~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
piątek, 31 maja 2013
1259. Z cyklu: Przeczytane (XVII) - Maj...
  
1. Georges Vigarello, Historia czystości i brudu. Higiena ciała od czasów średniowiecza. Przeł. B. Szwarcman-Czarnota, Warszawa 2012.
   
Tagi: książki
23:23, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 27 maja 2013
1258. Mortelle maladie...

  

Dwa lata wkrótce miną, a wciąż nie potrafię bez Niej normalnie funkcjonować. Jest coraz gorzej – nowe ataki, coraz mocniejsze przekonanie, że już nikt i nigdy. Objąć, przytulić, ucałować, przypomnieć sobie gładkość skóry, śmiech, paluszki. Wskrzesić to zrozumienie, zaufanie, tę rozkosz, jaka się rodziła z samego bycia obok… Tymczasem rozpamiętywanie, żal, krwawienie. Życie, co i tak od zawsze mierne, niczemu już nie służy…

  

„Zrozumiałem, że Esther będę kochał gwałtownie, bezwarunkowo i bez nadziei na wzajemność. Zrozumiałem, że ta historia będzie tak silna, że w końcu mnie zabije i nastąpi to prawdopodobnie w chwili, gdy Esther przestanie mnie kochać, bo jednak istnieją pewne granice, każdy z nas ma jakąś tam odporność, ale wszyscy kończymy, umierając z miłości albo raczej z braku miłości, w każdym wypadku jest to nieuchronnie śmiertelne”

            [Michel Houellebecq, Możliwość wyspy. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

piątek, 24 maja 2013
1257. To Have and Have Not...

  

Radiowy wywiad z byłym przestępcą, z bagażem wyroków i lat odsiadki. Wyszedł nareszcie, poznał kobietę, odmienił swoje życie (poczucie absolutnego zmarnowania tego, co przedtem). Najukochańsza jest mu niezbędna, by była obok, pokazywała drogę i koiła. Jest wobec niej jak dziecko, z miłością o niej mówi. Już wie, kim jest (choć wciąż bywa bezradny, zagubiony), ma cel, marzy o pracy, która zapewni obojgu utrzymanie…

Taki podobny, o ileż bogatszy w posiadanie…

  

23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 19 maja 2013
1256. Dni i noce...

 

Weekend wprost wymarzony, doskonały, spacerowo i zdjęciowo intensywny. Sobotni poranek pod Muzeum Historii Żydów Polskich i bunkrem Anielewicza na Miłej, w południe Ufficio Primo, gdzie kolejna edycja Art Yard Sale (na stronie internetowej imprezy filmik sprzed roku, gdzie pojawiam się ok. 1.20) – znów bardziej niż młoda sztuka (przy stoisku swojej znajomej córka Jolanty Fajkowskiej – Maria Niklińska, prześliczna dziewczyna w fatalnym makijażu) interesuje mnie budynek: udaje się zakraść na górne kondygnacje, skąd wyraźniej prezentuje się „Spirala: Tribute to Leykam”, instalacja w hołdzie twórcy obiektu. No i spotykam koleżankę z pracy, którą namówiłem na odwiedzenie tego miejsca…

    

      

  

      

  

Mijam Marsz dla Jezusa, a po obiedzie (naleśniki z serem) na Bednarskiej kolejka do Belwederu w ramach Nocy Muzeów – oganianie się od meszek i komarów, przy powitaniu na osłodę krówki prezydenckie, a potem piękne klasycystyczne wnętrza i pamiątki po Józefie Piłsudskim. Bronisława Komorowskiego udaje się zobaczyć, gdy opuszcza rezydencję w drodze na Krakowskie Przedmieście – po zakończeniu zaś zwiedzania przetrzymują nieco nas, bo właśnie wrócił.

