~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
wtorek, 28 czerwca 2011
961. „As for Me and My House” (Sinclair Ross, 1941)...

  

Zabawne, na swój sposób, do jakiego stopnia jestem (w tym wieku!) nieprzygotowany, by samemu prowadzić dom. Syndrom maminsynka: całe to czyszczenie, pranie, gotowanie; środki chemiczne, przyprawy, urządzenia – wszystko do nauczenia się dopiero…

Wyrzut sumienia z powodu rachunków za stołowanie się na mieście w ubiegłym tygodniu zmusza mnie dziś do debiutu na polu kulinarnym. Gotuję ryż, podsmażam posiekaną drobno kiełbaskę ze śniadania, dodaję sos meksykański ze słoika – i nawet okazuje się to jadalne (choć porcja wyszła mi raczej na dwie osoby. Było to zresztą naśladowanie i twórcze rozwinięcie obiadu przyrządzonego nam ostatnio przez Anię w Krakowie – jak zwykle: wszystko, co pierwsze, tylko dzięki niej). Opanować jeszcze makarony, kombinować z różnymi sosami – i otwiera się całe spektrum kuchennych możliwości. Wbrew obawom i wątpliwościom pewnych osób wygląda na to, że może mi się udać jakoś przeżyć…

  

„(…) cieszył się z tego, że… wreszcie ma prawo umrzeć z głodu, jeśli nie da sobie rady. Z głodu jednak nie umarł”

            [Marcin Czajkowski, Kosmopolak, „POLITYKA” 2011, nr 26].

  

niedziela, 26 czerwca 2011
960. Z cyklu: Moje okolice (I) - Park Moczydło...

  

Pagórki, jeziorka, mostki, alejki, poukrywane w różnych zakątkach ławeczki, przestrzenie do opalania – i wszystko ledwie parę minut od mojego domu. To będą moje podręczne Łazienki – z kaczkami zamiast wiewiórek…

  

      

  

      

  

                  

   

      

  

                  

   

      

   

      

  

piątek, 24 czerwca 2011
959. „Hours of Idlness” (Lord Byron, 1807)...

 

Pierwsze chwile – u siebie, ze sobą. Bez dostępu do sieci, bez potrzeby pisania. Poranne wylegiwanie, zbyt drogie obiady, prysznice w środku nocy. Dokupywanie kolejnych drobiazgów. Rozkładane na raty sprzątanie. Poznawanie okolicy, smakowanie czasu. Krótki spacer z zapoznanym wreszcie M. (urocza kawiarenka i prezent do mieszkania). Codzienne improwizacje, totalne róbta co chceta

  

„Mógł wreszcie żyć wolny, w zgodzie ze swymi pragnieniami, mieć tajemny zakątek, do którego nie wetknie ciekawskiej głowy żaden członek rodziny, zakątek, w którym życie toczy się wedle innych zwyczajów”

                   [Milan Kundera, Nieśmiertelność. Przeł. M. Bieńczyk].

 

wtorek, 21 czerwca 2011
958. „The Voyage Out” (Virginia Woolf, 1915)...

  

„– Jeśli nie będziesz tego wytrzymywać, zawsze możesz wrócić.

– Wiem – powiedział muzyk i natchnionym, posępnym, zachwyconym wzrokiem, w którym odzwierciedlało się jakieś straszne wewnętrzne światło, patrzył w sufit. – Ale nie wrócę, bo potrzebuję samotności.

To słowo – »samotność« – powiedział z takim pełnym entuzjazmu naciskiem, jakby wykrzykiwał: »szczęście« albo: »zbawienie«. Potem zamilkł. Wszyscy zamilkli, czuli przeznaczenie.

Odszedł jeszcze tego samego popołudnia” 

                      [Sándor Márai, Samotność. Przeł. I. Makarewicz].

  

niedziela, 19 czerwca 2011
957. The Last Night...

  

Wczoraj spakowany w pudła wybór książek – dojadą za dwa, trzy tygodnie, gdy mnie odwiedzą rodzice. Dziś ubrania do walizki i podręcznej torby – parę tomów też udaje mi się między nimi upchnąć

Tyle przyszło na to czekać, marzyć i planować, że aż trudno przyzwyczaić się do myśli: w końcu następuje

  

„Gorycz opuszczania po raz pierwszy starego domu, w którym zrodziły się wszelkie nadzieje, obawy, jakie przynosi z sobą każda zmiana, emocje rozstania z matką wypełniały całkowicie jego serce, lecz nad wszystkim ciążyła uporczywa myśl, której nie potrafił określić, niczym niejasne przeczucie czegoś złowróżbnego, jakby miał rozpocząć podróż bez powrotu”

                      [Dino Buzzati, Pustynia Tatarów. Przeł. A. Pałasz].

  

czwartek, 16 czerwca 2011
956. Oops!... I Did It...

  

Cały wtorek był jakimś ciągnącym się, wyczerpującym mnie do cna koszmarem. Nagła decyzja o wyjeździe podjęta w stanie utrzymującego się od kilku dni rozstroju nerwowego; spóźnienie się na dwa pociągi; przesiadki z metra na autobus; przybycie do hostelu w porze umówionych oględzin mieszkania w zupełnie innej części miasta; telefoniczne przeprosiny i przesunięcia godziny spotkania; szybki prysznic wobec totalnego przepocenia; znów metro, autobus i paniczne szukanie połączenia tramwajowego; casting, w trakcie którego zjawiają się kolejni kandydaci; zgubiony bilet dobowy i cały wieczór nerwowego oczekiwania na odpowiedź. To się nie miało prawa udać. A jednak to właśnie mnie wybrano!...

W środę podpisałem umowę, wpłaciłem kaucję i już mogłem się wprowadzać. Kawalerka jest bardzo przytulna, a przy tym elegancka, okolica spokojna – w pobliżu targ staroci na Kole i Powązki. Za znacznie wyższe ceny dostaje się gorsze warunki – przez tych parę tygodni poszukiwań widziałem w końcu setki ofert. A jak już przystąpiłem do działania, trafiłem za pierwszym razem! Niewiarygodne wręcz, jak łatwo poszło…

Wczoraj jeszcze dokupiłem kilka drobiazgów, dziś już wróciłem do domu. Do domu rodziców, bo odtąd mam dwa mieszkania. Pora pakować ubrania i książki. Od poniedziałku będę wreszcie mieszkańcem Warszawy!…

  

poniedziałek, 13 czerwca 2011
955. First / Third Attempt...

 

To będzie najkrótsza – tym samym też najdroższa – z mych podróży. Po tygodniach odwlekania, roztrząsania – nagły impuls. Rano ruszam do Warszawy obejrzeć pierwsze mieszkanie. Zostaję tam na dwa kolejne dni, by móc w razie czego szukać dalej już na miejscu

  

Znowu ta odległość: przegapiane szanse, stygnące uczucia, inni co – będąc tam pod ręką – w końcu nas zastąpią…

 

Tagi: Warszawa
22:09, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 11 czerwca 2011
954. Parada 2011 - czyli „Some Like It Hot”...

  

Pierwsze w tym roku opalanie. I manifestacyjne przejście przez wszystkie działki bez koszulki…

Lato jako jedyne prawdziwie odczuwane doznanie seksualne. Słońce niczym afrodyzjak; upał jako orgazm…

  

czwartek, 09 czerwca 2011
953. Lord Paradox (III)...

  

D. pisze, że chciałaby zostać romansopisarką. Mówię jej, że przecież jest – romanse bowiem pisze się własnym życiem. I tylko takie dadzą się w ogóle czytać…

Zapamiętać (uwierzyć we) własną błyskotliwość…

  

Tagi: kobiety
21:51, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 07 czerwca 2011
952. Animula - z cyklu: Kryzysy...

   

                    „Wyciąga dłonie, głodna pieszczot i zabawek,

                    Śmiało rzuca się naprzód i nagle umyka,

                    By ukryć się za rękę wspartą na kolanie (…).

                    A potem, ciężkie brzemię, z dnia na dzień rosnące,

                    Rani duszę i gmatwa, coraz głębiej, głębiej;

                    Tak z tygodnia na tydzień coraz ciężej duszy,

                    Gdy rozróżnia, poznaje realność i złudę,

                    Konieczność i marzenie, pragnienie i przymus.

                    Wreszcie ból życia i narkoza snów

                    Zwijają tę duszyczkę w kłębek na fotelu

                    Za tomami Wielkiej Encyklopedii.

                    Z ręki czasu wychodzi oto ludzka dusza,

                    Lękliwa, samolubna, bezsilna, kulawa;

                    Już nie umie iść naprzód ani w tył umykać,

                    Boi się barw gorących, nie ufa dobroci

                    I krwi krążącej w żyłach; błąka się jak cień

                    Swego własnego cienia, w swoim własnym mroku,

                    Aż zostawia w mieszkaniu stos bezładnych kartek;

                    I żyje po raz pierwszy w ciszy”

                                        [Thomas Stearns Eliot. Przeł. Z. Kubiak].

 
sobota, 04 czerwca 2011
951. „Avant le grand silence” (M. Maeterlinck, 1934)...

  

Nie-czytanie od miesięcy, nie-bywanie nigdzie, ogólne nie-dzianie. Zapominanie o koniecznym-do-upamiętnienia, pomijanie ważnego, rozmyślanie nicości. Przysypianie przed końcem nocnych dokumentów („Śmierć człowieka pracy”, Austria / Niemcy’2006; reż. Michael Glawogger), wrażenia nieodnotowane z transmisji spektakli, obrazów rodzin spajanych wzajemną nienawiścią – „Utwór o matce i ojczyźnie” ze Współczesnego w Szczecinie (reż. Marcin Liber według Bożeny Keff), „Zmierzch bogów” z gdańskiego Teatru Wybrzeże (reż. Grzegorz Wiśniewski na podstawie filmu Luchino Viscontiego)…

Domowe wściekłości, uczucia do tych z zewnątrz stygnące przez odległość. Przygotowania pełne dylematów, szczęśliwe marnotrawstwo czasu. Wciąż z ludźmi, lecz największe radości sam dla siebie. Jaskółki za oknami, truskawki, gołe nogi. Niewypowiedziane, nie-do-opisania. Nie odzywać się już, nikomu ani słowa. Uwertura do tego, co nastąpi…

  

                    „Naszej nicości najgłębszą gramatykę

                    Język bliski zaniku najdoskonalej chroni”

                                        [Tony Harrison, Arka. Przeł. B. Zadura].

  

środa, 01 czerwca 2011
950. Na Dzień Dziecka - Matka i syn...

  

…I żebyś wreszcie ułożył sobie życie – tak, jak tego pragniesz…

I żebym jeszcze mógł uwierzyć, że wiesz, czego mi życzysz. Że ucieszyłabyś się, gdyby się spełniło…

  

„Ach, wszystko, czego w wychowaniu tego chłopca zaniedbano lub co uczyniono opacznie, zdawało mścić się właśnie teraz, gdy zamierzano owe błędy naprawić”

           [Hermann Hesse, Gra szklanych paciorków. Przeł. M. Kurecka].

  

20:51, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
Archiwum
Tagi