~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
niedziela, 31 maja 2009
625. "Niespełnienie jako strategia życiowa" (II) - czyli Po raz czwarty o Nim...

 

»Pan Friedemann, kaleki garbus, przyzwyczaił się już do swojej cichej egzystencji pozbawionej doznań erotycznych, gdy wtem w jego życie wkracza Gerda von Rinnlingen z wpiętą w błyszczące włosy „rozkwitłą różą Marshalla − Niela” [przeł. L. Staff], która (…) niszczy jego starannie wypielęgnowaną harmonię. Uznanemu artyście, Gustawowi von Aschenbachowi, który do tej pory sublimował swe popędy w sztukę, przez nierozsądną miłość do pięknego chłopca Tadzia wali się cały świat. Żona Putyfara wiodła zakonne wręcz życie u boku swego wykastrowanego męża do chwili, kiedy w jej życiu pojawił się Józef, a jej opanowanie i wyniosłość legły w gruzach, chociaż − jak mówi Biblia − to on nie chciał jej ulec.

Ulubionym kwiatem Tomasza Manna była właśnie róża Marshalla − Niel. To on „jest” panem Friedemannem, ascetą oddanym lekturze i grze na skrzypcach (…) Jego życie i praca polega głównie na walce z namiętnościami, żyje w ciągłym lęku, że jego pieczołowicie chroniona równowaga może się zachwiać, w lęku, że to, co z takim trudem wyparł, powróci, zamieniając w gruzy kunsztowny gmach życia. (…) Zwycięstwo czystości nad miłością jest tylko pozorne. Bojaźń, dobre wychowanie, cnotliwy wstręt, trwożna potrzeba czystości tłumią miłość, trzymając ją w mroku. Zwycięstwo to jest jednak pyrrusowym zwycięstwem, bo nakazy miłości nie dają się spętać ani zdusić, a stłumiona miłość nie umiera, lecz żyje w ciemności i w głębokim ukryciu nadal dąży do spełnienia, kruszy więzy czystości i pojawia się znowu, nawet jeśli pod inną postacią…

(…) Jego kunsztowny gmach nie runął, nie w życiu, lecz wciąż na nowo zawala się w twórczości. Nękający go przez całe życie lęk przed nawiedzeniem jest w każdym razie zasadniczym motywem przewijającym się wymownie przez całe jego życie i dzieło. Jego historie o nawiedzeniu są arcydziełami. W każdym z nich osobowość bohatera rozpada się pod naporem tego, co wyparte. W każdym dziele, od najwcześniejszego do najpóźniejszego to, co ukryte, zostaje boleśnie zdemaskowane. (…)

  

Pokusę w życiu Tomasza Manna stanowili głównie chłopcy i młodzi mężczyźni. Tak więc nie obawiał się seksualności jako takiej, ile raczej homoseksualności. Nie znaczy to jednak, że cały urok tych historii polega na opisywaniu tej specyficznej obawy. Wprawdzie lęk przed wykluczeniem, obawa stygmatyka przed rozpoznaniem i wyklęciem, naznaczyły całe życie Tomasza Manna, lecz z pewnością to nie wszystko. U podstaw twórczości wybrańca leży wprawdzie ów lęk, ale jego pisarstwo nie jest jednotorowe, lecz wznosi się ku metafizyce i religijności, czyniąc ze słabości siłę. W przetworzonej postaci lęk ten jest pędem ku wolności, ku niezależnej od rzeczywistości krainie marzeń dzieciństwa, ku uwolnieniu się od popędowości, od „grzechu”. Dla wyznawcy filozofii Schopenhauera są dwie drogi do zdjęcia kajdan płciowości: sztuka i świętość. Sztuka czyni wolnym od płci, dopóki świat, obserwowany na chłodno, oferuje doniosłe widowiska. Świętość polega na bezinteresownym oglądzie, gdzie kończy się wola, a koło ixion przestaje się kręcić. Artysta musi być ascetą. (…)

  

Wielkie dzieło jest czymś więcej niż samą tylko rejestracją własnych przeżyć. Obawa przed nawiedzeniem mogła sobie być w osobistym życiu Tomasza Manna obawą przed homoerotyzmem. Lecz my, czytelnicy, mamy prawo także do innych interpretacji. Zalęknieni homoseksualiści są wprawdzie ważną grupą czytelników, wiemy o tym na przykład od Kuno Fiedlera, który napisał jednoznaczny i wymowny list [28 XI 1954]: „Możliwe, że wielu, bardzo wielu ludzi jest Panu wdzięcznych z całego serca za swego rodzaju przyzwolenie − a szczególnie zaś za to, że po prostu nie zmusza ich Pan do jednoznacznego opowiedzenia się za tym, na co Pan przyzwolił”. Lecz przecież nie jest to jedyna grupa czytelników. Wszelkiej maści asceci poczują się (…) przy Tomaszu Mannie jak u siebie w domu. I to nie tylko ci o ścisłej regule, lecz także wszyscy ci, którzy czegokolwiek się wyrzekają. Każdy z nas doświadczył ostatecznie, czym jest rezygnacja z zaspokojenia popędu, a nawroty tego, co kiedyś zostało stłumione, odbywają się również poza murami klinik psychiatrycznych. Każdy z nas dąży do uporządkowania napierającego zewsząd chaosu, każdy z nas ma swoje tajemnice, boi się zdemaskowania, każdy zna te napady lęku, że straci kontrolę nad sobą i zatraci siebie, każdy, jednym słowem, obawia się dezintegracji osobowości, być może bardziej labilnej i kruchej niż wtedy, kiedy mieszczańsko sztywny podział na role dawał schronienie niestabilnemu wiecznie „Ja”. Wzniesienie kunsztownego gmachu życia, dochowanie przez całe życie wierności jednemu wydawnictwu i jednej żonie, nieustanna rezygnacja z zaspokojenia skrywanych namiętności i trwanie przy pedantycznie określonym porządku: zbyt małostkowe byłoby redukowanie tego do stłumienia. O ileż bardziej owocne może być dostrzeżenie w tym dzieła sztuki, zaczarowanie cierpienia i namiętności w wielkie dzieło. Nie powstałoby wielkie dzieło, gdyby Tomasz Mann oddał się nieokiełznanej namiętności do ślicznych kelnerzyków. Także neuroza „jest kosztowną częścią duszy” [C. G. Jung cytowany w Dzienniku 16 III 1935].

