~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
poniedziałek, 31 maja 2010
789. Wymazywanie...

  

Zarysy kilku wątków; piszę na nowo kilkanaście razy, poprawiam, zmieniam wciąż na coś zupełnie innego – i nieustannie kasuję. Nie mogę, nie potrafię nawet zdania. „Nic z tego, co chciałem wyrazić, niewyrażone, nic z tego, co chciałem odczuć – nieodczute” [Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki, 25 IX 1963]…

Jedyne, co rzeczywiście przychodzi mi do głowy, to Jego urodziny. Pewnie jednak byłoby normalniej, gdybym o nich nie pamiętał...

  

Żeby tak odgrodzić się nareszcie od wszystkiego, co wokoło, od tych miejsc i ludzi, sąsiadów, rodziny, tych, z którymi kiedyś do jednej klasy, „Od uszu ich słyszących wszystko, / Od oka ich wszechwidzącego” [Michaił Lermontow. Przeł. A. Kamieńska], od powracającego kołowrotu zdarzeń, słów, widoków; i nie wkurwiać się tak nieustannie, niemożliwie, aż do wyczerpania; zebrać w sobie, zamknąć oczy, wziąć głęboki oddech, do dziesięciu zliczyć i powiedzieć: „Nie ma was. Nie istniejecie. Nigdy was nie było”...

  

piątek, 28 maja 2010
788. Obwoźne sado-maso...

  

W każdym miesiącu liczy się wyłącznie ten jeden wyjazdowy dzień. Na nic innego nie czekam…

Wielkie wrażenie robi tym razem przejazd naszym mostem kolejowym – widok oglądany dotąd setki razy zdumiewa dziś ogromnie, zaskakuje: rzeka rozpościera się od wału do wału, szeroko jak nigdy jeszcze nie widziałem. A przecież było ponoć jeszcze gorzej, bardziej, więcej… Żurawie brodzą na podmokłych łąkach; uśmiecham się, wychylam i wyglądam…

Jakaś słabość chwyta mnie na fotelu u fryzjera, z trudem nie daję nic po sobie poznać. Kupuję ostatnio wydanego Coetzee’go (mój dwunasty już) i grubą, choć małą książeczkę o sztuce ukochanej Florencji. Przeglądam album o Boschu i Kino nieme – pierwszy z czterech tomów świetnie zapowiadającej się historii kinematografii. Natrafiam też nareszcie, po kilkunastu miesiącach, na TEN, tragikomiksowy tytuł – kartkuję długo, wracając wciąż do redakcyjnej stopki, gdzie te trzy, ICH, znane osobiście mi nazwiska. I ta myśl okropna, że ja przecież też bym chciał, że pewnie zrobiłbym to równie dobrze (z tą swoją cholerną precyzją, cyzelowaniem wszystkiego, sprawdzaniem, szukaniem po słownikach, znajomością tytułów i cytatów), że to powinno być moje, kurwa, życie!...

Młodzi ludzie na ulicach. To też się robi coraz boleśniejsze. Trudno jednak z tego zrezygnować. Do zobaczenia, Wrocławiu, za miesiąc!...

  

środa, 26 maja 2010
787. Sceny i obrazy...

  

Dzięki nowemu operatorowi telewizji kablowej – po latach mam, nareszcie, TVPKultura i AleKino! – nadrabiam filmowe zaległości. Oglądam pewnie teraz więcej niźli czytam, dostosowuję rytm życia do godzin emisji i znowu nagrywam po nocach. Kilka głośnych swego czasu festiwalowych tytułów: „Złe wychowanie” (2004) Pedro Almodóvara (ogromne rozczarowanie, kiepsko napisany scenariusz, choć Gael García Bernal w kobiecej peruce wygląda zjawiskowo); przejmujące surowym realizmem „Dziecko” (2005) braci Dardenne; „Wiatr buszujący w jęczmieniu” (2006) Kena Loacha, mimo kilku mocnych, pięknych scen nie wnoszący raczej do tematu nic nowego ponad chociażby takiego „Michaela Collinsa” (1996) Neila Jordana; „Aviator” (2004) Martina Scorsese (tak dopieszczony i perfekcyjny, że aż zupełnie dla widza obojętny); „Życie i cała reszta” (2003) Woody’ego Allena (czyli: o nadużywaniu cierpliwości widzów nieumiejętnością godnego zejścia ze sceny).

