmienić, niezbędna jest Boska interwencja. Podmiotem jest Bóg, człowiek może tylko prosić. W myśleniu magicznym człowiek swoimi działaniami i praktykami prowokuje, skłania, zmusza do zmiany zaświatowe moce. Do części magicznej, pogańskiej, w której zawiera się wiara w sprawczą moc słów, dodano obudowę chrześcijańską. W obrzędowości te dwa porządki są tak przemieszane, że trudno je interpretować – twierdzi prof. Piotr Kowalski, etnolog. – Choćby kwestia wody. Wiadomo, jakie procedury kościelne nadają sakrę wodzie święconej. Ale czym jest woda z uzdrawiających źródełek? Żywą wodą z bajki? Bez trudu da się to wytłumaczyć w kategoriach magicznych. (…)

W przedchrześcijańskim świecie działanie sił magicznych było równie oczywiste jak działanie sił natury. Próbowano je zaklinać lub przebłagać. Ten stały dialog z zaświatami był codziennością. Kościół odrzuca magię ze względów zasadniczych, ale musi się liczyć z jej występowaniem. Zwłaszcza z tymi przejawami myślenia magicznego, które sytuują się blisko wiary i praktyk religijnych, jak kult świętych czy kult obrazów – pisze Zdzisław Mach we wstępie do pracy Dominiki Jaźwieckiej-Bujalskiej „Między magią a religią”, w której bada ona zabobony i przesądy wśród duchowieństwa katolickiego. (…)

Religijność chrześcijańską utworzyły dwa nurty: ten zgodny z oficjalnym obrządkiem Kościoła i ten wcześniejszy, rodem z ludowej tradycji rolniczej. Stopiły się, tworząc całość. Skala powodzenia nowej religii zależy od tego, jak wiele elementów poprzednich kultów potrafi wchłonąć. Tak jest zawsze. Na fundamentach starych świątyń buduje się nowe, wymienia bogów na ołtarzach. Tak było też w przypadku chrześcijaństwa. (…) Wszystko, co nie stało w jaskrawej sprzeczności z nową wiarą, mogło zostać zaadaptowane.

Przez wieki pod wpływem rozwoju nauki i przemian cywilizacyjnych relikty dawnych kultów zanikały. Resztki magicznej koncepcji rzeczywistości zachowały się głównie w postaci przesądów, zwyczajów, gestów, które postrzegamy jako irracjonalne, ale które wciąż bezwiednie powtarzamy. (…) Polska religijność jest nadal nimi przesycona i stanowią coś więcej niż element dekoracyjny. Dlaczego? Pierwszy trop, jaki się nasuwa, to fakt, że nadal jesteśmy w dużej mierze społeczeństwem rolniczym, a co za tym idzie, nurtem dominującym jest katolicyzm ludowy. Jego wnikliwe studium, do którego badacze odwołują się po dziś dzień, przeprowadził w latach 30. XX w. Stefan Czarnowski, teoretyk kultury i religioznawca.

Pierwszą z cech religijności ludu polskiego, jaką wymienia, jest nacjonalizm wyznaniowy. Katolicyzm na wsi był czymś w rodzaju religii plemiennej, przede wszystkim sprawą życia zbiorowego, a dopiero wtórnie indywidualnego; najdonioślejszą cechą etniczną. U podstaw tego nacjonalizmu leży lokalność religii. Żeby nabożeństwo było pełne, musi odbyć się w społeczności sąsiedzkiej. Mieszkańcy okolicy mają swojego świętego, swój cudowny obraz, swoją figurę, swoje procesje. Bywa, że lokalne społeczności rywalizują ze sobą, gdy chodzi o rangę swych świętych obrazów. Ważą skuteczność interwencji, powołują się na cuda, spierają o nie.

