~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
niedziela, 30 lipca 2006
110. Coś

  

Coś by wypadało napisać. Coś by trzeba zrobić. Ale co?

Żeby tak własną niemoc przekuć w coś twórczego.

Nie mam niczego do powiedzenia, a jednak mówię – tłumaczył się Federico Fellini z Osiem i pół w wywiadzie z Orianą Fallaci.

A ja milczę...

   

czwartek, 27 lipca 2006
109. Zabrakło ich...

  

Cały dzień chodzi mi to po głowie, nie wiem czemu, a przecież to oczywiste:

          

                    gdzie oni są
                    gdzie wszyscy moi przyjaciele -ele-ele-ele-ele-ele
                    zabrakło ich
                    choć zawsze było ich niewielu -elu-elu-elu-elu-elu

                    (…)

                    gdzie są moi przyjaciele
                    bojownicy z tamtych lat
                    zawsze było ich niewielu
                    teraz jestem sam

                              [Grzegorz Ciechowski, Biała flaga].

  

Nigdy ich nie było...

  

wtorek, 25 lipca 2006
108. Maruderzy końca wieku

  

W „POLITYCE” 2006, nr 29 Raport o młodych ludziach, dwudziestoparo- i trzydziestoparolatkach, którzy nie chcą opuszczać domu rodziców – coraz powszechniejsze zjawisko w Europie i w Polsce.

Do Raportu dołączono esej Juliusza Strachoty Nicnierobienie, którego fragmenty zamieszczam. W końcu – to także o mnie. O nas.

  

Trudno powiedzieć, co sprawia, że w życiu młodych facetów nic się nie zdarza. Mają dobre wykształcenie. Są z miasta. Są zupełnie pomysłowi. I już coraz bliżej trzydziestki i cały czas nic. Wpadają w błędne koło nicnierobienia. Z każdym dniem coraz bardziej. (…)

Nicnierobienie nigdy nie jest tym samym. Z reguły jednak jest oczekiwaniem. Tak jakoś oczekuje całe mnóstwo moich kolegów. Na cud. Im bardziej się rozglądam, tym ich widzę więcej. Mniej więcej mają te dwadzieścia sześć lat. U kilku: brak jakiejkolwiek dotychczas wykonywanej pracy. U jednego: brak też umiejętności obrania ziemniaków. (…)

To nie jest tak, że coś jest z chłopakami nie tego. Są normalni. Mają studia. Lubią wypić. Dziewczyny mają. Dwie ręce i fiuta nawet. To nie jest tak, że jest jedna oficjalna wersja, że pracy nie ma, że trudno ją znaleźć, że się nie chce. Każdy ma swoje alibi, każdy swoją wersję zdarzeń. Zdarzeń na czas nierobienia nic. (…)

Jest tak, że dopada cię co chwila bardzo zły stan psychiczny. Że się pracy nie ma. Że się tylko udaje, że jej się szuka. Że się nie udało coś. Że się nam wydaje coś. Że spieprzyliśmy. Że inni nie mają takich problemów, tylko zapierdalają i zarabiają pieniądze. No, ale z drugiej strony, ilu kolegów ma mniej więcej tak jak ty? O tak. (…)

Zżera cię to, że inni mają lepiej, że jakoś im się udało. Niby tli się w tobie, że tobie też się uda, że to się zdarzy, ale jednak przygniata z drugiej strony wersja, że będzie dokładnie odwrotnie. Jest strach. Strach chyba dobrze nie robi nikomu. Jutro będzie lepiej? Nie pijesz. Wstajesz o siódmej rano. Idziesz na rower. Potem jesz coś lekkiego. Podciągasz się. Przeglądasz oferty pracy. Oglądasz film ściągnięty z torrenta. Znowu rower. Kupujesz se kefir na obiad. Gotujesz sobie kaszę z jajkiem. Zdrowo i tanio. Jeszcze zerkasz w Internet. Szukasz tej pracy kreatywnie dość.

Tak, tak. Umiesz to robić. No, ale ta nie pasuje, ta też nie i tamta też.

