~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
niedziela, 30 czerwca 2013
1268. Z cyklu: Przeczytane (XVIII) - Czerwiec...

  

1. Vladimir Nabokov, Nikołaj Gogol. Przeł. L. Engelking, Warszawa 2012;

2. Witold Gombrowicz, Kronos, Kraków 2013.

  

Ta druga pozycja… Po latach owianej aurą skandalu tajemnicy objawił się nareszcie… literacki humbug, rzecz niemal się nienadająca do czytania. Bo też żadna to literatura – nawet w jej, rządzącym się swoimi prawami, wydaniu diarystycznym. Imiona, toponimy, kwoty, dolegliwości – suche i (jakby nie dosyć jeszcze było tej lakoniczności) często zaszyfrowane noty-wyliczanki, przy których równoważniki zdań wydają się eksplozją treści; dopiero zapiski z ostatnich lat przynoszą wątłą narrację pełnych zdań, zapis przejmującej degradacji, której na imię starość. Ani jednak z tego nowej wiedzy, ani większej satysfakcji – no, może lekka zazdrość wobec łatwości pieprzenia się Autora gdzie i z kim popadnie płci obojga (te grudniowe podsumowywanie „przygód”, ich ilość jako miara udanego roku, Gombrowicz jako udowadniający sobie jurność macho – niemal śmieszne, podobnie jak drobnomieszczańska buchalteria w odnotowywaniu każdego napływającego grosza). Nie wydaje mi się, by książka wnosiła coś nawet jako uzupełnienie do Dziennika (uwagi, by tak ją właśnie czytać, dowodzą tylko braku jakiejkolwiek jej wartości samoistnej). Pozycja wyłącznie dla rekonstruujących najdrobniejsze szczegóły biografów-fanatyków, przyczynek do ich szerszych studiów. I właściwie nie byłoby problemu, gdyby nie marketingowa sztuczka, która z 86 kart oryginalnego manuskryptu-kalendarium zrobiła 460-stronicowe „największe wydarzenie literackie XXI wieku”. Edytorsko przygotowane jest to ładnie (choć niektóre przypisy traktują czytelnika jak idiotę), ale nawet 26 złotych w promocji (tyle tylko, na szczęście, straciłem) można wydać lepiej…

Przekleństwem utalentowanych twórców jest nazwisko. Wszystko, co wyjdzie spod ich ręki, wystawi się na pokaz…

  

piątek, 28 czerwca 2013
1267. Nietykalny...

  

Siedzą na parapecie Cafe du Monde, na poduszkach. Obserwuję ich z góry, z okna po drugiej stronie Rakowieckiej. Ona obejmuje go ramieniem, on trzyma dłoń na jej udzie. Piją jakiś koktajl z jednej szklanki; niebo już grzmi, lecz jeszcze nie trzeba chować się do środka. Inna para, może nawet w wieku gimnazjalnym, całuje się głęboko, długo na światłach przy Rondzie de Gaulle’a. W tramwaju dziewczyna na kolanach chłopca. Wszędzie wokół witanie się znajomych: uściski i buziaki...

Dotyk od tego wszystko się zaczyna. Trzydzieści lat bez niego, dlatego teraz zastanawianie się nad każdym gestem, dyskomfort zamiast przyjemności, stąd moje kalectwo łóżkowe i społeczne...

  

„Zna pan słowo »odcieleśniony«? On właśnie taki był. Zupełnie oddzielony od swojego ciała. Dla niego ciało było jak marionetka, którą się porusza za pomocą sznurków. Ciągnie pan za tę linkę, porusza się lewa ręka, ciągnie pan za inną, porusza się prawa noga, a prawdziwe ja siedzi gdzieś wysoko i go nie widać, jest jak lalkarz kontrolujący marionetkę.

I taki człowiek przychodzi do mnie, królowej tańca. »Pokaż mi, jak się tańczy!« – żąda. Więc ja mu pokazuję, jak człowiek się rusza, kiedy tańczy. Mówię: „Kładziesz stopę tu, a potem przesuwasz ją tu”. On słucha i tak to sobie tłumaczy: »Aha, chodzi jej o to, żeby pociągnąć za czerwony sznurek, a potem za niebieski!«. »Obróć ramię w taki sposób« – mówię mu, a on wyjaśnia sobie: »Aha, mam pociągnąć za zieloną linkę!«.

Ale nie na tym polega taniec! Nie na tym!

Taniec to wcielenie. W tańcu nie ma w głowie żadnego lalkarza, który prowadzi, a ciało wykonuje jego polecenia. Ciało samo prowadzi, ciało wraz z jego duszą, ciało-dusza. Bo ciało wie! Ono wie! Kiedy czuje w sobie rytm, nie potrzebuje myśleć. Tacy jesteśmy my, ludzie. Dlatego właśnie drewniane kukły nie potrafią tańczyć. W drewnie nie ma duszy, ono nigdy nie poczuje rytmu”

                    [John Maxwell Coetzee, Lato. Przeł. D. Żukowski].

  

niedziela, 23 czerwca 2013
1266. Męska gra...

  

Wianki nad Wisłą i imieniny Jana Kochanowskiego w Ogrodzie Saskim (głównie zaś mecz poetycki z udziałem sław i stoisko Zeszytów Literackich z atrakcyjnymi – jak pamiętam sprzed roku – rabatami; ówczesnie impreza pod pałacem Krasińskich, tam też spotkałem J. – przypadkiem odzyskany kontakt znów nam się zimą urwał) przegrały z Igrzyskami Ognia i Stali – mistrzostwami Polski w pełnokontaktowych walkach rycerskich w Forcie Bema. Stoiska z rękodziełem (skórzane pasy, biżuteria, naczynia, elementy strojów) i masówką dla dzieci (biegają niemal wszystkie „uzbrojone”). Są podpłomyki i krągły średniowieczny chleb, kosztuję kwasu chlebowego. A w szrankach pojedynki. Miecze trzaskają o tarcze, topory w nagolenice, młoty o hełmy, kruszą się kopie w szczególnie efektownych starciach konnych. Czasem interweniuje pogotowie. Niekiedy przypomina to amerykański futbol. Zakute w blachę łby, zapach testosteronu, przyprawiona „honorem” pochwała „naparzania”. Zabawy dużych chłopców – zapewniają mi niezłą rozrywkę dwa dni z rzędu…

  

Tagi: Warszawa
23:33, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 21 czerwca 2013
1265. Downhill...

  

Wczoraj druga rocznica – spełnienia, osiedlenia. A wkrótce także druga – utraty, załamania. Coś za coś, marzenie za pragnienie. Miało być z-siebie-wyleczenie, szansa z kimś – są postępujące zaburzenia, otwartość na nikogo

  

„Wydaje mu się, że tak czy owak, przegra. Bo przecież nie ma talentu do kłamstwa, oszustwa ani naginania reguł, tak jak nie ma daru delektowania się przyjemnościami czy fantazyjnego ubierania. Potrafi jedynie cierpieć niedolę – nudną, uczciwą niedolę. Ale jeśli to miasto w żaden sposób niedoli nie wynagradza, co on tu w ogóle robi?”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

  

środa, 19 czerwca 2013
1264. Zone out...

 

Marek Barbasiewicz naprzeciw vitkAca, Tomasz Jacyków w ogródku restauracji przy Bristolu, chłopak bez koszulki czekający z rowerem na windę pod Zamkiem, model w Ogrodzie Botanicznym pozujący na tle nenufarów i róż… Sygnały jałowe lub bolesne, wspomnienie pragnień, o których lepiej by zapomnieć…

  

Tagi: homo
23:58, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
sobota, 15 czerwca 2013
1263. Alessandro del Fiore...

