~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
czwartek, 28 kwietnia 2011
938. Good morning, bezrobocie!...

  

Ostatni dzień w pracy okazał się udany i nadzwyczaj miły. Poczęstunek z przyrządzonych w domu karpatki i wafla z masą czekoladową wszystkim smakował, a mój pożegnalny mail z osobnym wyróżnieniem dla kilkunastu najbardziej lubianych osób wzbudził powszechne uznanie. W ramach podziękowania za współpracę dostałem pióro Parker, luksusową bombonierkę i… specjalnie wybrany przez siebie model fallicznej w kształcie preformy (butelka przed wydmuchem), tak żeby do Warszawy udać się w pełni „zabezpieczonym”. Taka pamiątka z jednej branży i żartobliwa aluzja do tej innej, drugiej – naprawdę pomysłowe. Niedawny, poprzedni przełożony nawet nie raczył się pojawić; niektórzy zaś, wzruszeni, nie mogli wprost uwierzyć, że to koniec. Na bramie oddaję przepustkę, a jutro jadę odpocząć do Krakowa. Kolejny rozdział życia mam zamknięty…

  

Tagi: praca
19:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 27 kwietnia 2011
937. Hollywoodland...

  

Idę zrobić drobne zakupy na jutrzejsze pożegnanie z firmą. Na tekturowych tablicach, przyczepionych do kolejnych trzech latarni wzdłuż drogi naprzeciw 300-setnego marketu Tesco w Polsce, napisał ktoś czarnym flamastrem wielkimi literami: „Kocham Cię, Aga”, „Przepraszam i proszę”, „daj nam szansę!”… Myślałem, że takie rzeczy to jedynie w romantycznych filmach

  

Tagi: praca
21:15, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 24 kwietnia 2011
936. Triduum paschalne...

  

Trzy dni świątecznego lenistwa przed trzema ostatnimi dniami w pracy. Wielkanocne śniadanie dla trzech osób – 14 talerzy, 8 widelców, 4 ciasta. Mniej chyba nerwów, stresu niż w ostatnich latach – bez udawanych życzeń, aluzji i wycieczek pod adresem osobistym. Z ich pogodzeniem się z myślą, że mam odejść; ze wspólną świadomością, że rozejście nastąpiło dawno temu. Niemal jak ulga, że nareszcie uwolnimy się od siebie – może dlatego teraz (w końcu!) miło i przyjemnie…

  

               „(…) oto czym jesteśmy, trojgiem ludzi, nie żadną rodziną”

                    [Zeruya Shalev, Mąż i żona. Przeł. A. Jawor-Polak].

  

21:22, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 21 kwietnia 2011
935. Happy-Go-Lucky...

  

Na imieniny, oprócz dwóch wielkich, ulubionych od dzieciństwa czekolad z orzechami i stu złotych, dostaję przyjazd A. do Polski. Za tydzień znów będziemy razem w Krakowie… To będzie też koniec mojej pracy – sam nie wiem, czego bardziej nie mogę się już doczekać!...

Odkrywam, że w pobliżu kurnika, do którego nas przeniesiono, zamieszkuje sobie lis – przechadza się codziennie po przydrożnym wale, za którym, w oknie na wprost mego biurka, widnieją rurociągi i wielki komin fabryczny. Dzisiaj widziałem też merdającą ogonkiem pliszkę, a w poniedziałek biegnącego zająca. Słońce przygrzewa jak w lipcu, chłopcy jeżdżą na rowerach w krótkich spodenkach, dziewczyny noszą bluzki na ramiączkach. Drzewka owocowe kwitną, ptaszki śpiewają, a ja nie mogę przestać się do siebie uśmiechać… Łapię się wciąż na tym, że w drodze do domu próbuję chwycić Ją za rękę, jak gdyby – wyimaginowana szła tuż obok. Kiedy Jej zresztą przy mnie nie ma?…

  

„Okazało się, że do tego, by doświadczyć uczucia, którego dawniej nie znał – szczęścia – nie potrzeba ani widzenia, ani myśli, ani słów” 

                       [Wasilij Grossman, Życie i los. Przeł. J. Czech].

  

środa, 20 kwietnia 2011
934. Disce, puer...