Zespolenie z narodem dokonuje się w zbiorowym uniesieniu podczas pielgrzymki do Częstochowy. „Włościanin wie, że jego wyznanie jest powszechne, ogólnoludzkie, bo go tego ksiądz nauczył; ale jako Polak jest on czcicielem szczególnym Matki Boskiej Częstochowskiej, największej ze wszystkich, najbardziej cudownej, najpotężniejszej. A że to Matka Boska bliska, interesująca się jego sprawami, własna – ma się on za lepszego katolika od tych wszystkich innych, którzy do Boga nie umieją modlić się jak należy, po polsku, i którzy czczą obce Matki Boskie” – pisał Czarnowski.

Kolejną cechą polskiej religijności ludowej, jaką wymienia, jest właśnie maryjność. W czasach, gdy pisał swoje studium, także w innych krajach katolickich Matka Boska bywała najgorliwiej czczoną świętą. Była to jednak nieco inna Matka Boska. Na południu Europy Maria była następczynią potężnych pogańskich bogiń matczynych – możną, feudalną panią, władczynią otoczoną dworem, sprawującą rządy. W Polsce nabrała rysów spełniających polskie wyobrażenie o opiekunce i orędowniczce. „Jest przede wszystkim piękną i dobrą, łaskawą panienką, wstawiającą się za swoimi czcicielami u Syna, podobnie jak – według pragnień chłopa polskiego z okresu pańszczyźnianego – winna się za nim wstawiać dobra panienka ze dworu”.

Podobnie lud postrzegał Jezusa – jako dobrego gospodarza, który chodzi po ziemi, by osobiście sprawdzić, czy jego poddanym nie dzieje się krzywda i cudownie interweniując. Jezus i Maria to przede wszystkim rozdawcy łask ziemskich na miarę wioskowych potrzeb. Religijne ekstazy były rzadkością i raczej patrzono na nie podejrzliwie. Gdy objawiały się święte postaci, to niemal cieleśnie, ubrane tak jak na figurze i wydawały praktyczne polecenia: daj jałmużnę, idź na pielgrzymkę, a do zbiorowości zwracały się głównie w kwestii wybudowania kościoła w konkretnym miejscu.

Wiąże się z tym kolejna cecha religijności opisana przez Czarnowskiego: sensualizm i kult obrazów. Wizerunki, którym na polskiej wsi oddawano cześć, były symbolami jak najbardziej dosłownymi. Postać Matki Boskiej w Polsce tak bardzo zespala się z jej malowanym wizerunkiem, że normalnym sposobem jej objawiania się jest objawienie się obrazu. Jego moc udziela się kopiom i odbitkom, które usamodzielniają się jako przedmioty kultu, żyją własnym życiem: ozdabiane drogocennymi sukienkami stają się celem pielgrzymek, płaczą krwawymi łzami, zapowiadając klęski. Podobnie postrzega Czarnowski gorliwość, z jaką lud pielgrzymuje do kalwarii; aby tajemnica była zrozumiała, musi przybrać postać zmysłowej, dotykalnej rzeczywistości.

Wreszcie ostatnia cecha to rytualistyczny stosunek do religii. Akty religijne, obrzędy, gesty, formuły zajmują w niej miejsce najistotniejsze, bo jest to religijność uboga z doktrynalnego punktu widzenia. Jak opisuje badacz: włościanin zna parę pieśni kościelnych, czasem czytuje żywoty świętych, ale Pisma Świętego prawie nigdy, nieznane mu są nie tylko zagadnienia dogmatyczne, ale nawet proste prawdy wiary. Wyznania rozróżnia wedle cech zewnętrznych. Kalwin to taki, co je mięso w Wielki Piątek, luter nie zachowuje postów i nie czci Matki Boskiej, prawosławny to członek wyznania, którego żonaci kapłani noszą długie włosy, a w świątyniach nie ma organów. Tak głęboko zakorzeniony rytualizm sprawia, że niechęć i opór wobec najdrobniejszych zmian w praktykach jest ogromny. „Włościanin przestałby się czuć określonym członkiem określonej zbiorowości, gdyby nie spełniał skrupulatnie tych czynności religijnych, które w tejże zbiorowości są tradycyjne” – podsumowuje Czarnowski.

