~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
czwartek, 30 kwietnia 2009
607. O szansach i możliwościach...

   

Już pół tysiąca zdjęć, a w głowie jedynie migawki, jak choćby te ostatnie: malutki mundurek Zygmunta Krasińskiego w Muzeum Wojska Polskiego, długie wygrzewanie się w słońcu na murze naprzeciw Zamku, kryty dziedziniec Politechniki podczas pierwszego deszczu, Krzysztof Pieczyński minięty na Kruczej, różowe wnętrza Utopii przez otwarte okna, nareszcie uruchomiona wielka fontanna w Ogrodzie Saskim, przedświąteczne kolejki w Carrefourze na Sadybie, i w jednym z antykwariatów cztery tomy Stendhala, których i tak nie sposób byłoby zabrać ze sobą... I tyle z kosztowania Warszawy przez dwa dni... 

   

                    „był całkiem z niczego

                    poza samotnością”

                              [Edward Estlin Cummings. Przeł. P. Sommer].

  

Wdzięczny jestem za pełną swobodę w organizowaniu tu sobie zajęć; wychodzę z domu około południa, wracam o dwudziestej pierwszej; z nikim nie rozmawiam, nikogo nowego nie poznaję − na ogół nie mam okazji, czasem nie chcę. Na przeglądanie w Internecie i gazetach ofert pracy szkoda mi czasu − wolę chodzić po mieście, oglądać każdy dom. Za jakiś tydzień i tak trzeba będzie stąd wyjechać z bagażem zawiedzionych nadziei...

   

                    „życie przeżywa się

                    idąc spotykając

                              [Tadeusz Różewicz, W świetle lamp filujących].

  

Dlatego wciąż jeszcze tu jestem, jakby co...

  

środa, 29 kwietnia 2009
606. Erotyk na jednego aktora i dwóch statystów...

  

Mam tu nieustanne szczęście do słońca i pogody − a dziś to już niemal lato. Pierwszy raz wychodzę na miasto bez marynarki, odsłaniając swoje chude ręce − ten najbardziej jawny z defektów. Z wyboru ubrań, jakie przywiozłem do stolicy, mimowolnie ukształtował się mój styl − codziennie komponuję zmyślne układy z czerni, szarości, bieli i granatów. I codziennie nikt nawet nie spojrzy...

Już niemalże śmieszne jest to nieustanne krążenie ulicami, wypatrywanie kolejnych twarzy, czekanie, aż wreszcie ktoś zauważy, podejdzie, uśmiechnie się, przemówi − daremne, bo ten, kogo szukam, nie powinien mieć przecież odwagi wykonać żadnego ruchu. Szukam, żeby zapomnieć, a i tak błąkam się wciąż ze łzami w oczach i z Tobą w głowie...

 

Wszędzie zakochane pary, pocałunki, uściski, chłopcy w spodenkach za kolana, ich nagie nogi z rzadkim i krótkim włosiem − tak, jak chcę, tak, jak u Niego. Trudno to wszystko wytrzymać...

  

                    „(...) przyroda jest słonecznie pijana seksem −

                    jakże człowiek mógłby tego nie zauważyć, on,

                    jedyny pornograf pośród zwierząt?

                    Szukam wytchnienia od namiętności ciała,

                    jestem za słaby, żeby zapamiętać lub dać

                    wspomnieniu oko mikroskopu”

                                        [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

  

Już trzy razy, w różne dni zdarzyło nam się minąć w zabytkowych miejscach. Ile on może mieć lat? Dziewiętnaście, dwadzieścia jeden, dwadzieścia cztery? Czy to dość, by się następnym razem doń odezwać? I czy w tym życiu będą jeszcze jakieś następne razy?...

  

wtorek, 28 kwietnia 2009
605. Tego jeszcze nie było - czyli "Full Frontal Nudity"...

  

Zaczęło się od nadzwyczaj erotycznego poranka − jeszcze tu takiego nie miałem. I w gruncie rzeczy to wcale nie jest przyjemne: ten dotkliwy brak, głód, nieobecność, nieznajomość, tęsknota. Ale jak się zaczęło, tak i musiało się skończyć...

  

Przyznaję, że miałem pewne obawy, że musiałem się sam przed sobą przełamać. Ale to naprawdę była niepowtarzalna okazja zrobienia czegoś − na moją miarę − szalonego. Zdecydowałem się więc i, wystrojony najbardziej jednoznacznie jak się tylko dało, poszedłem tam, wstąpiłem i nie żałowałem. Dzisiejszy pokaz bardzo oryginalnego musicalu w redakcji Krytyki Politycznej to dla mnie najlepsza zabawa od lat. Było śmiesznie i wzruszająco, bardzo profesjonalnie od strony wokalnej i bez żadnych granic w sferze wizualnej, co zresztą okazało się nadzwyczaj naturalne i w żadnej mierze nie obsceniczne. Do domu wracam powoli w pierwszy tu stosunkowo ciepły wieczór, wciąż się uśmiechając i objadając lodami − moją nagrodą za odwagę...

  

Ta myśl z ekranu, że być nagim to coś więcej niż być rozebranym...

To wyśpiewane, wykrzyczane, wyłkane: Pragnę Cię, pragnę Cię, pragnę Cię...

Ci inni na widowni, co patrzyli tak samo jak ja na Naked Boys Singing...

  

23:15, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
604. "Szkło bolesne, obraz dni"...