W niedzielę trafia się (nareszcie!) brak samochodów przed kościołem ewangelicko-reformowanym – miły pan z parafii zaprasza mnie do środka i oprowadza po wspaniałym neogotyckim wnętrzu, pokazując nawet plebanię i opowiadając o swojej konfesji. Padają nazwiska zasłużonych dla warszawskiej wspólnoty, które znam już (satysfakcja spora) z moich częstych wizyt na cmentarzu kalwińskim na Żytniej. Spieszę do Łazienek na inaugurację koncertów przy pomniku Chopina – wśród słuchaczy są także prezydent Komorowski z małżonką, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Waldemar Dąbrowski i Małgorzata Niezabitowska. Gra Anna Maria Stańczyk – świetnie dobrany repertuar (przy nokturnie cis-moll op. posth. wzruszyłem się do łez) i takież wykonanie. Brawa. Do palącego słońca na czystym niebie stopniowo dołączają ogromne cumulusy – wraz z muzyką tworzy się niezapomniany spektakl. Następnie nieco zdjęć kościoła św. Aleksandra (komunijnie przystrojone wnętrze), pierogi z jagodami (znów Bednarska), manifestacja w obronie Telewizji Trwam przed Zamkiem, zaułki Starego i Nowego Miasta...

Wszystko piechotą i niespiesznie, z rękami w kieszeniach jak ocean, „powoli chodzę i rozglądam się”. Zadowolenie z samopoczucia i tego, jak wyglądam. Z czasu nie w pracy, pogody i Warszawy – te trzy czynniki składają się na szczęście (w wersji exclusive jest jeszcze Ania i pieniądze – nie wiem, co bardziej niemożliwe). Na co dzień mam tylko stolicę – co będzie, jeśli i ją stracę? Dramat zaczyna się z końcem każdego spaceru...

  

„Na dworze dzień już przygasa. John wlecze się przez Great Russell Street do Tottenham Court Road, a potem skręca na południe w stronę Charing Cross. W ulicznym tłumie przeważają młodzi. Ściśle mówiąc, są to jego rówieśnicy, ale on wcale tego nie czuje. Ma wrażenie, że jest już w sile wieku, przedwcześnie postarzały: dołączył do grona bezkrwistych, znużonych naukowców o wysokich czołach i łuszczącej się przy najlżejszym dotyku skórze. W głębi duszy pozostał jednak dzieckiem, nieznającym swojego miejsca w świecie, wystraszonym, niezdecydowanym. Cóż robi w tym ogromnym, zimnym mieście, w którym już choćby po to, żeby w ogóle przeżyć, trzeba przez cały czas mocno się trzymać i wystrzegać upadku?

Księgarnie na Charing Cross otwarte są do szóstej. Ma więc gdzie się podziać, póki nie wybije szósta. Potem wpadnie w tłum poszukiwaczy sobotnich uciech. Przez pewien czas może płynąć z prądem, udając, że tak jak inni szuka rozrywek, ma dokąd pójść i z kim się spotkać, lecz prędzej czy później będzie musiał się poddać, pojechać metrem do stacji Archway i wrócić do swojego samotniczego pokoju”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

   

piątek, 17 maja 2013
1255. Zwroty i przewartościowania...

  

Ciekawa rozmowa z osobą odpowiedzialną w KRS-ie. Nie ma żadnego opóźnienia, przeciwnie – jesteśmy „do przodu” w stosunku do ich wyliczeń. I bardzo są z nas zadowoleni. Umowa od początku zakładała termin do końca lipca, a nie już siódmy czerwca, zupełnie nierealny, przyjęty arbitralnie w naszej firmie. Dokumentacja jest znacznie bardziej złożona niż przed rokiem, wymaga więcej trudu, stąd wyżej jest też opłacana. Porównywanie nas do poprzedników i ich przerobu nie ma zatem sensu... Pomyśleć tylko, że szef nas rugał przez kilkadziesiąt minut, a w ręku miał wyłącznie mizernie znakowane karty. Z wielkiego biznesmena zrobił się nagle krętacz i cwaniaczek. Mnie spadł kamień z serca i powrócił humor (do czego przyczynia się pogoda i dyktowane przez nią style ubierania). Rekompensuję sobie niedawny stres na Targach Książki na Narodowym (dobra decyzja o zmianie lokalizacji – ciasnota w PKiN-ie była zbyt męcząca). Z dostrzeżonych autorów: Dorota Wellman, Marek Kwiatkowki, Marcin Szczygielski, Tomasz Raczek i Mariusz Szczygieł. Wychodzę z pięcioma tytułami z Alethei po sporym rabacie  należy mi się taki drobny prezent