  

Swoje życie Tomasz Mann traktował równie bezwzględnie, jak życie innych. Poświęcał innych, lecz poświęcał także siebie. (…) W Lotcie z Weimaru Tomasz Mann obszernie scharakteryzuje i opisze to, z czego robiono mu zarzut przez całe życie: że jest zimnokrwistym artystą wykorzystującym swoich bliskich, nadużywającym ich zaufania i bezlitośnie ich ośmieszającym.

(…) Tomasz Mann jest artystą radykalnym. „Pragnąłbym widzieć dzieło sztuki jako absolut, jako coś, co nie nadaje się do mieszczańskiej dyskusji” [do Kurta Martensa, 28 III 1906]. Rezygnowanie z puenty w imię ochrony prywatnych interesów przychodziło mu niezwykle ciężko. (…) Właśnie jego radykalizmowi zawdzięczamy całą galerię dosadnych typów. Zaglądał w głąb rzeczy, „aż tam, gdzie stają się skomplikowane i smutne” [Tonio Kröger. Przeł. L. Staff]. Inaczej się nie dało. W pewnym sensie nie oszczędzał swoich bliskich, lecz przecież nie z powodu prywatnej niechęci, a w imię sztuki. (…) Przez całe życie brakowało mu zrozumienia dla cierpień, jakich przysporzył innym, portretując ich naprawdę lub tylko w domyśle. (…)

  

Stałem się takim, jaki jestem − rzekł w końcu, a głos jego brzmiał wzruszeniem − gdyż nie chciałem zostać takim jak ty. Jeśli cię wewnętrznie unikałem, to było tak dlatego, że muszę się przed tobą strzec, że cały twój sposób życia jest dla mnie niebezpieczeństwem… mówię prawdę” [Buddenbrookowie. Przeł. E. Librowiczowa].

Słowa te padają z ust Tomasza Buddenbrooka na koniec gwałtownej kłótni z bratem Chrystianem. Sprzeczka ta mogłaby się równie dobrze odbyć między Tomaszem a Henrykiem Mannem. (…) Kiedy Chrystian zadaje się z kobietami z półświatka, to stoi za tym nie tylko Henryk ze swoimi prostytutkami, lecz także pogarda Tomasza-ascety dla tych, którzy ulegają swoim chuciom. Kiedy Chrystian Buddenbrook, mimo swych wiecznych dolegliwości, przeżywa swego brata Tomasza, jest to w rzeczywistości wyraz lęków Tomasza Manna, że kurczowe trzymanie się nienagannych życiowych zasad jest, być może, bardziej niezdrowe niż zwykłe folgowanie sobie.

(…) Niezwykle wrażliwy, potrzebujący miłości Tomasz był bezbronny wobec bezlitosnej pychy brata. To, że był słabszy, podrażniało jego literacką dumę. W literaturze zemści się za to, co wycierpiał w życiu. (…) Konflikt z „Henrykiem” nie zawsze jest konfliktem z rzeczywistą osobą imieniem Henryk. Ma w sobie wiele z imaginacji i projekcji. „Henryk” to szyfr dla możliwości i lęków tkwiących w samym Tomaszu. „Henryk” to postać w sztuce, w której Tomasz okopuje się przed roszczeniami rzeczywistości. (…)

  

[W dramacie Fiorenza] moralizm ascety Savonaroli odnosi zwycięstwo nad kultem piękna śmiertelnie chorego Lorenzo de Medici, zwanego Wspaniałym. Lorenzo nazywa mnicha bratem. (…) Savonarola daje mu odprawę, jaką mógłby dać sam Tomasz Mann: „Nie chcę być bratem Pana. Nie jestem bratem Pana”. Chce wrogości, chce rywalizacji: „Nie chcę, by Pan mnie podziwiał, chcę żeby Pan mnie nienawidził!” Tomasz nienawidził. „Nienawidzi się tego, gdy to, czym się pogardza, dochodzi do władzy”, notuje w siódmym notesie. Nienawiść ascety zwraca się także przeciwko człowiekowi bardziej doświadczonemu w sprawach erotyki. Mroczną tajemnicą Savonaroli jest bowiem jego stara, nieodwzajemniona namiętność do wielkiej kurtyzany, Fiore. Lorenzo natomiast ją posiadł. Ascetyzm mnicha jest więc w istocie sprzeczny. Bierze się on nie z rzeczywistego uwolnienia się spod władzy popędów, lecz z odrzucenia, z niemożności osiągnięcia obiektu pożądania. Savonarola nie jest aniołem, lecz grzesznikiem. „Każde ciało jest zbrukane. Grzech trzeba znać, czuć, pojąć, by go znienawidzić. Anioły nie mogą nienawidzić grzechu, bo go nie znają”. Tomasz Mann jednak nienawidzi tak, jakby go znał«

  [Hermann Kurzke, Tomasz Mann. Życie jako dzieło sztuki. Przeł. E. Kowynia].

  

21:26, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
sobota, 30 maja 2009
624. Realizm magiczny - czyli "Perła w koronie"...

  

Zbyt wiele lat minęło od pierwszego z tym dziełem spotkania, by cokolwiek z niego zapamiętać. Ale i lepiej tak: bogatszy dziś o setki innych obrazów, mogłem teraz więcej dostrzec, bardziej przeżywać, prawdziwie docenić. Ale już oczu od niego oderwać nie mogłem − zachwyt absolutny, zachwyt i podziw wielki: dla każdego kadru, każdej sceny i nuty. Urzekająca symbioza realizmu i poezji, etnografizmu i baśniowości, światła z ciemnością połączenie, tragedii z humorem, rozmachu z intymnością… W dniach rozstrzygania się losów upadłych polskich stoczni film o strajku górników w II Rzeczpospolitej, broniących swego miejsca pracy − droższego ponad własne życie. Bo można je ludziom odebrać, ale nie wolno go niszczyć

  

Tagi: filmy
19:52, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (2) »
czwartek, 28 maja 2009
623. O tym, że "The Mirror Has Two Faces"...

   

                    „twoja kipiąca krew, twoja żądna życia twarz,

                    i ten bezwiedny wiew dramatu w twoim głosie”

                                                  [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

  

Próbuję znaleźć jakieś wytłumaczenie tego stanu, pytam więc Anię, czy to we mnie widać, na kogo ja w ogóle wyglądam, jakie sprawiam wrażenie − bo, jak chwilami skłonny jestem sądzić, wszyscy to we mnie widzą poza tymi podobnymi do mnie − a jej wystarczyło tamto jedyne nasze spotkanie, by zobaczyć więcej, niż mogłem przypuszczać:

  

„Wyglądasz trochę na »siebie« – a znaczy to mniej więcej tyle, że wyglądasz na osobę cichą, skrytą, odległą, chłodną i odrobinę przestraszoną. Nie ma w Tobie pewności siebie, nie ma instynktu walki o swoje, jest za to niewidzialna, lecz wyczuwalna bariera. Wyczuwa się w Tobie bezradność i bezbronność. Wydajesz się podenerwowany, również przytłoczony jakimś ciężarem, jakąś obawą, uległością (choć bywasz uparty!), masz ładne, delikatne rysy, jesteś drobny, zadbany – ludzie lubią interpretować większość tych cech jako oznaki słabości lub kategorie kobiece wyrażające podporządkowanie. W większości kultur pojęciu męskości hegemonicznej (tej idealnej walecznej męskości opartej na modelu patriarchalnym) przeciwstawia się męskość poddaną – homoseksualną. Jedna staje się zaprzeczeniem drugiej. Stąd też pogląd jakoby wszystko to, co homoseksualne było »niemęskie«. W kontekście tego podziału, pozwolę sobie tak skwitować Twoje pytanie – czasami bywa w Tobie coś niemęskiego, ale nie będzie to w pierwszym rzędzie wygląd jako taki, lecz raczej »zachowanie« (a ściślej ta jego część, której nie kontrolujemy – mowa ciała?), wypływające ze szczególnego typu Twej osobowości. Myślę sobie, że też i dlatego niektórzy ludzie mogą Cię niejako automatycznie utożsamiać z męskością homoseksualną...”

  

Lecz problemem byłoby w takim razie to coś innego, pokrewnego, przebijającego gdzieś spod zewnętrznej warstwy − owo obciążenie, jakim moja przeszłość obarczyła teraźniejsze oraz przyszłe lata, ten skrótowo już tu opisywany „wyryty na twarzy smutek” jako coś towarzysko odstręczającego, powód braku zainteresowania moją osobą. Bo też dla kogo mógłby być atrakcyjny taki zalękniony, nieśmiały i małomówny „mężczyzna”? Podejrzewam, że przenosi się to i na inne rodzaje moich kontaktów, na przykład te „zawodowe”, że widać to na rozmowach kwalifikacyjnych, gdy kapituluję, próbując odgrywać abstrakcyjne scenki i dialogi. Jutro się o tym przekonamy − trzeci raz w ciągu dziesięciu miesięcy…

  

„Nie dostrzegał przepaści pomiędzy tym, jaki był naprawdę, a tym, co sobie na swój temat wyobrażał” [Marcelo Figueras, Szpieg czasu. Przeł. B. Jaroszuk].

  

wtorek, 26 maja 2009
622. Strawberry Fields - Forever?...

  

Trzydziestostopniowy upał, więc i pierwsze w tym roku krótkie spodenki. Także pierwsza wizyta na działce, bo zaczął się sezon truskawkowy. Będzie co robić przez najbliższe tygodnie − bo poza tym, as always, nic…

  

Marcin mówi, że przepisałem mu to pięknie. A mnie nurtuje, dlaczego inni się już nie odzywają i w którym momencie straciłem większość czytelników. I dlaczego nic nie trwa wiecznie…

  

niedziela, 24 maja 2009
621. Książkowisko różności i poduszkowe czułości...

  

Nominacje do kolejnej edycji Nagrody Literackiej „Nike”. Uświadamiam sobie, że przez trzynaście lat jej istnienia z kilkudziesięciu nominowanych dotąd tytułów przeczytałem bodaj osiem (z czego połowa to Różewicz) − zawsze po paru latach i raczej przypadkowo; że twórców polskiej literatury poniżej sześćdziesiątki znam tylko jako abstrakcyjne nazwiska; że, wbrew pozorom, niewiele czytam i jeszcze mniej pamiętam, a już zupełnie nic z tego nie mam. I że fakt ten, jak teraz w ogóle wszystko, niewiele mnie w gruncie rzeczy obchodzi − choć chciałbym, by było inaczej…

Wieczorami, przed snem i rano, po przebudzeniu myślę tylko o jednym. Wiem, że nie powinienem. Ale przynajmniej w ten sposób możemy być razem − czy raczej: ja nie muszę być sam…

  

„(…) przypominał sobie coś, czego brakowało w jego życiu, brakowało w wielu tysiącach tomów, we wszystkim, czego się uczył, co myślał, co czytał. Jest taka jedna historia, jedna bajka, którą zawsze chcielibyśmy przeczytać na nowo…” [Sándor Márai, Książka. Przeł. I. Makarewicz].

  

piątek, 22 maja 2009
620. O tym, co niewiadome bądź nieuświadomione...