  

Od wczoraj kolejne kościoły – freski, nagrobki, epitafia, posągi, kazalnice, ołtarze. Dziś oprócz tego także Muzeum Powstania Warszawskiego. Zaskakuje multimedialnością i nowoczesną formą, rozczarowuje ogólnikowością prezentowanych faktów, nie tworzy klarownej i całościowej narracji, lecz pozostawia z poczuciem chaosu. Trochę nawet dziecinne w swoim edukacyjnym nastawieniu – od szkolnych wycieczek zresztą nie można się tam opędzić. Być może za dużo wcześniej na ten temat czytałem, widziałem zbyt wiele filmów dokumentalnych i zdjęć, słyszałem zbyt wiele opowieści, by w pełni docenić to, co zobaczyłem dzisiaj – a przecież mało co tak mną wstrząsa, jak te sześćdziesiąt trzy dni sprzed sześćdziesięciu pięciu lat...

  

                   

  

Chodzę ulicami Warszawy i nieustannie odkrywam coraz to nowe pamiątkowe tablice, głazy, obeliski, płonące znicze, kotwice na murach. Te codzienne chwile wzruszeń będą jednym z najsilniejszych wspomnień, gdy już trzeba będzie stąd wyjechać, wrócić do domu, pozostawić serce...

  

                    „Był częścią nocy, częścią tego kraju,

                    Częścią tej gorzkiej udręczonej gleby,

                    Z której wyrasta pamięć”

                                        [John Berryman. Przeł. P. Sommer].

  

niedziela, 26 kwietnia 2009
603. "Falowanie i spadanie" - czyli Elementy wertykalne i horyzontalne w życiu współczesnego człowieka...

  

Długo idę na północ brzegiem rzeki, przechodzę pod kolejnymi mostami, patrzę na to, co po lewej. Od pierwszego dnia pobytu tutaj najbardziej zachwyca mnie i wciąż zaskakuje przechodząca przez Warszawę skarpa wiślana – te różnice wysokości, piętrzące się budynki, schodki, tarasy, widoki... Taka naturalna przedmowa do wieżowców w centrum, zieleń drzew zamiast błękitu szkła...

 

      

  

Wciąż jeszcze mam w pamięci te czwartkowe sto czternaście metrów i kilkadziesiąt minut spędzonych tam, na górze, z wiatrem we włosach i zapatrzeniem w dal. Mimo wszystkich krat, lin, zabezpieczeń i barier – na wszelkich mostach, wieżach, urwiskach – zawsze musi pojawić się ta myśl, tak niemożliwa, tak przez jeden moment cudowna...

  

                    „pokusa... skocz

                    aniołowie będą Cię nosić

                    na rękach...

                    skocz... masz małą kamienną

                    wyobraźnię... skocz

                    może nauczysz się latać...

                    na skrzydłach poezji

                    wzniesiesz się ku »szczęściu

                    ludzkości«... weź mnie

                    w ramiona skocz”

                                        [Tadeusz Różewicz, zawsze fragment].

    

sobota, 25 kwietnia 2009
602. "Żywi i martwi" - czyli O ostatecznościach...

  

Dzielnice inne niż dotąd: wczoraj zamiast jałowej dyskusji o homo-literaturze wybieram Muranów martyrologicznym szlakiem (pomnik Bohaterów Getta i Umschlagplatz), dziś zaś w towarzystwie Adama krótki wyskok na Pragę, a po czekoladowym torcie u Bliklego ciche uliczki Żoliborza. Tuż przed rozstaniem spór o imponderabilia – nie umiałem sam przed sobą zająć stanowiska ani tego nazwać, dopiero teraz wiem: seksualność nie jest dla mnie podstawą do utożsamiania się z jakąkolwiek grupą, bo ten aspekt dotyczy tylko mnie i drugiej osoby, którą mógłbym obdarzyć uczuciem lub pożądaniem. Przyjmowana za fakt naturalny i intymny nie podlega ona mojej afirmacji ani analizie, podobnie jak kolor oczu czy kształt nosa. Mogę się identyfikować z narodem czy miastem, ale nie z tak zwanym środowiskiem – najlepsze więc, co mogę dla niego zrobić, to liczyć na spełnienie moich najskrytszych pragnień o posiadaniu partnera. Wtedy codziennie będę mógł dawać skromne świadectwo, zamiast coś okazjonalnie manifestować – bo te rzeczy są chyba ostatnimi, jakie nadają się do wypisywania na sztandarach...

Ci, którzy swój stosunek do świata i sposób wyrażania siebie określają przede wszystkim poprzez własną seksualność, rzutującą rzekomo na wszystko, mimowolnie w moim odczuciu zamykać się muszą w swoistym mentalnym getcie. Dla mnie rzeczywistość jest zbyt złożona, by ją tak jednostronnie definiować. W tym sensie, nawet pomimo braku elementarnych doświadczeń, mniej lub bardziej uzasadnionych zahamowań i osobistego uczuciowego chłodu, czuję się dużo bardziej wyzwolony i otwarty na ludzi jako takich, niż ta część działaczy, aktywistów czy innych ikon ruchu, spod nonszalancji których zdają się przebijać jakieś dziwne i utajone kompleksy...

 

Setki imion na ścianach Umschlagplatzu, cisza pośród nich mimo bliskości ulicy, świadomość tych trzystu tysięcy, które tamtędy przeszły... Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie... 

     

      

    

piątek, 24 kwietnia 2009
601. ONI (I) - Armin Martens...

  

»[Tomasz Mann do Hermana Lange, 19 III 1955:] „Ponieważ go kochałem − był rzeczywiście moją pierwszą miłością, a delikatniejszego, bardziej uduchowionego i boleśniejszego uczucia nigdy już więcej nie doświadczyłem. Czegoś takiego się nie zapomina, choć przecież minęło siedemdziesiąt treściwych lat. Niech zabrzmi to tak śmiesznie, jak chce, lecz pamięć o tej niewinnej namiętności przechowuję jak największy skarb. Można sobie wyobrazić, jak zmieszał się, kiedy pewnego „wielkiego” dnia wyznałem mu swą miłość. Od nas obu to zależało. Tak więc nasza miłość umarła − na długo przedtem niż on sam, którego wdzięk poniósł poważne straty wskutek dojrzewania, umarł gdzieś w świecie i obrócił się w proch. Lecz w Toniu Krögerze wystawiłem mu pomnik. (…) Dziwne, gdy się pomyśli, że jedynym przeznaczeniem tego człowieka było tylko rozbudzenie uczuć, które pewnego dnia miały zostać unieśmiertelnione w wierszu”.

  

Jak prędko chowa się za literaturę! Kiedy jeszcze kochał, daleki był oczywiście od tej bezczelnej pychy, z jaką redukuje przeznaczenie swojego ukochanego do podmiotu wiersza w Toniu Krögerze. Lecz czyż powinniśmy się tym oburzać? Czy nie lepiej zapytać, czemu tak zrobił? Pod tym beztroskim gadulstwem kryje się tajemnica: wstydzi się głębi swojego uczucia. Wtedy nie było ono jeszcze wcale takie literackie. Dopiero gdy uczucie wygasło, ratuje się literaturą. Jeszcze później tworzy teorie, by dać sobie radę ze swoim wstydem. Każde uczucie znajduje usprawiedliwienie, jeśli staje się sztuką. Literat „przeżywa, żeby wyrażać” [Artysta i literat, 1913]. Jego życie to tylko materiał. (…)

  

[Armin Martens] Jako Hans Hansen w Toniu Krögerze ma czternaście lat. Spacerują w promieniach zimowego słońca, co znaczy, że pierwsza miłość Tomasza Manna zapłonęła zimą 1889/90, w okresie wspólnych lekcji tańca.

Z listu do Hermana Lange wiemy, że pewnego „wielkiego” dnia Tomasz wyznał swą namiętność, a Armin nie wiedział, co z tym wyznaniem począć. Pierwsze uczucie zakończyło się poniżeniem, którego Mann nigdy nie przebolał. Niebieskooki blondyn wyśmiał go. (…)

Konieczność wyznania namiętności w „wielkim” dniu, pisanie wierszy i pokazywanie ich, to miotanie się pomiędzy szczęściem a udręką, które zna każdy, kto kochał! Błyskawiczna porażka głęboko go poniżyła. Jednym udaje się to ukryć, innym, jak Tomasz Mann wrażliwszym, nie. Tym pierwszym szokiem, który pogłębiały jeszcze kolejne poniżenia, można wyjaśnić wiele z jego późniejszych zachowań. Uczucia są śmieszne, nie należy ich okazywać, zwłaszcza tych homoerotycznych. Miłość wyrzuca poza nawias mieszczańskiego społeczeństwa. Każdy, kto kocha, staje się nie do zniesienia, nawet dla najbliższych literackich przyjaciół. Miłość należy ukrywać, wypierać, ironizować. Wiersze, w których słychać bicie serca, nie są estetyczne. Twórcy nie wolno odczuwać. (…)

  

Wspomnienie o Arminie Martensie, tę „niewinną namiętność” do niego, Tomasz Mann przechowywał jak skarb. Jak największy skarb Tonia Buddenbrook przechowywała w pamięci swą niespełnioną miłość do Mortena Schwarzkopfa.(…)

„Wieczna chłopięca miłość” [Dziennik, 3 VI 1953]. Stale ta sama kolejność: fascynacja, niemożność realizacji i skarb wspomnień. Zawsze stan zakochania ważniejszy jest od jego podmiotu. Po aferze z pięknym Józefem żona Putyfara nie miała najmniejszych problemów z powrotem do tej formy życia, która aż do owej pokusy była dla niej czymś znanym i naturalnym. Tomasz Mann zna jej najgłębsze myśli, bo są to jego własne:

„A przecież na dnie jej duszy spoczywał skarb, z którego była skrycie bardziej dumna niż ze wszystkich swych duchowych oraz świeckich godności i którego, świadomie czy nieświadomie, za nic w świecie by nie oddała. Skarb głęboko ukryty, który jednak wciąż jeszcze przebłyskiwał w posępnych dniach jej rezygnacji i bez względu na ilość poniesionych porażek, użyczał jej dumie duchowej i światowej nieodzownego uzupełnienia ludzkiej, życiowej dumy. Było to wspomnienie − niekoniecznie tak bardzo związane z osobą tego, który, jak słyszała, został teraz wielkorządcą nad całym Egiptem. On był tylko narzędziem, podobnie jak ona, Mut-em-enet, była narzędziem. Raczej, i prawie niezależnie od Józefa, było to poczucie sprawiedliwości losu, świadomość, że kwitła i płonęła, że kochała i cierpiała” [przeł. E. Sicińska i M. Traczewska]«

  [Hermann Kurzke, Tomasz Mann. Życie jako dzieło sztuki. Przeł. E. Kowynia].

  

Tagi: homo
12:02, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
czwartek, 23 kwietnia 2009
600. Pocztówki dla wybranych i obrazki z wystawy...

  

Nad wszystkim, czego tu doświadczam, zalega mroczna chmura melancholii − jest bowiem coś tragicznego w całej tej podróży, w tym pierwszym porywie młodzieńczej przygody, co może też być mym ostatnim, w wydawaniu skromnych sum, które też znikają bezpowrotnie, bo zarabianie pieniędzy (podobnie jak sprawy płci i seksu) chyba już zawsze pozostanie tajemnicą...

