~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
środa, 30 kwietnia 2008
419. Auri sacra fames

  

Jedno z ostatnich stypendiów pozwala mi spłacić dług (nowe soczewki i oprawki okularów, które już mi się nie podobają), i odebrać wreszcie paczkę z książką Ikona i topór. Historia kultury rosyjskiej Jamesa H. Billingtona. Upycham ją na półce z historią Rosji, gdzie tworzy piękny komplet z Zarysem myśli rosyjskiej Andrzeja Walickiego i Tańcem Nataszy. Z dziejów kultury rosyjskiej Orlando Figesa. W kolejce czekają tegoż Szepty. Życie w stalinowskiej Rosji. Zdecydowanie, brak mi umiaru. Kupuję, bo jeszcze mogę. Być może niedługo będę musiał sprzedawać…

  

Dziwne – pieniądze mają dla mnie wielkie znaczenie, a zarazem nie postarałem się, by w przyszłości je mieć. Dziwne tym bardziej, że w gruncie rzeczy jestem skąpcem. Po Wrocławiu chodzę w najdalsze zakątki, żeby zaoszczędzić dwa złote na bilecie tramwajowym; na studiach, gdy spędzałem cały dzień poza domem, nawet nie przychodziło mi do głowy, by pójść gdzieś na obiad (czy raczej – przychodziło z bólem brzucha, ale przegrywało z bólem serca przed wydaniem pieniędzy); poniedziałkowe i wtorkowe wyjazdy są pełnym wyrzeczenia rozstaniem z piętnastoma złotymi na pociąg w obie strony; na koncie w telefonie mam od stycznia dziewięćdziesiąt groszy. Jednocześnie zaś kupuję kolejne książki w ilościach wprost niezmierzonych – czasem przebijając absurdalnie wysoką kwotę w internetowej licytacji, a czasem wypatrując najdrobniejszej promocji i wyprzedaży w księgarniach; pod wpływem impulsu nie potrafię też odmówić sobie jakiegoś drogiego fatałaszka, którego potem nigdy już nie zakładam. Mam identyczne modele butów i kurtek, które różnią się tylko kolorami – nie umiałem wybrać.

Jestem więc rozrzutnym ciułaczem każdego grosza. Jak Arkadiusz Dołgoruki śnię o Milionie… Jak desperat myślę o pracy za osiemset złotych netto jako jedynej, do której się nadaję… I niekiedy nawet grywam w totolotka...

   

                    „Do czegoż serc ty ludzkich nie przymusisz,

                    Przeklęta żądzo złota!”

                                        [Wergiliusz, Eneida. Przeł. Z. Kubiak]

  

poniedziałek, 28 kwietnia 2008
418. Eclipse (I)...

  

Już nie tylko sama treść, ale nawet tytuły moich ostatnich lektur mnie ujmują; wszystkie sytuują się w polu znaczeń w jakimś stopniu mi bliskich, mnie dotyczących, a z pojedynczych słów uwidocznionych na okładce dopowiadam sobie już na wstępie całą historię. I tak jak pisałem o moim udawaniu, tak czytanie jest w tej sytuacji jedynie dopowiadaniem, książki – do mnie samego posłowiem…

  

„Kiedy byliśmy dziećmi, mówiliśmy o tych, co się przed nami popisywali, że oni tylko pozują; nigdy nie udało mi się uwolnić od tego nawyku; z tego pozowania uczyniłem sobie sposób na życie; powiem wprost: uczyniłem życie. Wiem, że nie jest to rzeczywistość, ale dla mnie była to rzecz równie dobra, czasami jedyna, bardziej realna niż rzeczywistość. Kiedy uciekłem z tego hałaśliwego świata, poza sobą samym nie miałem nikogo, kto mógłby uratować mnie przed popadnięciem w smutek. Bo popadłem w smutek” 

                    [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

Prawie trzy godziny nad wodą. Ta pogoda; tradycyjnie musiała rozboleć mnie głowa – jak dobrze pójdzie, przestanie gdzieś na jesieni. To przez mieszankę słońca i wiatru (wieczorem zauważam, że opaliłem sobie twarz), przez porażenie bolesną lekturą. Niewiarygodne, jak podróże do Wrocławia i ledwie dziewięćdziesięciominutowe zajęcia dwa razy w tygodniu mnie męczą. Zasypiam w pociągu, ledwo mogę dowlec się do domu. Niech ktoś wreszcie zgasi światło…

  

niedziela, 27 kwietnia 2008
417. Naturalia

    

                    „Przepisywanie przez przeżywanie,

                    zapisywanie własnych zużyć,

                    żyć – należyte spamiętywanie,

                    nie żyć – to nużyć”.