  

Każdego tygodnia przynajmniej jedno popołudnie w Ogrodzie Botanicznym. Najnowsza fotograficzna fascynacja, każdorazowe zaskoczenie zachodzącą co kilka dni odmianą. Komary tną po dłoniach i obnażonych nogach, ale ważniejsze wyszukiwanie obiektów do galerii. Magnolie, azalie, piwonie i irysy, grzybienie, powojniki i liliowce, róże. I tak jak o chłopaczkach bez podniecenia, które ku czemuś mogłoby prowadzić marzę, tak kwiatom się przyglądam z bliska, nie czując ich zapachów…

  

      

 

                  

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

wtorek, 11 czerwca 2013
1262. De kreupelen van Pieter Bruegel de Oude…

  

Na ogół staram się omijać – nagabujących, ulotkarzy (taki mój sprzeciw wobec tego rodzaju zajęcia oraz płacy), pytaczy i żebrzących („Nic nie mam dla Pana” – pijaczek na Podwalu: „To spierdalaj”). Na schodach ruchomych Trasy W-Z przy Zamku zatrzymuje mnie kobieta z wózkiem zakupowym, prosi o pomoc w dostarczeniu pakunku na przystanek. Dopiero potem zauważam kule, jej chód na sztywnych nogach. Te kilkadziesiąt metrów i przejście przez ulicę zajmuje nam sporo czasu. Potem czekanie na tramwaj z obniżonym progiem. Opowiada mi swoje transportowe odyseje – w grę wchodzą tylko określone pojazdy i przystanki, często się nie udaje zdążyć. Wsadzam jej wózek do dwudziestki trójki i żegnam – ja też tym numerem, ale w przeciwną stronę. Uzależniona od pomocy innych była (przez to?) otwarta i przyjazna; gdzieś w tonie i spojrzeniu jednak dawał się mocno wyczuć ciąg nieustannych upokorzeń…

  

„(…) odwróciliśmy głowy zmieszani, z opuszczonym wzrokiem, jak ludzie, którzy trochę się wstydzą; wstydzą się szczególną wstydliwością, ponieważ widzieli jakąś nadludzką niestosowność, jakąś surową, wykoślawioną przygodę, życie” [Sándor Márai, Sierota. Przeł. I. Makarewicz].

  

Był piątek. W domu zremisowany mecz Polski z Mołdawią (niemal już żadne szanse na brazylijski World Cup); moje przeszukiwania profili na Kumpello ze świadomością, że niemożliwa jest nawet wymiana zdań, a co dopiero płynów… Postawy ludzi wobec wyzwań. Bariery. Rodzaje kalectwa…

   

sobota, 08 czerwca 2013
1261. Vernichtung durch Arbeit...

 

Koleżance, z którą przeszedłem do KRS-u z Ministerstwa, z którą tak dobrze się pracuje, śmieje i we wszystkim zgadza, wręczają wypowiedzenie – pod fałszywymi zarzutami, jakie pochodzić mogą tylko od córki Prezesa. Ta od pewnego czasu nam pomaga (czytaj: popełnia szereg błędów i szpieguje). Wyjątkowo irytująca postać, w dodatku betonowy moher z poglądami jak obrońcy krzyża na Krakowskim (np. wybory prezydenckie w 2010 miała sfałszować Rosja poprzez specjalnie utworzony wydział). Ściąłem się z nią wczoraj – fakt, obgadywałem za plecami, a w twarz dostałem gejem. To wszystko staje się już trudne do zniesienia. Przewiduję swoje zwolnienie w poniedziałek (przyjeżdża Prezes) lub najpóźniej w lipcu, z końcem projektu. Gdyby nie koszmar (pewnie już po raz trzeci rocznych) poszukiwań nowego zajęcia, sam jeszcze dziś bym odszedł…

Nic równie wyniszczającego, jałowego, głupszego niźli praca. Marnuję życie na męczarnię, co na to życie nie daje mi zarobić…

  

„Można handlować ubezpieczeniami, (…) albowiem trzeba jeść, odziać się, mieć dach nad głową i gromadzić dochody pozwalające nam odczuwać i zaspokajać pragnienia. Nie istnieje żaden inny sensowny powód zarabiania na życie sprzedażą polis ubezpieczeniowych, wznoszeniem tam, kastrowaniem kotów czy stenografią. (…) Lecz jeśli największą żądzą (najpiękniejszy wyraz w słowniku) istoty ludzkiej jest sprzedaż ubezpieczeń lub przynależność do Rotary Club (lub jemu podobnych), to istota owa ma nasrane we łbie. Zgoda, dotyczy to dziewięćdziesięciu procent ludzkości”

         [Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta. Przeł. F. Łobodziński].

  

23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 02 czerwca 2013
1260. D’autres mondes...

   

W wydłużony Bożym Ciałem weekend wycieczka do rodziców, choć głównym celem Wrocław, nadzieja na zdjęcia i spacery (wyrwanie się z katorgi pracowania, oddanie jedynemu, co jeszcze sprawia radość). Wykorzystać to, skoro tak rzadkie i odległe teraz, znów odkryć stare światy. W piątek Aula Leopoldina i Oratorium Marianum, a że zimny i deszczowy ranek ustępuje nagle gorącemu słonecznemu popołudniu, rezygnuję z innych muzealnych planów, byle nie stracić aury i łazić ile wlezie, wzrokiem chłonąć. Cumulusy nad miastem, statki na Odrze, mostek, fontanna, żółw, irysy w rozległym Ogrodzie Botanicznym (gdziem raz od dzieciństwa pierwszy), istna bajka…

  

      

  

                  

  

      

  

Sobota już ponura, mokra, cała w Muzeum Narodowym. Ekspozycja Od Cranacha do Picassa. Kolekcja Santander – ostatnie dni, tłumy szturmują, w hallu przy wejściu chaos: kolejka na wystawę brana za tę do kasy (Do you know how it works? – pyta mnie zagubiony cudzoziemiec). Wspaniały El Greco (Chrystus ukrzyżowany z widokiem Toledo w tle), dwóch świetnych van Dycków, typowy Tintoretto i nieco inny, jednak uroczy Zurbarán (Najświętsza Maria Panna jako śpiąca dziewczynka), bardzo dobry Siedzący rudobrody mężczyzna Pourbusa i dwa portrety Sorolli, zwiewne plażowo-dziecięce obrazki Navarro Llorensa, widoki z zewnątrz i od środka katedry w Sewilli Villaamila, migotliwe Barki na Sekwanie i symbolistyczna Platanowa aleja Rusiñola, błahy Miró i hurtowy Picasso (Popiersie rycerza III) na ostatek… Do tego sala z Dawną modą dziecięcą XVII-XX w. i kilka godzin w galerii sztuki śląskiej XII-XVI w. (obiekty sakralne tego czasu ruszają mnie najbardziej)…

Pociąg w niedzielę nową trasą, z Obornik Śląskich via Poznań – IR pozwala zaoszczędzić dwie godziny w stosunku do TLK, jednak wygoda mniejsza. Na zatłoczonym korytarzu chłopak wciąga do nosa jakiś brązowy proszek zwiniętą w rulon dwudziestozłotówką, w przedziale obok mnie siada szeroka pani, naprzeciw chłopak w Suprach i krótkich spodenkach. W powietrzu zapach potu. O siedemnastej jestem już na miejscu. W Warszawie, znów sam, w domu, wśród moich aniołów i demonów. Już było dobrze, z posmakiem wolności. Trudno uwierzyć, po wszystkich tych rozrywkach, że właśnie stolica oznacza powrót do kieratu…

  

23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi