~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
czwartek, 29 kwietnia 2010
776. "Solidarni 2010"...

  

Ludzie stali godzinami w kolejce do trumny prezydenta, przerażeni, rozmodleni, i do kamery złorzeczyli mordercom-Rosjanom, premierowi, co ma krew na rękach i, rzecz jasna, „Gazecie Wyborczej”, która judzi tylko, naród niszczy. To połączenie egzaltowanej pobożności i deklarowanego katolicyzmu z nienawiścią do wszystkiego, co różne od nas, odmawianiem innym polskości, patriotyzmu, człowieczeństwa, z najordynarniejszą bezczelną głupotą – od dawna mnie na swój sposób intryguje. I przeraża ogromnie – zwłaszcza że nie jest to dla mnie świat znany wyłącznie z telewizyjnych ekranów…

  

wtorek, 27 kwietnia 2010
775. "Po cichu, po wielkiemu cichu"...

  

Co kilka tygodni spotkania części osób z pracy w kolejnych miejscowych lokalach – rozmowy, głośne śmiechy, smakowanie drinków. W ostatni piątek znowu they were all there, except me. Byłem cały dzień we Wrocławiu, zupełnie zapomniałem, lecz przecież nie o to chodzi. Nie zamierzałem przychodzić i było to z góry wiadomo. Zawzięcie unikam mówienia o swojej prywatności, o życiu poza biurem (nie chcę też słuchać, że inni mają takie życie) – wiadomo tylko o mym mieszkaniu z rodzicami (widocznie tak mi tam dobrze) i że (jak to możliwe?) nigdy nie zapaliłem papierosa. I że raczej nie piję. Więcej nie mam czym się pochwalić, choć pewnie bardziej obawiam się pewnych pytań. Zwłaszcza, że wciąż zdarza mi się tam płakać w toalecie…

W domu też stan czujności, napięcia, przeciągłego ukrycia – kilkukrotne w ciągu dnia chowanie notatek z lektur, noszenie ze sobą pewnych kartek i przenośnych dysków, przekładanie wciąż z torby do torby, okna dodatkowe w Internecie przesłaniające to, co pod nimi. I tu, i tam próby uśmiechu, żartów, uśmiechania się, zachowywania normalnie. Pod spodem jednak krwawienie…

  

„Niedomogi jego przejawiają się fizycznie w stanach depresji, okresach bezsenności i w bólach nerwowych, psychicznie okresowo w melancholii, gwałtownej potrzebie samotności, lęku przed obowiązkami i odpowie-dzialnością, przypuszczalnie również w myślach o samobójstwie. Tak ciężko upośledzony, człowiek ten utrzymuje się medytacją i wielką dyscypliną wewnętrzną dzielnie w ryzach, do tego stopnia, iż większość ludzi z jego otoczenia nie ma nawet pojęcia, jak poważnie cierpi, zauważając jedynie ogromną jego nieśmiałość i zamknięcie w sobie”

            [Hermann Hesse, Gra szklanych paciorków. Przeł. M. Kurecka].

  

niedziela, 25 kwietnia 2010
774. Lord Paradox (I)...

  

Co zaskakuje bardziej – że starsi ode mnie często piszą infantylniej, czy że młodsi potrafią lepiej i dojrzalej? Problemem jest tylko to drugie…

  

Seks, namiętność, pożądanie… W coraz większym stopniu wydaje mi się to sferą niedostępną, niemożliwą dla mnie do zaznania i spełnienia (a przynajmniej bez szeregu upokorzeń ducha i ciała). I może dlatego właśnie (zamiast pogodzenia) narasta pragnienie, myśli (nawet zachowania) wirują ciągle wokół jednego tematu. Żadnej jednak z tego przyjemności…

  

piątek, 23 kwietnia 2010
773. Gifts and Benefits...

  

Pierwszy raz od końca stycznia urlopowo – jak co miesiąc, tradycyjnie, we Wrocławiu, u fryzjera i w księgarniach, spacerowo. Chłodny wiatr, chustka na szyi, tubylcy plażowo. Dzień Światowy Książki dzisiaj, 3 za 2 w Empikach: spędzam godzin kilka w dwóch (każdy dwukrotnie) zwiedzonych, z listą wcześniej sporządzoną, przemyślaną. Szykowałem się na trzy Beevora (Stalingrad, Berlin, Hiszpania), znów nie mogłem Chwina Samobójstwa… i Boguckiej Kultury… namierzyć, zaczytałem się w Gombrichu, szukałem Tazbira, a wyszedłem z Shalev, Sebaldem, Jelinek. W międzyczasie jeszcze szary T-shirt z białym wzorem i najwęższe w życiu, pełne wątpliwości spodnie. Po dziesięciu godzinach na nogach wreszcie w domu, patrzę na sprawione sobie dwa dni po imieninach prezenty…

  

Chyba jednak coś zamówię jeszcze przez Internet – to ostatni (oby!) rok, gdy mi fiskus zwraca wszystkie pobrane zaliczki. Tak to, zarabiając poniżej minimum, od trzech lat w ogóle nie płacę podatków…

  

środa, 21 kwietnia 2010
772. Pride and Glory...

  

Grossmana kończę wieczorami, w dni powszednie, po powrocie z pracy – po odgrzewanym obiedzie, pozmywaniu naczyń po wszystkich domownikach, komputerowej lekcji angielskiego, po kolacji, gimnastyce i kąpieli; każdy dzień tak wygląda i tylko z tego się składa…

Z kolejnymi rozdziałami sceny, motywy i zdania robiące coraz większe wrażenie. Wszystko, co najszlachetniejsze w tej najbardziej humanistycznej z literatur, najlepsze wzory Tołstoja i Czechowa, odwaga rosyjskiego niezależnego myślenia i bezlitosne, szerokie jak nigdzie oskarżenie systemu – zawarte zostało na tych prawie dziewięciuset stronach XX-wiecznej Wojny i pokoju. Trudno nawet wyobrazić sobie, pomimo gorzkiego tonu powieści, pełniejszą pochwałę Dobra, Prawdy i Wolności – i trudno w losach samej, skazanej przed laty na zapomnienie, książki nie dostrzegać triumfu Słowa, Świadectwa nad Losem i Zakłamaniem; Indywidualizmu, przed którym ukorzyć się muszą najokrutniejsze totalitaryzmy lub też na dobre, za wszelką cenę dla własnego przetrwania, go złamać...

Sumienie – pole równie zaciętej bitwy co stalingradzkie okopy…

  

„Wszystko, co żywe, jest niepowtarzalne. Nie do pomyślenia są dwaj dokładnie tacy sami ludzie, dwa takie same krzaki dzikiej róży… Życie zamiera tam, gdzie przemoc stara się zatrzeć jego niepowtarzalność i swoiste cechy. (…)

Wspólnotę ludzkich działań uzasadnia w końcu tylko jeden główny cel: wywalczyć dla ludzi prawo do bycia różnymi, odrębnymi jednostkami, żeby mogli po swojemu, każdy inaczej, czuć, myśleć, żyć na tym świecie.

Żeby wywalczyć takie prawo, obronić je albo rozszerzyć, ludzie się jednoczą. Wtedy jednak rodzi się straszliwy, ale potężny przesąd, że właśnie owo zjednoczenie – w imię rasy, Boga, partii, państwa – jest nie tylko środkiem, ale i celem życia. Nie, nie, i jeszcze raz nie! W człowieku, w jego skromnej swoistości, w jego prawie do niej tkwi jedyny, prawdziwy i wieczny sens walki o życie”

                        [Wasilij Grossman, Życie i los. Przeł. J. Czech].

  

niedziela, 18 kwietnia 2010
771. ..."et lux perpetua luceat eis"...

  

Na odległość, choć tak zarazem mocno, bezpośrednio (żal jednak, że nie bliżej, tam, choćby przez krótki moment), wciąż w oszołomieniu pewnym, we wzruszeniu. Wczoraj w Warszawie pożegnanie, dzisiaj w Krakowie pogrzeb – podwójny, królewski, pierwszy z dziewięćdziesięciu pięciu. Trudno to ciągle ogarnąć, trudno w tym nie uczestniczyć. Pierwszy akt się dokonał, a przecież to ledwie początek

   

                    „Nie, nie pod obcych gwiazd korowodem,

                    Nie pod skrzydłami nieojczystych sił,

                    Z moim podówczas byłam narodem,

                    Tam, gdzie mój naród, na nieszczęście, był”

                                        [Anna Achmatowa, Requiem. Przeł. L. Lewin].

   

19:42, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
sobota, 17 kwietnia 2010
770. Between...

  

Rok temu, co do dnia, wsiadłem w pociąg do Warszawy, skąd wróciłem po trzech najwspanialszych w swym życiu tygodniach (dziś ponownie, ze wzruszeniem, odczytuję zapisane wówczas strony). Za rok zamierzam, chciałbym znowu tam pojechać – i ma to być już podróż w jedną stronę. Tylko po to się tak staram, rano wychodzę do pracy, ciułam co miesiąc te 1122,30 zarabianych złotych. I czekam na koniec lipca, gdy kończy się moja umowa. Strach pomyśleć nawet, co się stanie, jeśli nie zostanie przedłużona…

  

19:29, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 15 kwietnia 2010
769. Spectres in the Fog...

  

Od miesięcy już, świadomie lub bezwolnie, kładąc się do snu i budząc rano, wyobrażam sobie leżącego obok chłopca – jakby było, gdyby tak choć raz z tym drugim, jakby było, gdyby z nim już zawsze. Mówię mu „dobranoc” lub „dzień dobry”, widzę ciało przezroczyste, niekonkretne (czasem tylko twarz wyraźna, znane imię – tak wspomnienie zabronione się kołacze), usiłuję objąć ręką i przytulić, i całować się, ocierać, dotknąć. Mgła się zaraz wplata między palce, gdzieś ulata, się rozwiewa, znika. I jak On jest tylko cieniem, widmem pragnień, tak i wizja, co się w łóżku robi, nie sięga daleko. Stąd też żadnych snów, wielkich uniesień i przebudzeń mokrych. Nawet tego nie, nawet tu kalectwo…

A pomimo to ogromne, ściskające za gardło pragnienie – chęć kochania większa może nawet, niźli sama miłość… 

   

                              „Póki Co

                              głosisz

  

                              pewną ogólną

                              Prawdę

   

                              Znaną powszechnie

                              jako pożądanie”

                                        [Allen Ginsberg. Przeł. P. Sommer].

  

poniedziałek, 12 kwietnia 2010
768. Kwestia smaku...

 

Ten hipnotyzujący przejazd prezydenckiej trumny z lotniska do Pałacu, wstrząsający obraz towarzyszących mu podczas tej drogi tłumów, padających pod koła samochodu kwiatów (i tylko masowe fotografowanie konduktu aparatami w telefonach wprowadza jakiś dysonans – cóż to za funeralne pamiątki? co za atrakcje dla krewnych i potomnych?). Teraz dopiero zaczynam wierzyć – nie, zaczyna do mnie powoli docierać – że TO naprawdę się dwa dni temu wydarzyło…

  

Czy śmierć człowieka stawia w innym świetle jego życie, poglądy, działania? Czy należy żałować swojej wobec niego krytyki? Czy zasada „o zmarłych dobrze albo wcale” prowadzi wprost do apologii, a męczeństwo wystarcza do przepustki na Wawel? Czy prawicowi publicyści muszą teraz łaskawie rozgrzeszać polski naród, bo wreszcie stara się on, rzekomo, odpokutować swoją wobec Lecha Kaczyńskiego winę? I czy na pewno mówiąc tak – się mylą?...

Nie wyrzekam się, wypowiadanych nawet tu, opinii. Ale też, autentycznie poruszony, z szacunkiem wielkim chylę w milczeniu głowę…

  

Gdy spada „bezcenny kapitel ciała / głowa” [Zbigniew Herbert] w pamięci najwyraźniej ostają się symbole, pojedyncze gesty i wypowiedziane słowa. Z bardzo dobrych dwóch kadencji Aleksandra Kwaśniewskiego zostanie pijackie chwianie się nad grobami w Charkowie; z miernej zaś prezydentury Lecha Kaczyńskiego – śmierć w płomieniach w drodze na mogiły w Katyniu. I tak jak należała mu się sromotna przegrana w tegorocznych wyborach, tak zasługuje on obecnie na najwyższe hołdy. Ot, kolejne z polskich paradoksów – i równie dobrze niesłuszne to uproszczenia, jak sprawiedliwe osądy…

  

sobota, 10 kwietnia 2010
767. Polonia decapitata...

  

Wciąż trudno wyjść z zaskoczenia, tak ta podsmoleńska tragedia wydaje się niemożliwa, nie do pojęcia, tak absurdalna i dla państwa paraliżująca. Staram się czytać od dawna upragnioną książkę, bo to w końcu weekend, czas po temu jedyny, a i od kilku miesięcy odczuwam swoiste obrzydzenie do serwisów informacyjnych, jednak nie da się w pełni uciec od światowego newsa dnia. Nie można, nie chce się i nie wypada. Bo nawet oglądany na żywo 9/11 nie wywarł na mnie podobnego wrażenia… Jakiś okrutny fatalizm tego przeklętego Katynia, powtarzającego się, toutes proportions gardées, teraz, na nowo, po siedemdziesięciu latach – właśnie tam, na nieludzkiej ziemi, w tygodniu polsko-rosyjskiego pojednania, na które – cieniem? nadzieją? spoiwem? – kładzie się nowa krew…

Jakżeż ta rzeczywistość nie daje się nigdy przewidzieć, jak rujnować potrafi wszelakie plany, nadzieje, kalendarzowe zapisy. I jak ostatecznie nad wszystkim przechodzi się do porządku. Życie i los, czytam dalej…

   

środa, 07 kwietnia 2010
766. Awakening...

  

Zazieleniać się zaczyna, budzić już, przygrzewać. Piłki skaczą i kozłują na szkolnych boiskach, migają też krótkie spodenki (nieco wcześnie jeszcze chyba na nie, lecz tym bardziej wzrok się zatrzymuje). Przy fontannie osiedlowej młodzież okupuje ławki – pary ściskających się za biodra gówniarzy (co oni w sobie widzą? jakim cudem zaczynają tak wcześnie?), z koleżankami dziewczęta, chłopcy z najlepszymi kumplami. I pomyśleć tylko, że w miasteczku całym nie mam ani jednej osoby, z którą mógłbym i chciał porozmawiać…

  

Ostatni etap półgodzinnej drogi do fabryki po prawej ma namiastkę lasu, po lewej zaś działki. Albo na odwrót, gdy wraca się do domu – jak dni temu kilka, gdy dobiegł mnie rechot całej grupki, ich słyszalne za plecami wskazywanie sobie wzajem „cioty”. Dziś kolejni na tej samej ścieżce, ale bliżej już, z naprzeciw nadchodzący. I prychnięcie kpiarskie przy mijaniu jeszcze innych, wczoraj. Zapomniałem nieopatrznie, jak gdzieś ściska w środku, gdy się widzi kilka osób i przejść trzeba obok. Przed oczami zaraz staje, trwający przez lata, koszmar szkolnych korytarzy, wraca strach przed ludźmi, rozwiewają się złudzenia co do tego środowiska, miasta, kraju...

Te sylwetki majaczące w perspektywie obrośniętej drzewami alei… Może prościej będzie odtąd chodzić naokoło…

  

Tagi: homo
20:04, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 04 kwietnia 2010
765. Ceremonie...

  

Dwa razy do roku ten sam, uparty rytuał sprzątania, zakupów, gotowania – przede wszystkim zaś szalonych nerwów, przekleństw, kłótni, palpitacji serca. I zawsze, nieodmiennie jedno z drugim, tak by nie skrywać nawet panującej wokoło obłudy. Jeszcze by tego brakowało, by ktoś nas w dni owe odwiedzał. Bo cóż my właściwie świętujemy? – kwadrans mięsnego śniadania, przyzwyczajenie jednej ledwie z trzech osób, by przedpołudnie niedzielne spędzać regularnie w kościele…

Podskórnie gdzieś boję się ciągle dni wolnych, przerw w pracy, weekendów. Tych potencjalnych ich pytań i rozmów, ust otwierania konieczności. Widzę swoje skulenie, rozedrganie, oczekiwanie na atak, gdy mam pozostać w domu. Już setki razy zdarzyło mi się podskakiwać ze strachu, dostawać niemal zawału, gdy mama wchodzi do pokoju, a ciszę przerywa ton jej głosu. Jakoś mi się to z innymi nie zdarza. Przewrażliwione dziecko, lecz przecież z jakiegoś powodu. Strach, stres, napięcie, łzy i poniżenie – jedyne skojarzenia z katolicką rodziną. Tylko czytana właśnie powieść o kurestwie i burdelach w wiktoriańskim Londynie daje mi pewne wytchnienie…

  

W myślach klnę w najordynarniejszy sposób i wyzywam od wszystkich diabłów. Coraz mocniej walę się pięściami w tył głowy. Tak tylko mogę się szybko uspokoić. Dobrze, że nie wiedzą, jak złym, wściekłym, zepsutym (nie w sensie seksualnym, niestety, bo to mi się choćby raz jeszcze nigdy nawet nie przyśniło – choć z drugiej strony moje skłonności to przecież dla nich szczyt plugastwa), okropnym jestem człowiekiem, bo już i teraz ich rozczarowanie musi być ponad siły. Moje także dawno temu przebrało wszelką dopuszczalną miarę...

  

„Kto wie, do czego jestem jeszcze zdolny (…). Wiem tylko, że jestem zdolny do niewyobrażalnie okrutnych rzeczy i muszę się powstrzymywać, żeby tego nie robić. (…)

Wewnętrznie Rainer całkowicie odłączył się od swojej rodziny, na zewnątrz tego jeszcze nie widać”

            [Elfriede Jelinek, Wykluczeni. Przeł. A. Majkiewicz i J. Ziemska].

  

19:45, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 01 kwietnia 2010
764. Sleeping Beauty...

  

Co jeszcze pozostaje z Krakowa w pamięci – to ten mój pierwszy w życiu hotel, nasza wspólnie, na sąsiednich łóżkach, spędzona noc i szwedzki bufet tamże na śniadanie. Przypominam sobie te jej przez sen urocze westchnienia, to, jak słodko wyglądała w pościelowym rozgardiaszu, nieuczesana, z zaspanymi, zmrużonymi oczami. Długo nie mogła zmusić się do wstania, a mnie wciąż kusiło, by na nią z uśmiechem popatrzeć…

Jakie to wszystko normalne i zwyczajne, doświadczać podobnych rzeczy wraz z drugim człowiekiem – w moim zaś przypadku to wciąż tak wyjątkowe i niezapomniane…

  

Tagi: kobiety
19:23, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
Archiwum
Tagi