~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
sobota, 30 czerwca 2012
1135. Z cyklu: Przeczytane (VI) - Czerwiec...

  

1. Philippe Ariès, Człowiek i śmierć. Przeł. E. Bąkowska, Warszawa 2011;

2. John Maxwell Coetzee, Chłopięce lata. Sceny z prowincjonalnego życia. Przeł. M. Kłobukowski, Kraków 2007;

3. Stefan Bratkowski, Pod tym samym niebem. Krótka historia Żydów w Polsce i stosunków polsko-żydowskich, Warszawa 2006.

  

Tagi: książki
22:56, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 29 czerwca 2012
1134. Alex na występach gościnnych...

  

Chłopcy, którzy podjęli mnie onegdaj w Łodzi (por. 596), tym razem inwitują na południowy Mokotów. Jadę w pierwsze warszawskie odwiedziny. Cudowny wieczór – godziny gadania, mieszkanko urocze dzięki mnóstwu książek, gospodarze przechodzący samych siebie (z przyjemnością obserwuje się relację między nimi), kolacja i deser wyborne, och i ach. Zachwycam się – i proszę z rewizytą!...

  

„Ważne było to, że coś go z nimi łączyło. Spierał się z nimi, ale czuł do nich przy tym gorącą sympatię. Już ich nawet dłużej nie słuchał, tylko myślał o tym, że jest szczęśliwy; znalazł towarzystwo ludzi, wśród których nie istnieje ani jako matczyny syn, ani jako uczeń klasy, lecz jako on sam. I pomyślał, że człowiek może być w pełni sobą tylko wtedy, gdy jest w pełni pośród innych ludzi”

                   [Milan Kundera, Życie jest gdzie indziej. Przeł. J. Illg].

  

17:29, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 27 czerwca 2012
1133. Kropelkowanie...

  

Przychodzą ze wspólnoty mieszkaniowej – sprawdzają pion, bo w mieszkaniu na parterze zacieki na suficie. Tym razem to nie ja (por. 1091) – to komuś pode mną przecieka kabina prysznicowa. Za to u mnie odkrywają, że kapie ze spłuczki do sedesu (zużycie wody przez to możliwie zawyżone). Naprawią, jak sam kupię. Tłumaczą co i jak: montowana od dołu armaturka do kompaktu na pół cala – w sklepie okazuje się, że prościej: zawór pływakowy (przez cały czas myślałem, że chodzi o zewnętrzny wężyk). Hydraulik nie może zdjąć pokrywy, wzywa kolegę – montują długo, grzebią i sprawdzają. Wydaje im się, że wciąż leci – i że to jednak zawór spustowy jest problemem. Trzydzieści złotych za kawał plastiku i drugie tyle za usługę, by zostać z tym, co było. Tyle że polski robotnik nie wiedział, że naprawił…

  

23:43, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 24 czerwca 2012
1132. Man in Society...

  

WTOREK.

List od ukochanej Anuleczki. Szkoda, że już nie taki, jak te kiedyś, ale cieszy…

ŚRODA.

Wygrywam na Innejstronie książkę „Queer a islam”. Trzy lata temu udało się z „Radością seksu gejowskiego” na Homikach. Tamta pozycja źle skończyła (por. 666), tej wróżę żywot równie utajony, ale dłuższy…

CZWARTEK.

M. wpada do mnie na herbatę. Już drugi gość w tym miesiącu / roku w moim domu. Mam pomysł, żeby się powierzyć w jego ręce w celach fotosesji…

PIĄTEK.

Na dwóch randkowych portalach natrafiam na swego sąsiada. Przeczucie (a jestem na te sprawy całkiem ślepy) co do niego mnie więc nie myliło (por. 1033). I co z podobnym odkryciem ktoś taki jak ja może zrobić?...

SOBOTA.

W wigilię nocy świętojańskiej Biblioteka Narodowa urządza imieniny Jana Kochanowskiego w Ogrodzie Krasińskich. Długo fotografuję przepiękne, a na ogół niedostępne wnętrza Pałacu Rzeczypospolitej; wśród książkowych kiermaszy (mnóstwo atrakcyjnych promocji, ale ja już na etapie oszczędzania na jedzenie) wpadam na J. Z poczucia wstydu za siebie zaniedbałem ów kontakt przez ostatni rok – a przecież kawał blogowego życia to epopeja związana z tą literką. Rozmawiamy na ławeczce i obiecujemy sobie się-odzywać; znów jestem do nich zaproszony (zły los uniemożliwił to styczniową porą)…

Jeśli uwzględnić jeszcze dwa dni z T. przed tygodniem (por. 1129), można by pomyśleć, że prowadzę życie towarzyskie. I chyba nawet by mi pasowało...  

 

                 „Nade wszystko kochał przyjaciół i zupełnie ich nie miał”

                     [Pascal Quignard, Albucjusz. Przeł. T. Komendant].

  

piątek, 22 czerwca 2012
1131. Wystawa (IV) - Wywyższeni...

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

Wywyższeni. Od faraona do Lady Gagi to wystawa poświęcona mechanizmom i ikonografii władzy. Jej celem jest ukazanie wszechobecności hierarchii od starożytności po współczesność.

Na ekspozycji prezentowane są historyczne hierarchie w dawnych społeczeństwach europejskich (władca jako bóg; wywyższenie przez bliskość wobec władcy-boga; hierarchia z woli boga), ale też hierarchie w społeczeństwach demokratycznych, republikańskich, deklaratywnie egalitarnych (władza z woli ludu; równość jako negacja hierarchii z urodzenia). Elementem wystawy są też hierarchie w społeczeństwach nowoczesnych, w których nastąpił regres autorytarny, powrót dawnych hierarchii totalnych i totalitarnych (nazizm, faszyzm, stalinizm; dyktatura proletariatu, komunizm). Wystawę kończą dzisiejsze hierarchie i ich nowe instrumentaria służące »wywyższeniu«: przywilej dostępu do mediów czy świat współczesnych ekskluzywnych gadżetów.

Aby zilustrować wszechwładzę myślenia hierarchicznego i zaprezentować bogactwo jego wizualizacji, na wystawie prezentowane są obiekty z wielu epok – od starożytnego Egiptu (np. sarkofag i kartonaż mumii faraona), przez atrybuty władzy monarszej (strój koronacyjny), aż do współczesnych luksusowych przedmiotów splendoru, jak zegarek Vacheron. Zderzają się ze sobą dawni i współcześni »wywyższeni« oraz sposoby, jakimi zaznaczają swą wyjątkowość i budują wizerunek. Marmurowe głowy i popiersia z dawnych epok zestawione są z wizerunkami współczesnych celebrytów i osobistości ze świata kultury, polityki, sportu. Portrety te, autorstwa wybitnych fotografów, prezentowane są w zmieniających się sekwencjach na nowoczesnych tabletach firmy Samsung, podkreślając migawkowość i ulotność współczesnej sławy”

              [ze strony internetowej Muzeum Narodowego w Warszawie].

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

środa, 20 czerwca 2012
1130. The Year of Living Dangerously...

 

Dwanaście miesięcy od przyjazdu – odtąd trzeba operować tygodniami: każdy może się okazać pożegnalnym. Pierwszy rok samodzielności, mieszkania bez rodziców, ucieczki od ciągnących się dwadzieścia lat koszmarów. Już po kilkunastu dniach utrata Tej, co była motywacją i nadzieją – załamanie jeszcze większe niż w przeszłości, histerie i apatie, agresja wymierzona w siebie, rozmowy z wytworem wyobraźni. Głodzenie się, nieumiejętność znalezienia jakiejkolwiek pracy. Cztery osoby poznane przez trzysta sześćdziesiąt sześć dni – żadnych trwałych kontaktów, samotność skazująca na wielomiesięczne milczenie. Lęk przed bywaniem, się-pokazaniem, używaniem… Wcześniej nigdy nie czułem się tak szczęśliwy i u siebie…

  

                   „Ten kraj był nasz, gdy jeszcze sam nas nie posiadał”

                    [Robert Frost, Dar bez reszty. Przeł. S. Barańczak].

  

niedziela, 17 czerwca 2012
1129. Come See The Paradise...

  

Ponowna (por. 1113) przyjemność goszczenia u siebie przez dwie noce T. Myszkujemy po księgarni Prusa, idziemy do Muzeum Narodowego na wystawę Wywyższeni i przez Most Poniatowskiego pod Stadion Narodowy, co by uszczknąć nieco atmosfery mistrzostw – wieczorem razem oglądamy w telewizji starcie Polska-Czechy (przegrywamy mecz i nie wychodzimy z grupy, ale i tak wygraliśmy to Euro pod każdym innym względem). W swoich okolicach pokazuję mu Fort Bema (wspinanie się z kolegą na wały i penetrowanie na pół zrujnowanych korytarzy jest jakby namiastką tych przygód dzieciństwa, których nie mogłem doświadczyć), trzy wolskie parki i najciekawsze obiekty na cmentarzu prawosławnym, pożyczam Wiek żelaza Coetzee’go, dwukrotnie przyrządzam na obiad ryż z duszonymi truskawkami – potrawę mu wcześniej nieznaną, podobno wyśmienitą. Dużo rozmawiamy; gospodarzem jestem chyba całkiem niezłym, każę polecać innym siebie i moją dzielnicę…

T. ma od niedawna swego chłopca. Przyjemnie słuchać i patrzeć, jak świat mu od tego różowieje. I mnie by chciało się wymienić okulary na takowe…

  

„Jakie to piękne, kiedy dwie istoty znajdują sposób dawania sobie wzajemnie szczęścia i radości. I jakim trzeba być obłudnikiem, by potępiać je za to, że czymś różnią się od innych!”

   [Wiktor Pielewin, Święta księga wilkołaka. Przeł. E. Rojewska-Olejarczuk].

  

czwartek, 14 czerwca 2012
1128. Sport Results...

 

To był zawsze obcy, nieprzyjazny świat, sfera budzących wówczas niechęć mężczyzn, pole moich kompromitacji; kpiny, śmiechy, pogarda rówieśników – źródło niepozwalających rozwijać się normalnie lęków. Lekcje wychowania fizycznego w szkole, zabawy na podwórku – selekcje do dwóch drużyn, gdzie zawsze zostawałem tym ostatnim; złowroga piłka, której nie umiałem złapać ani kopnąć; bieganie tak, aby nie musieć podjąć ani jednej akcji. Dość szybko zaczęło się wycofywanie ze wszystkiego, chowanie w szatni (dawałem się zamykać, udając, że jestem nieobecny), daremne bicie kolanem w ścianę w nadziei, że je rozbiję i będę mógł nie ćwiczyć (zalążek późniejszych zachowań autodestrukcyjnych); w liceum wmawianie wszystkim, że mam zwolnienie od lekarza, stres czteroletnich kłamstw, godziny pod ścianą w izolacji, podczas gdy inni grali, ciało swe rozwijali i zdobywali gibkość. Koszmar, gdy trzeba było do nich się przyłączyć

 

„I jeszcze gimnastyka. Nie każ mi, proszę, o tym opowiadać – tamta wielka, duszna sala, w niej zielona podłoga wyłożona filcem, wszechobecny zapach potu, absurdalne zadania w sam raz dla samobójców (Skocz na trampolinę i zrób salto! Po prostu spróbuj! Śmiało!). Wyzierające zewsząd metalowe kanty, żądne miażdżenia stawów młodzieży, nauczyciel idiota, głęboko zawiedziony życiem pozbawionym sukcesów. Ta gra w piłkę! Niedorzeczne dawanie szczupaka w ślad za skórzanym gniotem, rozbiegiwanie i roztrącanie się nieforemnych podrostków – wielkie dłonie, długie szyje, piejące głosy; sztuczna wrogość »drużyn«. Dziwne – ci, co lubią piłkę nożną, to na ogół także patrioci”

                [Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

  

Całe to niezrozumiałe szaleństwo na punkcie jakichś transmisji, meczów i rozgrywek, to narodowe zadęcie: wrzaski, szaliki, alkohol. Aż nagle, dekadę temu, mój powrót ze szpitala (po potrąceniu przez samochód) w dniu rozpoczęcia Mundialu’2002 – konieczność leżenia, oglądanie w telewizji każdego starcia, odkrycie piękna walki, umiejętności technicznych i paru ładnych panów. Od tego czasu kibicowanie, gdy wielkie imprezy (Mistrzostwa Świata, Europy, Liga Mistrzów) – pobieżne, amatorskie, lecz zawsze to jakieś emocje. Łączność przez ekran ze wspólnotą, z którą niewiele wspólnego

  

wtorek, 12 czerwca 2012
1127. Przeżyj to sam...

  

Zaciekawienie, przyglądanie, pchanie się tam, skąd we wcześniejszym życiu bym uciekał – szukanie ciągłych nowości, atrakcji w tej imprezie; radości w byciu-pośród… Pobłażliwe uśmiechy dla braci ze wschodu na Starówce, dla polskich bojowych okrzyków, flag, szalików; dziewczyny malujące paski na twarzach wszystkim chętnym, ich podręczne przyborniki z farbkami i specjalne kredki; świąteczno-meczowy przemarsz Rosjan tuż obok mnie na moście (słychać z dala petardy, widać mnóstwo policji, ale że na Jerozolimskich zadymy, dowiaduję się wieczorem z Internetu – patriotyzm rodzimej hołoty przejawia się w konsekwentnym psuciu wizerunku jej ojczyzny); mecz Grecja-Czechy na stojąco przed Strefą Kibica – gęstniejący za plecami tłum, dodający sobie wiary nieodłącznym piwem; spieszenie na tramwaj, dotarcie do domu na odegranie hymnów i wreszcie nasz „zwycięski remis”Entuzjazm prowincjusza, że się-dzieje. Kolejne półeczki w magazynie wspomnień, jedyne dowody na tu-byłem

  

niedziela, 10 czerwca 2012
1126. „Miasto samotności jest moim domem”...

  

Głodzenie się, unikanie obiadów nie pomaga – śniadania i kolacje same sobą zżerają resztki oszczędności. Jeszcze czerwiec, a potem zobaczymy, mówi mama. Jeszcze więc trochę życia – umrzeć przyjdzie w momencie, gdy wyjadę (por. 1094)…

Spacery zdjęciowe. Warszawy powitania-pożegnania. Łzy-uśmiechy. Cztery razy przechodzę całe Krakowskie z Nowym Światem (nasi piłkarze mają dzień wolny przedpołudniem, tak więc się mijam z Jakubem Błaszczykowskim po cywilu; minister Jacek Cichocki, też prywatnie, przy Świętym Marcinie). Wisła i Most Świętokrzyski. Plac Zamkowy. Tak ulubione siedzenie na murku i przyglądanie ludziom. Chłonięcie dźwięków, rozpływanie w masie. Tu, gdzie anonimowe życie. I równie anonimowe konanie…

  

„Macie wrażenie, że możecie zsunąć się na podłogę, podciąć sobie żyły żyletką albo masturbować się w metrze, a i tak nikt tego nie zauważy; nikt nie wykona najmniejszego ruchu. Jakbyście byli osłonięci przed światem przezroczystą, nienaruszalną, doskonałą błoną”

        [Michel Houellebecq, Poszerzenie pola walki. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

piątek, 08 czerwca 2012
1125. Get This Party Started!...

  

      

  

Oby nie wyszło jak w ostatnich turniejach, że Polacy grają tylko trzy mecze: 1) otwarcia, 2) o wszystko i 3) o honor. I żeby – bez względu na nasze wyniki – ta cudowna atmosfera wielkiego święta na ulicach utrzymała się aż do kijowskiego finału. A zatem, jeśli nawet nie wyczynom sportowym i pojedynkom narodów, to chociaż tym przystojniakom z całej Europy (każdy znajdzie paru w swoim typie) – kibicujmy!...

  

      

  

środa, 06 czerwca 2012
1124. Great Expectations...

  

Pierwsze po dwutygodniowej przerwie wyrwanie się z Woli do Centrum – chęć zobaczenia stanu przygotowań miasta na dwa dni przed rozpoczęciem futbolowych Mistrzostw Europy. Sznury piłek nad Nowym Światem, ogrodnicy rozkładający skrzynki z kwiatami na Krakowskim Przedmieściu, próby ceremonii otwarcia na Stadionie Narodowym (słychać Chopina, hymn Endless Summer Oceany i nasze Koko Euro spoko), ćwiczenia wolontariuszy wokół niego i fotografująca się pod obiektem młoda para (suknia ślubna i szalik plus garnitur i czapeczka z daszkiem), piękna gra świateł (biało-czerwona szachownica) na peronach wyremontowanej stacji Warszawa Stadion, przaśna nieco i blokująca chodniki strefa kibica pod PKiN-em, chorągiewki na prywatnych samochodach, patriotyczne pokrowce na lusterkach, transparenty w oknach, coraz liczniejsi cudzoziemcy…

Cieszy to narastające zwariowanie w całym kraju – tak jak wszystkie inwestycje (areny, dworce kolejowe, terminale lotnicze, drogi i autostrady), których powstawanie śledziłem w ostatnich latach na bieżąco i które, mimo potknięć, opóźnień i armii malkontentów, w najważniejszych obszarach jednak się dokonały. Polska naprawdę jest w budowie. A najwięcej radości z tych tłumów, witających kolejne reprezentacje narodowe i obserwujących ich otwarte treningi. Wszelkie niedostatki infrastruktury możemy przykryć fenomenem naszej gościnności i entuzjazmem społeczeństwa na dorobku, tak bardzo spragnionego docenienia w świecie. Dlatego właśnie będzie to najbardziej wyjątkowy z turniejów. Już się nie mogę doczekać…

  

wtorek, 05 czerwca 2012
1123. Bad money drives out good...

  

Ogłoszenia o pracę w polszczyźnie analfabetów; rekruterzy i ich debilne w swej abstrakcyjności pytania; prezenterzy i dziennikarze, których przerasta czytanie z promptera i wolą powtórzyć całe zdanie niż zaimprowizować użycie synonimu; zdjęcia powykrzywiane, szare, strzelone, żeby cokolwiek było; drukarze i wykonawcy podpisów na ekranach, interpunkcyjni ignoranci, bez jakiejkolwiek staranności choćby w zapisie nazwisk – ale to im się płaci, oczywiście, zajmują stanowiska, mają przyszłość – nie ty, co się dziesiątki razy dziennie musisz powkurwiać, widząc tę bylejakość, wiedząc, że właśnie tacy będą cię oceniać i że to ty się nie nadajesz, bo jesteś za dokładny, wolny i bez przebicia, zbyt zasadniczy w kwestiach, które już cały świat ma w dupie...

  

„[1981] Istnieją mądrzy ludzie, którzy nie są zdolni. Istnieją też ludzie zdolni, którzy nie są mądrzy. I oprócz nich istnieją całe tłumy ludzi niezdolnych i niemądrych, ale sprytnych i wygadanych. I często oni zwyciężają”

                       [Sándor Márai, Dziennik. Przeł. T. Worowska].

  

23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 02 czerwca 2012
1122. Proud to Be...

  

Ciągle się śmieją; rzucają w twarz, parskają za plecami. Tutaj tak samo jak i tam; teraz jak wtedy, jak od zawsze. Prowokuje ich sztywność poruszania. Zbyt krótkie włoski na nogach. Kolorystyczne współgranie torby, spodenek, paska na butach, napisu na koszulce. Nic zresztą nie musi prowokować, żeby… Więc też z niczego nie muszę dla nich rezygnować. Oni nie wiedzą, że pragnę, lecz nie czuję; że nie mam tego wszystkiego, że nie mogę. Dlatego poniekąd to zabawne: mijać ich bez mrugnięcia okiem, z uśmiechem, dumnym, że jest się – nawet gdy przypuszczalnie nikim

  

„(…) zacząłem się czuć jak nienormalny. Bardzo mnie owa świadomość męczyła, albowiem, jak wielu (obawiam się, że większość) ludzi do dziś dnia, łączyłem fakt mojej odmienności nie z własnym wyzwoleniem, ale ze społeczną klątwą, która zawsze spada na czarną owcę w stadzie. Byłem zadżumiony, byłem wyjątkiem od reguły, a to wydawało mi się najgorszym z nieszczęść. Aż pewnego razu odkryłem, że nie każda mania jest fobią, że niektóre stanowić mogą tajemne źródło rozkoszy”

         [Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta. Przeł. F. Łobodziński].

  

      

  

Archiwum
Tagi