  

Jest w tym wszystkim jakiś brak autentyzmu; mówię nie tylko o chowaniu się za słowami innych, o utożsamianiu z tym, co nie moim stało się udziałem, ale – szerzej – o jakimś poczuciu nienaturalności siebie samego, o przytłumionym instynkcie, o braku przywiązania do życia jako takiego, to jest rozumianego w całej jego rozciągłości, nieograniczonego do jedynie tu i teraz. Nic, w czym zdarza mi się uczestniczyć, nie staje się moim udziałem.

To, co innym wrodzone, muszę w sobie kształtować – bez końca: wciąż nie umiem rozmawiać, zaledwie dwa lata temu zacząłem odkrywać swoje ciało, swoich pragnień wciąż nie umiem określić. Nigdy też nie godziłem się na upływ czasu, na to, że ja z nim upływam. Gdy jutro przez parę godzin będę przesiadywał nad wodą, to nie po to, by się po prostu zrelaksować, lecz by usytuować się w swoistym bezczasie, w bezmyśli, w samym trwaniu. Bo też nic mnie nie wiąże… Niczego nie zacząłem, chciałbym za to skończyć… Zniknąć bez śladu jak bez śladu istniałem… 

   

                    „Nie żyć – to nie mieć nic, by powiedzieć.

                    Nie żyć – to nie mieć po co umierać,

                    by móc to potem

                    albo zostawiać, 

                    albo zabierać”

                                        [Michał Zabłocki, Życia modele].

  

sobota, 26 kwietnia 2008
416. Extension III

  

„Trudność polega na tym, że nie wystarczy żyć zgodnie z zasadami. Istotnie, udaje się wam (zaciskając czasami zęby, mocno zaciskając zęby, ale generalnie wam się udaje) żyć zgodnie z zasadami. Wasze zeznania podatkowe są gotowe na czas. Rachunki zapłacone w terminie. Nigdy się nie poruszacie bez dowodu tożsamości (i karty kredytowej w portfelu!...).

Niemniej nie macie przyjaciół”.

  

Z niekłamanym podziwem, z zachłannością zazdrośnika podczytywuję zapiski kilku swoich rówieśników, dwudziestoośmio- (ta wobec mnie równoległość wiekowa jest właśnie niezwykła) latków. Ich życiowe cele, kariery, mieszkania, podróże, kolejne związki, świadomość samych siebie, umiejętność nazywania swoich myśli i emocji… Ich doświadczenie, ich budująca się teraz przyszłość…

Wiem, że nigdy nie osiągnę tego miejsca, w którym oni się już znaleźli, bo nie umiem wyznaczyć sobie celu, bo nie chcę zadbać o samego siebie, bo nie widzę w tym wszystkim żadnego sensu. Zazdroszczę im, ale siebie w tym nie widzę… Nawet gdybym osiągnął ich-teraz, to nie zgodzę się nigdy na swoje-kiedyś, na sam fakt, że ma być jakaś ciągnąca się przez kilka jeszcze dziesięcioleci moja-przyszłość. Dlatego nie zadbałem o nią i nie chcę tego zrobić, dlatego się nie staram, dlatego się poddaję… I dlatego każdy mój (bez)ruch jest jeszcze bardziej bezcelowy. Chodzi już tylko o to, żeby dotrwać…

  

„Zasady są złożone, wielopostaciowe. Poza godzinami pracy są zakupy, które trzeba zrobić, bankomaty, z których trzeba wyciągnąć pieniądze (i gdzie często trzeba czekać). A przede wszystkim rozmaite polecenia, które musicie wydać instytucjom zarządzającym różnymi dziedzinami waszego życia. W dodatku możecie zachorować, co pociąga za sobą koszty i kolejne formalności.