  

poniedziałek, 09 kwietnia 2007
213. Pasja

  

W „Plusie Minusie” nr 14/2007 („Rzeczpospolita” 7-9 IV) redaktor Paweł Lisicki przypomina, jak to przed rokiem „Gazeta Wyborcza” w sensacyjnym tonie donosiła o „odkryciu” ewangelii Judasza. Pisze tak: „Redaktorzy byli tak pewni swego, że nie tylko twierdzili, że »Judasz nie był zdrajcą, Jezus go wyznaczył«, ale – rzecz jak na świecką gazetę niebywała (podkr. alex.) – gotowi byli występować w imieniu Opatrzności i dowodzić, że Judasz »był wykonawcą boskiego planu, zaufanym Jezusa«. Niżej zamieszczono wywiad Miłosza Marczuka i Beaty Zubowicz z włoskim publicystą religijnym Vittorio Messorim, który rozumowo doszedł do wniosku, że Jezus z Nazaretu był synem Boga i powstał z martwych. Pierwsze zdanie wywiadu: „Ostatnio mamy do czynienia z wysypem publikacji, które dowodzą, że Chrystus nie zmartwychwstał”. Do tej pory sądziłem, że zmartwychwstanie Chrystusa to tajemnica wiary, a nie bezsporny fakt, który dopiero ostatnio jest podważany. Redaktor Lisicki swój wstępniak kończy tak: „Myślę, że nauczeni doświadczeniem spokojniej będziemy reagować na kolejne sensacje na temat powstania chrześcijaństwa. Czy to się komuś podoba, czy nie, Wielkanoc pozostaje triumfem niewzruszonej wiary”. Jak to było, panie redaktorze? – „rzecz jak na świecką gazetę niebywała”.

  

*   *   *

  

Wczoraj udało się jakoś przeżyć ślub i wesele kuzynki. Wyszedłem po angielsku o północy, bo oczepin już bym nie wytrzymał. Samotny powrót do domu przez śpiące już miasto. Chłód, ciemność, cisza. Lubię to, a tak rzadko tego doświadczam. Gdzieś tam na niebie, spoza chmur, migały gwiazdy – zawsze nocą widzę gwiazdy, nawet jeśli ich nie ma. Kilka godzin wcześniej w kościele, naprzeciw, przy ołtarzu też błysk, spojrzenie – jego. I już całe dokonujące się misterium zostało przesłonięte przez jedną twarz. Ale może to było tylko kolejne złudzenie? Może wcale nie spojrzał, może ja go wyraźnie nie widziałem. Mam chyba za słabe okulary. Nieostry świat jest ciekawszy – kryje w sobie zagadki na każdym kroku.

  

Tagi: homo
12:17, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (3) »
czwartek, 05 kwietnia 2007
212. Wojna nerwów

  

Czasem ogarnia nas poczucie bezsilności.

  

                    Nie myśl, że to twój charakter im się nie podoba

                    Twoja słabość albo świetne usposobienie

                    Że nie podoba im się twój krytyczny umysł

                    Albo twoja wiara zaciekła

                    Albo wyżynny lot niesfornej twojej duszy

                    Albo miłosne twoje zniewolenie

                    Pora byś wiedział że nie podobasz im się cały

                    Taki jaki jesteś i cokolwiek byś robił i mówił

                    I nie ja będę ci opowiadał

                    Jaka to czarna nienawiść jadowita

                    I kim są zabójcy Boga

                    I trzebiciele ludów

                                        [Artur Międzyrzecki, Oni].

  

Ale nie warto się przejmować.

  

                    W wojnie nerwów wygrywa mniej zdenerwowany

                    Ten co unika zbędnych dysput i dobrze wie

                    Że skunks nie wyzbędzie się natury skunksa

                    I że zachowywać trzeba równowagę ducha

                                        [Artur Międzyrzecki, Wojna nerwów].

  

Archiwum
Tagi