~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
poniedziałek, 30 czerwca 2014
1405. Z cyklu: Przeczytane (XXX) - Czerwiec...

  

1. Hermann Hesse, Rosshalde. Przeł. M. Łukasiewicz, Warszawa 2003;

2. Philip Roth, Zuckerman wyzwolony. Przeł. J. Spólny, Poznań 2008;

3. Stanisław Lem, Niezwyciężony, Kraków 2003;

4. Jerzy S. Majewski, Warszawa na starych pocztówkach, Warszawa 2013.

  

Tagi: książki
21:00, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 25 czerwca 2014
1404. Family Man...

  

Dzień Matki, Dzień Dziecka i Dzień Ojca przechodzą u nas tego roku bez odzewu, nie są w żaden sposób celebrowane, wspominane (a zresztą, owe „Wszystkiego najlepszego!” z lat minionych znaczyło też niewiele). Mścimy się za niepamięć o sobie kolejnym przemilczeniem – kalendarzowa kolejność świąt wskazuje, kto pierwszy tu zawinił…

Teraz, kiedy na nowo jestem z nimi, moja emocjonalna oschłość znów narasta. Powraca gniew, skrywany, tym bardziej wszak niszczący (żałosne, bo mimo tego korzysta się z profitów). Za zmarnowane życie, nie-nauczenie, zastraszenie; że się nie mogło zbliżyć z Jackiem, Anią, nie poradziło tam, bo tak było ukształtowanym; że się musiało wrócić, że teraz trzeba znosić

  

„(…) wszystko to odejdzie w niepamięć z czasem, a ja stanę się zimnym skamieniałym nagrobkiem pewnej małej rodziny, liczącej wszystkiego trzy dusze, która kiedyś istniała, ale przestała istnieć”

                        [Zeruya Shalev, Mąż i żona. Przeł. A. Jawor-Polak].

   

niedziela, 22 czerwca 2014
1403. La grande bellezza...

  

Wigilia opuszczenia, mojej kapitulacji, klęski. Noc późna, nerwowe siedzenie na podłodze, pakowanie walizki. W telewizji „Nowa Warszawa” (Polska’2013), muzyczny dokument Bartosza Konopki o płycie z nowymi interpretacjo-aranżacjami piosenek o stolicy. Stanisława Celińska, Bartek Wąsik i Royal String Quartet. Nie znałem tego krążka wcześniej, nie zainteresowałem się, czytając o nagrodach. I, zwyczajowo, kiedy stykam się z czymś nowym, po raz pierwszy – nie zachwyciło chyba, aczkolwiek przykuwało uwagę. Dopiero teraz, w kolejnych odsłuchaniach, przemawia – aczkolwiek wybiórczo i fragmentarycznie – bardziej. Urzeka kilka razy tło, bo współgra z tym, co bardzo do mnie trafia w ostatnich muzycznych odkryciach (Anna – nie moja – co kiedyś była Venus, napisze mi: „mam taką wewnętrzną preferencję do ostinat, one mają potężną siłę ekspresyjną, a tam podstawą brzmieniową smyczków jest ostinato, ostinato powoduje, że zaciera się rys melodii, że jest rytm i brzmienie, coś co w muzyce pojmowanej na zasadzie klasycznej homofonii, jest wtórne, no i Stanisława Celińska, ni to sprechgesang, ni to śpiew, ni to recytacja, wiesz, emocjonalna próba odsłonięcia sensu… Ale tak naprawdę nazywam to w sobie pięknem”). Dopiero ostatni utwór w filmie wstrząsnął i wciąż w głowie rozbrzmiewa, bo słowa, co zawsze w muzyce wydają się banałem, chwyciły tym razem za serce i każde było prawdą. Bo zostawiałem wówczas to, bez czego już nie mogę i co na zawsze odmienia życiową perspektywę. „Bo jest coś / co w każdym trwa / od tego dnia / kiedy był w Warszawie” (słowa Wojciech Młynarski)

   

Tagi: Warszawa
23:07, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 18 czerwca 2014
1402. Last Action Hero (II)...

  

Instynktownie wyczuwałem, że to on – mój sąsiad – słysząc poprzez zamknięte drzwi rozlegające się na korytarzu kroki czy niedające się rozpoznać głosy. Biegłem zaraz do okna, by domysł swój potwierdzić i ujrzeć, jak wychodzi. Bodaj codziennie spotykał się ze swoją przyjaciółką, ale była to właśnie „bratnia dusza”, nie „druga połowa”; wydawali się wręcz nierozłączni i, jak się dowiedziałem później, razem podróżowali (Paryż, Sztokholm, Tatry). Przez trzy lata mojego zamieszkiwania w Warszawie minęliśmy się ledwie parę razy. Bez słowa, z szybko skrywanym spojrzeniem – przynajmniej z mojej strony. Nie było w tym podniety, a jednak czymś przyciągał – głosem, pogodą ducha, młodzieńczością?... Miał profil na nowszym „branżowym” portalu, nie przejawiając tam – jak ja – zbyt wielkiej aktywności. Dopiero jesienią sprowokowałem go do internetowej zaczepki – dodaliśmy się wzajem do „znajomych”, bodaj trzy razy „klikaliśmy” ze sobą i nawet zaprosiłem go na spacer. Ale zaraz gdzieś obaj wyjeżdżaliśmy, mieliśmy się później zgadać. A każda taka przerwa odbiera mi odwagę. Choć było jeszcze parę „Cześć” pod naszym domem (dwa nawet w obecności mojej mamy – „A kto to? Twój kolega?”), kontakt się urwał. Ja zresztą wkrótce wykreśliłem się z „tych” stron, a w końcu musiałem zrezygnować ze stolicy…

Marzyłem o koledze, kimś wreszcie z niedaleka, z kim można by codziennie – rozmawiać, wyjść do parku, obejrzeć film lub pograć w badmintona. Kogo się można nie bać. Miałem sympatycznego geja naprzeciwko i nawet to okazało się za trudne. Nie ma znaczenia rodzaj szans, jeśli się spieprza wszystkie…

  

„Tamtej nocy Sebastian samotnie podążał ulicami i wyjaśniał latarniom, o których słupy posiniaczył sobie pięści, że coś z tym światem jest nie tak. Że muszą istnieć inne wszechświaty, w których sprawy przyjmują inny obrót. Gdzie nie byłoby możliwe, żeby ktoś taki jak on, mimo że ma większą wiedzę, przegrywał swoją szansę na szczęście. Światy, w których on i Oskar nigdy by się nawzajem nie stracili”

                         [Juli Zeh, Ciemna materia. Przeł. S. Lisiecka].

  

piątek, 13 czerwca 2014
1401. The Old New Thing...

  

Drzwi wejściowe, regalik i większy telewizor w mym pokoju, umywalka i szafki w łazience, zlew kuchenny – jak zwykle po przyjeździe: w mieszkaniu coś nowego. I nawet działka z warzywno-owocowej zrobiła się rekreacyjno-trawnikowa. A przecież wszystko po staremu. Smuci, przygnębia, złości. Czasem drobne zakupy, poza tym nie ma co wychodzić z pokoju. W Warszawie wstawało się dla zdjęć o świcie, łaziło godzinami, radowało – skończyło się w „miasteczku, gdzie żyć znaczy wykonywać machinalnie codzienne gesty, przywołując do życia przeszłość” [Andreï Makine, Francuski testament. Przeł. M. Hołyńska]…

  

23:13, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 09 czerwca 2014
1400. Here on Earth...

 

„Jak Ci tam jest?”, pyta D. w liście. Świat stanął na głowie (a może wszedł na nowo w utarte koleiny?), pojęcia się odwróciły – „tam” teraz jest „tutaj”, Warszawa odtąd „tam”. Znów pokój bez prywatności, kontrolowanie się i ukrywanie – na widoku i pod ludzki osąd; spojrzenia, komentarze. Myślałeś, że się wyrwiesz, ale to przypisane Tobie miejsce – tak wiele chciało się odmienić, a ostatecznie się utknęło w tym, co było…

  

                    „Tam wróciłem

                    gdzie nigdy nie byłem.

                    Nic, bo go nie było, się nie zmieniło.

                     (…)

                    Wszystkie miejsca

                    które odwiedziłem, teraz wiem – jestem tego pewien:

                    nigdy tam nie byłem”

                                         [Giorgio Caproni. Przeł. A. Komorowski].

  

piątek, 06 czerwca 2014
1399. Warszawski sen...

  

Trwało to 2 lata 11 miesięcy 2 tygodnie. Nie miało się zakończyć, nie sądziłem, że wrócę. Tyle wyrzeczeń, starań, a teraz znowu tu, wśród ścian, co przez całe życie więzieniem. Rozwiało się, zniknęło wszystko, jakby śniło…

 

 „(…) obudziłem się w swoim starym pokoju. Jak często, będąc małym chłopcem, leżałem tutaj w letnie poranki, takie jak ten, unosząc się w oparach marzeń, przekonany, że już wkrótce wydarzą się wielkie rzeczy, że czekający we mnie pączek rozwinie się w cudownie skomplikowany kwiat mojego przyszłego życia, które w końcu naprawdę się zacznie. Jakie ja miałem plany! Nie, nie plany; były zbyt mgliste, zbyt wielkie, zbyt dalekie, by nazywać je planami. Nadzieje, może? Też nie. Sądzę, że były to marzenia. Fantazje. Iluzje”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

22:37, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 03 czerwca 2014
1398. Jeszcze raz żegnam Was, nie spotkamy się...

  

Pakowanie trwa do chwil ostatnich; niestety: przeceniam ładowność mych bagaży – trzeba wyrzucić stare ubrania, kosmetyki, zostawiam też w mieszkaniu wentylator, czajnik, pościel, dywanik, kubek z napisem „Super mega ekstra fajny chłopak”, szklanki. Właścicielka i jej mama (widziane drugi raz w życiu przez trzy lata) nie mogą się nachwalić, jak dobrze opiekowałem się mieszkaniem („Nawet kwiatki przeżyły!”). Trzeba będzie jednakże rozliczyć się za wodę – uzbierała się ogromna dla mnie kwota, na której spłacenie mam pół roku. Nie mam już tylko z czego, bo wyjeżdżam bankrutem…

  

Jeszcze dzień wcześniej, przed wieczorem, przyjmuję na usilną prośbę jednego z zainteresowanych wynajęciem. Wyprowadzając się, już z walizkami, natykam się w drzwiach na kolejnych – parę chłopców. Poprzednio kandydatów było sporo, trudno się dziwić – w tej cenie (bezpośredni dojazd z Centrum, zielona okolica, gustowne urządzenie) lokal jest jednym z atrakcyjniejszych w Warszawie. Moje ładne, przytulne mieszkanie – czy będę jeszcze kiedyś miał okazję, by znowu móc o jakimś myśleć jak o swoim?...

  

„Szkoda, że musi Pan wyjeżdżać”. Też żałuję. Straciłem jedyne dla mnie miejsce, szansę na wyjście do ludzi, wolność i samodzielne bycie, cień nadziei…

  

W pociągu naprzeciwko chłopiec z fajną fryzurą (co trzeba powiedzieć, żeby tak obcięli? Ja, znów nieco zapuszczony, zapewne nie wyglądam na mieszkańca stolicy – a teraz nie muszę się już starać). Z jego telefonicznych rozmów i przeglądanej książki wynika, że jedzie jako wychowawca na obóz kolonijny dla 12-latków. A sam wygląda tak młodo. Umawia się z przyjaciółmi na kolejny wakacyjny wypad: „Wszyscy mamy urlopy, to szkoda siedzieć w Wawie”, mówi – ile bym dał, by móc się tam za niego nudzić. Wyciąga wielkie słuchawki, wierci się i podryguje do muzyki; pan obok coś ogląda na tablecie, a ja przez całą drogę wpatrzony w zapłakane okno. Bawią się ludzie, żyją – a mnie się życie kończy…

  

23:23, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 02 czerwca 2014
1397. Hollow Man...

  

Ostatni raz ulice, zdjęcia, ludzie. W tygodniu Wojciech Olejniczak przy pałacu Staszica, bracia Karnowscy w kafejce na Freta, Juliusz Machulski na lampce wina przy Bristolu, Krzysztof Daukszewicz opodal Domu Pod Królami, a w Morskim Oku Bartłomiej Topa z psem. Ostatni koncert fortepianowy pod Chopinem, chwila w ogrodach Kancelarii Premiera na pikniku. Szperanie pośród varsavianów w księgarni w gmachu PAST-y. Ławka w Ogrodzie Krasińskich, przed pałacem. Ci wszyscy chłopcy wypacykowani, sparowani. Wszystko, czym się oddycha, co tu stale. A mnie nie będzie, ślad po mnie żaden nie zostanie…

  

„Niesamowite, że wszyscy inni będą żyli nadal, jak gdyby nigdy nic. Wszyscy, tylko nie on. Czy taka jest prawda o duchach? Że są niczym innym, jak myślami o przyszłości żywych, snutymi przez umarłych albo tych, którzy umrą lada chwila?” [James Meek, Ludowy akt miłości. Przeł. M. Ignaczak].

   

21:56, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
Archiwum
Tagi