  

23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 15 maja 2013
1254. Dzień próby...

  

To samo, co w poniedziałek, tylko bardziej. Kolejne bezsensowne wezwanie pod Warszawę na cały dzień, aby tylko pomóc w czymś przez kwadrans. Jednocześnie przykry opierdol od Prezesa odnośnie opóźnienia naszej pracy w KRS-ie. Nie widzę szansy, żeby się dało zdążyć. A wobec tego, mówią, jesteśmy niepotrzebni (grożą zwolnieniem, a przecież znajdowanie nowego zajęcia dwa razy zajęło mi rok). Trzeba będzie teraz pracować po dziewięć, dziesięć godzin w szaleńczym tempie. I rzeczywiście, doprowadza mnie to do obłędnego wyczerpania. Późno-popołudniowe przysypianie bardziej już przypomina nagłe utraty przytomności niż zamierzone drzemki. Nie wiem, jak inni ludzie znoszą ten kierat 8 razy 5 – powszechnie przyjmowane pasmo tortur (a w firmie jeszcze liczą, że będziemy dorabiać przy innych projektach popołudniami, wieczorami za stawki ekstra – wpierw, kurwa, zapłaćcie podstawowe!). Ja nie mam tyle siły ani cierpliwości. Wprost namacalnie czuję, jak życie mi ucieka, jak nic niczemu nie służy, a bez pieniędzy sam siebie mam za śmiecia. Żadnej rekompensaty w innej sferze. I żadnej perspektywy na poprawę. Pytanie nie brzmi więc „jak żyć”, ale w ogóle „po co”...

  

„Znalazł się na próbnym poligonie i niezbyt zwycięsko z tych prób wychodzi. Ale przecież to niemożliwe, żeby tylko jego jednego im poddawano. Jacyś ludzie musieli chyba przejść przez ten poligon, przedrzeć się na drugą stronę; niektórym z pewnością udało się wymigać od próby. On także mógłby zrobić unik, gdyby zechciał: na przykład uciec do Kapsztadu i nigdy nie wrócić. Ale czy właśnie tego pragnie? Wykluczone; jeszcze na to za wcześnie.

Co będzie, jeśli pozostanie i w końcu nie podoła próbie, tylko sromotnie polegnie? Jeśli sam w czterech ścianach wybuchnie niepohamowanym płaczem? Jeśli któregoś ranka zabraknie mu odwagi, żeby wstać, więc łatwiej będzie przeleżeć cały dzień w łóżku – a potem jeszcze jeden i kilka następnych, w coraz brudniejszej pościeli? Jaki los czeka takich ludzi? Co dzieje się dalej z tymi, którzy się załamują w obliczu próby?”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

poniedziałek, 13 maja 2013
1253. Vanitas vanitatum...