Wieczór przychodzi i możesz swobodnie wyłożyć się przed telewizorem. Wiadomości. Informacje. Fakty. Ile wiedzy pochłaniasz. Masz w sobie pełnię. Zaspokojone potrzeby psychiczne i fizyczne. (…)

No właśnie, mieszkanie z rodzicami sprawia, że czujesz się nieco niekomfortowo. Paru kolegów już jednak nie mieszka. (…)

Hiphopowcem to już raczej nie zostaniesz. Ale nie chciałbyś być z tłumu. Nie będziesz robił rzeczy tych samych, co robi masa. Najgorszy jest ten strach, który dopada czasem, że nic się już nie wydarzy. No, bo ty nic nie zrobisz, los sam z siebie też nic, kurwa, nie podetknie. Są takie czarne myśli. (…)

Potrzebowałbyś tego bata, ale z drugiej strony cenisz jednak sobie wolność. Tak właśnie jest, mamo. To nie jest kwestia wysiłku. Wysiłek nie jest ci obcy. Może zatem kwestia odpowiedzialności? Nie, nie. To wszystko nieprawda…

Wersja jest taka, że jest trudno, plus sam jesteś nieogarnięty do końca, niczego ci nie brakuje, ale jakoś nie potrafisz się odnaleźć. Życie jest ciężkie. Twoi starzy nie są bogaci. No, dobra, jest w tym także niepodejmowanie ryzyka. Jest rodzaj pewności siebie. I świata. Że on do nas przyjdzie. Nie musimy dokonywać wyborów, my jesteśmy wybrani. Niech mi, kurwa, nikt nie mówi, że to ucieczka przed dorosłością jest. (…)

Nie radzisz sobie? Masz dwadzieścia sześć lat. Nic nie robisz. Najebiesz się kilka razy w tygodniu. Masz gdzie spać. Masz co jeść. Masz Internet. Szybkie łącze.

Ja sobie nie radzę? Ja po prostu nic nie robię. Świetnie sobie z tym radzę.

Nieustające wakacje? Mam jeszcze czas. Nie, Jezu. Już prawie trzydziecha, a ja nic nie robię. Muszę się napić. Najpierw umyjesz wannę. Bo jak już wszyscy wiedzą, mieszkasz z rodzicami. Oni to docenią.

To teraz wychodzisz na dwór. Banał. Idziesz na ławkę, na boisko, gdzie siedzi się i nic się nie robi. Oczywiście, pije się piwo i jara dżointy. Wielkie mi halo. Ty jesteś tu trochę lepszy, bo masz studia, dobrze się tu czujesz. Większość celebruje, że jest się skazanym na życiowe niepowodzenie. Więc ich nicnierobienie jest inne nieco. Ono ma alibi bardzo jasne. Mocniejsze. O tym alibi się gazety rozpisują. Bezrobocie. Też byś chciał je mieć. No w końcu też jesteś z bloków. Tak, należy ci się ono.

Zdajesz sobie sprawę, że nic nie robisz. Masz głęboką świadomość. (…) I wiesz, że nic nie robisz, i wiesz boleśnie, że nic z tym nie zrobisz. Takich jak ty spotykasz całe mnóstwo. Oni dają alibi. A tobie się nie to, że nie chce, nawet chce ci się, ale nie wiesz dokładnie, co byś chciał. Nudzisz się jak cholera. Nie masz za bardzo konsekwencji w sobie. Nie masz pomysłu. Masz ten strach, a jutro nadzieję. Nicnierobienie jest czasem zupełnie przyjemne. Masz poczucie winy, a nazajutrz jesteś dumny z siebie jak paw.

Ale przecież, żeby nic nie robić, nie trzeba być jakimś tam ostatnim frustratem i w ogóle. Przecież jest też taki wariant, że po zjedzeniu kanapek wsiadasz do samochodu i jedziesz prosto do biurowca. W garniturze. I nic nie robisz aż do siedemnastej. To dopiero jest frustrujące. Nie, nie chcesz tego. Cenisz sobie swoją wolność”.