  

Dziś jednak sporo dziecinnej radości, trochę też mimowolnych obserwacji: sarenka i przybiegające do nóg wiewiórki w Łazienkach, gdzie na jednym z mostków młodzi ludzie urządzają koleżance profesjonalną sesję zdjęciową; oszałamiające aż do wyczerpania baterii w aparacie widoki z 30. piętra Pałacu Kultury, a na dole minięcie się z Marcinem Wolskim (jeszcze w niedzielę na Starym Mieście z ministrem Stasiakiem, wczoraj zaś pod Sejmem z prezydentem Wrocławia Dutkiewiczem − jednak mały ten świat); krokiecik i herbatka w Krokieciku, a zaraz obok, na Brackiej przepastny Traffic.Club; mój szczery śmiech na okrągłym dziedzińcu Metropolitanu, gdzie mała dziewczynka wbiega w szalejącą cudownymi i zmiennymi układami fontannę; jakiś pokaz nowej kolekcji u Valentino, oglądany przez dziwne jacykowy; a na wieczorny finał zabawa w śledzenie pewnego chłopca, za i przed którym podążam przez kilkanaście kwartałów kolejnych ulic, by wreszcie wejść do największego z Empików, wiedząc, że nic (mimo Światowego Dnia Książki i trzeciego tytułu za darmo) się nie kupi, bo walizka i tak już za ciężka, bo trzeba oszczędzać na to, co po powrocie i przyzwyczajać do wyrzeczeń. Choć w tym ostatnim akurat osiągam już niemal mistrzostwo...

  

Był w białych spodniach i granatowej marynarce, miał blond włosy i niebieskie oczy, a wyglądał tak chłopięco, jak młodziutki DiCaprio. Wracał chyba ze studiów, z teczką w ręce, żywo rozmawiając z dwoma koleżankami i parę razy oglądając się do tyłu...

  

środa, 22 kwietnia 2009
599. O zasadach ekspozycji - czyli Pasaże i trotuary...

  

Dziś wreszcie konkretniej, dłużej, bardziej − zaczynam zaliczanie kolejnych pozycji z przygotowanej uprzednio listy. Cztery godziny w Muzeum Narodowym: niezauważalnie płynący czas, skrzypiąca pod nogami drewniana posadzka, pilnujące eksponatów starsze panie siedzące na swoich krzesełkach (i tylko dwie młodsze, i tylko jeden pan), bladość tych zbiorów na tle Europy, a mimo to niesłabnące zainteresowanie piszącego te słowa, starającego się nie pominąć ani jednej sali. Zatrzymuję wzrok na dłużej w paru miejscach: uwieczniam na zdjęciu piękny grecki tors w sali starożytności, zachwycam się galerią średniowiecznej rzeźby, dziwię mniejszemu niż sądziłem rozmiarowi Zawieszenia dzwonu Zygmunta, przysiadam przed Bitwą pod Grunwaldem, wsłuchuję w Kazanie Skargi, z bliska studiuję faktury kilku obrazów, a już ogromną przyjemność sprawia mi tak lubiane W altanie Gierymskiego... Wychodzę wraz z gongiem, ogłaszającym zamknięcie...

Potem bardzo powolne przechadzki po Ogrodzie Ujazdowskim i Łazienkach Królewskich, jazgot pawi obsiadających Pałac na Wodzie, początki amatorskiej fotografii, siedzenie w słońcu przy Chopinie, odpoczywanie po wczorajszym zawodzie, po myślach o kimś, kogo tu ze mną nie ma... I żadne tłumy i pary w wiadomym już wieczornym miejscu tej samotności mojej odwiecznej nie przysłonią...

  

23:13, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 21 kwietnia 2009
598. "W sklepie chce pan pracować?"...

  

Wyprawa na południowe krańce miasta, na rozmowę kwalifikacyjną − pierwszą od dziewięciu miesięcy, drugą w życiu. Dałem się podpuścić na jednym sprytnym pytaniu i potem długo tego żałowałem − aż do skromnego acz drogiego obiadu w Zapiecku: pyszne naleśniki z dżemem i koktajl truskawkowy, do tego młodziutkie kelnerki w kusych sukienkach, choć żadna nie może się równać z tymi ślicznymi chłopcami, jakich się widzi na stołecznych ulicach. Ale mój pierwszy skromny napiwek jednej z nich i tak zostawiam. Z Kabatów wracam metrem, zaliczając od razu aż dwanaście stacji − to jest jazda!

Już trzeci dzień chodzę, niczego nie planując i nawet nie zaglądając do mapy. Pewnie za wcześnie na takie wnioski, ale odbieram Warszawę jako nadzwyczaj komunikacyjnie przyjazną. Zaliczam dziś Plac Bankowy, a wieczorem znów − to już mi wchodzi w nawyk − lansuję się na Krakowskim Przedmieściu.

W domu zaś czeka odmowna odpowiedź − najwidoczniej nawet nie trzeba się nade mną zastanawiać. To już trzecia duża sieć sprzedaży książek, która mnie przekreśla. Naleśniki musiały więc wystarczyć za imieninowy prezent, na drugi raz już nie będzie mnie stać... 

  

Zauważyłem, że moje wyjazdowe zapiski są smutne. Następne też takie będą... 

     

poniedziałek, 20 kwietnia 2009
597. Światowe życie od 19 IV 2009, 14.29...

  

Jeszcze w niedzielę, zaraz po przyjeździe wybieram się na szybki obchód najbardziej widokówkowych miejsc stolicy − na razie więc tylko migawki: wieżowce przy PKiN-ie, Ogród Saski, Teatr Wielki, Zamek Królewski, Rynek Starego i Nowego Miasta, Plac Krasińskich, Krakowskie Przedmieście, kamienice, pałace, kościoły... Warszawa autentycznie rzuca mnie na kolana, na każdym kroku coś zachwyca, urzeka, cieszy. Gdyby tak można tu było zamieszkać... Bo rzeczywiście, Piotrek miał wczoraj rację: jestem stworzony do Wielkiego Świata...

...Tyle, że żyć w nim pragnę po swojemu. Po dzisiejszym spacerze z Wojtkiem zostaną w pamięci Łazienki, ogród na dachu BUW-u i antykwariat Atticus − samo jednak spotkanie było konfrontacją zbyt odmiennych postaw życiowych i sposobów ekspresji siebie. Takie obustronne miłe rozczarowanie. Dlatego najbezpieczniej czuję się wśród kamieni − one mnie nigdy nie zawodzą...

  

niedziela, 19 kwietnia 2009
596. Ziemia obietnic i nadziei - czyli Pean na cześć...

    

Kolejne obrazy wciąż przesuwają się przed oczami, w głowie mnóstwo wrażeń i emocji − ocalić trzeba z tego jak najwięcej, za żadną cenę nie zapomnieć. Bo jest o czym pamiętać, choć to zaledwie początek...

  

Podróż do Łodzi mija stosunkowo szybko. W pociągu starsze, ale nadzwyczaj żwawe małżeństwo: pan przez kilkadziesiąt minut bawi się cyfrowym aparatem, pani zaś na każdej stacji otwiera okno i wykonuje skomplikowane wymachy ramionami − jakaś gimnastyka poprawiająca krążenie albo inne tai-chi...

Wiedziałem co prawda, że pierwszy kadr z arcydzieła Wajdy był zdjęty na Śląsku, ale też nie mogłem się oprzeć, by wśród niskiej zabudowy polskiego Manchesteru nie wypatrywać ceglanych elementów wertykalnych − pamiątek po wielkiej przeszłości. Jakoś mało tego i dziwnie z tego powodu smutno...

  

                    „Wrośnięte w dachy, z dymem pośród chmur −

                    kominy fabryk − nasze cedry Libanu”

                                        [Charles Reznikoff. Przeł. P. Sommer].

  

Moc atrakcji przygotowała mi moja ulubiona para roku: jeszcze w piątek kino Charlie i najnowszy, mocno almodovarowski Woody Allen (pomyśleć tylko, jak ja go kiedyś uwielbiałem − jednakże od czasów Diane Keaton niewiele już potrafi nam nowego opowiedzieć; zero emocji w tym wszystkim i kolejna wydmuszka, niestety), potem piwo w Studio 102. W sobotę już cały dzień nasz − panorama miasta z Rudzkiej Góry, szaleńczy zjazd torem saneczkowym, mój absolutny zachwyt Manufakturą i pałacem Izraela Poznańskiego... Zarywamy noce, gadając do drugiej, śniadania jemy przed południem, a każdy przygotowany przez nich posiłek to prawdziwa uczta... I wreszcie ta ostatnia niedziela...

  

Pociąg do stolicy sunie gładko i cicho jak po wodzie − aż nie chce się wierzyć, że w Polsce jest to możliwe. Dwa rzędy dalej podróżujący z ojcem niewidomy, kilkunastoletni chłopiec żywo zagaduje siedzącą obok niego panią i zdaje się cieszyć wszystkim w świecie. Moje ogromne tą sceną wzruszenie − wzmocnione jeszcze rozpamiętywaniem absolutnie cudownych łódzkich dni i zbyt mocnym uczuciem do ludzi, których trzeba dziś było opuścić...

I to właśnie było ze wszystkiego najważniejsze: zobaczyć ich razem w ich zwyczajnej codzienności, wzajemnych uśmiechach, drobnych gestach; przekonać się, że to jest możliwe, nawet jeśli akurat nie zdarza się Tobie... Chciałbym tak, tak bardzo bym chciał...

   

piątek, 17 kwietnia 2009
595. Wrocław Główny 9.30 → Łódź Kaliska 13.46

    

                    „A kiedy pogoda się załamuje

                    w kraju jak ten, gdzie 

                    wiosna ani jesień nie zmienia

                    bodaj nic, dziwna gorycz

                    okrywa większość twarzy

                    i góry odarte

                    z mgły majaczą

                    nad miastem

                    z jakąś nierzeczywistą ostrością. 

                    Właśnie w taki dzień

                    wyjechałem”

                                        [August Kleinzahler. Przeł. P. Sommer].

  

czwartek, 16 kwietnia 2009
594. O tym, że "my suitcase is already packed"...

  

Wczoraj przewodnik i bilety, dziś już pakowanie. Zdecydowanie przy tym przesadziłem − to mają być jakieś dwa tygodnie, a ja wyszedłem chyba z założenia, że powinienem mieć komplet ubrań na każdy dzień… miesiąca. Niby wszystko się mieści, ale jak to podnieść ponad siebie przy wsiadaniu do pociągu z niepodwyższonego peronu? Część rzeczy zatem z bólem serca zostawiam, a z resztą zmierzymy się jutro…

   

„Czarują ramiona i odgłosy: białe ramiona gościńców obietnicą mocnego uścisku, a czarne ramiona wielkich okrętów, za którymi stoi księżyc, opowieścią o odległych ludach. Wyciągnięte ramiona powiadają: samotne jesteśmy − pójdź. A odgłosy powiadają przy tym: Jesteśmy krewniakami. Wypełniają gęsto przestwór i wzywają mnie, swego krewniaka, do gotowania się w drogę, i biją skrzydłami swej straszliwie junackiej młodości.

(…) Matka układa moją garderobę, niedawno kupioną z drugiej ręki. Powiada, że modli się teraz, bym poznał w samodzielnym życiu i z dala od domu i przyjaciół, czym jest serce i co czuje. Amen. Niechaj tak się stanie. Witaj, życie! Po raz milionowy ruszam na spotkanie prawdziwego doświadczenia, by w kuźni duszy swej wykuć nieurodzone jeszcze poczucie swej rasy”

           [James Joyce, Portret artysty z czasów młodości. Przeł. Z. Allan].

