~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
niedziela, 29 czerwca 2008
451. Dolce far niente

   

                    „Leżę na obłoku

                    Roztopiony w ciszę”

                                        [Kornel Ujejski, Wniebowzięcie].

  

Odpoczywam od życia. Bezczynność jednak strasznie męczy, nudzi, krzyczy…

Czytam opasłą książkę Stalin. Dwór czerwonego cara S. S. Montefiore, piszę coraz krótsze listy do coraz większej liczby osób, wyciągam starą (z 1977 roku) mapę Bieszczad, by choć duchowo towarzyszyć Ł. w jego wędrówkach…

  

Nie mam żadnego zajęcia, prawie nie mam pieniędzy – ciekawe, czy mam chociaż przyszłość. Od tej myśli także należy mi się odpoczynek…

Coraz częściej boli mnie głowa...

  

piątek, 27 czerwca 2008
450. Mea culpa

  

Trzeba być chłopcem, żeby stać się mężczyzną…

Trzeba uczyć się słów i emocji, od lat najmłodszych, niepostrzeżenie (a nie teraz, gdy wiem), we wspólnych zabawach, zbiorowych fascynacjach i modach, podczas nocnych powrotów z dyskotek do domu rozgniewanych naszym spóźnieniem rodziców, w czasie wakacyjnych kolonii, przy kopaniu piłki, w leżeniu na trawie, podczas wielogodzinnych rozmów i spacerów, upicia się pierwszym piwem, podpatrywania dziewczyn w szatni sportowej, mokrych snów o kolegach z boiska, poznawania reakcji własnego ciała, uświadamiania sobie własnych pragnień, snucia planów na przyszłość, przy świadomości, że jest jakaś przyszłość i trzeba o nią zadbać…

Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego mnie to ominęło, jak to możliwe, bym tego wszystkiego nie odczuł, nie zaznał, nigdy o tym nawet nie pomyślał? Dlaczego nikt mi tego nie powiedział, bo przecież wiem tylko to, co zostanie mi objaśnione z zewnątrz… „Dlaczego mnie tak zostawiono, dlaczego skazano na ugorowanie, na bezpłodną fermentację – całe warstwy, całe zakresy mej duszy” [Stanisław Brzozowski, Pamiętnik]. Jak można było obudzić się dopiero teraz, gdy utrwaliło się już tak wiele złych nawyków i zahamowań, gdy to promienne, co niegdyś się tliło, zgasło?...

To chyba jakiś rodzaj autyzmu, stłumienia siebie, emocjonalne kalectwo, brak instynktu, duchowa i fizyczna impotencja, nieumiejętność oddychania, od której cała ta pisanina się zaczęła...

Wina moja jest niewybaczalna właśnie dlatego, że nie da się nią obarczyć nikogo innego. Próbuję zatem chociaż zapomnieć…

  

W lipcu mam nadzieję na spotkanie z trzema osobami, z czego dwie mam dopiero poznać – zaczynam uczyć się mówić. I potrzebuję pomocy…

  

środa, 25 czerwca 2008
449. Finding Neverland

  

Na chybotliwym krześle (z braku drabiny) zrywam ogromne czereśnie, „wyginam śmiało ciało” pośród splątanych gałęzi, udaje mi się nawet wejść na drzewo (nic to, że ledwie półtora metra ponad ziemię, ważne, że pierwszy raz w życiu) i omalże z niego spaść; liście smagają mnie po twarzy, coś sypie mi się na głowę, coś gryzie w obnażone na słońcu plecy. Frajdę mam ogromną – i byłoby to niczym powrót do dzieciństwa, gdyby rzeczywiście tak ono wówczas wyglądało. Moje tak zwane dzieciństwo

Szkoda, że Cię tu nie ma. Bawić się w chłopca można tylko z kolegą. A że nigdy go nie miałem, muszę udawać – wciąż gram we własnych sztukach jedynie, szukając swojej Nibylandii utraconej, nigdy niezaistniałej…

  

wtorek, 24 czerwca 2008
448. Communio

  

Nie dla rozkoszowania się swoją udręką, upajania wyobrażonym cierpieniem, szukania poklasku dla jałowych słów, kultu podziemnego zacisza, ale dla odczarowania złego, grzechów odpuszczenia, obnażeniem oswojenia, z innymi wreszcie poobcowania, dla uchwycenia-wyciągnięcia dłoni, wzruszenia każdorazowym odnalezieniem, choćby jedynym takim być miało. Piszę, by się uratować – tylko poprzez współudział jest to możliwe…

   

                    „Ach, my wszystkie zdradzone, złożone w ofierze,

                    współczujące piastunki, Ifigenie, wieże 

                    z białej kości słoniowej, wieże Babel, wierzę

                    we wspólnotę języka, cichy szept, przymierze”

                                        [Anna Piwkowska, Poranek Ifigenii].

  

niedziela, 22 czerwca 2008
447. Wahlverwandtschaften

   

                    „Nigdy nie byłem niczyim rówieśnikiem”…

                                        [Osip Mandelsztam. Przeł. M. Leśniewska].

  

A mimo tego poczucia mojej całkowitej odrębności, niedopasowania, samoistności i nieprzystawalności, wciąż otrzymuję nowe listy, odbieram specyficzne głosy i słowa – dowody współodczuwania, próby utożsamienia się, wreszcie kolejne wyrazy zdziwienia, że jest-ktoś-taki-jeszcze: „Jak można pisać takie rzeczy? – które wgniatają w ziemię, rozdeptują na miazgę, rozmazują na blacie? Jak można, będąc kimś innym, odrębnym, wwiercać się tak do czyjegoś mózgu, mówić o sobie jego słowami, jak można tak wyrażać myśli, pragnienia, potrzeby, lęki i urojenia innych?”

To, co zdawało się być indywidualne, okazuje się więc doświadczeniem zbiorowym, na swój sposób uniwersalnym, ponadjednostkowym, nie-tylko-moim. Przekonałem się już o tym kilkakrotnie, a jednak za każdym razem jest to zaskakujące. „Iluż jeszcze jest takich odrętwiałych, nakarmionych fantazmatami, doświadczonych przez myśli, a nie działanie?”

Moja odpowiedzialność za innych, jaka w tym wszystkim, gdzieś na drugim planie się kryje, a zarazem wykradanie i upublicznianie przeze mnie demonów ich intymności; moja niemożność obejścia się bez nich… 

   

                    „Jestem waszym głosem, żarem waszego tchnienia, 

                    odbiciem jestem waszych twarzy. 

                    Choć skrzydeł daremnych daremne są drgnienia, 

                    będę z wami, cokolwiek się zdarzy”

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. A. Ziemny].

  

piątek, 20 czerwca 2008
446. Crossing-out

 

Ł. pragnie zginąć w górach, dać się im pochłonąć; ja chcę ocalić swoją młodość i marzenia, więc również już dawno temu postanowiłem coś nieuchronnego… Dobraliśmy się w korcu maku… A przecież nie tylko z tego powodu chciałbym się z nim zaprzyjaźnić. Tylko czy będę potrafił? Już raz mi się nie udało – ten raz jedyny, co wyczerpał wszystkie moje pragnienia i skazał na wieczną rezygnację ze wszystkiego… 

   

                    „Co skreślić pierwsze:

                    cień czy światło,

                    słowo napisane wczoraj

                    czy słowo napisane dzisiaj,

                    dzień pochmurny

                    czy dzień pogodny?

   

                    Należy znaleźć jakiś porządek.

                    Nauka skreślania świata

                    dopomoże nam potem skreślić nas samych

                                        [Roberto Juarroz. Przeł. A. Komorowski].

  

Chodzi mi wciąż po głowie najsłynniejsze zdanie z Cesarego Pavese, chciałem też dziś cytować Roberta Lowella, ale przecież mam jeszcze czas. Czas, który mi pozostał do wyznaczonego sobie momentu…

  

środa, 18 czerwca 2008
445. Drgawki

  

Nawet wybór i prasowanie koszuli może być powodem porannej awantury. Jadę do Wrocławia z twarzą czerwoną od płaczu i przez cały dzień z trudem dochodzę do siebie. Uspokaja mnie nieco godzinne przeglądanie Arcydzieł malarstwa rosyjskiego w Empiku…

Wczoraj łudziłem się, że to ostatni mój dzień w Instytucie, ale na sumienność studentów nigdy nie można było liczyć. Im nie chce się przyjść po zaliczenie, ale ja będę musiał specjalnie dla nich przyjeżdżać (a ledwie mnie już stać na bilety)…

Przemogłem się w końcu i pełen obaw zadzwoniłem – w efekcie dziś osobiście mogłem złożyć podanie o tę pracę. Ciekawe, czy doczekam się odpowiedzi. Ostatnie cztery lata biją w oczy w życiorysie i nie zachęcają zbytnio do rozważenia mojej kandydatury. Ewentualny sukces zaś to ugruntowanie mojej życiowej klęski. Ale przecież żadne zajęcie nie hańbi…

W powrotnym pociągu naprzeciw mnie siedzi chłopiec o wybitnie szwedzkiej urodzie. Gdy tylko zapada w drzemkę, podnoszę głowę znad „Polityki” i wpatruję się zachłannie w jego rozchylone usta, przysłaniające czoło blond kosmyki, profil nosa... Dzień wcześniej nieoczekiwanie, po dziewięciu latach przyśniła mi się Ewelina. Żałowała, że nie miała odwagi odezwać się przez te lata, że wówczas my nie... Mam nadzieję, że w końcu znalazła ukojenie, którego tak potrzebowała...

  

wtorek, 17 czerwca 2008
444. From Here to Eternity

  

…Bo jeśli nie Ty, to kto? jeśli nie z Tobą, to z kim?... Jakie to szczęście, że nie sprawdzimy nigdy tego scenariusza – o to jedno złudzenie będę bogatszy aż do samego końca. Nikt inny mnie nie interesuje, a w marzeniach swych będę Cię mieć już na zawsze. Nie muszę więc dłużej szukać… 

    

                    „Chciałbym oczu Twoich chmurność

                    ocalić od zapomnienia”

                                        [Konstanty Ildefons Gałczyński].

  

Ach, jak Ty się uśmiechasz! Lękam się nawet wyobrażać sobie, jak płaczesz. Bo wiem, że czasem płaczesz…

  

niedziela, 15 czerwca 2008
443. Circle

  

Znów śni mi się Twój uśmiech, znów budzę się przy Tobie w pustym łóżku, znów wspólnie milczymy w ciągu dnia… Nie mogę się rozstać z tymi myślami właśnie dlatego, że nigdy nie będzie im dane się urzeczywistnić. I to ze względu na nie wszystko inne przywodzę od tylu już miesięcy do zguby. Klęska moja musi być całkowita…

  

…„trzeba było dokonać wyboru: przestać cierpieć albo przestać kochać; […] kluczył pomiędzy pożądaniem a bolesnym niepokojem i nie wyszedł z diabelskiego kręgu, póki nie zrozumiał, że kochać można tylko to, czego się nie posiada do końca”…

                    [Manuel Vicent, Chorzy na miłość. Przeł. W. Ignas-Madej].

  

piątek, 13 czerwca 2008
442. Delirious

    

                    „Może to jest z obłędem igranie,

                    Może twego sumienia wstyd”

                                        [Osip Mandelsztam. Przeł. S. Barańczak].

  

Rozmawiam ze sobą (w gorączce, choć nie w chorobie), z wyimaginowanymi kolegami, pokrewnymi duszami, sobowtórami, kochankami, nadając swym nieurzeczywistnionym marzeniom twarz Tego, co tylko bezcieleśnie może być przy mnie i w tej tylko postaci nie obawia się zachwytu w moich oczach. I tak jak kilkuletnie, zamknięte w sobie dzieci tworzą „niewidzialnego” przyjaciela, który za nie mówi i żyje, tak ja zwracam się na głos do siebie przez „Ty” – przekonuję, karcę, pocieszam. Nie pomaga mi to konfrontować się z innymi ludźmi poza sferą ułudy, ale, na szczęście, w ogóle nie mam z kim rozmawiać. Są tylko te cztery ściany, odbicie w lustrze i Ktoś bardzo konkretny obok… 

   

                    „Ty, Ty mnie dobrze znasz

                    Wszystko o mnie wiesz

                    Wiem, wybaczysz mi

                    Że wszystko przeze mnie”

                                        [Myslovitz, My].

  

wtorek, 10 czerwca 2008
441. Furioso

  

Dziś miesza się z wczoraj. Żaden dzień nie jest na tyle wyjątkowy, by samodzielnie zaistnieć w mojej pamięci...

  

Na Wyspie Piasek próby do Otella Verdiego – imponująca scenografia-twierdza, armaty na jednym z mostków, amfiteatralna widownia, tłumy słuchaczy-spacerowiczów. W tym wszystkim sama operowa muzyka wydaje się najmniej interesująca.

Na ostatnich zajęciach w swoim życiu dostaję gwałtownego ataku kaszlu – zupełnie nie mogę oddychać, coś dławi mnie do łez, obficie zalewających zaczerwienioną twarz. Dopiero po jakimś czasie orientuję się, że siedzimy przy zamkniętych oknach. Jedna ze studentek podnosi głowę znad testu i długo przypatruje się, jak płaczę...

Wcześniej, rano, na ulicy włącza mi się alarm: „Uwaga! Rozebrany chłopiec na balkonie na godzinie pierwszej!” Potem kupuję sobie spodenki do kolan. Ładnie opalone młode buzie na peronach...  

  

Cokolwiek bym jednak ujrzał, zrobił, przeżył, każdy mój dzień jest koszmarem. Nieustającym gniewem, niemym krzykiem bezsilności. Nosi mnie. Być może dlatego właśnie czytam o zamienianiu się życiorysami i labiryncie kolejnych wcieleń-masek…

  

„Pod pozorną porywczością, z jaką reagował na przeciwności losu, krył się człowiek niezwykle opanowany, zdolny latami czekać na właściwy moment, by zadać wymarzony cios. Zazwyczaj milczący, w domowym zaciszu pozwalał sobie czasem na nagłe wybuchy wściekłości, upodabniające go do beczki strzelniczego prochu, w której tkwił zdający się nigdy nie gasnąć lont. Nie były to nigdy napady spontaniczne – raczej skutek ciągłego monologu, jaki prowadził z własną świadomością człowieka pokonanego; człowieka, który – ręczę za to – wykułby tunel w bazaltowej skale, byle tylko móc odzyskać światło odjęte mu w młodości”

                    [Ignacio Padilla, Amphitryon. Przeł. M. Płachta].

  

niedziela, 08 czerwca 2008
440. Sweet

  

Tradycyjnie o tej porze roku, choć zdawało się już, że tym razem uda się tego uniknąć, odchorować muszę kilka dni, pokichując, kaszląc, z sennością i zakrętami głowy się zmagając. Na działce klęska urodzaju – jem pierogi z truskawkami i poduszone truskawki ze śmietaną, popijam truskawkowe koktajle i kompoty, przekąszam całe truskawki umaczane w cukrze, a codziennie przybywają nowe kosze tych owoców. Truskawkowy zapach dzieciństwa… Syrop na gardło też jest słodki – przypomina mi się Pini

  

Ojciec wyjechał na kilka dni do Karpacza i dzwoni kilka razy dziennie do mamy, przeżywając ten urlop jak dziecko, dzieląc się każdym spostrzeżeniem, pytając o wszystko i skarżąc na bóle nóg. Podsłuchuję mimochodem w sąsiednim pokoju – na swój sposób ich rozmowy wydają się bardzo urocze, takie naturalne i pogodne. Mam wrażenie, że na co dzień zachowują się inaczej, że odległość sprzyja ociepleniu relacji między nimi, tak jak trywialność dnia powszedniego generuje wciąż nowe konflikty. W każdym razie, ja w tym nie uczestniczę, ograniczając się tylko do odpowiedzi na sms ojca z zapytaniem o godzinę meczu Polska – Niemcy.

I śnię o słodkich telefonach Kogoś do mnie. Chociaż o jednym takim w życiu…

  

piątek, 06 czerwca 2008
439. Trwoga

  

…że to jasne, promienne, radosne, co się jeszcze może – dziś, za tydzień – przydarzyć, będzie czymś ledwie pojedynczym, sporadycznym, że poszczególne spotkania, rozmowy, telefony oddzielone będą od następnych długimi miesiącami, że z racji tego to, co przynosi tyle szczęścia, co tak niezbędne, będzie zarazem bolesne, nie do wytrzymania, że słuszniej wobec tego nie patrzeć nawet na to, co i tak nieosiągalne, zrezygnować, wyrzec się, bo lepsze już znane zło niż spodziewane dobro, bo za późno już… – lęk przed tym wszystkim, paraliż… 

   

                    „Tyś się odgrodził od świata

                    trwogą ogromną i ssącą

                    że ludzie wtargną do źródła

                    i czyste wody roztrącą

   

                    A może tylko cisza

                    ziewa w tobie jak bagno

                    chcesz mieć spokój i idziesz

                    powoli na dno

   

                    Wejdź w siebie i zobacz

                    w pustce wszystko umiera 

                    uciekaj stąd uciekaj

                    Rzeczywistość ramiona otwiera

                                        [Tadeusz Różewicz, Czas który idzie].

  

środa, 04 czerwca 2008
438. Błądzenie

  

Przygotowuję ostatnie testy dla swoich studentów, przepisując im ręcznie modernistyczne wiersze do rozpoznania, bo nie stać mnie na tusz do drukarki, na działce zbieram truskawki w palącym słońcu, zamawiam antologię poetów amerykańskich O krok od nich, zastanawiam się, czy jutro znów zadzwonić w sprawie tego etatu w księgarni, bo wczoraj nie było dla mnie czasu, i czy starać się o niego będę miał odwagę, czytam dalej Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu Martina Pollacka, uśmiechać się staram przez łzy do mamy, co tydzień temu rozpaczała nad moim życiowym pogubieniem, a teraz – sama od lat bez zajęcia – życzliwie dopinguje poszukiwaniom pracy, jakkolwiek inaczej musiała sobie to wszystko wyobrażać (widzę to rozczarowanie w jej oczach, tym smutniejszych, że przecież tak niewiele brakowało). I ja też onegdaj widziałem się w marzeniach gdzie indziej, jako ktoś inny, teraz zaś nie znajduję pomysłu, sił i chęci na cokolwiek, błądząc ustawicznie, nie wiem czego szukając…

  

…„wciąż chodził markotny: książki do zguby go przywiodły, jak powiadają dobrzy ludzie […]. Do zguby? Zagubiony to on był, tak – i to od zawsze – na tym świecie, w którym nie widział zgoła tego samego dobra, co w książkach, co mu jego zastępowały miejsce, ale było to jeno miejsce odmowy, błagania nigdy niewysłuchanego i złośliwości bez dna”…

                    [Pierre Michon, Żywoty maluczkich. Przeł. W. Gilewski].

  

poniedziałek, 02 czerwca 2008
437. Raison d’être

  

Od P. z Łodzi (mam o nią zahaczyć, jeśli wybiorę się tam, gdzie się – raczej – nie wybiorę) dostaję błyskotliwe uwagi, że ta „własna decyzja”, której się tak obawiam i która wiadomo, jaka „być musi”, to moje ustawiczne wahanie, wycofywanie się, to przecież „racja bytu człowieka zbędnego. Bo co on ze sobą zrobi, jak wyjdzie z podziemia i okaże się, że nie jest zbędny zupełnie, a tylko trochę, albo równie zbędny jak inni śmiertelnicy, czyli niezbędny z jakiegoś tam rzeczywistego powodu? Przejścia są trudne, zwłaszcza te podziemne...”

Pewnie, że w swoim undergroundzie bezpieczniej, że przyzwyczajenie, że upajanie się własnym nieszczęściem, że strach przed nowym, przed chwyceniem się pomocnej dłoni, przed zastąpieniem pisania życiem wreszcie… Lecz może i tak, że już samo marzenie o wyzwoleniu wyczerpywać się zdaje moje oczekiwania, w zupełności wystarcza, dostarczając surogatu bez ponoszenia kosztów. A przecież nie znika, rozwija się, umacnia, pobudza do kolejnych kroków – powoli jednak, zbyt leniwie. Dwadzieścia siedem lat – już wolniej się chyba nie da…

  

„Koniec końców wszystko, co nas dopada, dzieje się z jakiejś przyczyny. Chłód, obojętność, samotność, wpędzając go w pustkę, wręcz go w niej zaryglowując, jednocześnie go chronią. Tylko przed czym i przede wszystkim po co?” [Eustachy Rylski, Człowiek w cieniu].

  

Przed czym? – przed sobą, oczywiście, że przed samym sobą...

  

Archiwum
Tagi