Najbardziej w tym wszystkim wartościowe, sięgające najgłębiej „Siostry magdalenki” (2002) Petera Mullana i „Pianistka” (2001) Michaela Haneke – dotykają osobistych obszarów, znanych z codziennego doświadczenia. Bardzo to doceniam, kiedy tak kino umie ranić…

  

Tagi: filmy
20:12, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 24 maja 2010
786. Stan oblężenia...

  

Gdy przez cztery dni ostatnie trwały dramatyczne prace, wydawało mi się niestosowne tak po prostu iść tam, stać i patrzeć. Dziś, gdy przeszła już kulminacyjna fala (957 cm), chęć, ciekawość okazały się silniejsze. Czuć w powietrzu jeszcze to napięcie, niepewne czekanie, widać wszędzie barykady, posterunki, ślady walki. Choć minęło już najgorsze, a ryzyko nieco mniejsze było niż przed trzynastoma laty – a przelało się przez wały wtedy, niszczyło, topiło – to nie koniec jeszcze nerwów, wciąż stan gotowości. Bo nasiąka teraz i napiera, może rozmyć, a wzniesione rąk setkami z worków z piaskiem mury – runąć mogą…

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

Tagi: fotografie
20:12, alexanderson , Zdjęcia: Spacery / Podróże
Link
piątek, 21 maja 2010
785. Après moi le déluge...

  

Dopiero koniec tygodnia przynosi dwa krótkie, słoneczne popołudnia. Śladu nie widać na chodnikach po ciągnących się całymi dniami ulewach, po tej dudniącej nawałnicy, która nie dawała mi spać jeszcze dziś nad ranem. Gdy wracam z pracy, radośnie śpiewają mi ptaki; uśmiecham się przewrotnie, kiedy dwie nastolatki mówią „Ą, Ę” na widok mojej marynarki z pagonami i fantazyjnie zawiązanej na szyi długiej chustki. Na ulicach od wczoraj przystają grupki dyskutujących ludzi, gdzieś w dali słychać syreny przejeżdżających pojazdów, z megafonów odczytywany jest apel do mieszkańców o pomoc przy usypywaniu wałów…

   

                         „Newa groziła przyborem fali

                         I miasto żyło w obawie powodzi”

                                   [Anna Achmatowa. Przeł. L. Podhorski-Okołów].

  

W myśli, że jakiś kataklizm lub też eksplozja w fabryce mogłyby teoretycznie zmieść tę przeklętą dziurę z powierzchni ziemi, jest tyleż grozy, co dziwnej złośliwej satysfakcji…

  

19:46, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 18 maja 2010
784. Corpus delecti...

  

Apolla posąg w Łazienkach – inny jednak niż ten tam, na jawie. Przedklasyczna figura, surowa, choć pozycja stygnie już w półobrocie. Ostre rysy, długi nos, wąskie oczy, tak wyraźnie podkreślone obwódką – przypomina się Kreta minojska. Odrzucona na plecy chlamida – na tors nagi cień rzucają zarośla, zaś ciosana grubo wielka męskość mocnym łukiem się wypręża do nieba...

Tak to po raz pierwszy w życiu śni się penis – w darze składa mi fantazja martwy kamień…

  

Tagi: homo
19:49, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
niedziela, 16 maja 2010
783. ..."les Malheurs de la vertu"...

  

„Stawało się coraz bardziej oczywiste, że Bruno rozwija się źle, że nie ma przyjaciół, że dziewczęta go przerażają, że, ogólnie biorąc, okres dojrzewania przebiega u niego w poczuciu kompletnej porażki”

  [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

Przeciągane, niechciane dziewictwo, purytańskie środowisko i wymuszona abstynencja seksualna nie utrzymują człowieka na drodze cnoty – przeciwnie, rzucają mu się na mózg i deprawują, kaleczą ciało, kładą cieniem na przyszłych, i tak już iluzorycznych, możliwościach. Tylko wczesne uświadomienie i używanie pozwala zachować zdrowie i normalność. Choć może niekoniecznie – w końcu to chyba ja wyłącznie byłem wtedy tak głupi, głuchy i ślepy; nie wiedziałem nic, nie czułem, się nie domyślałem. A teraz muszę żyć ze skutkami, ponosić karę za brak własnej winy, zniszczony i pełen urazy, niezdolny i nienasycony…