Jednak zostaje jeszcze trochę czasu wolnego. Co robić? Jak go wykorzystać? Poświęcić go na pomoc bliźnim? Ale w gruncie rzeczy bliźni was nie interesują. Słuchać płyt? To było jakieś rozwiązanie, ale z upływem lat dochodzicie do tego, że muzyka coraz mniej was porusza.

Majsterkowanie, rozumiane w szerszym znaczeniu, może zaofiarować jakieś wyjście z sytuacji. Ale nic tak naprawdę nie może przeszkodzić coraz częstszym powrotom tych chwil, kiedy wasza absolutna samotność, uczucie uniwersalnej pustki, przeczucie, że wasze istnienie zbliża się do jakiejś bolesnej i ostatecznej katastrofy, łączą się, by pogrążyć was w stanie prawdziwego cierpienia.

A jednak wciąż nie macie ochoty umierać” 

          [Michel Houellebecq, Poszerzenie pola walki. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

czwartek, 24 kwietnia 2008
415. Thanksgiving Day

  

…i za tę pliszkę mnie do domu wesoło odprowadzającą (ach, ogonkiem tak przed kimś zamerdać!), i za nowe książki kolorowe z wydawnictwa Czarnego (Katz, Prochaśko, Bánk, Cărtărescu), i za życzliwość ludzką (bym sobie odmowy weekendowego spotkania nie wyrzucał troska), i za ludzką wdzięczność (że jestem i zaglądam, co cenne widać jest), i za słońce gorące, z roku na rok coraz bardziej lubiane, i za chłopców, co w spodenkach już krótkich z treningów wracają, i za smyczki Michaela Nymana – nie wiem komu dziękować mam, i dziękuję tym, co wiem… 

   

                    „Z okna wyglądać godzinami,

                    snuć się bez sensu ulicami,

                    zagapiać się na własny cień,

                    spędzać w ten sposób cały dzień”

                                        [Michał Zabłocki, Nie bój się nic nie robić]

  

wtorek, 22 kwietnia 2008
414. Expectation

  

W górze – krążące nad peronem wiosenne bociany z gałązkami w dziobach, w dole – chodzący w koło ja, z rezygnacją wypatrujący opóźniającego się pociągu. Tak wczoraj musiał tracić nadzieję I., któremu zapowiedziałem, że będę na Wzgórzu przez dwie godziny od południa. Zbyt lekko wystrojony wytrzymałem na chłodnym wietrze osiemdziesiąt minut („Jesteś wrażliwy na zmiany aury jak kwiat” – napisze mi potem I.). O 13.20 zacząłem schodzić ze Wzgórza, o 13.35 zaczął się na nie wspinać I. Rozminęliśmy się o kwadrans. To była moja druga w ciągu dziewięciu miesięcy próba poznania kogoś, stanięcia twarzą w twarz. I doprawdy zaskoczyło mnie, że on też próbował …

   

„Był mężczyzną dumnym, choć ewidentnie pozbawionym woli i siły; to niełatwy melanż, ale Rański umiał z nim żyć.

Miał do siebie wygasającą w miarę upływu lat pretensję, że rzeczy dzieją się bez jego udziału, że życie biegnie obok, a on stoi na brzegu i nie tyle bezsilnie, co bezczynnie przygląda się jego nurtowi. […]

Doprawdy nigdy nie był w ogniu wydarzeń, cokolwiek i gdziekolwiek by się działo.

To już w zasadzie nie był jego problem, ale uporczywość, z jaką życie wymiatało go na margines, czasami go drażniła. Tak czy owak, nie mógł się jej nadziwić” [Eustachy Rylski, Człowiek w cieniu].

  

poniedziałek, 21 kwietnia 2008
413. Epistolae

  

Napisanie w odpowiedzi na list jednego sensownego zdania przekracza moje możliwości intelektualne. Dlatego nie potrafię się zbliżyć do I., dlatego słoneczny chłopiec ignoruje moje bzdury. Dlatego piszę tu – do siebie, do wyobrażonego kogoś, kto mnie nie odrzuci i nie będzie z litości tworzył iluzji przyjaźni…

  

„Żadne z nas dwojga nie spodziewa się, że to drugie zareaguje, tylko że odgadnie, co myślimy. […] przychodzi mi na myśl, że nasz sposób porozumiewania się jest najlepszy ze wszystkich, do jakich może dążyć dwoje ludzi: oddalonych od siebie, świadomych, że spotkanie jest niemożliwe, i wypełniających pustkę słowami bez celu. Kiedy piszemy dla kogoś, wypisujemy kłamstwa […]; prawdę mówimy tylko wobec cieni. Tak więc kieruję wzrok ku cieniom i zwracam się do nich. Drogie cienie”

     [José Carlos Somoza, Listy od zabójcy bez znaczenia. Przeł. A. Rurarz].

