~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
wtorek, 30 czerwca 2009
639. "Les Plaisirs et les Jours" (Marcel Proust, 1896)...

  

Nareszcie słońce, bo jak dotąd w czerwcu tylko deszcz (teraz też zresztą pada, i według prognoz tak do końca moich wolnych dni). A zatem krótkie spodenki, działka, ostatnie już w tym roku truskawki, wyrywanie chwastów i pot przyjemnie oblewający obnażone, spracowane, rozpalone ciało, czytające kolejnego Bernharda. Doczekałem się – bo tylko takie miałem marzenia na ten czas. Oby choć jeszcze raz udało się poopalać…

  

I mógłbym tak żyć – bez ataków i tłumaczeń, samodzielnie, na swoim i za swoje, nawet jeśli kosztem ogromnej, straszliwej i nieskończonej samotności, w której tylko mówienie do siebie pozwala usłyszeć dźwięk własnego głosu. Nie byłaby to najbardziej pożądana forma egzystencji, ale i tak lepsza od obecnej. Bo całkowicie moja…

Rodzice wracają w sobotę – zostały mi cztery dni tej gry pozorów...

   

                    „Kłują mnie rzęsy, a w piersi łzy mi się burzą,

                    Czuję bez lęku, że się zanosi, zanosi na burzę.

                    Ktoś dziwny ponagla i każe mi o czymś zapomnieć,

                    Duszno – a jednak chce mi się żyć nieprzytomnie”

                                             [Osip Mandelsztam. Przeł. G. Gieysztor].

  

sobota, 27 czerwca 2009
638. Theatrum anatomicum...

  

In my mind’s eyes jeszcze sceny ze spektaklu sprzed tygodnia – czytam nieco o autorce, o samej sztuce, układam to sobie w głowie, bo wszystko takie nowe, odmienne od dotychczas znanego. Gdybym teraz obejrzał to nie-arcydzieło po raz drugi, pewnie przyłączyłbym się do owacji na stojąco…

 

…i po siedmiu dniach dopiero uświadamiam sobie, że wówczas – na scenie – kilka miesięcy przed moimi dwudziestymi dziewiątymi urodzinami – po raz pierwszy na żywo – zobaczyłem nagiego mężczyznę. I nagą kobietę. W półmroku, z trzynastego rzędu… 

  

* * *

Stylistyczne niezadowolenie z nadużywania tu ostatnio formuły „uświadamiam sobie”. Ale to ze względu „na życie, którego się uczę, po prostu się uczę” [Julia Glass, Trzy czerwce. Przeł. E. Zychowicz]...

        

* * *

Wczoraj odszedł Michael. Jakżeż on od zawsze musiał być samotny...

  

czwartek, 25 czerwca 2009
637. Crave / Pnp - czyli O słowach ze sceny usłyszanych, doczytanych, wypłakanych...

  

„Nikt tylko ty. (…) Chcę zasypiać przy tobie i robić ci zakupy i nosić za tobą torby i mówić jak bardzo lubię być z tobą ale oni wciąż każą mi robić głupie rzeczy. (…) I chcę się z tobą bawić w chowanego i dawać ci swoje ubrania i mówić ci że podobają mi się twoje buty i siedzieć na schodach kiedy bierzesz prysznic i masować ci szyję i całować ci stopy i trzymać cię za rękę i wychodzić razem żeby coś zjeść i nie obrażać się kiedy mi wyjadasz z talerza i spotykać się w barze i rozmawiać o tym jak minął dzień i przepisywać na maszynie twoje listy i przenosić twoje pudła i śmiać się z twoich wariactw i dawać ci taśmy których nie słuchasz i oglądać wspaniałe filmy i oglądać głupie filmy i narzekać na programy radiowe i robić ci zdjęcia kiedy śpisz i wstawać żeby przynieść ci kawę i bułeczki i drożdżówki i chodzić do Florenta na kawę o północy i nic sobie nie robić kiedy podkradasz mi papierosy i nigdy nie masz zapałek i opowiadać ci program telewizyjny który widziałem poprzedniego wieczora i zabierać cię do okulisty i nie śmiać się z twoich dowcipów i pragnąć cię wczesnym rankiem ale nie budzić cię żebyś mogła sobie jeszcze pospać i całować twoje plecy i głaskać twoją skórę i mówić jak bardzo kocham twoje włosy twoje oczy twoje usta twoją szyję twoje piersi twoje pośladki twoją

 

i siedzieć na schodkach paląc papierosa dopóki twój sąsiad nie wróci do domu i siedzieć na schodkach paląc papierosa dopóki ty nie wrócisz do domu i martwić się kiedy się spóźniasz i dziwić się kiedy jesteś wcześniej i dawać ci słoneczniki i chodzić na twoje przyjęcia i tańczyć do upadłego i przepraszać kiedy nie mam racji i cieszyć się kiedy mi przebaczasz i oglądać twoje fotografie i żałować że nie znam cię od zawsze i mieć w uszach twój głos i czuć dotyk twojej skóry i wpadać w panikę kiedy jesteś zła i jedno twoje oko staje się czerwone a drugie niebieskie włosy opadają ci na lewą stronę a twarz ma orientalne rysy i mówić ci że jesteś wspaniała i tulić cię kiedy się boisz i obejmować cię kiedy ktoś cię zrani i chcieć cię kiedy poczuję twój zapach i obrażać cię dotykiem i kwilić jak dziecko kiedy jestem obok i kiedy jestem daleko i ślinić twoje piersi i pieścić cię w nocy i marznąć kiedy zabierasz cały koc i dusić się z gorąca kiedy go nie zabierasz i wpadać w zachwyt kiedy się uśmiechasz i rozpływać się ze szczęścia kiedy się śmiejesz i za nic nie rozumieć dlaczego myślisz, że cię odrzucam i dziwić się jak coś takiego mogło przyjść ci do głowy i zastanawiać się kim jesteś naprawdę ale i tak cię akceptować i opowiadać historię o zaczarowanym w anioła leśnym chłopcu, który z miłości do ciebie przeleciał ocean i pisać dla ciebie wiersze i zastanawiać się dlaczego mi nie wierzysz i odczuwać uczucia tak głębokie że brak słów żeby je wyrazić i chcieć kupić ci małego kotka, o którego będę zazdrosny bo będziesz poświęcać mu więcej uwagi niż mnie i zatrzymywać cię w łóżku kiedy musisz wyjść i płakać jak dziecko kiedy pójdziesz w końcu sobie pójdziesz i tępić karaluchy i kupować ci prezenty których nie chcesz i odnosić je do sklepu i wciąż na nowo prosić cię o rękę, mimo że odmawiasz mi już któryś raz ponieważ ci się wydaje że mi na tym nie zależy chociaż zależy mi bardzo od kiedy zrobiłem to pierwszy raz i potem włóczyłem się po mieście które wydawało się puste bez ciebie i chcieć tego czego ty chcesz i wiedzieć że zatraciłem się cały i mimo to wiedzieć że przy tobie jestem bezpieczny i opowiadać ci o sobie najgorsze rzeczy i dawać ci to co we mnie najlepsze bo jesteś tego warta i odpowiadać na twoje pytania chociaż wolałbym tego nie robić i mówić ci prawdę kiedy wcale tego nie chcę i zachowywać się uczciwie dlatego że wiem że sobie tego życzysz i gdy myślę że wszystko skończone czepiać się ciebie przez króciutkie dziesięć minut zanim na dobre wyrzucisz mnie ze swojego życia i zapomnieć kim jestem i próbować być bliżej bo pięknie jest uczyć się ciebie i warto zrobić ten wysiłek i mówić do ciebie źle po niemiecku i jeszcze gorzej po hebrajsku i kochać się z tobą o trzeciej nad ranem i jakimś cudem jakimś cudem jakimś cudem opowiedzieć ci chociaż trochę o nieprzepartej dozgonnej przemożnej bezwarunkowej wszech-ogarniającej rozpierającej serce wzbogacającej umysł ciągłej wiecznotrwałej miłości jaką do ciebie czuję”

                              [Sarah Kane, Łaknąć. Przeł. I. Libucha].

  

wtorek, 23 czerwca 2009
636. "Le malade imaginaire" ou "Le médecin malgré lui"?