  

Im bardziej zmagał się z wyobraźnią, tym silniej żądze władały jego marzeniami. Niepokój niszczący wnętrze doprowadzał go czasem do łez. Dręczył się, zapisując mroczne wiersze w kratkowanym zeszycie obłożonym w ceratę, nienawidził domu, w którym mieszkał, zamkniętego kraju bez dostępu powietrza, pogrążonego w zbiorowym budowaniu (…). Pragnął wyjechać gdziekolwiek, gdzie można swobodnie oddychać (…). Powinien był uciekać z tego domu (…). Prawie nie sypiał, czuł w lędźwiach lekkie znużenie, tak że czasem nocą, w ciemności, pieścił sam siebie, aż dostawał zawrotu głowy, jak ktoś, kto staje nad przepaścią, jak ptak przestraszony we śnie. Samotna dłoń rozpaczliwie dotykała pachwin, szybkimi ruchami w dół i w górę, jednocześnie chcąc i nie chcąc; gardził sobą, samotność przejmowała go dreszczem, miał ściśnięte gardło, zatruty litością i żądzą rozlewał się w gwałtownych spazmach ciepłymi strugami na własnym brzuchu i dopiero wtedy, wyczerpany, ale nie uspokojony, zasypiał o świcie, w pościeli wilgotnej od nasienia i zimnego potu, niczym śladów winy”

               [Susana Fortes, Albański kochanek. Przeł. W. Ignas-Madej].

  

piątek, 14 maja 2010
782. Lord Paradox (II)...

  

Nigdy sam ze sobą – nudzę się wyłącznie w towarzystwie innych osób. Lecz do świadomości swej życiowej, odwiecznej samotności przyzwyczaić się wciąż nie potrafię. Nie wiem jednak, czy rzeczywiście pragnę, czy tylko porównuję się z tym, co dane jest mieć innym. Sądzę, że chcę, wątpię, bym potrafił…

  

Straciłem większość czytelników, gdy pojawiły się we mnie zmiany, których tak się oni wcześniej domagali. Praca, wycieczki do innych miast, zdjęcia, przyjaźń, plan wyprowadzki od rodziców – okazały się mniej absorbujące niźli lęki, wątpliwości i porażki. Tyle miała dać przed rokiem Warszawa, a tyle raptownie zabrała…

  

środa, 12 maja 2010
781. At the crossroads...

  

Onegdaj jakby łatwiej, choć z większym też patosem – rozmyślniej, głębiej, osobowo bardziej, refleksyjnie. Obecnie czasu mniej, w ukryciu, nie ma jak, wciąż w pracy, wieczorem zmęczony. A może lepiej właśnie tak – nie myśleć, nie mieć powodu pisać?...

 

Firma. Odkładam na bok własne obowiązki, pomagam ciągle innym. Tabele, formuły, hiperłącza, ogromne bazy danych (a wszystko wymierzone, dopieszczone w każdym calu, kolorowe). I ludzie, z którymi tak swobodnie, figlarnie, po raz pierwszy w życiu. To praca, jakiej chciałem – choć bez urlopu, premii, z więcej niż marną pensją. Żal będzie kiedyś stąd odchodzić – kolejna cegła w murze przekonania, że już nie będzie lepiej…

  

Tagi: praca
19:43, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 09 maja 2010
780. Niebo, czyściec, piekło...

  

Niedzielnie, filmowo i, tak jakoś wyszło, rosyjsko – „Euforia” (2006) Iwana Wyrypajewa, „Wygnanie” (2007) Andrieja Zwiagincewa, „Ładunek 200” (2007) Aleksieja Bałabanowa. Kolejno: zachwyt, napięcie i nuda (okazuje się, co dość zaskakujące, że brzydota i okrucieństwo nie robią już najmniejszego wrażenia)…

Malarskie, wysmakowane kadry, szerokie ujęcia, głębokie plany, powolne najazdy kamery – jak często mi to wystarcza, jakże zbędne się przy tym wydają dialogi i cała fabuła. A na ogół pod tym wszystkim jeno pustka. Zupełnie jak w moim pisaniu…

  

Tagi: filmy
19:21, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 07 maja 2010
779. Outremer...