  

Łączą z mężczyzną mówiącym po rosyjsku, chcącym złożyć komuś ofertę na dostawę jakiegoś surowca. A ja nie potrafię wydusić ani jednego pełnego zdania, zacinam się na każdym słowie, zapominam utartych formuł i terminów, popadam w irytujące milczenie… Piętnaście lat nauki języka, w tym dziewięć na uniwersytecie, połowa mego życia – i wszystko poszło się jebać…

Że sam nie potrafię – wiem od dawna. Ale że podstawówka i liceum brały mnie za prymusa, uczelnia zaś prawie przyznała mi doktorat? Całą tę polską edukację i pseudonaukę można spokojnie by zaorać…

Szkoła, rodzina, Kościół. Niech nie zostanie z tego kamień na kamieniu...

   

Tagi: praca
20:25, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
933. Kandydaci do ręki i serca...

  

Jak tu wybrać, gdy nie wie się, czego chce, a nawet – co bardziej się podoba. Gdy wiedza o tym czymś – jak wygląda, co mieć powinno – dopiero teraz doraźnie i pobieżnie zdobywana, a moc nie zawsze idzie w parze z estetyką. Biały lub czarny, piętnastka czy od razu siedemnastka? Sony Vaio, Toshiba albo Samsung. Ten strach, że największy w życiu i pierwszy taki wydatek okaże się pomyłką, szybkim rozczarowaniem. Ma to być przecież mój towarzysz, partner i powiernik na najbliższe lata; miłość tyleż z rozsądku, co od pierwszego wejrzenia…

  

21:10, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 16 kwietnia 2011
932. Consummatum est...

   

Powiększająca się dziura w spodniach pod prawym pośladkiem, kolejny raz urwany pasek przy torbie na ramię, pęknięta podeszwa, przez którą stopa chłonie deszczowe kałuże – ktoś jeszcze ma złudzenia co do mojej rzekomej elegancji i schludności?…

Wyprawa na zakupy zatem – cały dzień w czterech galeriach handlowych, przed lustrami, w przymierzalniach, na kolejnych piętrach; tracenie orientacji – skąd się przyszło, gdzie już weszło, co mierzyło. Szukanie, porównywanie, odrzucanie. Wszystko za duże, za brzydkie, za drogie. Przyglądanie się innym – skąd ludzie biorą te ubrania, w których sklepach można takie dostać? Pięty zdarte do krwi, zagłodzony żołądek, kupione jakieś tanie czarne buty zamiast białych. Dżinsów żadnych, obejrzanych dość pobieżnie parę komputerów, apetyt na jeden kapelusz. Numer telefonu i oferta „zrobię laskę” wydrapane na drzwiach toalety w Arkadach. Hasło „pedał” usłyszane za plecami na schodach ruchomych, gdy ja w górę, grupa zaś młodych chłopców na dół. Mnóstwo krótkich spodenek na słonecznych ulicach, męskich nóżek...

Nikt mi dzisiaj wieczorem nie wmówi, że dzień się nie udał…

   

„(…) smakowałem czasami przyjemności konsumpcji, którymi nasza epoka przewyższa wszystkie poprzednie. Można w nieskończoność sprzeczać się, czy ludzie byli, czy też nie byli bardziej szczęśliwi w ubiegłych stuleciach; można komentować zanik praktyk religijnych i uczuć miłosnych, dyskutować wady i zalety tej sytuacji; przywołać narodziny demokracji, utratę poczucia sacrum, rozpad więzi społecznych. (…) Można nawet podać w wątpliwość postęp technologiczny i naukowy, odnosić na przykład wrażenie, że ceną za udoskonalenie technik medycznych był wzrost kontroli społecznej i całkowity spadek radości życia. Tyle tylko, że jeśli chodzi o konsumpcję, wyższość XX stulecia była nie do podważenia: nic, w żadnej innej cywilizacji, w żadnej innej epoce, nie mogło się równać z jaskrawą doskonałością współczesnego centrum handlowego funkcjonującego pełną parą”

            [Michel Houellebecq, Możliwość wyspy. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

środa, 13 kwietnia 2011
931. Nuda veritas...