  

Boli mnie. Straszliwie, fizycznie. Boli od samego rana, a i w nocy nie daje zasnąć. Do tego wietrzny Wrocław. Do tego na zajęciach mistyczna miłość młodszych symbolistów rosyjskich. Do tego czekanie... Najwolniej jak tylko można wracam do domu, gdzie wita mnie imieninowa czekolada z orzechami. Życzenia doprowadzają mnie do z trudem ukrywanego ataku płaczu. Spowiadam się z tego na osobności, nie czekając na odpowiedź ani na rozgrzeszenie…

  

sobota, 19 kwietnia 2008
412. Inferno

   

                              ...Nessun maggior dolore

                    che ricordarsi del tempo felice

                    nella miseria...

                                        [Dante Alighieri, La Divina Commedia].

  

Przestałem być trwale szczęśliwy z chwilą opuszczenia murów przedszkola. To znaczy, że mój koszmar – to, co teraz – ciągnie się już od dwudziestu lat. Tamten czas wspominam z uśmiechem, był najlepszym, co mnie w życiu spotkało, jedynym: prawdziwym rajem, beztroską zabawą, wesołym towarzystwem, akceptacją, rozkoszną kuchnią, dającą się przyswoić wiedzą, wielkim ogrodem („dietskij sad” w całej dosłowności) i przyjaznym lasem – śmiem wątpić, by jakieś inne przedszkole na świecie dysponowało takimi wspaniałymi terenami…

I kto by mógł wówczas przypuszczać, że tak się to wszystko skończy… 

   

                    „Gdyby ktoś ci pokazał, tak skorej

                    Do radości, przez wszystkich lubianej,

                    Carskosielskiej grzesznicy przekornej, 

                    Co się kiedyś z twym życiem stanie…” 

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. S. Pollak].

  

Żałosne to wszystko. Lasciate ogni speranza...

  

środa, 16 kwietnia 2008
411. Ein Zerfall

  

Obrazoburczy Dawni mistrzowie Thomasa Bernharda… – nadużyłem ostatnio słowa „chłonąć” w odniesieniu do jednej z lektur i teraz nie wiem, jak nazwać owo czytanie wczorajsze, moje z książką obcowanie, to jej przenikanie we mnie, mnie się z nią utożsamianie… Do cna wyżęty, na lewą stronę przewrócony, własne przez nią pożarcie miast jej przez siebie spożycie odczuwając, odkładam w końcu powieść całkowicie wyczerpany – nie trudnością samego utworu (takowej tu wcale nie ma) zmęczony, lecz intensywnością swojego odbioru, skalą własnych doznań rozbity, rozpadowi całkowitemu poddany. Brak mi odpowiedniej skali porównawczej na polu innych wrażeń zmysłowych, ale jedynie intelektualnym orgazmem mogę to określić, szczytowaniem absolutnym, ejakulacją myślową. Od wczoraj nie musiałem się nawet dotykać. Mija już ponad doba, a dopiero teraz zaczynam odzyskiwać przytomność, składam się w całość na nowo… Chcę jeszcze raz, jeszcze! Tylko takie rozkosze mogą mi być dostępne…

  

...A przecież wszystko to kłamstwo Cała ta literatura, ta muzyka, to malarstwo, którymi się otaczam, które studiuję, którymi się karmię, to jedno wielkie kłamstwo, jedno wielkie więzienie, jedna wielka wciągająca mnie otchłań...

  

„Nienawidzimy ludzi, a mimo to chcemy być razem z nimi, ponieważ tylko z ludźmi i tylko pośród ludzi mamy szansę żyć dalej i nie oszaleć. W samotności nie wytrzymujemy zbyt długo, oświadczył Reger, sądzimy, że możemy być sami, sądzimy, że możemy zostać opuszczeni, wmawiamy sobie, że możemy sami dalej żyć, oświadczył Reger, ale to tylko rojenia mózgu. Sądzimy, że obędziemy się bez ludzi, wierzymy wręcz, że obędziemy się nawet bez jednego, jedynego człowieka, i uroiliśmy też sobie, że mamy tylko jedną szansę, tylko wtedy, kiedy jesteśmy sami z sobą, ale to są rojenia mózgu. Bez ludzi nie mamy najmniejszej szansy przetrwania, powiedział Reger, choćbyśmy sobie nie wiem ilu wielkich duchem i dawnych mistrzów wzięli za towarzyszy, oni nie zastąpią żadnej istoty ludzkiej, oświadczył Reger, w końcu to właśnie przede wszystkim ci tak zwani wielcy duchem i tak zwani dawni mistrzowie zostawią nas samym sobie, w końcu pojmujemy, że właśnie wielcy duchem i dawni mistrzowie z nas tylko szydzili i to najnikczemniej w świecie, w końcu stwierdzimy, że nasz związek ze wszystkimi tymi wielkimi duchem, wszystkimi tymi dawnymi mistrzami oparty był zawsze tylko na szyderstwie. [...] Cała sztuka w ogóle nie jest niczym innym jak sztuką przetrwania, niech pan tego nie traci z oczu, jest ona w sumie jedną, nieustannie ponawianą, poruszającą również rozum, próbą uporania się z tym światem, w całej jego obrzydliwości, a tego, jak wiadomo, dokonać można, jedynie ustawicznie uciekając się do kłamstwa i zakłamania, obłudy i oszukiwania samego siebie, oświadczył Reger. Te obrazy pełne są kłamstwa i zakłamania, pełne obłudy i oszukiwania samego siebie, niczego poza tym w nich nie ma, nie licząc ich jakże często genialnej zręczności. Wszystkie te obrazy są ponadto wyrazem absolutnej bezradności człowieka, niemożności uporania się przez niego z sobą i z tym, co przez całe życie go otacza” [Przeł. M. Kędzierski].

  

poniedziałek, 14 kwietnia 2008
410. Bieszenstwo

  

Najpierw czytam w pociągu: „Oczekiwanie i tęsknota czyni ludzi szalonymi” [Aharon Appelfeld, Badenheim 1939. Przeł. H. Szafir – opowieść o „czarodziejskiej górze” ogarniętej epidemią żydostwa]… Potem na zajęciach, omawiając ze studentami Małego biesa Fiodora Sołoguba, powtarzam im za podręcznikiem, że kiedy człowiek skupia się wyłącznie na samym sobie (fiksacja narcyzmu), wówczas zapomina o całym świecie – a ponieważ on nie przestaje istnieć i musi dawać o sobie znać, to zaczyna prześladować. Tak rodzi się paranoja… Wreszcie tradycyjnie już nieudana wizyta u fryzjera szarpie mi wściekle nerwy…

Dzień z pewnością obłędny – nie wiem, czy taki wyjątkowy… 

    

                    „O Boże, nie daj mi zwariować!”

                                        [Aleksander Puszkin. Przeł. J. Tuwim].

  

niedziela, 13 kwietnia 2008
409. Legere

  

I. pisze mi: „Jestem inny niż inni”. Odnoszę to zdanie do siebie, choć równie dobrze przystałbym na słowo nienormalny

  

Z lektury sprzed kilku dni: „Raczej umrzeć niż pracować. Oto moja dewiza; służyła mi zawsze bardzo dobrze” [Michel Servin, Deo gratias. Przeł. Z. Szymański].

Przypomina mi się od razu podobny cytat z Goethego – nie wiem już, niestety, skąd dokładnie zaczerpnięty: „Byle wystrzegać się profesji! Tego nie znoszę. Chcę zajmować się wszystkim, czym mogę, bawiąc się tym, co mi odpowiada, i póki mam na to ochotę. Tak się bawiłem nieświadomie w młodości; tak chcę świadomie nadal postępować przez resztę życia”.