  

W amerykańskim Denver 9-letni Ethan McNamee zorganizował wiec poparcia dla małżeństw homoseksualnych. Szok… To dziecko jest świadome istnienia takich sfer rzeczywistości, o których ja nie miałem pojęcia będąc dwa razy starszy od niego, a zacząłem tę − czysto teoretyczną − wiedzę zdobywać, mając trzy razy tyle lat, co on, prostując przy tym własne, fałszywe dotąd wyobrażenia i lęki. Wciąż jednak nie wiem, kogo za to wszystko winić i jak mam się sam z tym uporać. Bo nie ma kto poprowadzić mnie powoli za rękę…

  

„W szkole nie można o tym mówić, a rodzice to wypierają. (...) A przecież można wychowywać dzieci tak, by w okresie dojrzewania miały świadomość, że istnieją osoby homoseksualne − mówi dr Alicja Długołęcka w „Wysokich Obcasach” (16 V 2009). − Brakuje nam wzorców pozytywnych i dlatego cieszę się z »najpiękniejszej pary« poprzedniego roku i to właśnie uważam za bardziej wychowawcze niż zamiatanie tej kwestii pod dywan. (…) Po drugie, jeżeli dziecko się okaże homoseksualne w przyszłości, to już ma dobry wzór. Nie pójdzie do jakiegoś podejrzanego miejsca, w dodatku będzie wiedziało, że ma oparcie w rodzicach (…). Trzecia sprawa, najważniejsza − ale to już podstawowa kwestia wychowawcza − to żeby nie zakładać, że nasze dziecko będzie jakiekolwiek, z góry. I nie dotyczy to tylko orientacji seksualnej, ale każdej sfery życia − że nie będzie wyglądało w określony sposób, że nie będzie wykonywało określonego zawodu, że nie skończy określonych szkół... To kwestia uszanowania tego, kim jest człowiek, któremu daliśmy życie.

W każdym cywilizowanym kraju już w latach 80. powstawały grupy wsparcia dla młodzieży i rodziców, nie tylko ze strony organizacji gejowsko-lesbijskich. A u nas dzieci w okresie dojrzewania pozostawione są same sobie”…

  

Tagi: homo
14:50, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (3) »
środa, 20 maja 2009
619. O tym, że "lack of money is the root of all evil"...

  

Po raz pierwszy od ponad miesiąca, od powrotu stamtąd Wrocław. Ta sama co ostatnio fryzjerka, tylko bardziej. Penetrowanie przebudowanej wewnątrz nie do poznania i rozbudowanej Renomy − od toalet po dalekosiężne widoki na miasto z dachu. Ładnie, elegancko, drogo. Wymarzone białe trampki na pożegnanie z kupowaniem ubrań. Długie chwile w ponoć drugim największym w Polsce Empiku, gdzie też odkrycie, że właśnie wydano na DVD Andrieja Rublowa Tarkowskiego (a po paru godzinach informacja o tym w „Polityce”) − moje kolejne nieosiągalne pragnienie po białym i czarnym pakiecie Bergmana. Z obowiązku i bez przekonania Zachodnia kraina Burroughsa w Świecie Książki. Przechadzanie się w słońcu po ulicach, ciepło na rozpalonej skórze. Nowe na wszystko spojrzenie, bo nieuniknione porównania z Warszawą. Tęsknota…

Na kolację słodka bułka z masłem i rzodkiewki, potem dwa listy, jeszcze później odpowiedź na ogłoszenie o pracę. W jeden dzień budżet zmniejszył mi się o jedną trzecią. Następna taka jednodniowa wycieczka najwcześniej pod koniec czerwca… Chyba że wygram jutro dziewięć milionów…

  

22:17, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 17 maja 2009
618. O tym, że "navigare necesse est"...

   

                    „Nie mogę przestać wędrować: chcę wypić

                    Aż do dna życie. (...)

                    Stałem się częścią tego, co poznałem,

                    Ale to wszystko jest mi tylko bramą,

                    Za którą widać świat niezwędrowany,

                    Którego krańce w dal się zapadają,

                    Gdy w dal wędruję. Stanąć, nie iść dalej, 

                    Nie błysnąć w czynie, rdzewieć jak miecz w pochwie −

                    Wstrętne. Oddychać − to jeszcze nie życie

                                   [Alfred Tennyson, Ulisses. Przeł. Z. Kubiak].

  

I znowu zaczyna się to, co do niczego nie zmierza, tkwienie w miejscu, gdzie można tylko sczeznąć do szczętu, czekanie z lękiem na kolejny wymierzony w siebie atak. Gdyby tak samemu organizować sobie rozkład zajęć, gdyby udało się znów tam pojechać, kupić bilet w jedną stronę i już zostać − tylko gdzie i za co? Tutaj każdy dzień jest taki sam i nic nie przynosi poza skrywaną rozpaczą. Tak bardzo chciałbym mieć inne życie, ale nie mogę sobie pozwolić na uwolnienie się od obecnego...

   

                    „− I nigdy nie myślałeś o ucieczce?

                    − Nikt mnie nie ściga. 

                    − Chodzi mi o podróż, z której się nie wraca.

                    − Nie, ja tylko czytam. Nie posuwam się dalej”

                                   [Manuel Vicent, Pieśń Morza. Przeł. W. Ignas-Madej].

  

A przecież vivere non est necesse…

  

piątek, 15 maja 2009
617. ONI (II) - Williram Timpe...

  

 »„Czy ty przypadkiem nie masz ołówka?”, pyta śmiertelnie blady Hans Castorp panią Kławdię Chauchat, a serce bije mu przy tym jak szalone. Następuje owa słynna rozmowa po francusku, którą Kławdia, unosząc nagie ramię i opierając się o framugę drzwi, kończy słowami: „A proszę nie zapomnieć o zwrocie mojego ołówka” [Czarodziejska góra. Przeł. J. Kramsztyk]. Sześć tygodni później Hans zwraca ołówek, otrzymując w zamian coś innego.

Owo pożyczenie ołówka jest repliką sceny z czasów szkolnych. Hans Castorp miał trzynaście lat, był uczniem czwartej klasy, chłopcem w krótkich spodenkach. (…) Hans pyta kolegę, w którym jest zakochany, Przybysława Hippe, syna profesora gimnazjalnego, chłopca o niebieskoszarych kirgiskich oczach i wystających kościach policzkowych, czy mógłby mu pożyczyć ołówek. Chętnie, odpowiada tamten, ale po lekcji musisz mi go koniecznie oddać. „I wyjął z kieszeni swój crayon z obrączką, którą trzeba było pociągnąć w górę, ażeby z metalowej osłony wyrósł czerwono polakierowany ołówek”. Dowiadujemy się jeszcze, że Hans odważył się naostrzyć trochę ołówek, „a trzy czy cztery strużyny przechowywał później przez cały rok w wewnętrznej szufladzie swego pulpitu”. Narrator uważa za równie istotne powiadomienie nas, że zwrócenie ołówka przebiegło w najprostszy sposób.

  

(…) Pożyczenie i zwrot ołówka są tutaj poetyckimi symbolami aktu seksualnego. Sam ołówek jednak istniał w rzeczywistości, nie tylko jako poetycki symbol. „Strużyna z ołówka W. T.” znajdujemy zapis w Dzienniku z 15 września 1950 roku. Przechadzka po Lubece 3 czerwca 1953 roku także przypomina Tomaszowi Mannowi „Willirego Timpe i jego ołówek”. Z całą pewnością także on, jak Hans Castorp, przechowywał w pulpicie ołówkowe strużyny.

„W. T.” to Williram Timpe, zwany Willri, syn profesora gimnazjalnego, doktora Jana Henryka Timpego, u którego Tomasz Mann zamieszkał na stancji po śmierci ojca i przeprowadzce matki do Monachium, czyli od 1892 do około 1893 roku. (…) Nie da się z absolutną pewnością ustalić, kiedy Tommy zakochał się w Willrim, lecz na pewno nie w wieku trzynastu lat, jak w przypadku Hansa Castorpa. Bowiem „czas Willriego” nastąpił po „czasie Armina”, miał więc prawdopodobnie lat piętnaście, czyli rok po zimie pod znakiem Armina. (…)

Jeśli założymy, że cała ta historia trwała, jak w Czarodziejskiej górze, dwa lata, to fascynacja Willrim skończyła się jesienią 1892 roku, czyli dokładnie wtedy, kiedy Tomasz Mann zamieszkał w jego domu. Tylko pozornie wygląda to na sprzeczność. Wspólnie przeżywana szara codzienność prowadzi na ogół do większych rozczarowań niż uwielbienie na odległość, kiedy trudniej o rozmowy i spotkania.

Jakież jednak namiętności musiały targać pozostawionym bez opieki rodziców gimnazjalistą mieszkającym u Timpów! Można przypuszczać, że przejmował go taki sam lęk, ta sama trwoga, co Hansa Castorpa, dla którego okoliczność ta „była jak zamknięcie w ciasnej przestrzeni z czymś koniecznym i nieuchronnym − nieuchronnym w sensie, który go uszczęśliwiał, a zarazem przejmował lękiem”. Sądzimy także, że codzienna zwykła gadanina i wspólne mycie zębów prędko odjęły czaru Timpemu, podczas gdy pani Chauchat pozostawała niedościgłym marzeniem jeszcze przez wiele miesięcy.

W przeciwieństwie do Armina, Timpe był wzorowym uczniem, lecz „nie to”, nie intelekt zaważył na tym, że Castorp „pożycza od niego ołówek”. Powodem była fascynacja ciałem, tymi niebieskoszarymi kirgiskimi oczami, wystającymi kośćmi policzkowymi i nogami w krótkich spodenkach. To, że gimnastyka „mimo Willriego” była czymś wstrętnym, dowodzi, że Tomasz lubił przyglądać się Willriemu w czasie ćwiczeń − gdy tymczasem samemu Tomaszowi, obyczajem marzycieli, wstrętne były wszelkie ćwiczenia cielesne.

Nauczony doświadczeniem z Arminem nie pozwolił sobie tym razem na „wielki dzień”, w którym wyznałby miłość podziwianemu koledze. Idąc dalej tropem Czarodziejskiej góry, wiemy, że Tommy nic nie powiedział, lecz zachował wszystko w tajemnicy i zadowolił się cichą kontemplacją obiektu swych uczuć. Nie chciał nazywać rzeczy po imieniu, bo jakakolwiek rozmowa o niej była niemożliwa − „nie nadawała się do tego i tego nie potrzebowała”. Hans Castorp, czytamy stronę dalej, przyzwyczaił się do cichego i dalekiego stosunku z Hippem. Zadowalał się typowymi wzruszeniami zakochanego, oczekiwaniem, czy go dzisiaj spotka, czy Hippe przejdzie blisko niego, czy na niego spojrzy, czyli „lubił cichy, delikatny sposób, w jaki spełniały się jego pragnienia, lubił nawet rozczarowania, które przynosiła mu jego tajemnica”.

Z tym, że miłość obywa się bez słów, spotykamy się u Manna ciągle. Gustaw von Aschenbach (Śmierć w Wenecji) nie odzywa się ani słowem do pięknego Tadzia. Hans Castorp nie werbalizuje swojego stosunku do Hippego, ponieważ nazywanie oznacza „umieszczenie w czymś znanym i zwyczajnym, a Hans Castorp żywił przecież nieświadome przekonanie, że dobro wewnętrzne, takie jak to, raz na zawsze powinno być zabezpieczone od podobnych określeń i sposobów umieszczania”. Feliks Krull precyzuje:

„O subtelnych i lotnych rzeczach należy mówić subtelnie i z polotem (…). Na dwu tylko biegunach międzyludzkiej łączności, tam, gdzie słów jeszcze nie ma albo już nie ma, a więc w spojrzeniu i w objęciu, można znaleźć właściwe szczęście, gdyż tylko tam jest bezwarunkowość, wolność, tajność i do samego dna posunięta bezwzględność (…)” [przeł. A. Rybicki].

  

Mistrzowi słowa chodzi o to, czego nie da się wyrazić słowami. Miliony słów, jakie napisał w ciągu swojego życia, maskują elementarne milczenie. Cały ten słowotok to czysta zewnętrzność, pod którą kryje się niedające się wyrazić wnętrze, ta świętość, której jądrem jest to, co erotyczne. Skoro już nie można urzeczywistnić tego pierwotnego stanu pozawerbalnego marzenia, trzeba przynajmniej zakreślić wokół niego słowny krąg − oto siła napędowa bezradnego formułowania. Najgłębszą tęsknotą każdego strumienia słów jest zamilknięcie.

Ponieważ prawdziwe życie nigdy nie zaspokoi tej tęsknoty, musi ona na zawsze pozostać w sferze marzeń. To, że powieściowy Hippe ma trzynaście lat, oznacza, że Hans (Tomasz) kocha nie w szczytowym okresie dojrzewania, lecz tuż przed nim, co w pewnej mierze czyni miłość aseksualną, ma znaczenie w tym sensie, że realizacja marzeń seksualnych może się odbyć dzięki kobiecie − Kławdii Chauchat. Wobec tego pożyczenie ołówka jest wczesnym przeczuciem, że zaspokojenie można znaleźć dopiero w stosunku z kobietą. Fakt, że w powieści ołówek pożyczony zostaje nie od szesnasto-, siedemnastolatka, lecz od trzynastolatka, ma zapobiec podejrzeniom, iż znajomość Hansa i Hippego podszyta była seksualnością. Tomasz Mann nie prowadził podwójnego życia. Nie łaził ukradkiem za młodymi chłopcami i nie robił rzeczy niedozwolonych. Był na to zbyt nieśmiały. „Nie mógłbym pójść do łóżka nawet z samym Apollem Belwederskim” [do Kuno Fiedlera, 11 XI 1954]. Niezależnie od rzeczywistości królestwo marzeń i ich spełnienie w wyobraźni było dla niego ważniejsze od zawsze niedoskonałej konfrontacji z rzeczywistością. „Jak można sypiać z mężczyznami” [Dziennik, 24 XI 1950]. Jeśli nie będziemy każdego źródła podejrzewać na wstępie o wypieranie „właściwych skłonności”, to okaże się, że Tomasz Mann miał seksualne doświadczenia (poza sporadycznym onanizowaniem się i spontanicznymi nocnymi polucjami, co za każdym razem zostało zaprotokołowane w dzienniku z komiczną pedanterią) wyłącznie z kobietami, nawet jeśli zawsze fantazjował na temat młodych chłopców.

Czy jest to w ogóle możliwe? Widocznie tak. Czyż inaczej małżeństwo z Katią Pringsheim mogłoby przetrwać tyle lat. W świecie Tomasza Manna seksualność nie należała do dziedziny nieziemskich rozkoszy, lecz raczej do świata szorstkiej rzeczywistości obowiązku. Rozkosz to sfera marzeń. Seksualność nie jest królestwem wolności, zatraceniem się i spełnieniem, lecz melanżem obowiązku i rzadkich fascynacji, podszytych obawą przed impotencją, lękiem, że się nie sprosta, przez co akt seksualny znajduje się pod stałą kontrolą i trzeźwą samoobserwacją. Znane od wieków tristitia post coitum opisuje także odczucia Tomasza Manna, który uważa następujący po nim „stan żalu i pauperyzacji” za charakterystyczną cechę aktu płciowego [Dostojewski − z umiarem, 1954]. Wszystko, co niespełnione w akcie rzeczywistym, czego zresztą w ogóle nie da się spełnić w pełnej ograniczeń rzeczywistości, znajdowało ujście w homoerotycznym świecie marzeń. Zresztą Mann nie tęskni do rzeczywistości, nie potrzebuje jej.

W Szkicu autobiograficznym [1930] Tomasz Mann mówi o „późno rozbudzonej i gwałtownie wybuchłej seksualności” i dodaje, że stało się to w wieku około dwudziestu lat. Mieszkał już wówczas w Monachium. Jego szkolne miłości w Lubece są wtedy tak czasowo odległe, że nie mogą mieć z tym nic wspólnego«

  [Hermann Kurzke, Tomasz Mann. Życie jako dzieło sztuki. Przeł. E. Kowynia].

  

Tagi: homo
17:51, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
środa, 13 maja 2009
616. O stanowiących o całości detalach...

  

Zaczynam publikować w Internecie kolejne albumy swoich zdjęć ze stolicy − i bez fałszywej skromności przyznaję, że jak na pierwszy kontakt z aparatem fotograficznym, to nawet mi się one udały. Latami czekałem, by w końcu móc zacząć robić to, do czego od dziecka mnie ciągnęło. Na razie dopiero uczę się, wypróbowuję, zadowalam odstąpionym mi starym sprzętem, marząc już o lepszych osiągach…

  

Zastanawiające jednak są te moje warszawskie obrazy. Owo całkowite eliminowanie z miejskiej przestrzeni ludzi, unoszenie aparatu wysoko ponad ich głowami, czekanie aż przejdą; to − jak zauważyła Ania − umiłowanie symetrii, przekorna centralność, wieloplanowość, te fragmentaryczne ujęcia spod łuków, przejść, spomiędzy wąskich ulic… Skupianie się na martwocie budynków i ich architektonicznych detalach, a nie na życiu w jego całokształcie.

Usprawiedliwiam się sam przed sobą, że wolałem być w tłumie niż go fotografować, ale czy zdjęcia nie są dowodem mojej mizantropii? Bo przecież tak naprawdę byłem ciągle sam − Warszawa u mnie sprawia zatem wrażenie wymarłej, bo nikt mi nie towarzyszył, pustka miasta ilustruje moje permanentne i rzutujące na wszystko poczucie braku

A czyż ten − czekający dopiero na pełniejsze zaprezentowanie − „triumf klasycyzmu”, ta surowa geometria świątyń i pałaców, nie ilustrują czasem mojego uczuciowego chłodu, skłonności do przejrzystych reguł, unikania tego, co spontaniczne i niepoddające się kontroli? Byłożby nasze spojrzenie aż do tego stopnia portretem nas samych?...

  

wtorek, 12 maja 2009
615. O tym, co stałe i zmienne...

  

Sobota była jeszcze przedłużeniem warszawskiej swobody − pełnym entuzjazmu dzieleniem się wrażeniami; niedziela boleśnie jednak dowiodła, że tamto dobiegło już końca. I znów raniące słowa o „leczeniu się” z własnych skłonności, o konieczności bycia „normalnym” i „bardziej męskim”, że „to” pozbawia mnie szans na dostanie jakiejkolwiek pracy. Nie umiem już się z tego tłumaczyć − i nawet nie powinienem, a przecież muszę. Wszystko zaś przez miłość do mnie i troskę o moją przyszłość. Skoro one się nie skończą, to ataki na mnie też nie...

  

„W życiu człowiekowi wszystko wolno − z wyjątkiem sięgania po luksus bycia innym” [David Adams Richards, Grzech miłosierdzia. Przeł. J. Kozak].

  

Zgłaszam się wreszcie do Urzędu Pracy − okazuje się, że nie mam prawa do zasiłku i nigdy mi on nie przysługiwał, nie trzeba się więc winić za tę wielomiesięczną zwłokę. Najważniejsze jednak, że w końcu się przemogłem. Jeszcze tyle rzeczy trzeba będzie przeboleć...

  

niedziela, 10 maja 2009
614. Łódź i Warszawa - czyli Próba podsumowania pierwszej w życiu samodzielnej podróży...

  

„Miasta architektury i rusztowań, bloków mieszkalnych

mierzących temperaturę, zewnętrznych wind prześcigających

ludzi myjących okna, projekty i przekroczone terminy ostateczne, Robinson

  

w pobliżu dworca. Tutaj kończą się wszystkie trasy. Miasta skrzyżowań

i obwodnic, wewnętrznych pasów odchodzących w lewo

i spychających ruch uliczny ku sąsiednim kwartałom, dzielnicom, Robinson

  

w autobusie, trzecia pętla. Dźwigi układają się na tle nieba.

Miasta wykroczeń przeciw osobie, taksówek i syren,

przechodząc przez ulicę, znikąd donikąd, Robinson

  

pieszo. Miasta o zmierzchu, przekrzykujące się

świergotem szpaków. Lektura wieczornych gazet, most,

a potem, idąc po krawędzi jak po linie, Robinson

  

rozdwojony w sobie” 

               [Simon Armitage, Robinson w dwóch miastach. Przeł. J. Gutorow].

  

piątek, 08 maja 2009
613. Powrót syna marnotrawnego po 21 dniach...

   

Wstałem o szóstej, wyjechać zamierzałem o 7.50, ale zabrakło mi pięciu minut − tak więc cztery godziny na Dworcu Centralnym, potem siedem w dwóch pociągach. Do domu docieram o 19.40, by odkryć małe przemeblowanie w swoim pokoju − czyżby przyzwyczajano się już do mojej nieobecności?

Patrzę w odmienny sposób na to wszystko, od czego zdążyłem się już odzwyczaić. A kolorowe sny zostawiam daleko na północnym wschodzie. Od jutra znów przyziemność − chciałbym mieć wiarę J. w nowe, jakie ta zakończona właśnie podróż ma przynieść… 

   

                    „zaczynam od początku

                    zaczynam od końca

   

                    zaczynam jeszcze raz”

                                        [Tadeusz Różewicz, Credo].

  

23:08, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 07 maja 2009
612. O tym, że "zwieść Cię może ciągnący ulicami tłum" - czyli Elegia na odejście...

  

Trzy tygodnie udawania pełnej samodzielności i niezależności; dni bezładnych wędrówek, odkrywania wszystkiego na własną rękę; godziny przyglądania się, zachwycania, radowania. I tysiąc zdjęć, na których mnie nie ma – by pamiętać, że nie miał mi kto ich zrobić, że to wszystko było tylko snem, z którego trzeba się w końcu przebudzić. Że jestem sam – od zawsze i, najwidoczniej, na zawsze...

I tylko te momenty szczęścia, beztroski, zapomnienia – krążenie w ludzkiej masie, roztapianie się wśród innych podobnych Tobie, bycie z nimi, tak anonimowo i bezpiecznie, tak, jak nigdy dotąd. No więc raz jeszcze, ten ostatni raz... 

   

                    „To dziwne, jak gdyby śnione, a jakby żywe, bolesne:

                    wieczorną aleją iść i nie poznawać znajomych

                    kształtów i zwykłych nazw, i twarzy przyjaciół zapomnieć,

                    a światłem być tylko i cieniem, samotne, nieme mieć ciało

                    i falą być obcej rzeki, i tylko mijać, i mijać...” 

                                                  [Tadeusz Borowski, Imiona rzeki].

  

środa, 06 maja 2009
611. Czasem słońce, czasem deszcz...

  

Przechadzam się, dziwię wszystkiemu, przyglądam...

Te nigdzie dotąd w podobnej skali niewidziane przejawy wiary – nie tej świątecznej, rytualnej i zbiorowej, ale osobistej, prawdziwej, szczerej: studenci zachodzący do kościołów, by zmówić krótką modlitwę, ludzie dosłownie bijący czołem przed ołtarzami, głośne błagania, różańce, ciche adoracje... Często musisz się powstrzymywać przed sfotografowaniem jakiegoś epitafium, kapitelu kolumny czy łuku pod kopułą, bo nie chcesz przeszkadzać, bo zakłócasz, bo tu nie pasujesz...

Ta nędza, bezdomność, pijaństwo, żebracy i szaleńcy na ulicach, obok ociekających luksusem sklepów i centrów handlowych, obok tętniących zabawą klubów, do których nie masz po co wchodzić, nawet gdybyś miał na to odwagę; szkło i marmury nad odrapanym ceglanym murem...

Ta młodzież kolorowa, nowoczesna i swobodna, o tyle lat od Ciebie młodsza, a już przecież dojrzalsza, tak oryginalnie ubrana i ostrzyżona – podziwiasz ich na każdym kroku za to, co niedawno nawet nie przyszłoby Ci do głowy, i nieustannie się przekonujesz: tak, rzeczywiście, to zupełnie inny, wspaniały, niedostępny świat...

Miasto kontrastów. Ze światła poczęte... z deszczu wyżęte...

   

wtorek, 05 maja 2009
610. Le Grande Finale - czyli Absolument superbe!...

  

Zostawiłem sobie te wizyty na sam koniec, słusznie zakładając, że już nic ich nie przebije. Wczoraj Zamek Królewski – niewątpliwie najsilniejsze warszawskie przeżycie: obcowanie z wielkością narodowej historii, zachwyt nad salami, meblami, rzeźbami i obrazami, podziw dla zbiorowego wysiłku ocalenia tego i dźwignięcia wszystkiego z ruin (a przy okazji elegancko rozwiązany problem opisu każdego z eksponatów, podczas gdy w Muzeum Wojska Polskiego zdecydowanie poniżej wszelkich standardów). Dziś zaś ponowne wejście do Katedry, tym razem w podziemia, gdzie Stanisław August i Gabriel Narutowicz, Henryk Sienkiewicz i Ignacy Jan Paderewski... Bardzo wzruszająca wiązanka kilku kwiatów przed sarkofagiem nieszczęsnego Króla, nawet szczątki którego długo nie znajdowały spokoju...

  

A pod wieczór mój kolejny, histeryczny płacz, z innych już, przyziemniejszych powodów. To jest naprawdę straszne...

  

Tagi: Warszawa
21:47, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 03 maja 2009
609. Wielka majówka - czyli "Et in Arcadia ego"...

  

Święta, weekend, gorąco. Tłumy ruszyły, a ja z nimi. W nadzwyczaj zatłoczonym autobusie przyciskam się od tyłu do ideału chłopięcej młodości – jego kark, proste włosy, swobodne ubranie... Wysiada o trzy przystanki za wcześnie, co zresztą mógłbym zrobić...

Godziny w Wilanowie – oszałamiająco odrestaurowana elewacja pałacu, wspaniałe apartamenty królewskie, kilka świetnych obrazów w galerii portretu polskiego, na każdym kroku ślady tak lubianego Stanisława Kostki Potockiego, ogromny park. Cisza, spokój, słoneczne wytchnienie. Wczoraj w cieniu Powązek też było – na swój sposób – sielsko, anielsko. Ten las pomników w lesie drzew – można się zgubić w tym labiryncie; przypadkiem natrafiam na groby Waldorffa (i przemilczanego Miecia Jankowskiego), Białoszewskiego, Moniuszki, Wieniawskiego, rodziców Chopina, Bielickiej, Maklakiewicza, Godebskiego, Jeziorańskiego, Kronenberga i Wisnowskiej; na szukanie Prusa, o którego głównie mi chodziło, zabrakło w końcu sił...

W dwa dni najdroższy i najtańszy z dotychczasowych obiadów – w tym samym lokalu na Nowym Świecie. I znowu długie siedzenie przed Zamkiem. Aby tylko nie myśleć o nieuniknionym powrocie...

  

Tytuł wymyśliłem jeszcze przed wszystkim – a w jednej z wilanowskich sal wysoko zawieszona kopia tego Poussina. Lubię takie zbiegi okoliczności...

  

Tagi: Warszawa
22:24, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 01 maja 2009
608. "Ten cały optymistyczny bullshit" - czyli Ania rozumie...

  

„Jakiś nieokreślony smutek w Twoich słowach… Nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że ogarnia Cię nieuchronna fala »wyjazdowego« przygnębienia. Dodatkowo wzmożona przez powracającą zapewne myśl, że przecież dokładnie tak, jak przewidywałeś, po powrocie z wyprawy nie zmieni się zupełnie nic i tylko poirytowanie, gorycz silniejsze, bo zobaczyło się, dotknęło się czegoś  w czym można by naprawdę uczestniczyć, odnaleźć się. Uparta strofa, jak zdarta płyta: nie dla mnie...

Podróż-oszustwo… Żeby zagłuszyć, odłożyć na później, zmieść pod dywan to, co cierpliwie czeka – ciężar Braku, Pustki i Daremności. I chociaż zachwyt, i urzeczenie, i oddech, i novum, i sacrum, i profanum, i uśmiechy, i miłe gesty, i moc wspomnień, i trochę ciepła nawet – to nadal smutek, niespełnienie, trudny powrót, napięcie, targowanie się ze sobą o kolejny dzień, kołatające echo wyczekiwania – niby na co?!...

Samotne długie spacery, jak unoszenie się na wodzie bez ruchu, z prądem, który gdzieś w końcu zaniesie, wyrzuci na jakiejś plaży, przy starych murach albo głośnych alejach; obiady w pojedynkę, bez wyrazu, byleby coś zjeść, powracające obawy, które ma zatuszować wizyta w muzeum albo smaczne lody, niechęć do spotkań z równoległą ogromną za nimi tęsknotą, melancholia i skrycie ocierane łzy – głód bliskości tak uparcie negowany, że aż śmieszny. A jednak, mimo nieustannych zawodów, zawsze głupia, dziecięca nadzieja, że tym razem będzie inaczej, że może ta właśnie wyprawa, to spotkanie, ten wieczór, to spojrzenie...

Niech się więc dzieje co chce – czyli nic”... 

  

Archiwum
Tagi