  

Propozycja pozowania do aktu kursantom na zajęciach z rysunku. To jak ten telefon sprzed ponad roku, z zaproszeniem na test kwalifikacyjny do Agencji Wywiadu – odmawia się uprzejmie, chcąc chronić swą prywatność, a potem długo o tym myśli. Bo rzeczywiście: stanąć tak wobec wszystkich, odrzucić wraz z odzieżą swoje maski, nie mieć już za czym się schować, obiektem stać, się u-przedmiotowić – może być lepsze na egocentryzm lekarstwo?...

  

Tagi: homo praca
09:14, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
930. Rocznica (III) - Koda...

  

„(…) pamięć polska tonie we łzach, tonie we krwi. Naród bije się pejczem po plecach i jest mu tak dobrze, tak swojsko. Kiedy bawi się zbyt dobrze, to zaraz pospiesznie wyciąga z kieszeni pogniecione zdjęcia jakiejś masakry i wymachuje tym przed oczami. I od razu lepiej, jesteśmy w domu, wśród trupów niedopalonych, zamachów i spisków. Mamy nawet swoją mgłę, która służy nam co chwila do eliminacji jednostek wybitnych, do zagłady narodu. Nie chcemy przyznać tylko, że sami mgłę produkujemy z naszych chorych wyobrażeń o tym, czym ma być pamięć, czym ma być historia. Mgła osnuwa nam resztki horyzontu, w jej puchatej konsystencji chowamy się bezpiecznie i mościmy w znanym nam dobrze obrządku męczeństwa.

Taka mgła jest dobra na paranoję, (…) konserwuje ją i podlewa. Z niej wychylić się trudno, wystawić głowę i krzyknąć: Przed nami jakiś ląd, przed nami jest coś nowego. O nie, wówczas rozlega się ton oskarżycielski: Zapomnieć chcą, zwyrodnialcy. Ale pamięć to nie guma przyklejona do podeszwy, to nie irytująca mucha. Nie wyrzut sumienia ograniczający poruszanie się do przodu. Gdzieś tu musi być równowaga.

(…) zbyt wielu naszych rodaków »pamięta« ze strachu przed przyszłością

          [Sylwia Chutnik, Niepotrzebna pamięć, „POLITYKA” 2011, nr 13].

  

19:55, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
niedziela, 10 kwietnia 2011
929. Rocznica (II) - Polifonia...

  

Katastrofa smoleńska stała się tematem roku. Była źródłem głębokich, szlachetnych przeżyć, ale i zacietrzewienia, kanwą setek domysłów, hipotez i oskarżeń. Mieszały się bez ładu i składu sprawy techniczne, polityczne, ideowe, symboliczne i bez mała metafizyczne. Ta mieszanka musiała w końcu doprowadzić do poznawczego chaosu, stanu, w którym zaginęła racjonalna hierarchia ważności spraw i przyczyn.

Zupełnie serio zaczęto rozważać, że nie doszłoby do katastrofy, gdyby nie dwie wizyty, gdyby nie wojna polsko-polska, szkalowanie prezydenta Kaczyńskiego, którego rzeczywista wielkość ukazała się po śmierci. Nieważna stała się mgła, chyba że z rosyjskich agregatów, nieistotne złe decyzje w powietrzu i na ziemi, chyba że rosyjskich kontrolerów. Trwała licytacja na lepszą i gorszą pamięć, o to, kto dłużej smuci się po przyjaciołach. Zaistniał wymuszony i nieprawdziwy podział na – jakkolwiek by to przykro zabrzmiało – wdowy rządowe i opozycyjne, na wrażliwych i nieczułych, na spłakanych i szyderców, na obrońców krzyża i barbarzyńców.

Te wszystkie kwalifikacje były i są sztuczne, podszyte polityczną, wyborczą walką, oderwane od pierwotnych uczuć, jakie towarzyszyły tragedii przez pierwsze dni po 10 kwietnia zeszłego roku. Niesamowita, kamienna, a zarazem dobrotliwa twarz Jarosława Kaczyńskiego, przejmujący cichy dramat córki zmarłego prezydenta, niezwykle poruszający przejazd karawanów z trumnami Lecha i Marii Kaczyńskich przez Warszawę, wzruszające słowa Tuska na lotnisku: »długo na was czekaliśmy, nie tak mieliście wrócić« – to jeszcze było wspólne przeżycie, wszyscy mieli kod dostępu.