  

Pochłaniam przez dni kilka cztery tomy „Krzyżowców” Zofii Kossak-Szczuckiej. Mocno archaizowane dialogi (nadzwyczaj soczysta, choć pewnie zniechęcająca dla większości dzisiejszych czytelników polszczyzna), niemal kronikarskie przedstawianie kolejnych epizodów pierwszej krucjaty, przewaga opisu i refleksji nad akcją (brak tej Sienkiewiczowskiej werwy w scenach zbiorowych i batalistycznych), zbyt łatwe i częste porzucanie polskich, tak wyraźnie na wstępie zarysowanych, bohaterów – a przecież wciąga i nawet podoba się.

Co zwraca uwagę w tym szeroko zakrojonym obrazie średniowiecznego świata (oczywiste to, rzecz jasna, lecz na konkretnych ludzkich historiach i w powieściowej fabule znacznie bardziej sugestywne, zmuszające nierzadko do zastanowienia): 1) żywa wiara we wszelakie gusła, czary, zmory, upiory i duchy przodków połączona z niezwykle żarliwą pobożnością i zapałem ludowej religijności, porywającym do przezwyciężania wszelkich przeciwności; 2) całkowite upośledzenie społeczne kobiet, „szatańskiego narzędzia rozpusty”, istot „bezmyślnych” i na każdym kroku lekceważonych; 3) ścisłe podziały klasowe, które każą rycerzom uznawać za ludzi tylko równych sobie stanem „pasowanych” – te dwa ostatnie punkty jakoś harmonijnie udawało się ówcześnie łączyć z kodeksem wzniosłych zasad rycerskiego honoru i szlachetności; 4) podejrzliwość wobec wszystkiego, co nieznane, inne, uczone, nieortodoksyjne; strach przeradzający się w nienawiść i potępienie; 5) degenerujące uleganie przez krzyżowców oszałamiającemu bogactwu, luksusowi i zmysłowości Bizancjum oraz arabsko-tureckiego Orientu. A przecież mimo to, wciąż, lata całe, uparcie idą oni naprzód… Ten pęd bezrolnych, wykluczonych z dziedziczenia młodszych synów, awanturników, zwolnionych ze służby wojaków, odkrywców i misjonarzy, pęd, który pchnął na oceany i podbił lub zniewolił kontynenty – był przez stulecia jedną z charakterystycznych cech i motorem rozwoju Europy…

  

W tym tygodniu, idąc niejako za ciosem, zabieram się nareszcie za długo odkładane 3-tomowe „Dzieje wypraw krzyżowych”. Literatura bowiem idzie tylko śladami historii, nie jest w stanie wymyślić niczego ciekawszego…

  

„Bez względu na to, czy uważamy krucjaty za największą i najbardziej romantyczną przygodę chrześcijaństwa, czy za ostatni z barbarzyńskich najazdów, nie ulega kwestii, że stanowiły one jedno z centralnych wydarzeń historii średniowiecznej. Do czasu pierwszej wyprawy krzyżowej ogniskiem naszej cywilizacji było Cesarstwo Bizantyjskie oraz kraje kalifatu arabskiego. Zanim ruch ten dobiegł swego kresu, przywództwo cywilizacyjne przejęła Europa Zachodnia. Ten fakt stał się początkiem historii nowożytnej”

                         [Steven Runciman. Przeł. J. Schwakopf].

  

Po dwóch tygodniach Empik anuluje moje zamówienie „3 za 2”, bo nie może zdobyć wszystkich pożądanych przeze mnie tytułów. Jutro im napiszę, żeby wybrali się do jednego ze swoich salonów, bo książki te stoją dość powszechnie na półkach. Nie trzeba ich bynajmniej sprowadzać zza morza…

     

środa, 05 maja 2010
778. Something special...

  

Kwiaty bzu, owocowych drzew, kasztanowców. Mleczów żółć – w jedną noc przemieniona w dmuchawce. Co dzień ślimak – wciąż ten sam? wciąż w tym miejscu? (skojarzenie z Piknikiem… Strugackich, dlaczego?). W pracy dwójka stażystów, nudziarze – coś tłumaczę, wreszcie ktoś niż ja niżej. Przysypianie na Próbie orkiestry – zawód sprawia Fellini, jak wszyscy. Czytam w kuchni, bo „mój” pokój zajęty – nie mam ćwiczyć gdzie, chodzę spać rozdrażniony. I mam dość nudnych tych wyliczanek – więcej czegoś się chce, pragnie żyć lub przynajmniej móc pisać…

  

„Najbardziej charakterystyczną cechą wszystkiego, co istnieje, jest monotonia”

               [Vladimir Nabokov, La Veneziana. Przeł. M. Kłobukowski].

  

20:18, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 02 maja 2010
777. "Patrioci zawodowi"...

  

„Jeszcze się nie rozwiały dymy nad miejscem katastrofy smoleńskiej, a już – bez żadnej zachęty ze strony polityków, którzy zamarli w rozpaczy i przerażeniu, że styl ich poprzednich kłótni skompromitował się i stracił jakikolwiek sens – rozpoczął się taniec Prawdziwych Polaków. Głuchych choćby na słowa, które padały ze wszystkich formacji politycznych, że może wreszcie zaczniemy się szanować wzajemnie, że przestaniemy atakować ad personam, że swoje odmienności ideologiczne i polityczne będziemy wyrażać językiem argumentów, a nie nienawiści.

PP, mimo że mottem narodowej żałoby stało się wezwanie, by się wypłakać, by politykę na razie odsunąć na bok, godnie i sprawnie zająć się pochówkiem i wyjaśnianiem przyczyn katastrofy, natychmiast rozpoczęli wielką ofensywę patriotyczną, która stawała się wprost polityczna. I to w stylu, którym politycy – jak zapewniali – zaczęli się brzydzić i wstydzić. PP rozpoczęli kampanię wyborczą, której przesłanie zostało określone jasno i wyraźnie: prawdziwie niepodległościowa, wybitna prezydentura została doceniona przez wdzięczny naród, który na ulicach całej Polski dał tego świadectwo i wyraził swoje przekonanie, że tylko w ten sposób można realizować interesy wspólnoty. I postawił do kąta, poza margines, wszystkich, którzy myśleli i działali inaczej – oni nie byli Prawdziwymi Polakami.

Prawdziwie Prawdziwi Polacy napędzali się nawzajem, licytowali na zgrabniejsze określenia i cytaty. Puszczały wszystkie hamulce bezpieczeństwa. (…) Poeta z Milanówka pisze wiersz w stylu częstochowskim po to, by trafić pod strzechy, a w nim między innymi: »Dwie Polski – ta, o której wiedzieli prorocy / I ta, którą w objęcia bierze car północy / Dwie Polski – jedna chce się podobać na świecie / I ta druga – ta, którą wiozą na lawecie«. (…) Spadły maski, ujawniły się realne fronty, które przez ostatnie lata były zamazywane plastikową polityką, rozwadnianiem interesów Polski, by nie powiedzieć, ich zdradą. I to pod hasłem obiektywizmu, nowoczesności i nowego typu niezależności. Zostało proste My i Wy.

My – tradycyjni, choć nowocześni, patrioci w nowym stylu, z gadżetami, laptopami, jak najbardziej na czasie, ale na moment niezapominający o Katyniu, Powstaniu Warszawskim, o szacunku dla wielkiej historii narodu, uszanowaniu rodziny, o naturalnym, moralnym porządku rzeczy, z korzeniami z dziada, pradziada, orłem w koronie. Niegardzący rozmodlonym narodem i »prostymi Polakami«. Rozumiejący bezpieczeństwo jako twardość, silną armię i słuszne rury z gazem. Patrzący z rozbawieniem, łamanym przez irytację, na tak zwane lewactwo: ekologizm, feminizm, gejów, obyczajowe nowinki ze świata cywilizacji śmierci. Na pseudoniepodległość, PRL bis na kolanach, kraj bez honoru i przyszłości, na naiwną wiarę we wspólną Europę, która nie przyjechała nawet na pogrzeb wawelski.

I Wy, Kosmo-Polacy bez ideowego adresu, pseudonowocześni bez zaczepienia i drogowskazów, zatraceni w schlebianiu zachodnim trendom, zakłopotani i zażenowani przy wielkich, narodowych wzruszeniach, kiedy jednostka staje się niczym, a wspólnota wszystkim, ci, którym łzy żalu natychmiast obeschły po pojawieniu się kwestii Wawelu. Niedostrzegający mądrych twarzy ludu, który przechodził przed trumnami pary prezydenckiej. Wstydzący się podniosłych chwil, czekający na koniec żałoby, żeby odetchnąć świeżym sondażowym powietrzem i uspokoić się, że wszystko po staremu, że na szczęście nic się nie zmieniło, a ludzie po powrocie z Krakowskiego Przedmieścia wciąż pozostali przy swoich politycznych sympatiach. Wy – konsumpcyjni postępowcy, obywatele Europy, bez tożsamości, źródeł; nieszukający wielkości i prawdy, nierozumiejący narodowego uniesienia, romantyzmu wielkich chwil.

Bo to romantyzm jest cechą historyczną Polaków, a wielcy patrioci powinni spoczywać w kryptach wawelskich obok Kościuszki, Mickiewicza i Słowackiego, którzy rozrywali skorupy podłości i zdrady i uwalniali lawę ludowego patriotyzmu oraz prawdziwą wolę walki o niepodległość.

Taki podział, ustawiany przez Prawdziwych Polaków, jest użyteczny politycznie i nie pierwszy raz przywoływany. Już dawniej pojawiło się określenie »środowiska, ugrupowania niepodległościowe«, bezmyślnie powtarzane przez dziennikarzy jak nazwa własna konkretnych partii. Logicznie rzecz ujmując, pozostałe formacje nie pragną niepodległości, a nawet – w domyśle – są jej przeciwne. (…)

Pojawia się, wzmacniane życzliwą publicystyką, przekonanie, że prawda katyńska dopiero teraz jest odkrywana i to za sprawą konkretnych osób z jednej politycznej opcji, że Powstanie Warszawskie było zapomniane, dopóki nie powstało w stolicy muzeum, że zbrojne podziemie antykomunistyczne mogło być docenione dopiero za rządów PiS. Historia, choć nie dokonano w niej żadnych nowych przełomowych odkryć, stała się znakiem jednej partii. Prawdziwi Polacy objęli nad nią pieczę i walczą o wyłączność. Polityka historyczna, pojęcie bardzo dyskusyjne, przez wielu uważana za ideę szkodliwą, została podniesiona do rangi oczywistości, domeny patriotów.

Taki patriotyzm nie jest definiowany jako postawa, ale jako misja. (...) To jest tak, jak z religijnością, która może być prywatna, jednostkowa, krytyczna, ale też publiczna, ostentacyjnie wspólnotowa, oczekująca nawróceń i ekspiacji. Prawdziwi Polacy też w istocie oczekują nawróceń na ich rodzaj wspólnotowego patriotyzmu, z powiewającymi flagami i zbiorowym wzruszeniem. Patriotyzm niewyrażony odpowiednio mocno, tłumnie, publicznie, nie jest dla nich patriotyzmem prawdziwym, rzeczywistym. Znika krytycyzm, refleksja, indywidualne przeżycie – pojawia się demonstracja, rodzaj narodowej modlitwy. Inni w takiej optyce stają się niepewni, malkontenccy, nie dość entuzjastyczni, rejterujący w pewnym momencie, kiedy trzeba się wykazać wyższym wtajemniczeniem, jak w przypadku koncepcji pochówku pary prezydenckiej na Wawelu. (…)

Misyjność PP milcząco zakłada, że nikt nie jest bardziej wierzący od misjonarza, dlatego łatwo napotkać zarzuty w rodzaju: masz niepolskie poglądy, nie myślisz jak Polak. Wystarczy nie podzielać tego martyrologicznego mesjanizmu, symboliki zdarzeń, magii liczb (od uzyskania niepodległości w 1918 r. do 17 września 1939 r. minęło dokładnie tyle dni, ile od 4 czerwca 1989 r. do 10 kwietnia 2010 r. – jak już wyliczyli internauci). (...)

To zawłaszczenie patriotyzmu i polskości przez część prawicy i nadanie tym pojęciom specyficznego, jednostronnego formatu odbyło się właściwie bez oporu innych politycznych środowisk. Jakby godziły się one z tym, że to tamci są patriotyczni, niepodległościowi, narodowi, katoliccy i superpolscy, a oni może jakoś mniej. Doszło do tego, że najgłębiej w istocie patriotyczne wysiłki zmierzające do zapisania Polski do Unii Europejskiej zostały przez Prawdziwych Polaków odczytane jako zakusy na suwerenność. Próba odbudowania relacji z Niemcami czy Rosją, kluczowych dla bezpieczeństwa państwa, zawsze im pachną potencjalną zdradą. Kwestionowanie pewnych momentów w historii Polski, odsłanianie ich jak na przykład Jedwabnego, to w najlepszym razie nielojalność i chodzenie na pasku przesiąkniętych antypolonizmem »określonych środowisk«.

Patriotyzm Prawdziwych Polaków jest nieprzemakalny na argumenty, na dorosły dyskurs. To uczucie świadomie infantylizowane, obudowane aksjomatami, gdzie prostota pojęciowa jest uznawana za plus, a wszelkie komplikowanie to domena kosmopolitycznych, oderwanych od narodu elit. Widać w tym ponadto specyficzne zafascynowanie tłumem, masami, które muszą mieć rację, zdrową intuicję moralną, muszą przechowywać wartości, mimo iż wiadomo, że w wielu przypadkach w przeszłości masy racji nie miały i intuicji nie wykazywały. Do tego dochodzi nieustannie obecna w tej koncepcji ojczyzny religijność, całkowita niemal sakralizacja sfery patriotyzmu, gdzie flaga narodowa staje się znakiem tego samego rodzaju co krzyż, a pieśni patriotyczne nie różnią się od utworów religijnych.

Pole zostało oddane Prawdziwym Polakom także dlatego, że samo utworzenie III RP nie weszło do panteonu patriotycznych dokonań. Ciągłe kwestionowanie pokojowej przemiany ustrojowej, Okrągłego Stołu, legitymacji rządu Mazowieckiego sprawiło, że bardziej patriotyczna jawi się według radykalnej prawicy niezgoda na PRL bis, na państwo, które zrodziło się bez odpowiedniej daniny krwi, bez szubienic, jak to obrazowo opisywał Jarosław Marek Rymkiewicz z Milanówka. To wciąż ten sam schemat: to, co powstaje bez odpowiedniego wyposażenia symbolicznego, bez narodowej, powstańczej scenografii, jest od początku skażone, teatr się nie dokonuje, nie ma wdów w czerni, wywózek na Sybir, rozstrzelanych na Cytadeli. Czyli – jest w istocie nieważne, rytuał nie został spełniony. (…)

To odwrócenie sensów trwa do dziś. Odebranie monopolu Prawdziwym Polakom na symbole i całą retorykę wartości i państwowej moralności jest teraz trudne. Prawdziwi Polacy byli przy władzy w ciągu ostatnich dwudziestu lat tylko dwa razy: pół roku za Jana Olszewskiego i przez dwa lata za czasów PiS. Cały pozostały okres mieli na budowanie własnych legend, szukanie zdrad i patriotycznych braków u przeciwników.

Współczesność zawsze jest gorsza wobec przeszłości, miałka i powierzchowna, a PP są umocowani w tamtej zmitologizowanej przestrzeni, odporni na bieżące krytyki. Wydaje się, jakby siła odrzucenia komunistycznej PRL nie znalazła emocjonalnego ukojenia w III RP, to było za mało. Ale przy takim podejściu zawsze będzie za mało, bo normalność w ogóle jest mała, banalna. Prawdziwi Polacy nigdy nie będą zaspokojeni i tym brakiem zaspokojenia będą zawracać głowę innym”

     [M. Janicki, W. Władyka, Prawdziwi Polacy, „POLITYKA” 2010, nr 18].

  

19:03, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
Archiwum
Tagi