  

Wyglądało to na paraliż, zawał, stan katatoniczny, agonię, a okazało się czymś na kształt grypy. Ta zaś, leczona czy nie, trwa zwykle tydzień. I oto siódmego dnia komputer sam wyzdrowiał – a przynajmniej udaje takiego nim znów zacznie strzelać fochy. Bo to obrażalskie stworzenie jest i trudno z nim wytrzymać. Bez niego zaś jeszcze gorzej…

Nikt się nie dowie, / Jako smakujesz, / Aż się zepsujesz

  

Tagi: Molier
22:07, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (4) »
niedziela, 21 czerwca 2009
635. Katharsis - albo Kawaler Ostatniej Gwiazdy...

   

To wszystko miało wyglądać inaczej − kolejny raz gubią mnie własne nadzieje. Wyjechałem pięć godzin przed czasem, spędziłem we Wrocławiu godzin osiem, by wymienić ledwie parę zdań, by dostać tylko kilka minut. Nic to, trzeba być wdzięcznym za wszystko, co się otrzymuje. Ja jestem wdzięczny niezmiernie...

 

Dzięki nim przy każdym naszym spotkaniu robię coś po raz pierwszy w życiu. Tym razem poznałem teatr. Oczyszczeni Sary Kane we Współczesnym, reżyseria Warlikowski, na deskach Bonaszewski, Poniedziałek, Klynstra, Dałkowska. Widownia, bliskość sceny, aktorzy, sam fakt tego dziania się na żywo robią na mnie ogromne wrażenie − aż śmieszne, że uczyłem swoich studentów także o specyfice teatru, a sam nigdy wcześniej w nim nie byłem. Chwilami więc odrywałem oczy od aktorów i tylko słuchając ich kwestii błądziłem wzrokiem po sali, oglądając scenografię, reflektory pod sufitem, zarysy głów innych widzów: więc tak to wygląda? − dziwiłem się i cieszyłem jak dziecko...

Sama zaś sztuka − miejscami bardzo mocna, choć poruszająca raczej emocje niż intelekt (ekshibicjonistyczna nagość, szepty i krzyki), dopiero po powrocie do domu dająca się pełniej ogarnąć i nawet zaczynająca podobać. Ale już początek, monolog z Łaknąć, rozbroił mnie całkowicie do łez. I do tego ta kapitalna inscenizacja, zamieniająca dosłowność przemocy w tekście na symbole i teatralną umowność... Tak, chciałbym doznawać tego częściej, ale ten pierwszy raz kosztował mnie dzisiaj fortunę...

  

Przed spektaklem poznaję słynnego Huberta − jak zwykle jestem zaskoczony, konfrontując swoje wyobrażenia z rzeczywistością. W trójkę odprowadzają mnie na dworzec.

Tak wyszło − ależ to, z pewnością w niezamierzony sposób, zabrzmiało okrutnie i lekceważąco. Niepotrzebnie tak chwytam za słowa, chcąc znaczyć dla paru osób tyle, ile one znaczą dla mnie. Znaczyć znacznie więcej...

 

„Wiemy, czym są dla nas inni, ale czym my jesteśmy dla nich, tego nigdy nie wiadomo” [Philippe Claudel, Szare dusze. Przeł. J. Stankiewicz-Prądzyńska].

  

Wysiadam przed północą sam na ciemnym peronie. I dobrze, nikt nie zobaczy, że płaczę. I nikt się tym nie przejmie... Zapomniałem już, jak czarne jest niebo w nocy − tylko gdzieniegdzie na nim drobne punkty, migają wciąż i gasną, martwe na długo przed naszym narodzeniem...

Good night, sweet prince, / And flights of angels sing thee to thy rest!... Przed Tobą dwa tygodnie milczenia...

  

piątek, 19 czerwca 2009
634. O tym, że "tomorrow Alex is having an evening out"...

  

Od jutra sam w domu przez dwa tygodnie − po raz drugi w życiu, o siedem dni dłużej niż przed rokiem. Tym razem nie mam gdzie pracować ani czym się zająć, znajomych nie miałem tu nigdy. Na szczęście są jeszcze przyjaciele z daleka − i dzięki nim przynajmniej inauguracja tych nieustających wakacji odbędzie się godnie. Jutro wracam do domu dopiero o północy. A później zacznę się napawać samotnością i ułudą swobody... 

  

środa, 17 czerwca 2009
633. O podłości ludzkiej - czyli "J’accuse!"…

  

Listy poparcia, listy z żądaniami, listy protestacyjne... Nieustanne wrażenie, że to za mało, że chciałoby się więcej − zrobić, powiedzieć, osiągnąć. I że nic nie pomaga. A jednak mimo to − trzeba. Piszę więc, podpisuję się, wysyłam...

   

                           „Nie mogę milczeć!” [Lew Tołstoj, 1908].

  

poniedziałek, 15 czerwca 2009
632. Don’t panic (I)…

  

Najwidoczniej za mało jeszcze było tego wszystkiego − braku pracy i pieniędzy, zniszczonej w Warszawie marynarki, ponownie rzucanych w twarz upokorzeń. Na domiar złego trzeba było zainfekowania komputera jakimś świństwem tuż po otrzymaniu propozycji dokonania dla kogoś korekty jego doktoratu i tym samym szansy zarobienia kilkuset złotych − pierwszych od dziesięciu miesięcy. Nic to, przepadło, nie da się. Tylko Internet jeszcze jakoś działa. Wobec urlopu fachowca, który zwyczajowo nas w takich sytuacjach ratuje oraz wyjazdu rodziców na wakacje za kilka dni, komputer może odzyskać sprawność najwcześniej za trzy tygodnie. Cudownie, po prostu cudownie...

Z ambiwalencji przerażenia i wściekłości wyrywa mnie dopiero telefon od Ani. Bardzo lubię jej głos i rozkoszne gadulstwo. Przypomina mi to... wiadomo kogo. W ten sposób „każdy znieczulający lek napina inny nerw do bólu” [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer]. I sam nie wiem: dobra taka pamięć, czy zła...

  

14:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 13 czerwca 2009
631. Another Brick in the Wall - czyli O "sprawiedliwych i dzielnych"...

  

Premiera szóstego już albumu Marcina. Nieustanna wdzięczność za możliwość drobnego przyczynienia się do tego. Lubię myśleć (wyobrażać sobie), że „piosenka”, która mi do ręcznego przepisania przypadła, nie została wybrana tak zupełnie przypadkowo. Bo ja wcale nie sądziłem przecież / że kiedyś inaczej na mnie spojrzysz

  

„40 lat równości, 20 lat wolności”... Obserwując z lękiem i niesmakiem sposób prezentowania tego w mediach, a jeszcze bardziej doświadczając tu gdzie jestem przykrych dla mnie reakcji otoczenia na tamtą zabawę, mam szereg ambiwalentnych uczuć i poważne wątpliwości co do sensu, ale co tam − niech maszerują na zdrowie, skoro i tak nic nie pomaga…

  

Nadzwyczaj ciekawa książka ma się niedługo ukazać. Nie będzie mnie już stać na kupienie jej ani na podążanie jej śladami − bo musiałbym (chciałbym) mieszkać tam, nie tu − ale nieustannie podziwiam zaangażowanie i wiedzę jednego z jej współautorów, to, że wciąż mu się chce, że może i potrafi. I zajadle zazdroszczę wszystkim, którzy w takich rzeczach uczestniczą. Ja bowiem już tylko zbieram truskawki…

 

22:29, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 10 czerwca 2009
630. Frygt og Baeven - czyli Ps 55 (54), 6...

  

„− Ashleyu, o co się właściwie martwisz?

− O rzeczy, których nie umiem nazwać. Takie, które brzmią bardzo głupio, gdy ubierze się je w słowa. Większość rzeczy w życiu stała się zbyt realna. Trzeba teraz wchodzić w osobisty kontakt z najprostszymi sprawami życiowymi. (…) Myślę bardzo często o utraconym pięknie dawnego życia, które tak kochałem. (…) Teraz wszystko przeminęło, a ja nie mogę odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Tym właśnie się martwię. Wiem, że w dawnych czasach realne życie było tylko cieniem, któremu się przyglądałem. Unikałem wszystkiego, co było bardziej namacalne, ludzi i sytuacji, które uważałem za zbyt prawdziwe, zbyt żywiołowe. Nie lubiłem, gdy wdzierały się w moje życie. (…) Przez całe życie uciekałem od ludzi. Miałem tylko kilku starannie wybranych przyjaciół. A na wojnie przekonałem się, że stworzyłem sobie swój własny świat, że umieściłem w nim wyśnione przez siebie istoty. Przekonałem się, że istnieją realni ludzie, ale nie zdołałem dowiedzieć się, jak wśród nich żyć. I obawiam się, że nigdy tej wiedzy nie posiądę. (…) Ty, Scarlett, bierzesz życie za rogi i kierujesz nim zgodnie ze swoją wolą. Ale gdzie jest w tym świecie moje miejsce? Wierz mi, że się boję”

         [Margaret Mitchell, Przeminęło z wiatrem. Przeł. M. Pietrzak-Merta].

  

poniedziałek, 08 czerwca 2009
629. O dwóch krokach do przodu i jednym kroku w tył...

  

Pierwsza od rejestracji wizyta w Powiatowym Urzędzie Pracy − stawiam się karnie w wyznaczonym miesiąc temu terminie. Kilka podpisów i pouczeń, kilka informacji, moje pytanie o legitymację ubezpieczeniową, konieczność dostarczenia zdjęcia… I może tylko po to było warto − żeby zacząć się w końcu leczyć z tego, co napawa mnie wstrętem do samego siebie. Tylko że tu nie ma takich specjalistów…

  

Chcąc jeszcze bardziej upowszechnić swoje zdjęcia, napotykam pewien problem techniczno-internetowy. W efekcie powstaje − bez zaglądania do słowników − pierwszy w życiu mail po angielsku z prośbą o wyjaśnienia i interwencję. A po kilku godzinach przychodzi odpowiedź i rozwiązanie − i kto by pomyślał, że jednak czegoś się sam nauczyłem?

  

Czy boleśniejsze jest, gdy się na mnie krzyczy czy gdy „tylko” mnie upokarza rzuconą niby od niechcenia uwagą? I jaka to w efekcie różnica?...

  

sobota, 06 czerwca 2009
628. O tym, że już chyba nie potrafię, nawet jeśli chęci wciąż nie zbywa...

   

                    „Dopominaliśmy się o obsesję pisania

                    i zostaliśmy wysłuchani”

                                        [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

  

Tylko co teraz − sobie na przekór, z przyzwyczajenia, na siłę? Uparcie, co drugi dzień, aż do końca, za wszelką cenę i bez wiary w bodaj jedno słowo…    

   

                    „dlaczego nie pisze się tak jak się mówi

                    nie pisze się tak jak się kocha

                    nie pisze się tak jak się cierpi

                    nie pisze się tak jak się milczy

   

                    pisze się trochę tak jak nie jest

                                        [Jan Twardowski, Pisanie].

  

czwartek, 04 czerwca 2009
627. O tym, że "przeszłość - jest to dziś, tylko cokolwiek dalej" - czyli Jak było (PRL) i jak być mogło (ChRL)...

      

wtorek, 02 czerwca 2009
626. O tym, że do trzech razy sztuka...

  

Chęć podjęcia tej pracy właśnie tam może i nie była zbyt wielka − bo cóż mi równie obcego jak podręczniki do języków obcych − ale sądziłem, że przekorny los udowodni mi, że niektórzy nie mają wyboru i dlatego otrzymam pozytywną odpowiedź. Tymczasem złośliwość Fortuny okazała się konstrukcją piętrową…

  

Na domiar złego coś się stało w Warszawie z moją ulubioną, tak długo szukaną i ogromnie pożądaną czarną marynarką z pagonami − na prawym rękawie jakaś rdzawa plama, a może odbarwienie na słońcu wadliwego materiału. Nie daje się usunąć. A zatem po dwóch miesiącach radości kolejne 150 złotych poszło w błoto. Mam wszystkiego ledwie cztery razy tyle…

  

I nawet na Dzień Dziecka, kolejny już raz, dostałem sztylet w serce. Na szczęście w kontrze było piękne życzenie mojej wirtualnej siostry-narzeczonej, bym zawsze pozostawał sobą i nikim więcej. Tylko sobą…

  

Archiwum
Tagi