Zdecydowanie – zbyt łatwo mi się żyje…

   

Zrezygnowawszy całkowicie ze swoich obowiązków, sobotnim popołudniem biorę do ręki imponującą biografię Aleksandra II pióra Edwarda Radzińskiego i na kilka godzin pogrążam się całkowicie w czytaniu tej grubej, dużego formatu księgi. Mimo pewnych uproszczeń i pretensji autora do literackiej dramaturgii, chłonie się to znakomicie.

Podobają mi się – prawda, że niekiedy ryzykowne – przeprowadzane przez Radzińskiego analogie, zaskakują niektóre fakty. Absolutnie niesamowite jest to przygotowywanie ostatniego z całej serii zamachów na cesarza tuż za ścianą umierającego Dostojewskiego przez bohaterów jego niedokończonej powieści – tak oto biesy napisały drugi tom Braci Karamazow

Choć wszystko się w Rosji powtarza, nigdy nie wiadomo, co się zdarzy. Czytanie nie zda się tu na nic – niczego nie uczy. Nie tylko zresztą na Wschodzie...

Zdecydowanie – za dużo książek...

  

piątek, 11 kwietnia 2008
408. Scribere

  

Nie mam z kim rozmawiać, ani o czym mówić, ani po co myśleć, ani czego wiedzieć, ani jak działać, ani powodu się uśmiechać, ani chęci żyć.

Pisać – piszę też z braku...

   

                    „Doznałem zachwycenia w dzień Pański

                    i posłyszałem za sobą potężny głos

                    jak gdyby trąby

                    mówiącej:

                    »Co widzisz, napisz w księdze…«” [Ap 1, 10-11n].

  

środa, 09 kwietnia 2008
407. Ohne Eigenschaften

  

Wczorajsze kilkudziesięciominutowe dylematy przy zakupie nowych spodni i oprawek okularów zdawały się potwierdzać, że jestem nie tylko człowiekiem bez poglądów (wobec czego nie sposób ze mną dyskutować), ale też nie posiadam wyczucia stylu, zwyczajnie brak mi klasy. Nawet na polu gustów i preferencji wymagam zatem prowadzenia za rękę przez kogoś bardziej doświadczonego. Gdyby tak moim erastesem mógł jednak być drugi eromenos... „Świadomy swojej atrakcyjności i jednocześnie pełen umiaru, był obiektem pożądania, lecz go nie wzbudzał” [Oswyn Murray, Narodziny Grecji. Przeł. A. Twardecki].

A przecież w obu przypadkach wybrałem wczoraj dobrze i nawet prześliczna asystentka u okulisty nie zdołała mi w niczym przeszkodzić. Będą jeszcze ze mnie ludzie?…

  

Tagi: homo
21:48, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 kwietnia 2008
406. Double Indemnity

  

Jaką książkę wziąć do pociągu w poniedziałek i wtorek? – to jedyne decyzje, jakie w ciągu tygodnia podejmuję, aż do ostatniej minuty pełen wątpliwości, zmieniający pierwotne wybory gdy czas już do wyjścia nagli. Na wszelki wypadek zawsze biorę ze sobą dwa tytuły. A przecież na tym jednym polu instynkt mnie nie zawodzi – jeszcze się nie zdarzyło złą książkę mieć / wieźć / jeść…

Po przyspieszonym powrocie czeka na mnie paczka z kolejnymi – Faber, trzy Sorokiny, czwarty (Wiktor) Jerofiejew i ósmy już Coetzee. Za kwietniowym oknem listopadowa szaruga, potem styczniowy śnieg. Z jakiegoś powodu mam ochotę na Schuberta – to pewnie ta dzisiejsza senność. W środku tęskno, wokół pusto…

  

„Jesienny zmierzch sprzyjał rozpamiętywaniu utraconego czasu, a liryczna muzyka sprawiła, że raz jeszcze poczuł w żołądku ukłucie niepokoju. Po raz kolejny zastanawiał się, czemu to od jakiegoś czasu doskonałość młodego ciała, łagodny pejzaż, wspomnienie starej piosenki, cisza pustej plaży, każdy rodzaj harmonii wywołuje w nim głęboką gorycz, coś na kształt pożegnania z przyjemnościami, które – każda po trosze – uformowały jego ducha. Człowiekiem skończonym jest ten, który na piękno reaguje smutkiem” 

                 [Manuel Vicent, Chorzy na miłość. Przeł. W. Ignas-Madej].

  

sobota, 05 kwietnia 2008
405. Extension II

  

„Nazajutrz przy śniadaniu długo rozmyślał nad kubkiem kakao; a potem westchnął niemal rozmarzonym tonem: »Cholera, mam dwadzieścia osiem lat i wciąż jestem prawiczkiem!...« Mimo wszystko się zdziwiłem, wtedy mi wytłumaczył, że resztka dumy nie pozwala mu »pójść na kurwy«. […] Powiedział: »Wiesz, zrobiłem rachunki; stać mnie na dziwkę raz w tygodniu; w sobotę wieczorem byłoby najlepiej. Może w końcu to zrobię. Ale wiem, że niektórzy mężczyźni mogą to mieć za darmo, w dodatku z miłością. Chcę jeszcze spróbować; na razie wolę jeszcze spróbować«”

          [Michel Houellebecq, Poszerzenie pola walki. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

Czy może zajmować myśli coś, o czym nie ma się najmniejszego pojęcia, czego istnienie odkryło się z kilkunastoletnim opóźnieniem – nie wtedy, gdy uzyskana z zewnątrz świadomość współgrać by mogła z wewnętrznymi impulsami organizmu? Czy może zatem brakować – nieznanego? I czy wmawianie sobie, że to widocznie-nie-nam-przeznaczone nie skrywa w istocie myśli, że to nam-prawdopodobnie-w-ogóle-niepotrzebne? I czy należy bać się takiej myśli? Bo przecież jakoś się obywamy – bez tego. Prawda?...

Czy może zajmować myśli ktoś, kogo...

  

„Musisz sobie z tego zdać sprawę; to nie są rzeczy dla ciebie. Tak czy owak, jest już za późno. Niepowodzenie seksualne […], które się za tobą ciągnie od okresu dojrzewania, frustracja, która ci towarzyszy od chwili, kiedy ukończyłeś trzynaście lat, pozostawią w tobie niezatarty ślad. Zakładając nawet, że mógłbyś w przyszłości mieć kobiety – w co, szczerze mówiąc, bardzo wątpię – to i tak nie wystarczy; nic ci już nie wystarczy. Na zawsze pozostaniesz osierocony przez swoje nastoletnie miłości, których nie zaznałeś. Już teraz rana w tobie jest dosyć bolesna; a będzie jeszcze bardziej. Potworna, nieodwracalna gorycz zacznie wypełniać twoje serce. Nie będzie dla ciebie zbawienia ani wyzwolenia. Tak to już jest” [Ibidem]. 

  

czwartek, 03 kwietnia 2008
404. Desire

  

I nawet kiedy będę z kimś / Nie zmienię się…

Może dlatego właśnie unikam kontaktu z ludźmi, że boję się siebie – nie ich. Że zbyt dobrze znam – siebie. I, najgorsze, że (Nie mam szans być kim chcę…) się do siebie samego – przyzwyczaiłem. 

   

                    „Wiesz, lubię wieczory

                    Lubię się schować na jakiś czas

                    I jakoś tak, nienaturalnie

                    Trochę przesadnie, pobyć sam”

                                        [Myslovitz, Długość dźwięku samotności]

  

A przecież ten milkliwy mruk z lękiem w oczach, gburowato odpowiadający półsłówkami i silący się sztucznie na uśmiech (Super luz i już...), chciałby w istocie czegoś innego (Wejść na drzewo i patrzeć w niebo…) – może by nawet (Zbyt zachłannie…) potrafił, gdyby komuś starczyło do niego cierpliwości…

   

                    „O, jakże bardzo pragnę się rozbawić,

                    Wygadać się, powiedzieć wreszcie prawdę,

                    Odesłać chandrę w mgłę, do diabła, czarta,

                    Za rękę kogoś ująć: »Bądź uprzejmy – 

                    Powiedzieć mu – i pozwól z tobą iść…«”

                                        [Osip Mandelsztam. Przeł. M. Leśniewska]

  

wtorek, 01 kwietnia 2008
403. Lust

  

Jestem na tyle krytyczny wobec własnej osoby, że czasem mogę sobie pozwolić na bezgraniczny autozachwyt. Jak wczoraj, wszystko dziś jest we mnie doskonałością. Idealna fryzura, w której żaden kosmyk i lok nie jest przypadkowy; subtelnie współgrające ze sobą w tonacjach niebiesko-biało-czarnych buty, skórzana kurtka, sweterek, dżinsy, torba, szalik, bielizna. Perfekcja tego przemykającego w witrynach sklepowych chłopca wynagradza mi fakt, że nikt nigdy się za nim nie ogląda. Piękno osiąga pełnię, gdy niczemu nie służy, bo każda sztuka jest bezużyteczna

Jak wczoraj, korzystając z pięknej pogody, włóczę się po Wrocławiu, znowu odkrywając nowe dla siebie miejsca, choć też powtarzam w dużej mierze znany mi już szlak, niegdyś, na jedynym moim niesamotnym spacerze pokazany. Tamto się jednak nie wróci, a i nic nowego nie zdarzy…

  

„Nikt nie zna lepiej swojego ciała, swojego domu, niż jego właściciel, co jednak nie znaczy, że można od razu zapraszać do niego innych ludzi. Dlaczego inny człowiek nie powinien nas kochać? I dlaczego tego nie robi?

                    [Elfriede Jelinek, Pożądanie. Przeł. E. Kalinowska].

  

A więc łuk Uniwersytetu, Wyspa Słodowa, Ostrów… U wejścia do katedry mały chłopiec wręcza mi święty obrazek, mówiąc, że zbiera na wycieczkę. Całkowicie zaskoczony dopiero po chwili orientuję się, o co chodzi i wygrzebuję z portfela złotówkę. Nie wiem, ile kosztuje miłosierdzie, ale chyba starczyło.

Wnętrze świątyni zaskakuje mnie swoją małością, nieporządkiem, brudem. Właściwie, to wszedłem do środka z nadzieją, że bez trudu znajdę jakąś informację o możliwości wspięcia się na wieżę. Niczego jednak takiego nie widzę, wobec czego zniechęcony przechadzam się po bocznej nawie. Przed ołtarzami, kaplicami, obrazami modlą się pojedynczy ludzie – zadziwia mnie, nie wiedzieć czemu, ich obecność. Ktoś krzywo patrzy na moje założone z tyłu ręce (gdyby wiedział, że przy wejściu zignorowałem misę z wodą święconą i nie ukląkłem); nie śmiem przeciąć w poprzek głównej nawy i wycofuję się tą samą drogą. Dopiero na zewnątrz przypomina mi się, że coś otrzymałem (kupiłem?) i sięgam do torby, by zobaczyć, cóż to. Św. Szymon z Lipnicy, patron studentów – jak wyczytuję na odwrocie – kanonizowany w Roku Pańskim 2006.

A potem barokowy ogród Papieskiego Fakultetu Teologicznego, most Pokoju, wspinaczka na Wzgórze Polskie, i powrót bulwarem Dunikowskiego. Spacer pożarł moje godziny konsultacji i zjawiam się w Instytucie tuż przed zajęciami. Nic to, już od dawna ignoruję wszystkie swoje uczelniane zobowiązania, chcąc mieć jak najmniej do czynienia z tą instytucją. Jeszcze tylko trzy miesiące muszę wytrzymać, naciągając solidarne państwo na płacenie mi za nic…

Studenci piszą sprawdzian, a ja mogę sobie czytać kolejną powieść, wzorowe antyporno. To samo w pociągu – obok mnie grupa katolików w średnim wieku żartuje przy piwie o wyższości wyrabianego przez Hitlera mydła nad dzisiejszymi środkami chemicznymi. „Antysemityzm jest wszędzie na świecie, ale co poradzę na to, że boli mnie właśnie ten polski” – mówi Gołda Tencer w ostatniej „Polityce”. Całe życie muszę się bać innych mężczyzn, całe życie w nich wątpić, nawet z samym sobą nie godząc…

W łazience oddaję się sobie – mechanicznie jak zawsze, jak zawsze też idzie to błyskawicznie. To jedno na świecie jest pewne...

  

„Mężczyzna wystaje z siebie w wianuszku szczeciniastych włosów i pożądania. W ten sposób mężczyźni rosną, oni i ich szybko opadające dzieła. Pewniej stoją drzewa w lesie” [Ibidem].

  

Archiwum
Tagi