  

sobota, 22 lipca 2006
107. Rozdwojenie

  

Pochylam się w stronę lustra i wpatruję w moją twarz, która jest mi mniej lub bardziej znajoma, i widzę, że gdzieś w samym środku tego połączenia krwi i ciała, nerwów i kości kryją się dwa aspekty nie do pogodzenia… Marzenie o bliskości, czułości, przyjaźni, o wszystkim, co jest żywe. A z drugiej strony – okrucieństwo, plugastwo, horror, zagrożenie śmiercią.

               [z filmu Z życia marionetek (1979) Ingmara Bergmana]

  

Dwa aspekty nie do pogodzenia, dwa oblicza, dwie strony osobowości, Ja-agresywne i Ja-pokorne, Dr Jekyll i Mr. Hyde, pierwiastek żeński i męski, Jin i Jang, Ja-laickie i Ja-duchowe, jak Stawrogin – między ideałem Madonny a grzechem Sodomy, Ja-bezczelne i Ja-nieśmiałe, wulgarne i subtelne, łaknące życia i samobójcze…

Patrzę w lustro i już nie wiem, co jest prawdziwe…

  

Którą drogą mam podążyć? – zapytuję. A przecież wiem, że pozostanę na rozdrożu. Nie mam już sił, by zrobić choć jeden krok…

    

               Tam – w lustrze – mój sobowtór z bliska

               Stanął jak kontur wykrojony.

  

               Przybliża się i kiwa na mnie,

               Z rozpaczą załamując w męce,

               W jasnej głębinie zwierciadlanej

               Swe wyciągnięte do mnie ręce.

                                   [Andriej Bieły, Melancholia]

   

czwartek, 20 lipca 2006
106. Władza, pieniądze i seks

  

Przeglądam zaległą prasę i trafiam na taki oto piękny fragment (z artykułu Krzysztofa Mroziewicza o księżowskim życiu, „POLITYKA” 2006, nr 17/18):

  

     Jestem ułomnym człowiekiem, mam trzy pęknięcia: chęć posiadania,

     chęć zaspokojenia zmysłów i chęć dominacji nad drugim człowiekiem.

     Wiem o tym i pracuję nad tym, i Panie Boże, pomóż.

  

Powtarzać to sobie każdego dnia.

Samemu się zmienić, skoro niebo milczy...

  

23:29, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 19 lipca 2006
105. Miauczenie

  

Gdzieś pośród ogrodów działkowych żyje na dziko kotka z dwoma małymi. Matka wyrusza na długie wędrówki w poszukiwaniu pożywienia, a małe zostają same, głodne, spragnione, przerażone. Zdychają w upale przeraźliwie, choć cichutko miaucząc i piszcząc. Ten ich krzyk rozpaczy rozdziera mi serce. Tak samo nie mogę patrzeć na psy biegnące na smyczy za rowerem i na konie ciągnące wóz z węglem.

Cierpienie zwierząt dostrzegam wszędzie wokół. Ono trwa nieprzerwanie. Jest wszędzie. Nigdy nie milknie.

  

Z rana na podwórzu stało się nieszczęście: kot się zabił – biały gładki kot z siwymi wąsami. Może nawet się nie zabił ani myślał spadać z żadnego tam karnisza czwartego piętra, a po prostu połknął coś przez przypadek: gwóźdź czy szkło, albo umyślnie, dla żartu, nakarmił go szkłem czy gwoździkiem jakiś koneser, są tacy. Męczył się, ciężko mu się zdychało: a to się na grzbiet przewróci i tacza się po bruku, a to na brzuch, przednie łapki wyciągnie, pyszczek zadrze, jakby do okien zaglądał, i miauczy.

Obstąpiły kota dzieciaki, porzuciły swoje wariackie zabawy i wariackie prace, siadły w kucki dokoła, przycichły, ani na chwilę się od kota nie oderwą, a ten miauczy. (…)

Kot miauczał, Mruczek miauczał.

I nagle Marakulin pomyślał sobie jasno, tak jasno jak nigdy dotąd, że Mruczek miauczał zawsze i to nie od wczoraj, ale przez pięć lat tutaj, na Fontance, w domu Burkowa, a tylko on tego nie dostrzegał, i to nie tylko tu, w domu Burkowa – na Fontance, na Newskim Prospekcie miauczał i w Moskwie, i w Tagance – koło cerkwi Zmartwychwstania w Tagance, gdzie się urodził i wychował, wszędzie, gdzie tylko co żyje.

A jak mu się jasno pomyślało, tak się też twardo powiedziało, że przed tym miauczeniem, przed Mruczkiem nigdzie mu już nie uciec

               [Aleksy Riemizow, Siostry krzyżowe. Przeł. A. Pomorski].

  

Wstrząsnął mną ten fragment.

Dlaczego cierpienie ludzi mniej nas obchodzi? Nie zatrzymujemy się przy nim?

  

poniedziałek, 17 lipca 2006
104. Matura

  

Hit dnia:

  

          Pułaski w Afryce, pod Moskwą – Batory,
          Ryba to wieloryb, kwiatem – metafory,
          Wektorem – odległość, tesla miarą siły,
          Niobe z Mariannami Odysa kusiły,
          „Potop” to satyra na Wikingów stroje,
          Poezją klasyczną – teksty od „Ich Troje”,
          Łukasiewicz rozpalał kaganek oświaty,
          W Łodzi rosną sekwoje, w Arktyce – pataty,
          Narzędnik – przyrządem do głęboszowania,
          Maria Curie-Skłodowska ma na imię Ania,
          Liczba trzy miliony – liczbą urojoną,
          Prohibicja była Sokratesa żoną,
          Herostrates słynnym antycznym strażakiem,
          Czekan – czasownikiem, a Krezus – biedakiem...

  

          A teraz, ministrze Giertychu Romanie,
          Mam do Pana proste i łatwe pytanie:

          Jakie jeszcze trzeba powymyślać bzdury,
          Aby w Polsce skutecznie nie przebrnąć matury...?

                                        (z internetu, autor: awersja)

  

Byli marcowi docenci, będą Giertychowi maturzyści...

  

niedziela, 16 lipca 2006
103. Nie mam...

  

Ze wszystkich słów Księgi te tylko robiły na mnie od zawsze wrażenie:

  

                    Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,

                    a miłości bym nie miał…

                                             (1 Kor XIII, 1)

  

No i nie mam…

  

piątek, 14 lipca 2006
102. Niemoc

  

Nie mam dziś sił. Nie mogę się ruszyć. Nie mogę otworzyć ust. Nie mogę zamknąć oczu.

Nie mam wrażeń z wczoraj. Nie mam planów na jutro. Nie mam szans i nadziei.

Nie mam siły, by coś zacząć. Nie mam siły, by to skończyć.

Nie mam nic…

  

23:44, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 12 lipca 2006
101. Lambada

  

Przy okazji myśli wczorajszych o dotychczasowych pisarskich próbach utrwalania teraźniejszości, przypomniał mi się wpis, jakiego dokonałem w pamiętniku koleżanki gdzieś w trzeciej klasie podstawówki – całą epokę temu.

Była taka moda – wiele dziewcząt, niektórzy chłopcy także, miało swoiste pamiętniczki, do dokonania wpisów w których zapraszało się „wtajemniczo-nych”, a ci przepisywali tam jakieś ulubione wiersze czy maksymy. I ja taki pamiętnik miałem, i ja wpisów u innych dokonywałem. W tym i u niej.

Była drugą w moim życiu Oną.

Potem było ich jeszcze kilka, wmawiałem sobie, że w nich wszystkich się kochałem, nie kochając w rzeczywistości żadnej (nie wiem nawet, czy Tę, o której tu już tyle razy pisałem, kocham rzeczywiście), ale Tamta była szczególna.

Najatrakcyjniejsza dziewczyna w szkole. Długie blond włosy. Figura już kobieca. Śniada opalenizna.

Coś tam musiało być między nami. Nie wiem, dlaczego wybrała mnie. Często siedzieliśmy w jednej ławce na lekcjach, wracaliśmy razem do szkoły – długo to nie trwało, bo mieszkała naprzeciwko, ale w każdym razie spędzaliśmy sporo czasu razem. Mnie łączono z nią, ją ze mną.

No i oczywiście, jak to szczeniak, musiałem jej w pamiętniku napisać, obok jakiegoś wierszyka, na specjalnie zagiętym rogu, „I love you”, co od razu dostrzegł ktoś inny i rzecz stała się znana powszechnie. W ten sposób oficjalnie zostaliśmy „parą”. Dziesięcio- czy jedenastoletnia para. Aż śmieszne.

Ale nie o tym miało być.

Zabawa sylwestrowa. Bal kostiumowy w sali gimnastycznej. Balony. Jakaś żałosna kapela śpiewająca o „białym misiu”. Ja byłem muszkieterem, ona miała strój latynoskiej tancerki. Bardzo skąpy. Tańczyliśmy razem lambadę – cała Polska szalała wtedy na punkcie tego tańca jednego sezonu, który niósł w sobie oddech Zachodu.

Trzymałem rękę na jej mokrych, zimnych plecach, nisko, tam, gdzie wypukłość kręgosłupa przechodzi w podłużne zagłębienie powyżej pośladków. Taniec był energiczny, długi, a jej plecy robiły się coraz bardziej zimne i mokre. Miała niesamowicie gładką i miękką skórę. Jej pot czuję i teraz między palcami. Nigdy później nie dane mi było z taką rozkoszą dotykać obcego ciała.

Dziś mijamy się bez słowa. Ścięła włosy. Opalona jak zawsze.

Miała na imię Katarzyna, jak jeszcze dwie po niej...

  

23:57, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
wtorek, 11 lipca 2006
100. A bout de souffle

  

To już po raz setny.

Udało się. Dotrwałem. Zwyciężyłem – przekonuję sam siebie.

Poprzedni blog, parę lat wcześniej, został zarzucony po kilku tygodniach. Potem, parę lat później, był dziennik w wersji papierowej, prowadzony sumiennie od pierwszego stycznia do pierwszego maja pewnego roku, nieróżniącego się od lat przed nim i po nim. Szybko zaczął się też ów dziennik ograniczać do odnotowywania przeczytanych książek. Po kilka tygodniowo. Dużo wtedy tego było. Wtedy – jeszcze czytałem. Dziś tylko kupuję.

W każdym razie – w moim pisaniu prędzej czy później przychodzi znużenie. W głowie powstaje pustka. Rodzą się wątpliwości i pytania – o cel, o sens.

  

A więc i na tym polu wszystkie moje blogi, dziecinne jeszcze pamiętniki i dzienniki oddają to, jakim jestem, dają wyraz niezdecydowaniu, apatii, zwyczajnemu lenistwu. Rezygnuję z nich jak ze wszystkiego, czego się wyrzekam, z życiem samym...

Ale nie chcę się poddać tym razem.

Nie wiem jak, nie wiem, po co, jak długo, ale będę to ciągnąć dalej – aż do samoudręczenia. Do utraty tchu.

  

                    Nie odbierzesz mi duszy żywej!

                    Tak, gdy pędzi zaciekły gon –

                    Pochyliwszy się – własną żyłę

                    Przegryzający – koń

  

                    Arabski

                              [Maryna Cwietajewa. Przeł. S. Pollak].

  

sobota, 08 lipca 2006
99. Upośledzenie

  

Jakimże egoistą jednak jestem. Od dzieciństwa wszystko podawano mi na tacy i tego właśnie oczekuję od życia.

Żyję zamknięty w swoim prywatnym świecie i drażni mnie obecność innych ludzi. Pragnę ich i uciekam od nich.

Najgorsza jest ta bezuczuciowość, całkowita pustka. Trwanie. Bez celu.

Taki mój mały domowy autyzm…

  

czwartek, 06 lipca 2006
98. Lęk

  

Zaczynam się bać spotkań z Tobą, chować, unikać Cię, udawać, że Ciebie nie zauważyłem. Boję się kolejnych kompromitacji, mojej nieporadności, dojmującego poczucia wstydu. Nie, to zażenowanie.

Boję się, że zacznę Cię nienawidzić za to, że muszę nie lubić siebie.

  

Cała ta historia, opisywana tu od miesięcy, a ciągnąca się od lat, to, kim jestem, jaki jestem – jakież to śmieszne i żałosne. Czy ktoś w to w ogóle uwierzy?

  

23:55, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
środa, 05 lipca 2006
97. Niewinność

  

Uwielbiam patrzeć na bawiące się małe dzieci. Całkowicie zajęte sobą, pełne autentycznej radości życia (bez pojmowania życia) nie dostrzegają świata poza nimi. Tak niewinne, przed wyruszeniem w Wielką Podróż.

Przypomina się fragment z Mandelsztama:

  

               Na niczym się nie rozumie

               I wcale mówić nie umie,

               I płynie jak delfin młody

               Przez świata spienione wody.

  

Z tego rejsu nie ma już powrotu do Cichej Przystani. Upragnionego portu Nieświadomości.

  

wtorek, 04 lipca 2006
96. Błogosławieństwo

  

Bądźcie pozdrowieni Nadwrażliwi
za Waszą czułość w nieczułości świata,
za niepewność wśród jego pewności,
za to, że odczuwacie innych jak siebie samych, zarażając się każdym bólem,
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością, która nie ma dna,
za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi
bądźcie pozdrowieni.

  

Bądźcie pozdrowieni Nadwrażliwi
za Wasz lęk przed absurdem istnienia
i delikatność niemówienia innym tego co w nich widzicie,
za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania

                                                                              z niezwykłością,
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego co być

                                                                              powinno,

za to co nieskończone – nieznane – niewypowiedziane
ukryte w Was.

  

Bądźcie pozdrowieni Nadwrażliwi
za Waszą twórczość i ekstazę,
za Wasze zachłanne przyjaźnie, miłości i lęk,
że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed Wami.

  

Bądźcie pozdrowieni Nadwrażliwi
za Wasze uzdolnienia – nigdy niewykorzystane –
(niedocenianie Waszej wielkości nie pozwoli poznać wielkości tych,

                                                                              co przyjdą po Was),
za to, że chcą Was zmieniać zamiast naśladować,
za Waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę,
za niezwykłość i samotność Waszych dróg
bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi

                                        [prof. Kazimierz Dąbrowski].

  

Jak to mówił Salieri u Formana? – Wszystkie miernoty świata, błogosławię was…

  

poniedziałek, 03 lipca 2006
95. Lot

  

Wzbijam się w niebo o świcie i lecę wprost ku słońcu, nie widząc nic, oślepiony jego promieniami. Wzlatuję ponad przyziemność, niesiony marzeniami, które nie znają żadnych ograniczeń i które, snute od lat najmłodszych, przybrały postać ogromnych niezmierzonych projektów – tym większych i bardziej zuchwałych, im bardziej są fantastyczne i nie do zrealizowania.

Lecę wśród swoich światów, otoczony swoimi duchami, w towarzystwie swoich demonów. Lecę w nadziei, że znajdę to, czego nie ma, że uchwycę to, co jest mi niedostępne, że choć w marzeniu osiągnę to, czego nie osiągnę, stworzę sobie iluzję życia, którym nie żyję naprawdę.

Wszystkie siły zużywam na ten lot i gdy już ich nie starcza, gdy ramiona mdleją i siłę ciążenia odczuwa się całym sobą, poddaję się wreszcie i spadam wpatrzony w czerwone słońce na zachodzie. I wtedy, tuż przed tym, jak moja krew zbryzga szare kamienie na dole, w słońcu Ciebie dostrzegam. W ognistej kuli uśmiechasz się do mnie i wyciągasz promienie ramion…

  

     Biorę kawałek życia, toporny i nędzny, i tworzę z niego słodką legendę,

     bo jestem – poetą.

                         [Fiodor Sołogub, Legenda tworzona. Przeł. alexanderson]

  

Archiwum
Tagi