  

Coraz trudniej uporać się z narastającą furią – że trzeba wstawać niewyspanym i siedzieć w pracy, gdy niebo najpiękniejsze; że się spóźniają dwa tygodnie z pensją i dzielą ją na raty – a mimo tego gonią, wpatrzeni w nierealny termin, kierują pretensje, grożą. Że mam ponad trzydzieści lat i osiem godzin dziennie wyciągam zszywki z dokumentów lub też ołówkiem numeruję strony; że – co najgorsze – to właśnie moje miejsce, wprost idealne, jeśli uwzględnić umiejętności interpersonalne oraz kompetencje. Spełniony jednak czułbym się jedynie chodząc po mieście z aparatem – gdzie chcę i kiedy chcę. Tymczasem trzeba marnować czas i siły na coś, co nawet mi nie zapewnia utrzymania, naiwnie marząc, że można w życiu żyć i jeszcze coś osiągnąć, że się steruje i ma wpływ, że jest jakaś przyjemność…

  

„(…) musi być gotów znieść wszystko, co życie mu szykuje, choćby oznaczało to wygnanie, niewdzięczną pracę zarobkową i pohańbienie. A jeśli nie sprosta najtrudniejszej próbie, na jaką wystawi go sztuka, jeśli okaże się, że jednak nie ma tego błogosławionego daru, musi być gotów ścierpieć również i to: nieodwołalny wyrok historii skazujący go – mimo jego obecnych i przyszłych cierpień – na los miernoty. Wielu jest powołanych, a niewielu wybranych”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

sobota, 11 maja 2013
1252. Wystawa (VIII) - Za Wielkim Murem (sztuka chińska ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie)...

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

środa, 08 maja 2013
1251. Boy-zone...

  

Pierwszy w tym roku dzień w krótkich spodenkach. Noszenie ich jest jednym z najfajniejszych aspektów bycia chłopcem (a kiedyś – jego podstawowym zewnętrznym atrybutem). Pod tym też kątem wybieram swoje miejsca pracy. Muszę być niewolnikiem, ale nie ścierpię garniturowego uniformu; starzeję się, tym bardziej zatem kultywuję w sobie małe dziecko…

Spoglądam ukradkiem na obnażone wokół łydki. Jest w tym radość wspólnoty, silenie się na naturalną bezpretensjonalność. Wbrew moim chęciom nigdy nie oznaczało to, niestety, przypływów pożądania. A i tych chęci w czas kluczowy, gdy męskie powinno się formować, brakowało...

  

„(…) był w wieku, kiedy chłopcy zawczasu delektują się smakiem przyszłych swobód. A (…) wcale z tych praw nie korzystał”

                [Andreï Makine, Francuski testament. Przeł. M. Hołyńska].

   

Sfera jeszcze niedawno zakazana, a wciąż niedostępna. Są częścią mojego życia, lecz nigdy nie będę do nich w pełni przynależał...

  

niedziela, 05 maja 2013
1250. Dies, nox et omnia mihi sunt contraria...

  

Wizyta rodziców na Wielką Majówkę. Wzbogacam się o chodnik na podłogę oraz garnek. Brak pogody ogranicza program, jaki chciałem. Odwiedzamy Muzeum Historii Żydów Polskich, Sejm, Stadion Narodowy, Złote Tarasy (gdzie trzeba marznącemu ojcu kupić sweter), kilka kolejnych parków i Ogród Botaniczny, Starą Pomarańczarnię, Teatr Stanisławowski, Biały Domek i Pałac Myślewicki, Bliklego (łupiny orzechowe znalezione w torcie) oraz Wedla (przepyszne desery truskawkowe i gęsta czekolada). Do tego zmęczenie, narzekanie, rozmowy na zasadzie „głuchego telefonu”, wygody w nocy brak i ciągła irytacja…

To miały być moje „wakacje”; możliwe, że najdłuższe tego roku. Liczyłem na „upolowanie” konkretnych budynków i zdjęcia pustych ulic. Po-pracy-odpocznienie i z-ludźmi-niemówienie. Wiedzieli o tym oni, wiedziało także niebo – jak zwykle wszystko się musiało przeciw sprzysiąc…

  

23:53, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 02 maja 2013
1249. Białoczekoladowy na święto Biało-Czerwonej...

  

                  

  

                  

  

23:38, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi