~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
środa, 28 czerwca 2006
94. Koniec?

  

Czyżbym się już wypalił, skończył, wyczerpał, że nie mam o czym pisać?

Czyżbym już ostatecznie stracił nadzieję, że Ty… Że Ja…

  

22:53, alexanderson , Wierszo- / blogopisanie
Link
poniedziałek, 26 czerwca 2006
93. Kaczeńce

  

Kwiatki z ostatnich dni:

  

1) W odpowiedzi na rezolucję Parlamentu Europejskiego, wyrażającego zaniepokojenie wzrostem w Polsce nietolerancji powodowanej rasizmem, ksenofobią, antysemityzmem i homofobią, premier Marcinkiewicz stwierdził, że on się z nietolerancją w Polsce nie spotyka. Po tych słowach posypały się wypowiedzi innych pełnosprawnych heteroseksualnych Polaków płci męskiej rasy kaukaskiej wyznania rzymskokatolickiego, zadających kłam oszczerstwom Unii Europejskiej.

  

2) Na uroczystościach upamiętniających wypadki radomskie z czerwca 1976 premier Marcinkiewicz powiedział, że zdarzenia te dały początek zorganizowanej opozycji i zapowiadały zwycięstwo „Solidarności”. Już się Polacy zaczęli przyzwyczajać do głoszonego przez zaplecze premiera hasła o „różowych hienach z KOR-u”, a te znowu wyszły na bohaterów. Czuwaj! Wróg nie śpi…

  

3) W związku z podejrzeniami o finansowanie kampanii do Europarlamentu posłów Bielana i Kamińskiego przez prywatną firmę (należącą do znajomego premiera Marcinkiewicza – ten to się wszędzie wkręci) prezes Słońce Mazowsza Jarosław Brat Większy Kaczyński powiedział: „Jeżeli ktoś wpłaca załóżmy na moją kampanię i, dajmy na to, daje te 10 czy 20 tysięcy – i ja nie wiem skąd, – on ma prawo dać, ja mam prawo wziąć. Nie będę przecież za każdym razem prowadził śledztwa, czy to są pieniądze jego, czy może kogoś innego. Nie wiem, kim były te osoby i czy jest prawdopodobne, że takimi sumami mogły dysponować, natomiast wiem, że nie ma prawnego obowiązku tego sprawdzania”. Oczywiście, Panie Prezesie, że nie ma takiego obowiązku. To znaczy, Pan sprawdzać nie musi. Pan nic nie musi. Pana koledzy też nic nie muszą. Zwłaszcza, jeśli wydają pieniądze na siebie. Ale np. taka Jolanta Kwaśniewska – o, to co innego. Na dzieci jej się chciało pieniążki zbierać skąd popadło, na nasze dzieci kochane. Obrzydliwość.

  

I tylko nóż się w kieszeni otwiera, i tylko krew się burzy...

  

sobota, 24 czerwca 2006
92. Nocna zmaza

  

                    Sen mi przynosi twoje ciało
                    sen posłuszny
                    ciebie całą składa
                    w moje ramiona

  

                    jesteś ciepła żywa
                    zdyszany miotam nasienie
                    w twoje cienie
                    odległe o całą ziemię

      

                    Twoja twarz nade mną
                    uśmiechnięta moje palce
                    na twoich włosach
                    owoc pęka wyrzucony z nocy
                    zdyszany spadam
                    zalewa mnie jawa

  

                    Dzień biały rośnie
                    i rzeczy przybywa
                    na swoje miejsca twarze
                    powracają
                    trzepoczesz we mnie jak w sieci
                    wielka biała ryba

  

                    na moich udach senne
                    bezowocne
                    nasienie
                    uspokojenie łzy

  

                    nie wstydzą się płyną

                                   [Tadeusz Różewicz]

  

środa, 21 czerwca 2006
91. Mój demon

  

Chodzi mi cały dzień po głowie zdanie: Kim jest ten trzeci, co zawsze kroczy obok?To chyba z T. S. Eliota.

   

                    Demon na krok się nie oddali

                    Ode mnie, póki życia mego,

                    On każdą moją myśl przepali

                    Płomieniem ognia niebieskiego.

                    Obraz i wzór doskonałości

                    Uchyli mi jak rąbek nieba,

                    Da mi przeczucie szczęśliwości,

                    Ale mi nigdy szczęścia nie da.

                              [Michaił Lermontow, Mój demon. Przeł. Z. Bieńkowski]

  

Nie kroczy obok. To moje drugie ja. Ja-Inny.

Ile w końcu mam twarzy? Dwie? Trzy? Pięć? I która jest prawdziwa? Jeśli któraś w ogóle jest…

Największą przygodą człowieka jest poszukiwanie samego siebie. Ta przygoda kończy się wraz ze wszystkim, co się kończy...

  

poniedziałek, 19 czerwca 2006
90. Bezradność

  

Przez fora internetowe i blogi przelewa się samotność.

Żalimy się przed wyobrażonymi milionami, bo nie umiemy mówić do jednej realnej osoby.

Bo nie mamy do kogo mówić.

Czekamy na komentarze jak na uśmiech kochanka.

  

Wielka rzeka bezradności porywa mnie i unosi mnie.

Wystarczy machnięcie ramion, głębszy wdech, by dotrzeć do brzegu.

Ale – nigdy nie mogłem nauczyć się pływać…

  

sobota, 17 czerwca 2006
89. Deszcz II

  

Deszcz i deszcz. I deszcz.

Plamki i nierówne kolumny na szybie rozmywają świat za oknem. Krople zdają się wżerać w szkło.

– Tak łzy żłobią policzki.

Spuszczam rolety. Zamykam oczy. Ciemność.

I tylko łomot – tam, na zewnątrz – zbiega się z pulsowaniem krwi – tu, w środku…

  

środa, 14 czerwca 2006
88. Żar

  

Kiedyś nie lubiłem słońca.

Bałem się go. Uciekałem przed nim. Chroniłem się w cieniu.

Dziś wychodzę mu na spotkanie (o ile w ogóle wychodzę z domu). Pozwalam mu się dotykać. Odsłaniam się przed nim.

Ciepło obejmuje mnie całego.

Promienie muskają moją skórę.

To jedyne pieszczoty, jakie są mi znane…

  

                    Brak głód

                    nieobecność

                    ciała

                    jest opisem miłości

                    jest erotykiem współczesnym

                              [Tadeusz Różewicz]

  

poniedziałek, 12 czerwca 2006
87. Lis

  

Chciałbym, żeby ktoś mnie oswoił. Chciałbym się doczekać swojego Małego Księcia.

A przecież wiem, że gdy on(a) się zjawi, zacznę uciekać. Nie dam się ugłaskać.

Lis to jednak dzikie zwierzę…

  

piątek, 09 czerwca 2006
86. Piłka

  

O czym innym mogłoby dzisiaj być? Bardzo spodobał mi się felieton Jerzego Pilcha z najnowszej „POLITYKI” (nr 23, 10 czerwca 2006):

  

Istotą piłki nożnej nie jest ani mistrzostwo, ani wicemistrzostwo świata. Nie jest nią historia rozgrywek, ewolucja przepisów, przebieg turniejów. Nie są nią legendarne mecze, atomowe strzały, fenomenalne zagrania. Nie są nią niebywale zdobyte albo niebywale puszczone (he, he, he) bramki. Nie są nią precyzyjne uderzenia z czterdziestu metrów w samo okienko; samotne rajdy przez pół boiska; czarodziejskie dryblingi z piłką przyklejoną do buta; efektowne slalomy pomiędzy stojącymi jak tyczki obrońcami; gole – wibrującym fałszem – strzelone wprost z kornerów.

Istotą piłki nożnej nie są ani żywoty futbolowych świętych, ani opisy dokonywanych przez nich boiskowych cudów. Nie są nią aforyzmy największych trenerów świata. Wpadki sprawozdawców. Samobójstwa kibiców. Nie są nią opasłe biografie Pelego, Maradony czy Beckhama. (Nawiasem mówiąc, mało mnie ekscytuje książkowy pozór tych przedmiotów; mimo tego pozoru, w nikłym stopniu należą one do porządku piśmiennictwa, w stopniu o wiele znaczniejszym należą do porządku gadżetów – takich jak klubowe szaliki czy czapki).

Istotą piłki nie są odwieczne rywalizacje pomiędzy Cracovią a Wisłą, Brazylią a Argentyną, Polonią a Legią, Anglią a Szkocją, Realem a Barceloną, Kuźnią Ustroń a Beskidem Skoczów. Nie są nią krwawe bitwy szalikowców; nie jest nią ani piękna jak sen architektura hiszpańskich stadionów, ani podróż życia na rozgrywany w Paryżu finał ligi mistrzów.

Istotą piłki nie są ani euforie po zwycięstwach, ani rozpacze po klęskach. (Tym bardziej że stany te bywają nieadekwatne, a nawet nieadekwatnie szokujące. Np. cztery lata temu, pomimo poniesionej w Korei porażki, naszych wracających do kraju klęskowiczów witały na lotnisku rozgorączkowane i wiwatujące tłumy. Innym znów razem tytuł sportowca roku – zostawiając w polu mistrzów świata i medalistów olimpijskich – zdobył strzelec jedynej bramki w przegranym meczu; piłka nożna jest dziedziną paradoksów, ale i paradoksy nie są jej istotą).

Istotą piłki nie jest nawet trzepot siatki w bramce, poczucie niebywałej harmonii, gdy piłka siądzie na nodze, kulista harmonia samej piłki. Mityczne obrazy dzieciństwa, choć są istotą rzeczy, nie są istotą piłki.

Istotą piłki jest pytanie: Jak wypadną nasi? Co tydzień miliony ludzi na całym świecie zadają sobie pytanie: Jak wypadną nasi? Jak wypadną w kolejnym meczu A-klasowym, pierwszoligowym, eliminacyjnym, finałowym, pucharowym, Bóg wie jakim. Jak wypadną nasi? Ilu Polaków zadaje sobie pytanie: Jak wypadną nasi? Nie wiem ilu, wiem, że wielu. Ilu Polaków dziś się obudziło z myślą, że w ten piątek nasi grają i ciekawe, jak wypadną? Ilu? Wielu. Ładnych parę milionów. Do piątku jakoś zleci, a od piątku tajemnicza i niepojęta rzeczywistość czasu zostanie uładzona. Od transmisji do transmisji. Piekielną czeluść pokryje murawa. Przynajmniej na miesiąc. Z jednej strony łatwiej, z drugiej trudniej. Przez miesiąc pisać o piłce? Przez miesiąc żyć piłką? Lepiej żyć piłką, niż żyć, jak się żyje. Cały świat tym żyje.

O fenomenie masowości piłki nożnej i jego rozlicznych uzasadnieniach nie mam zamiaru bredzić. Nie mam zamiaru ani o tym, ani o czym innym rzęzić, ponieważ trawi mnie pytanie: Jak wypadną nasi? Jak nasi wypadną w piątek? Jak wypadną z Ekwadorem? Jak wypadną w następnych meczach? Czy wyjdą z grupy? Jak daleko zajdą? Czy jak po wyjściu z grupy trafią na Anglię – rytualnie przegrają? A jak trafią na Szwecję? Jak nasi wypadną, jak trafią na Szwecję? W ogóle skąd ta pewność, że muszą trafić na Anglię albo na Szwecję? Paragwaj to pies? Jak wypadną nasi, jak trafią na Paragwaj? Paragwaj może się przebudzić. Na każdych mistrzostwach budzi się jakaś drużyna. Budzi się i daleko zachodzi. Belgia, Dania, Chorwacja, Grecja. Ciekawe, kto się tym razem obudzi? Ciekawe, czy nasi się obudzą? Nasi już raz się obudzili. Nie raz, a dwa razy. Pora na trzeci raz. Pora na trzecie przebudzenie. Ciekawe, jak wypadną, jak się obudzą? Bo jak się nie obudzą, to wiadomo, jak wypadną.

Bramkarz zaspał, obrońca zaspał, napastnik zaspał. Jedenastu braci śpiących. Nawet jak język piłki jest językiem snu, nie jest on jej istotą. Językiem piłki można opisać świat, ale nie jest on jej istotą. Jak wypadną nasi? Obudzą się czy się nie obudzą? Dlaczego mają się budzić? Wystarczy, że będą grali z meczu na mecz lepiej. Jak wypadną nasi? Najlepiej by było, jakby z początku wypadali słabo. Jakby z początku grali słabo, ale wygrywali. A potem – właśnie – jakby się z meczu na mecz rozkręcali. Zgrywali. Zazębiali. Obrona z atakiem. Pomoc z bramkarzem. Jakby się docierali. Strzelali. Kto ma strzelać, jak nie jedzie Frankowski? Ciekawe, kto będzie strzelał? Ciekawe, jak wypadnie atak? Bo jak tak wrócą bez jednej strzelonej bramki, to Frankowski z Dudkiem świętować będą miesiąc. Mało, że nie pojechali, to zagrożenie dla zdrowia. Ale jaki tryumf! Pośmiertny, bo pośmiertny, ale tryumf.

Dlaczego mieliby z początku wypaść słabo? Jak dobrzy, to od początku dobrze, a potem coraz lepiej. To jest turniej, mordercza walka, w takim turnieju nie ma: cały czas dobrze. Kryzys musi przyjść. Czwarty mecz zawsze jest kryzysowy. Dlaczego akurat: czwarty kryzysowy? Może piąty: kryzysowy? Co tu gadać: czwarty czy piąty, jak wiadomo, że nasi po trzecim pa, pa. Po trzecim pa, pa? Skąd to niby wiadomo? Jakby było wiadomo, toby człowiek się nie angażował. Nie wiadomo. Nic nie wiadomo. Nie wiadomo, jak wypadną nasi. Nie wiadomo, bo nie wiadomo, czy Janas wie, co robi. Różnie mówią. Jedni mówią, że wie, drudzy, że nie wie. Ciekawe, jak wypadnie Janas? Ciekawe, jak wypadną nasi? Prędko?

     

18:42, alexanderson
Link Komentarze (1) »
czwartek, 08 czerwca 2006
85. Quod petis est nusquam...

  

Czego tak naprawdę pragniesz? Czego chcesz?

Na co liczysz? O czym marzysz? Jakie są twoje nadzieje?

W czym pokładasz ufność? Czy znajdujesz spokój? Komu wierzysz?

Co ci daje siłę? Co jest źródłem twojej słabości?

Co możesz zaoferować? Czego dać nie możesz?

Jak długo jeszcze wytrzymasz? Kiedy wytrzymywać przestałeś?

Za czym tęsknisz? Do czego się modlisz?

Co jest tą mgłą, która rozwiewa ci się między palcami?

  

                    To, czego szukasz, nigdzie nie istnieje…

                                        [Owidiusz, Przemiany].

  

Tagi: Owidiusz
23:58, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 04 czerwca 2006
84. Pogarda

  

Jutro trzeba będzie łgać w żywe oczy, bo wczoraj popełniło się głupi błąd, a przyznać się nie mam odwagi.

Tchórzostwo, oportunizm...

Od tygodnia się na to szykuję.

Żeby tak można napluć sobie w twarz…

Nienawidzę siebie, gdy wiem, że jestem zdolny do wszystkiego.

  

piątek, 02 czerwca 2006
83. Być albo nie być?

  

Jestem bardzo zmęczony…

  

               Jestli w istocie szlachetniejszą rzeczą

               Znosić pociski zawistnego losu

               Czy też stawiwszy czoło morzu nędzy,

               Przez opór wybrnąć z niego? – Umrzeć – Zasnąć –

               I na tym koniec.

                                   [William Shakespeare, Hamlet. Przeł. J. Paszkowski]

  

Nie obudzić się już. Jakież to sny będą?

  

Archiwum
Tagi