~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
środa, 30 czerwca 2010
803. Do it in public!...

  

Odwieczne wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą, przyglądają się krytycznie, komentują. Dziś przynajmniej dać postanowiłem ku temu powody. Debiutuję we wściekle różowej koszulce z pstrokatymi biało-niebiesko-srebrnymi napisami. Liczyłem na zrobienie w pracy furory, a były tylko dwa miłe komentarze. Posadami miasteczka także nie wstrząsnąłem, bo żar z nieba wyludnia ostatnio ulice – ot, parę razy młodzi ludzie na tylnych siedzeniach przejeżdżających samochodów oglądali się z głupawym uśmiechem. Nie było się czego bać…

  

poniedziałek, 28 czerwca 2010
802. "Trochę będzie szkoda, gdy / utopię się w nim"...

  

Coraz trudniej, senniej, apatyczniej – coraz więcej zadań w firmie, w większym tempie. Coraz głupsze też pomysły, pytania zarządu. „Mam już dosyć”, mówię sobie kilka razy dziennie. Ktoś tam płacze nawet, ktoś już dzisiaj odszedł…

Na sobotnim horyzoncie spotkaniowy Wrocław, na początku sierpnia – zagraniczny wojaż. Myśl, że po dniach kilku i tak trzeba wrócić. Żadnej nadziei poprawy, wrażenie grzęźnięcia, tonięcia…

Wieloletnie marzenie o beztroskim opalaniu się, o upale, z którego tyle teraz mam, co mi zostanie na piegowatym nosie, gdy wracam przed siedemnastą do domu. Kusi mnie, by kupić sobie nowe krótkie spodenki, nawet jeśli w tym roku raczej nie będzie mi dane ich nosić… I żeby tak jeszcze usłyszeć szum fal, tak, to zwłaszcza, najbardziej…

  

            „Moje życie to ziemia wyschnięta od słońca i pragnienie morza”

                    [Laurent Gaudé, Słońce Scortów. Przeł. J. Giszczak].

   

czwartek, 24 czerwca 2010
801. Identity...

  

Jakie fajne zjawisko – chłopiec, myślę ostatnimi laty. I że równie wyjątkowo i przyjemnie – być pedałem. Tyle że wpisany jest w to jakiś rodzaj obecności innych, współobecność z nimi, środowiskowa zbiorowość – lub na innym polu: więź ciała i ducha, czuły moment usta-penis pieszczoty, wiedza/pamięć, co to homo i sexual znaczy. W tym sensie dramat, jaki przeżywam, nie polega jedynie na bolesnym doświadczeniu samotności, lecz jest zarazem tragedią niepewnej, zagubionej w sobie i w świecie tożsamości, zbyt wątłej, by skazywać się na dumne nieprzynależenie

  

Znowu dziś w telewizji wypowiedź mojej byłej psychoterapeutki. Nie umiem sobie odpowiedzieć, czy mi tych rozmów brakuje…

  

poniedziałek, 21 czerwca 2010
800. Une curieuse solitude...

  

„Nie masz nowych wiadomości”…, „Zero komentarzy”…, „Twoja skrzynka kontaktowa jest pusta”…, „W ostatnim czasie nikt nie odwiedzał Twojego profilu”…, wszyscy podobni Tobie, których znasz, mieszkają setki kilometrów od Ciebie…

Dziś mija równo rok, odkąd ostatni raz spotkałem się z jakimś gejem – ba! kiedy w ogóle kogoś takiego widziałem. Nic nie zapowiada, by przez kolejny rok mogło się tutaj coś zmienić. Może potem, w Warszawie – choć niby dlaczego, właściwie?...

Przez trzy lata obecności na branżowych portalach nie poznałem za ich sprawą nikogo. Nie żebym na te właśnie miejsca mocno liczył. A przecież nawet wstrętne oferty typu „Cze! Poruchamy się?” inni dostają dziesiątkami tygodniowo – ja raptem dwie przez trzydzieści cztery miesiące. Zbyt wielką jednak traumą byłoby tracić dziewictwo w ten sposób…