Ale PiS szybko zaczęło wydawać licencję na smutek. Kto nie chciał uczestniczyć w symbolicznej przesadzie, w spiskowym szaleństwie, stawał się zdrajcą, człowiekiem na usługach Moskwy. Nie miało się prawa do przeżywania, jeśli nie podobał się film »Solidarni 2010«, jeśli nie akceptowało się hasła o krwi na rękach władzy, jeśli miało się choć chwilę wahania przy Wawelu. Rozeszły się zupełnie poziomy wrażliwości, poczucia smaku i przyzwoitości. Znowu ujawniły się dwa plemiona, oba polskie, ale sobie obce. Zaczęły się dyskusje, jak wielki ma być pomnik i w jakim miejscu postawiony jest w stanie oddać ogrom odczuć po tragedii, ile pamiątkowych tablic po zmarłych zaspokoi potrzeby żyjących. I wreszcie niekonsekwentne szukanie winnych: tylko po stronie rosyjskiej, aby Polacy pozostali czyści, ale nie wszyscy, bo obecna władza jest w gruncie rzeczy niepolska. Zawinili wszyscy, tylko nie ci, którzy lecieli – tak można streścić ten osobliwy pogląd.

To był ogólniejszy trend. Miesiąc po miesiącu katastrofa oddalała się od lasu koło lotniska Siewiernyj i przenosiła do polskiego piekła. Padło sakramentalne pytanie, kto zaczął tę wojnę, kto kogo pierwszy obraził i zbezcześcił. Wrak symbolicznie utknął przy Krakowskim Przedmieściu. Po czczeniu zmarłych nastała żałoba drugiego stopnia. Zaczęto czcić czczenie, wzruszać się tamtym pierwotnym wzruszeniem, upamiętniać pamięć. Miejsce przed prezydenckim pałacem stało się symboliczne podwójnie: jako wspomnienie po prezydencie, ale także po zabranym stamtąd krzyżu, po usuwanych zniczach. Pojawiały się – w opinii prawidłowo zasmuconych – kolejne warstwy zaprzaństwa. Narodziła się mitologia smoleńska, w której emocje były ważniejsze od faktów, a patriotyczne i religijne uniesienia, często na zasadzie moralnego szantażu, miały wzmacniać jedną, obowiązującą prawdziwego Polaka, wersję prawdy.

(…) Wiele wskazuje na to, że pierwsza rocznica katastrofy będzie emocjonalną kulminacją w wymiarze zbiorowym”

    [Mariusz Janicki, Jakie przyczyny, czyje winy, „POLITYKA” 2011, nr 15].

  

18:09, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
sobota, 09 kwietnia 2011
928. Rocznica (I) - Uwertura...

    

„Zacznijmy od tego na czym tablica była. Zacznijmy od tego wielkiego kamienia. Kazał go przywieźć na lotnisko w Smoleńsku gubernator Smoleńska Siergiej Antufiew. Żeby uczcić ofiary katastrofy samolotu polskiego prezydenta. Przed grudniową wizytą prezydenta Dmitrija Miedwiediewa w Polsce planował zawieszenie tam ufundowanej przez władze obwodu tablicy pamiątkowej. Chciał wykonać taki gest wobec Polaków, bo w Smoleńsku nam bardzo współczują.

Ale wcześniej zjawili się reprezentanci Stowarzyszenia Katyń 2010 z wdową po szefie IPN Januszu Kurtyce na czele. Mieli generator prądotwórczy, wiertarkę. Raz dwa przykręcili do gubernatorskiego kamienia swoją tablicę upamiętniającą tych, którzy zginęli w drodze na uroczystości ku czci ofiar »sowieckiej zbrodni ludobójstwa w lesie katyńskim«.

(…) Nawet ludzie ze Stowarzyszenia Memoriał, nasi najlepsi przyjaciele-Moskale, którzy zażarcie biją się o prawdę o Katyniu, oburzają się na słowo »ludobójstwo«. To jest przecież ściśle zdefiniowana kategoria prawna, pod którą Katyń nie podlega. To, jak wciąż powtarzają ci najbardziej nam życzliwi Rosjanie, była zbrodnia wojenna, czy zbrodnia przeciwko ludzkości.

Prezydent Miedwiediew nie może się skłonić przed napisem o »ludobójstwie«. W jego kraju podniósłby się krzyk, że się z nim godzi, że godzi się na wypłacanie Polakom setek miliardów dolarów odszkodowań. Przepadłby jako kandydat na kolejną kadencję. A wybory ma już za niespełna rok i konkurenta bardzo silnego.

Dzika awantura o tablicę pokazuje, jak bardzo nie rozumiemy tego, co się dzieje w Rosji. Choćby tego, że kraj ma wreszcie pierwszego przywódcę, który zdecydowanie chce skończyć ze stalinizmem. Nikita Chruszczow, który demaskował Stalina, chciał skończyć tylko z nim. Ale ze stalinizmem nie mógł, bo sam za udział w zbrodniach trafiłby pod ścianę.

A Miedwiediew bez wahania i chętnie przekonuje rodaków, że muszą się pozbyć dziedzictwa krwawego totalitaryzmu. Kilka dni temu publicznie przedstawiono opracowany przez doradców Miedwiediewa radykalny, może nawet zbyt idealistyczny, program destalinizacji życia Rosjan. Ale my w Polsce nie zauważamy jakie wściekłe ataki na ludzi prezydenta i samego gospodarza Kremla ten plan wywołał w jego kraju. Dla niektórych z nas Rosja to wciąż i niezmiennie zbrodnicze imperium, a jego przywódcy to kolejne wcielenia Iwana Groźnego i Iosifa Wissarionycza, którym trzeba śmiało przy każdej okazji i nawet bez niej wbić szpilkę czy przypiąć łatkę.

Tablica Stowarzyszenia Katyń 2010 od razu po jej zawieszeniu, jeszcze w listopadzie ubiegłego roku, wywołała skandal w Smoleńsku. Rosjanie, choć mieli powód, nie wszczęli jednak publicznej awantury z Polakami. Taktownie milczeli. Ale przeprowadzili śledztwo. Dwaj milicjanci, którzy pozwolili przykręcić tablicę, zostali zwolnieni ze służby.

A Rosjanie nie powinni byli zwlekać, tylko jak najszybciej w porozumieniu z władzami polskimi usunąć to, co bez ich zgody pojawiło się na gubernatorskim kamieniu. Czekali do ostatniej chwili. I zastąpili to, co im powieszono, swoim napisem – dwujęzycznym i już bez »ludobójstwa«. Zrobili tuż przed wizytą Anny Komorowskiej i dwa dni przed wizytą Komorowskiego i Miedwiediewa w Smoleńsku. Niestety w ostatnim, najfatalniejszym momencie, kiedy na lotnisku zjawiła się gromada polskich dziennikarzy i podniósł się krzyk. Krzyk niepotrzebny i niesprawiedliwy”

[Wacław Radziwinowicz, Tablica smoleńska. Kto kogo upokorzył?, „Gazeta Wyborcza” 9 IV 2011].

  

20:38, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
czwartek, 07 kwietnia 2011
927. "Nasza odmowa niezgoda i upór" [Zbigniew Herbert]...

  

Wczoraj w pracy wielkie pakowanie: opróżnianie szafek, szuflad, półek; dziesiątki kartonów, pudełek, torebek; setki segregatorów, katalogów, papierów – selekcja, co przydatne, co wynieść do archiwum; przewożenie części na nasze nowe miejsce. Dzisiaj zaś transport mebli – biurka, regały i szafy, kontenerki z szufladami, komódki i krzesła. Z niedoboru męskich (i w ogóle) rąk nie uniknąłem znoszenia tego po schodach, ładowania na przyczepę, wciągania wszystkiego do budynku przez okno (wózek widłowy podawał nam kolejne rzeczy na pierwsze piętro) i ustawiania na miejsce. Wygnani z eleganckiego biura do baraku, zabraliśmy wszystko, co się dało, zostawiając tych, którzy mają zająć naszą dotychczasową przestrzeń – bez niczego. I nawet zgrabnie nam udało się urządzić. Gdyby jeszcze pominąć łazienkę typu zaszczany pociągowy kibel bez ciepłej wody, brak zlewu w kuchni, nieszczelne okna i pogłos na open space, widok na wysypisko śmieci, sufit pomalowany jakąś olejną farbą i kryty azbestem dach – można by uznać te warunki za tymczasowo dopuszczalne…