  

Bliżej przyjaciół… z pierwszej ręki… po raz pierwszy…

  

21:44, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 15 kwietnia 2009
593. "Niespełnienie jako strategia życiowa" (I) - czyli Po raz kolejny fragmenty nieprzypadkowe...

  

»Pragnął uporządkowanego życia. Miało być „zamkniętym dziełem sztuki” [z listu do Eberharda Hilschera, 3 XI 1951]. W rzeczywistości jednak prowadził rozpaczliwą walkę z otaczającym go zewsząd chaosem. Wewnętrznym chaosem groziły we wczesnych latach marzycielstwo i lenistwo, w późniejszych natomiast nieposkromione skłonności homoerotyczne i pragnienie używania życia. Chaos w jego zewnętrzną historię wprowadziła utrata świata, z którego się wywodził (…).

  

Maska winna była stać się drugą naturą − oto sens wychowania mieszczańskiego. W przypadku Tomasza Manna sukces został osiągnięty połowicznie: wprawdzie nigdy w życiu nie wypadł z roli, lecz także zawsze bardzo cierpiał z tego powodu. (…)

 

Ojciec uważał, że jego syn jest za mało męski. Zdawał sobie sprawę, jak senator Buddenbrook, że ta „wyłącznie kobieca opieka, pod jaką chłopiec wzrastał, nie przyczyniała się do wyrobienia w nim cech męskich” [przeł. E. Librowiczowa]. (…)

Stać się „mężczyzną” jak ojciec było jego życiowym celem. „Czy artysta może stać się w ogóle mężczyzną?” [przeł. L. Staff], pyta Tonio Kröger, bez umiejętnego zasymilowania tego, co matczyne. Kobiece i nierzeczywiste, czyli sprzeczne z byciem mężczyzną, należy siłą wcielić do służby na rzecz sztuki. Musi zostać okiełznane i wciśnięte pięścią w najgłębsze rejony duszy. Tkwią tam, przywiązani do ławek, niewolnicy pełni tęsknot, którzy wiosłując tępo w głuchy takt przez całe życie, utrzymują w ruchu galerę twórczości. (…)

  

Świat kładzie na nas swą rękę w postaci szkoły. Szkoła dla Tomasza Manna to także gwałt i tresura, to prostowanie, ukrócanie i niszczenie. „Szkoła to właściwie jeden wielki strach”, pisze, jeszcze mając siedemdziesiąt jeden lat [do byłego współucznia Felixa Neumanna, 21 VIII 1946]. Najgorsza jednak była gimnastyka, „(...) najobrzydliwsza rzecz, jaką przeżyłem do tej pory” [do Otto Grautoffa, 2 IX 1900]. Możemy sobie wyobrazić, jak ćwiczy, na drążku lub poręczy, wymyk lub stanie na rękach, jak cierpi z powodu nieznośnej śmieszności, gdy wcale nie jest tak pewny siebie, jak w upiększających wspomnieniach pewnego kolegi szkolnego [Korfiza Holma]. „Wobec tych wszystkich ekscesów zachowywał się wyniośle i, stosując bierny opór, chwytał drążek lub poręcz koniuszkami palców, wręcz symbolicznie, i niewidzącym z pogardy wzrokiem spoglądał przelotnie na nienawistny przyrząd”. (…)

Ku wielkiemu gniewowi ojca Hanno Buddenbrook też okazywał wobec ćwiczeń fizycznych milczący, powściągliwy, wyniosły wstręt, a Feliks Krull wyznaje, że „obyczajem marzycieli od niepamiętnych czasów przejawiałem stanowczą odrazę do ćwiczeń cielesnych” [przeł. A. Rybicki]. Obyczajem marzycieli już w dzieciństwie wykazywał buntownicze skłonności, które wcześnie uodporniły go na tresurę wilhelmiańskiej szkoły. Dziecięce marzenia stanowiły pożywkę dla dumy, pozwalającej na nieokreślone poczucie wyższości mimo złych ocen i trzykrotnego powtarzania klasy. (…) „Leniwy, zamknięty w sobie i pełen zgorszenia dla całości” strawił tak całe lata − to znów Tomasz Mann osobiście [O sobie. Przeł. J. Stroynowski]. (…)

  

Bycie artystą oznacza nierobienie kariery. Oznacza błaznowanie, bycie nieokreślonym, niepodporządkowanym społeczeństwu. A szkoła była ramieniem tego społeczeństwa. Nie kształciła ludzi wolnych, lecz poddanych. Tomasz Mann (…) nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Nie były mu obce te męki młodości, kiedy nadwrażliwe a niemające jeszcze żadnych osiągnięć „ja” odczuwa zewsząd tylko szyderstwo i pogardę (…).

Artysta jest jak dziecko. „W moich wspomnieniach nie ma żadnej przepaści, żadnej ostrej granicy pomiędzy dziecinną zabawą a tworzeniem” [On myself, 1940]. Jak jego Feliks Krull, opowiedział się po stronie nieokreślonej, lecz fundamentalnej wolności, której „żadną miarą nie można by pogodzić z jakim bądź wprzęgnięciem się w ciężką, realną zależność” [przeł. A. Rybicki], a także po stronie snów i związanej z nimi korzyści, czyli „całkowitej, rozpętanej i rozwiązłej nieodpowiedzialności”. (…)

  

Przez całe życie będzie czuł się obdarzony stygmatem wybraństwa. „(…) Na jego twarzy maluje się uczucie izolacji i braku przynależności, uczucie, że się jest rozpoznawanym i obserwowanym, coś zarazem królewskiego i jednocześnie spłoszonego (…)” [Tonio Kröger] (…)

Zdobycie wysokiej pozycji społecznej jest jednym z motywów jego niezmordowanych wysiłków. (…)

Oczywistą rzeczą jest, że samo poczucie wybraństwa i ambicje nie zdadzą się na wiele, gdy brak talentu. W tym punkcie także pomogło pochodzenie. Nie w sensie genetycznym, lecz przez wyszukaną atmosferę, w jakiej wychowywał się chłopiec, to jak mieszkał, ubierał się i jadł. Delikatnie wycieniowane reguły zachowania sprawiły, że Tomasz Mann już wcześnie miał wyczucie tego, co wypada, a co nie, które wywarło wpływ na jego subtelny styl. (…) Poczucie estetyki jest sublimacją wychowania. (…)

  

Każdy bohater Tomasza Manna o cechach jego biografii przechodzi w drodze do dojrzałości przez okres namiętności. „Był młody i stał się szorstki z czasem” [przeł. L. Staff], dowiadujemy się o Gustawie von Aschenbachu ze Śmierci w Wenecji. Często bywałem rozpustny, bom miał słabe ciało” wyznaje Feliks Krull. Tonio Kröger, którego krew matki ciągnęła do miast południa, zaplątał się w „przygody ciała, wpadł w wir rozkoszy i gorącej winy”.

Sam Tomasz Mann przeżywał to wszystko tylko w imaginacji. (…) Gwałtowne przebudzenie płciowe z listów do Grautoffa to tylko walka z nim. (…) Szczytny ideał musi ulec zbrukaniu w kontakcie z rzeczywistością. Zwłaszcza kiedy spragniony, lecz delikatny kochanek patrzy, jak przy pierwszym szturmie kogoś bardziej doświadczonego pada jego, zdawałoby się niezdobyta twierdza, której on nie ośmielił się nawet atakować. To banalna, ale często spotykana rzecz: nieśmiali ludzie boją się mówić wprost; kobieta, bo oczekuje deklaracji od mężczyzny, a mężczyzna, bo chce być czuły i delikatny − i wszystko rozbija się o tę barierę. Tomasz Mann był tak nieśmiały, jak jego karykatura, Detlev Spinell [Tristan], który, gdy kochał, patrzył mimochodem, „półokiem”, aby chciwość rzeczywistości nie zniszczyła pięknego wrażenia. W ten sposób jednak nie da się rozkochać drugiej strony. „Kochałem przed laty pewną dziewczynę”, opowiada nieznajomy spotkany na Piazza San Marco w opowiadaniu Rozczarowanie, „jednak ona mnie nie kochała, w czym nie ma nic dziwnego” − klasyczna sytuacja.

  

Wymogowi czystości Manna trudno było sprostać. (…)

„Jak ja nienawidzę tej płciowości” [do Otto Grautoffa, 8 XI 1896]. Jak można z nią walczyć? Można na przykład polewać się codziennie rano zimną wodą. „To ostatnie bardzo dobrze mi robi” [do Otto Grautoffa, 17 II 1896]. (…)

Stroi się w cudze piórka, bo „doprowadzenie do zaniku” przejął od Nietschego. (…) Na gwałtowne rozbudzenie płciowości, około dwudziestego roku życia, odpowiada namiętnym dążeniem do ascezy. Nie daje to jednak szczęścia młodemu mężczyźnie. Czyż mogło być inaczej? „Przeklęte niech będzie wyrzeczenie, samo w sobie nic nie daje, a jeszcze wysysa tę resztę, co można byłoby robić w ciągu dnia” [Goethe do Marianny von Willemer, 6 X 1816]. Cierpienia rezygnacji zostają przetworzone na niebo i piekło tworzenia − „wyrzeczenie ludzkie jest bowiem na pewno źródłem proroczej intuicji, cennej bezmiernie, pomimo tak marnego rodowodu” [Doktor Faustus. Przeł. M. Kurecka i W. Wirpsza]. (…)

 

Miłość, gdy przejrzy się ją na wskroś, umiera. Orgazm, który sam siebie analizuje, w ogóle nie dochodzi do skutku. „Każde pierwsze poruszenie, wszystko, co dzieje się mimo woli, jest piękne, wykrzywia się niedorzecznie, gdy tylko zaczyna analizować samo siebie” [Heinrich von Kleist do Otto Augusta Rühle, 31 VIII 1806]. (…)

Dopiero długie życie nauczy go, że naprzeciw rzekomo niszczycielskich sił poznania stoi o wiele potężniejsze życie, niezmordowane w tworzeniu Nowego. Na świecie wciąż będzie dość nieracjonalności. Mimo całej przenikliwości i pedanterii, nawet Tomasz Mann pozostał − z pewnego punktu widzenia − wielkim naiwnym, uparcie trzymającym się swych życiowych zasad, do których nie umiał się poznawczo zdystansować«

  [Hermann Kurzke, Tomasz Mann. Życie jako dzieło sztuki. Przeł. E. Kowynia].

  

21:23, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
592. Giganci - czyli "The Flights of the Minds"...

  

W tych dniach ostatnich, między przygotowaniami do podróży, która odwlekła się nieco, dzięki czemu jednak uda się pełniej, mocniej, bardziej wszystko przeżyć − dokształcam się w studiowaniu tego, co zbędne, a więc najbardziej dla mnie interesujące, czas spędzam ze swoimi ulubieńcami. A zatem kolejno: Shakespeare. Stwarzanie świata Stephena Greenblatta, Michał Anioł George’a Bulla, Leonardo da Vinci. Lot wyobraźni Charlesa Nicholla i Tomasz Mann. Życie jako dzieło sztuki Hermanna Kurzke. Ależ to się czyta − zwłaszcza, że wszystkich bohaterów coś jeszcze obok geniuszu łączy. Coś delikatnego, co przebija w tle, znacząco rzutuje, ale nie sprowadza do samego siebie całego człowieka i jego aktywności…

Tradycyjnie zaznaczam sobie co poniektóre fragmenty − bo moje życie to w dalszym ciągu głównie historie innych

  

Przypominam sobie, z jaką intensywnością jakiś czas temu oglądałem absolutnie fenomenalny, trzyczęściowy film fabularno-dokumentalny Mannowie − powieść stulecia (Niemcy’2001, reż. Heinrich Breloer), jaką psychodramą były dzieje tej rodziny. A w centrum tego świata On − tak mały w swej wielkości, bezduszny, obłudny, skryty, zalękniony, łasy pochlebstw i zaszczytów. Jak ogromnie go kocham za to wszystko…  

  

niedziela, 12 kwietnia 2009
591. O Wielkanocy jako (nie)powszedniej niedzieli - czyli Ateizm mimo wszystko katolicki...

   

                    „ten Człowiek

                    syn boży

                    jeśli umarł

   

                    zmartwychwstaje

                    o świcie każdego dnia

                    w każdym

                    kto go naśladuje”

                                        [Tadeusz Różewicz].

  

czwartek, 09 kwietnia 2009
590. O Autora "pierwszym razie" z dziewczyną...

 

Kolejny spotkaniowy dzień (jak do tej pory każdy miesiąc tego roku w takowy „obfitował”), kolejne miłe odczarowywanie wirtualnego. Zapisuję dzień po, bo trzeba było po wszystkim ochłonąć, w pamięci własnej jakoś to zakorzenić i wówczas dopiero czytelnikom sprzedać.

Ania wraca z Paryża specjalnie przez Wrocław. Idziemy na lody, potem długo siedzimy na ławce w Parku im. M. Kopernika, zaliczamy Wzgórze Partyzantów, ogrody Ossolineum i Papieskiego Wydziału Teologicznego, mijamy tłumy pijących piwo i opalających się na Wyspie Słodowej studentów, o wszystkim otwarcie rozmawiamy… Wracam do domu bogatszy o coś więcej, niż „tylko” paryskie prezenty: pocztówkę z Urizenem stwarzającym świat Williama Blake’a, reprodukcję plakatu Librairie Romantique (1887), szczegółowy plan Luwru i… najnowszy zapach męski Yves Saint-Laurenta. Co ja takiego mam do zaoferowania, że sobie na to wszystko zasłużyłem?…

  

I co też mogliście sobie pomyśleć, czytając tytuł tego wpisu?...

  

środa, 08 kwietnia 2009
589. "Les fleurs du mal" - czyli Zbrodnia i kara...

   

               MAMKA:

               (…) Pożerana trwogą,

               Wspaniałość twą nieznaną ukrywasz dla kogo

               I czczy sekret twojego bytu?

   

               HERODIADA:

                                                       Dla mnie samej.

   

               MAMKA: 

               Smutny kwiat, co sam rośnie i nic go nie mami

               Oprócz własnego cienia nad wód monotonią

                              [Stéphane Mallarmé, Herodiada. Przeł. R. Matuszewski].

  

Nie przejmował się brakiem potencjalnych choćby absztyfikantów − wmawiał sobie, że umyślnie ich do siebie nie dopuszcza, że i tak żaden z nich nie będzie takim, jaki być powinien, że on jest ponad takie potrzeby. Aż nieoczekiwanie znalazł to, co miało w ogóle nie zaistnieć − i zrozumiał, jak straszliwą pokutę za swój grzech przyjdzie mu odtąd ponosić…

  

„Tak zrażał sobie Narcyz wszystkie nimfy zewsząd, i te, co z fal, i te, co z gór pochodzą. Tak i chłopców odrzucał. Wreszcie jeden wzgardzony wzniósł ręce do nieba mówiąc:

Niech i on kocha, nie będąc kochanym

               [Publius Ovidius Naso, Metamorfozy. Przeł. A. Kamieńska].

  

wtorek, 07 kwietnia 2009
588. "Cały niczym marmur, jak skała niewzruszony" - czyli "Sin of self-love"...

  

„Zarozumiały straszliwie; wyobraża sobie, że nadziany jest wszelką doskona-łością, i wierzy święcie, że kto nań rzuci okiem, zaraz wpada w uwielbienie”

          [William Shakespeare, Wieczór Trzech Króli. Przeł. S. Barańczak].

   

                                             „(…) zdrów zupełnie,

                    Gładki jak marmur i twardy jak skała”

                                             [idem, Makbet. Przeł. S. Barańczak].

  

Duma, co była odpowiedzią na wyzwiska rówieśników i społeczne odrzucenie; tworzenie własnych światów wobec nieprzystawania rzeczywistości do osobistych wyobrażeń...

Zwracanie się ku sobie w poszukiwaniu tego, co nie do znalezienia w życiu − samouwielbienie jako lekarstwo na krańcową samotność. Jałowość tej iluzji bez uzasadnienia w talencie, urodzie, drzemiących możliwościach. Chłód serca, przyzwyczajonego jedynie do siebie samego − nieprzystępnego, w wiecznym oczekiwaniu, w tęsknocie za ideałem, w niczym nieznajdującego ukojenia… 

   

                    „Grzeszna miłość do siebie samego pomału

                    Owłada moim wzrokiem, duszą, całym ciałem;

                    Nie masz na grzech ten leku ni konfesjonału − 

                    Tak mu się w moim sercu zakorzenić dałem. 

                    Nie widzę nigdzie twarzy tak jak moja wdzięcznej,

                    Postaci tak foremnej, zalet tak rzetelnych,

                    I powtarzam sam sobie już po raz tysięczny, 

                    Że w niczym nie dorówna mi nikt ze śmiertelnych”

                                             [idem, Sonet LXII. Przeł. S. Barańczak].

  

 
1 , 2
Archiwum
Tagi