Najwidoczniej, tylko samemu sobie wydaję się atrakcyjny. Nie umiem w żaden sposób się zareklamować, odpowiadać na szczątkowe listy, gdy już się trafi jakiś raz na sezon, jestem też chorobliwie wręcz nieśmiały; wstydzę się swoich pięciu cielesnych problemów, napawających mnie wstrętem i blokujących choćby myślenie o jakichś seksualnych możliwościach. Do dwudziestego siódmego roku życia sądziłem, że jestem sam na świecie. Potem dopiero, dzięki temu tu pisaniu zetknąłem się z sześcioma wspaniałymi chłopcami – zwłaszcza z pierwszym, za sprawą którego wszystko się we mnie obudziło. Bezowocnie jednak. Będę mieć teraz lat trzydzieści i ciągle, tak samo przejebane

  

„Podobnie jak niepohamowany liberalizm ekonomiczny, i z analogicznych powodów, liberalizm seksualny wytwarza zjawiska skrajnej pauperyzacji. Niektórzy uprawiają miłość codziennie; inni pięć czy sześć razy w życiu albo nigdy. Niektórzy uprawiają miłość z dziesiątkami kobiet; inni z żadną. To właśnie się nazywa »prawem rynku«. W systemie ekonomicznym, gdzie zwalnianie z pracy jest zabronione, każdemu udaje się lepiej lub gorzej znaleźć swoje miejsce. W systemie seksualnym, gdzie cudzołóstwo jest zabronione, każdemu udaje się lepiej lub gorzej znaleźć swojego łóżkowego partnera. W systemie ekonomicznym całkowicie liberalnym niektórzy dochodzą do znacznego majątku; inni są bezrobotni i gniją w nędzy. W systemie seksualnym całkowicie liberalnym niektórzy mają różnorodne i ekscytujące życie erotyczne, inni skazani są na masturbację i samotność. Liberalizm ekonomiczny to poszerzenie pola walki, walki, która toczy się w każdym wieku i we wszystkich klasach społecznych. Podobnie liberalizm seksualny to poszerzenie pola walki, walki, która toczy się w każdym wieku i we wszystkich klasach społecznych. (…) Niektórzy wygrywają na obu polach; inni na obu przegrywają. Przedsiębiorstwa wydzierają sobie młodych wykształconych ludzi; kobiety wydzierają sobie młodych mężczyzn; mężczyźni wydzierają sobie młode kobiety; zamęt i poruszenie są wielkie”

        [Michel Houellebecq, Poszerzenie pola walki. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

niedziela, 20 czerwca 2010
799. Z niechęcią, lecz bez wahania...

  

Moje trzecie wybory prezydenckie (w 2000 Kwaśniewski, w 2005 Borowski, w drugiej turze Tusk; pamiętam też dobrze te z 1990 i 1995, wrzucałem karty do urny za rodziców). Lista kandydatów kiepska jak nigdy dotąd. Ale też stawka i zagrożenia ogromne. Dlatego Bronisław Komorowski, niestety…

  

19:27, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
sobota, 19 czerwca 2010
798. Assertiveness training...

  

Praca staje się tu ostatnio dyżurnym tematem, jakimś wyjściem z braku innych pomysłów – nie cieszy to, bo zaniża ogólny poziom, zwłaszcza, że nie można jej chyba uznać za inspirującą. Siedzę za biurkiem, wciąż dzwonię z pewną taką nieśmiałością, wysyłam zamówienia, rysuję wzbudzające zachwyty tabele (jak ta ośmiostronicowa w piątek, z setkami rubryk i w każdym milimetrze idealnie dopasowana do zakresu wydruku). Fakt, uczę się walczyć ostatnio o swoje – rozstrzygnie się niebawem, czy zostanę, czy będzie podwyżka…

Jak na to wpłyną moje odmowy? Wczoraj o 14.30 dostaję z sąsiedniego działu mailową „prośbę” o przetłumaczenie na rosyjski załączonych w 16 plikach (łącznie kilkadziesiąt stron!) specyfikacji technicznych naszych produktów. Że niby wszystko jest już ustalone z prezesem i dyrektorem ds. marketingu. Tylko jakoś mnie nikt nie zapytał o zdanie, nie zainteresował się tym, że mam tu zupełnie inne obowiązki, i to w ilości, która nie pozwala mi ze wszystkim zdążyć. O tym, że kiedy niby – w weekend? w domu? – miałbym się tą translatorską pracą zająć, że wymaga to dłuższego czasu, sięgnięcia do specjalistycznych słowników, że się wreszcie za podobne rzeczy odpowiednio płaci, też nikt raczej nie pomyślał. Jakaś cizia pracująca tutaj ledwie trzy miesiące puściła mi maila i zadowolona poszła sobie wcześniej do domu. Wysmażyłem więc odpowiednio stanowczą (kilkupunktową) odpowiedź, która powinna dać co poniektórym do myślenia...

Zawsze byłem zbyt uprzejmy i wszystkim pomocny – na studiach kserowało się moje zeszyty, w szkole masowo odpisywano ode mnie zadania domowe, i nawet test wstępny do liceum napisałem za chłopaka, siedzącego obok. W pracy już jednak na to nie pozwolę. Mogę dalej wyświadczać drobne przysługi, objaśniać, co jest napisane w zapytaniu ofertowym z Rosji lub na etykiecie, ale frajerem być nie zamierzam...

Zapowiada się ciekawy (burzliwy?) poniedziałek…

  

Tagi: praca
19:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (1) »
czwartek, 17 czerwca 2010
797. Uderzenie wyprzedzające...

  

Dopiero przy trzeciej wizycie nowego kierownika mojego działu (zaczyna za miesiąc, na razie zamyka poprzednią pracę, choć już wdraża się we wszystko i nadzoruje gigantyczny przetarg na etykiety, do którego mam przyjemność przygotowywać równie wielką tabelę porównującą oferty) udaje mi się, gdy już miał wychodzić, poprosić go o krótką rozmowę i zapoznać ze swoją sytuacją. Mówię, że jestem otwarty na propozycje przedłużenia umowy i gotów pracować gdzieś do połowy przyszłego roku. I że konieczne są nowe warunki płacowe – bo jestem dużym wsparciem dla zespołu, mam swoje niełatwe zadania i będę już miał pod koniec lipca jedenastomiesięczne doświadczenie, a te tysiąc sto w firmie operującej milionami to nie jest odpowiednia pensja. Był mi bardzo wdzięczny, że zawczasu informuję go o wszystkim i pozwalam się nad tą kwestią zastanowić...

Tak więc zaczął się nareszcie wielki mecz – we właściwym czasie przejąłem inicjatywę, a obecnie piłka po stronie partnera…

  

Tagi: praca
20:03, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 czerwca 2010
796. White man’s burden...

  

Zmęczenie przeogromne – tyleż wielogodzinnym siedzeniem przy biurku bez opierania pleców co analizowaniem, którą owijarkę do palet czy zakręcarkę do butelek (łączna wartość ponad sto tysięcy złotych) mam firmie zamówić. A że żadnej decyzji nie umiałem podjąć, tym większe też obciążenie, świadomość, iż jutro to samo…

Od kilku lat myślałem, że głównie miłości i seksu, że uznania, prywatności, własnego mieszkania – ostatnio jednak, że najbardziej pragnę nie pracować. Takie życie – między zmuszaniem się do czegoś a koniecznością wyrzeczenia…

  

20:19, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 12 czerwca 2010
795. Wild Things...

  

Wczoraj pierwszy raz w kupionych jeszcze w kwietniu jasnych, wąskich dżinsach i też dotąd nienoszonych białych trampkach – gdzieś sprzed roku (!). Nienaturalnie sztywno wspinam się po schodach i siedzę przy biurku z wyprostowanymi nogami w obawie, że mogą wypchać się kolana. Ale przynajmniej wyglądam doprawdy zajebiście (czyt: „so gay!”)…

Brązowe plecy młodych robotników kładących nowe chodniki, odsłonięte wokół łydki chłopców – patrzenie, gdy nikt nie widzi. W myślach idiotyczne „Ale-, Ale-jandro! Ale-, Ale-jandro!” z ostatniego klipu Lady (z)Gagi, przed oczami setki rozebranych par z teledysku Kylie Minogue. Przekleństwo głowy, która więcej pragnie niż od ciała, które wieńczy, może dostać…

Dziś debiut tegoroczny w krótkich spodenkach. Zrywam truskawki na działce, rozbieram się nawet, bo przygrzewa. W tym sezonie praca nie pozwoli zbytnio rozkoszować się słońcem – a od jego rzekomo zbawiennego wpływu na moje problemy skórne ważniejsza jest erotyczna pieszczota, jaką odczuwam podczas opalania…

Noce są okropne, duszne, wycieńczają strasznie. Nie radzę sobie z własnym pożądaniem. Zapowiada się kolejne beznadziejnie napalone lato…

  

Z opóźnieniem sporym, ale i z radością wielką odkrywam, że T. znowu pisze. I że ktoś jeszcze poza mną uważa Houellebecqa za nadzwyczaj romantycznego pisarza…

Zasługuję na to, by stać się dla kogoś inspiracją, zostać bohaterem tekstu – choćby i napisanego przez jakiegoś socjologa czy psychiatrę. Książka ta poświęcona jest człowiekowi, powiedziałby Michel…

  

czwartek, 10 czerwca 2010
794. Do krwi ostatniej...

  

Ogromne niczym chrabąszcze popowodziowe komary atakują całymi chmarami i nie straszne im słońce, ni deszcz. Od zawsze mają szczególną ku mnie skłonność. Nic to, dwa razy dziennie muszę tamtędy chodzić…

Cały dział wyjechał do Kłodzka na szkolenie – jestem dziś, jak wczoraj, sam ze stażystami. Zaduch, żar leje się z nieba, w biurze przeciągi i wirujące wiatraki. Dopilnowywanie tego, co nie w mojej gestii, jakieś niepełne dostawy, korekty produkcyjnego planu, fakturowe zamknięcie miesiąca, telefony z pytaniami o przetarg. Urwanie głowy i pocące się wszystkie części ciała. Zniechęcenie i zmęczenie ogromne…

Zostało mi tam ledwie półtora miesiąca. I nadzieja na życie cała w tym, że przedłużą…

Tak więc jak zwykle spóźniony, mokry, niewyspany, z odciskami na piętach, pogryziony, po piachu jutro znów będę spieszył tam, gdzie nie moje miejsce...

  

„Czy w grę wchodzi sklep, pole czy też łódź rybacka, istnieje niejasna więź między człowiekiem a jego narzędziem pracy, mieszanina szacunku i nienawiści. Człowiek się o nie troszczy. Krząta wokół niego, wykonuje tysiące prac, a nocą klnie, na czym świat stoi. Ono zaś go wykańcza. Łamie. Kradnie niedziele i życie rodzinne, lecz za nic w świecie nikt nie chce go porzucić”

                    [Laurent Gaudé, Słońce Scortów. Przeł. J. Giszczak].

  

19:41, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 08 czerwca 2010
793. Sinfonia Eroica...

  

Gorące dni po ciągle chmurnej wiośnie. Truskawki, już nie kupowane, ale z działki. Męczący, roznegliżowany sezon dla spragnionego seksu ciała, dla chorobliwie nieśmiałego wzroku – o ileż jednak przyjemniejsze to, niż tkwić za biurkiem, znów, jak przed dwoma laty, nie móc doznawać lata. Heroizm ośmiu godzin udawanej pracy…

  

Dochodzi do mnie, że przez całe życie bałem się nie tylko robić to, co rzeczywiście jakoś otoczone wstydem (rozebrać się na przykład pośród innych – stąd podglądanie wieloletnie przez firanki; marzenie, by tak z boiska z kolegami, bez koszulki albo plażą…), ale też wszystkiego, co po prostu naturalne, co swobodne i chłopięco bezpretensjonalne. Stąd też ta zarzucona dziś na ramię, bez trzymania, bluza – odwagi znak i przełamania niejakiego, sporo wewnętrznej z tej drobnostki przyjemności… Lecz kto zrozumie, zechce zbliżyć się do tego, co się aż tyle lat sposobi do banalnego gestu? A przecież, gdyby jakaś dłoń pomocna, a i dla kogoś gdyby, szłoby szybciej…

  

Jako że pieszo na okrągło, więc i uwagę mimowolnie co dzień zwracam na stan chodników, ścieżki, dróg pobocza i trawniki. Refleksja: największy przejaw współczesnego patriotyzmu to swoich psów gówienka własnoręcznie zbierać z ziemi. Mało wokół takich anonimowych bohaterów…

  

niedziela, 06 czerwca 2010
792. Transparency...

 

Od czwartku, kiedy to w odpowiedzi na szereg pretensji mamy ojciec krzyknął do niej „Zamknij się!”, oboje się do siebie w ogóle nie odzywają. W domu panuje nareszcie cisza absolutna i spokój. Jak dla mnie, to mogą się nawet nigdy nie pogodzić. Chciałbym być już całkiem poza nimi…

 

„Widzę ich, moich biednych rodziców, jak nienawistnie bawią się w dom, w dzieciństwie świata. Ich nieszczęście było elementem stałym moich najmłodszych lat: wysoki, niekończący się rejwach, poza zasięgiem słuchu. Nie żywiłem do nich nienawiści. Kochałem ich zapewne. Tylko że stali mi na drodze, zasłaniając widoki na przyszłość. Z czasem nauczyłem się patrzeć mimo nich, patrzyłem przez moich przezroczystych rodziców”

                          [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

  

18:52, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 04 czerwca 2010
791. "Światło - nosisz je w sobie"...

  

Gnaną wiatrem przez drogę, podskakującą szmatkę, biorę z daleka za figlarną wiewiórkę; jakiś mężczyzna, idący z naprzeciwka, przystaje przede mną, stawia torbę z zakupami na ziemi i rozkłada szeroko ramiona – ewidentnie porażony napotkanym zjawiskiem; ktoś inny śpiewa sobie na głos, ktoś sam też ze sobą rozmawia. A ja beztrosko podbijam dłonią wysokie trawy na poboczu i przepływam obok nich wszystkich z uśmiechem, z tymi swoimi dołeczkami w policzkach, co tak wielce rozczulają kobiety. „Nie mężczyzna – ale obłok w spodniach!” [Władimir Majakowski. Przeł. J. Tuwim]. Cały jestem dziś śliczny i liryczny. Bo słońce nareszcie wróciło…

  

środa, 02 czerwca 2010
790. Timeo... et dona ferentes...

  

Na Dzień Dziecka życzenia od mamy, bym miał więcej do niej zaufania – do osoby, co mi skrycie przetrząsała szuflady, czytywała listy, zastraszała, podarła książkę na strzępy, wyrzuciła zeszyt z wieloletnimi notatkami i cytatami z lektur. Podobnie jest przy Wigilii, przy wielkanocnym stole i na urodziny – życzy mi czegoś dla niej samej: bym był „lepszym synem”, „nie denerwował się tak na nią”, mówił o swoich intymnych sprawach (które ona następnie osądzi, napiętnuje i odrzuci). Przywykłem, co innego mogę zrobić…

  

„Wróciłem do stanu wcześniejszego. Znowu stałem się synem. Bolało mnie, że sprawiam rozczarowanie matce, nie potrafiłem jednak znaleźć słów, aby jej wyjaśnić, co się ze mną dzieje.

(…) Znowu stałem się tym dziwnym synem, któremu wciąż się w życiu nie udaje. Znowu stałem się dzieckiem swojej matki”

               [Karel van Loon, Ojciec i ojciec. Przeł. E. Jusewicz-Kalter].

  

Dostaję jednakże prezenty – chyba jeszcze nigdy tyle w ostatnich dziesięciu latach: wielka ciemna czekolada z orzechami, metalowe pudełko pełne pysznych ciastek (na wieczku Puchatek przytula Prosiaczka – nie miała tu raczej określonych skojarzeń), kupon Lotto (już po paru godzinach bez szansy na 8 milionów) i… 300 złotych na elektryczną maszynkę do golenia, bo że od kilkunastu lat nie mogę się tego nauczyć, wciąż na szyi widać (jestem nawet skłonny jeszcze dołożyć do tego interesu, byle ten koszmar mógł się wreszcie skończyć). Po obiedzie zaś wielki truskawkowy puchar…

Miłe to wszystko, tylko co to zmienia, jakie krzywdy między nami naprawia? Jak ukoić może głębię bólu, urazę i wściekłość?

  

„W dzieciństwie Rudy panicznie bał się porażki i wszystkich ludzi. Teraz dopiero – zbyt późno – uświadomił sobie, że lęk przed życiem zrobił z niego kalekę. Mógł dokonać niesamowitych rzeczy, może nawet zostać wielkim człowiekiem – a nie osiągnął nic. Jako dziecko modlił się, żeby mógł być bezpieczny, szczęśliwy, kochany. I teraz dopiero widział – za późno, niestety – że otrzymał w życiu to wszystko, o co się modlił. Zanim skończył dwadzieścia jeden lat, był bezpieczny, szczęśliwy i kochany. Ale wtedy przestało mu to wystarczać. A czym się odwdzięczył za otrzymane dary? Niczym. (…) Nie był zdolny do miłości, bo rządził nim lęk

             [David Adams Richards, Grzech miłosierdzia. Przeł. J. Kozak].

  

Archiwum
Tagi