  

Poza tym w firmie rewolucja – łączenie starych (ognia z wodą), tworzenie nowych działów, kadrowe przesunięcia i niesnaski; upokarzanie, zajeżdżanie najbardziej doświadczonych pracowników, krycie nowoprzyjętych, pieprzących wszystko durniów. Nowa struktura – przechodzę pod Kierownika Produkcji. I byłby to (Mr Sexy i Ciastek na wyciągnięcie ręki) nawet plus – gdyby nie bagaż doświadczeń i tegoroczne plany. Dlatego szóstą dla siebie ofertę – tę właśnie, na którą czekałem 20 miesięcy – uznałem za spóźnioną. I powiedziałem „nie”, jeszcze nim padły szczegóły, „mieliście dosyć czasu”. Za trzy tygodnie będę już wolnym człowiekiem – jaka wyzwalająca ulga!…

  

„– Ależ co to ma znaczyć? – zawołał szef działu personalnego (…). – Jesteśmy z pana bardzo zadowoleni! I dlaczego nagle wymówienie? Dlaczego?

Uśmiechałem się i siliłem na uprzejmy ton.

– Bo ja nie znoszę tego miejsca. I wszystkich państwa. Wszystkich. Pana też. Każdego z osobna.

Odtąd w urzędzie pośrednictwa pracy miałem opinię trudnego” 

                 [Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

  

Gdziekolwiek indziej będzie zapewne teraz gorzej, trudniej, biedniej – ale przynajmniej będzie to gdziekolwiek indziej

  

wtorek, 05 kwietnia 2011
926. Szansa na sukces...

  

Wymiana kilku pojedynczych zdań na pomarańczowej stronie – i oto po raz pierwszy składa ktoś propozycję „randki”. Ale też moje oczekiwanie jakichś zdań kolejnych, bardziej rozwiniętych, nim dojdzie do spotkania – kazało mu z miejsca się wycofać i zamilknąć. Nic nie szkodzi – i tak odpowiadałem jedynie z czystej kurtuazji. Ani on tak przystojny, żeby się tłuc do Opola, ani ja na tyle zdesperowany, by dać się od razu przelecieć i dzień później już wracać…

  

„– Jak żyjesz, Keserű? – zapytała. (…)

– Jak detektyw z amerykańskiego kryminału – próbowałem obrócić wszystko w żart.

– I jak żyje taki detektyw?

Tu już musiałem się zastanowić.

– Samotnie. W oczekiwaniu na okazję.

– A na jakie ty czekasz okazje?

– Ja? Już najwyżej na takie, które można przepuścić”

                      [Imre Kertész, Likwidacja. Przeł. E. Sobolewska].

  

20:11, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
sobota, 02 kwietnia 2011
925. Groovy...

  

Śni się widziana z okna międzyblokowa przestrzeń, a na niej – bo upał – chłopcy bez koszulek. Niech będzie, że to trzeci (por. 784, 862) erotyczny sen w życiu – zwłaszcza że pierwszy raz coś żyje w nim i się porusza… Come on, hold me tight…  

  

Ten młodzian z bloku naprzeciwko (w sumie dwa takie ciastka na podwórku), od dawna zwracający uwagę swym wyglądem (białe spodenki latem, włosy opadające na kark spod nieodłącznych czapek) – siada dziś w pociągu pod przeciwległym oknem, jedzie z torbą sportową na jakiś mecz lub trening, w rozgrzanym wagonie podciąga swoje spodnie Adidasa do kolan i odsłania okryte delikatnym puszkiem śliczne, mocno kuszące łydki. Nie mam odwagi spojrzeć, nie mogę też nie patrzeć. Wild thing, I think you move me… Uśmiecham się do szyby całą drogę… You make my heart sing…

 

Chorobliwa nieśmiałość, nieporadność w sprawach seksualnych, podnieta jako doznanie intelektualne, estetyczne, nie – cielesne. Przeprowadzam się do tej Warszawy nie żeby używać życia, lecz mieć czym nasycić oczy. Tyle mi musi wystarczyć…

  

Tagi: homo
20:45, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
Archiwum
Tagi