~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
wtorek, 31 lipca 2007
255. Michelangelo Antonioni (1912-2007)

  

Żegnając wczoraj Bergmana powstrzymywałem się od uwag o końcu pewnej epoki w kinie ze względu na Antonioniego. I oto dziś przychodzi wiadomość, że i jego zabrakło. Znamienne, iż ci dwaj umarli w tym samym dniu – podobnie Szekspir i Cervantes odeszli równocześnie 23 IV 1616 roku. Obaj, Bergman i Antonioni, należeli do największych indywidualności kina, do artystów uparcie poszukujących, stawiających bolesne pytania, niepokornych i osobnych. Obaj, eksplorując wymiary i kondycję człowieczeństwa, wydźwignęli kino do rangi, jaką osiąga największa literatura.

Przestrzeń kina Antonioniego rozpościerała się między motywami niepokoju, ucieczki, złudzenia, tajemnicy i fatum; za pomocą zupełnie nowego języka filmowego mówił on o zagubieniu człowieka w budzącym lęk nieprzejrzystym i nieczytelnym świecie. „Brak pewności jest znamieniem naszych czasów”, powiedział kiedyś. Zostały po nim niezapomniane sceny: rojowisko giełdy i finałowe ujęcie ulicy w „Zaćmieniu”, bicie dzwonów w „Przygodzie”, mgła i zimna czerwień w „Czerwonej pustyni”, gra w tenisa nieistniejącą piłeczką w „Powiększeniu”, eksplozja świata konsumpcji w „Zabriskie Point”, pustynia i niepokazane widzom, dokonujące się za wychodzącą przez okno kamerą zabójstwo w „Zawodzie – reporter”. Spoza „zimnych” i długich sekwencji tego piewcy alienacji i niemożności porozumienia przebijało dyskretnie przeczucie czegoś nieuchwytnego i nieokreślonego, oddającego jednak naturę świata i związków międzyludzkich, czegoś prawdziwie metafizycznego. Nie ma większego wymiaru sztuki…

  

poniedziałek, 30 lipca 2007
254. Ingmar Bergman (1918-2007)

  

Odszedł…

Jedne z najwcześniejszych moich wrażeń, jakie pamiętam do dziś spośród nadzwyczaj licznych i bogatych doświadczeń filmowych, to biała twarz Śmierci (Bengt Ekerot), rozpaczliwe pragnienie rycerza Antoniusa Blocka (Max von Sydow), by Bóg dał dowód swojego istnienia i laicki pragmatyzm giermka Jönsa (Gunnar Björnstrand), który w oczach palonej czarownicy dostrzegał jedynie pustkę i otchłań śmierci. Tak, kino zaczęło się dla mnie od „Siódmej pieczęci”. A potem była podróż profesora Isaka Borga (Victor Sjöström) w głąb własnej podświadomości do krainy dzieciństwa („Tam, gdzie rosną poziomki”), elegia pożegnania z młodością i nieuchronność życiowej obojętności w „Letnim śnie”, starcie sił nadprzyrodzonych z poznaniem naukowym w „Twarzy”. Pamiętam żywo gwałt i zemstę w „Źródle”, splot religii i seksualności w wizjach Boga-pająka z filmu „Jak w zwierciadle”, mszę, którą w pustym kościele pastor po utracie wiary odprawia dla kochającej go ateistki, by uwierzyć choć w ludzką wspólnotę („Goście Wieczerzy Pańskiej”). Pamiętam absolutną pustkę i głód miłości w przepojonym seksem świecie „Milczenia”, poczucie winy, które łączy w jedno twarze Liv Ullmann i Bibi Andersson w „Personie”, noc pustoszącego szaleństwa w „Godzinie wilków”, objawiający potęgę sztuki śmiercionośny spektakl w „Rytuale”. Pamiętam pasyjną agonię w „Szeptach i krzykach”, halucynacyjny koszmar rodzącego się totalitaryzmu z „Jaja węża”, bolesną rozmowę matki i córki w „Jesiennej sonacie”, wreszcie teatralny żywioł „Fanny i Aleksandra”. Pamiętam dziesiątki innych obrazów, bo miałem szczęście widzieć niemal wszystkie jego dzieła – od pierwszych do tych ostatnich.

Największe filmy Ingmara Bergmana były reżyserskim przeżyciem osobistego dramatu egzystencji, projekcją jego duszy, zapisem poczucia winy i lęku, spowiedzią i psychoanalizą, i dzięki temu właśnie stały się uniwersalnym zapisem condition humaine. Może teraz współczesny Strindberg zazna spokoju, odszedłszy tam, gdzie rosną poziomki…

  

15:27, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 27 lipca 2007
253. Upadek

  

Świadomość odrębności siebie, swojej nieprzystawalności, niezgody, swojego bliskiego końca. Wychodzenie naprzeciw owej nieuchronności, spalanie swych sił w twórczym rozpaczliwym wysiłku, by dać choć częściowe świadectwo, by wyrazić siebie, a następnie nagle przerwać to, zakończyć, wycofać się, zrezygnować. Poddać się, ale nie przegrać, bo do końca decyduje się o wszystkim. Może dopiero teraz ma się rzeczywistą możliwość wyboru. A może nie ma się jej nigdy.

Wczoraj dowiaduję się o samobójczej śmierci Mirosława Nahacza, a dziś – ale sto sześćdziesiąt sześć lat wcześniej – Michaił Lermontow wyszedł naprzeciw kuli majora Martynowa. Spotkają się kiedyś...

  

czwartek, 26 lipca 2007
252. Polska kabaretowa

  

„(…) Gdyby rzecz działa się w kinie, a nie w naszym najprawdziwszym życiu, prawie codziennie pękalibyśmy ze śmiechu. Bo na oczach całego społeczeństwa bracia Kaczyńscy (ksywka drapieżne kaczory) udają braci Marx, zaś Roman Giertych z Andrzejem Lepperem (ksywka lis chytrus) grają Flipa i Flapa. A przecież najwyższe koalicyjne kręgi nie są osamotnione w swoich komediowych czy kabaretowych zapędach. Na niższych kregach władzy bez trudu można znaleźć innych naśladowców największych komików: Leslie Nielsena, Jima Carreya, Charlie Chaplina, Louisa de Funesa.

Trochę mi jest smutno, że ilekroć zobaczę Zbigniewa Wassermanna, konstytucyjnego ministra w rządzie, nie mogę się opędzić od skojarzenia z głównym bohaterem »Nagiej broni 33 i 1/3«, który za wszelką cenę chce uratować świat niczego nie kapując i bezwiednie demolując wszystko wokół siebie. Przepraszam Pana Boga, że ile razy widzę marszałka Ludwika Dorna, przypomina mi się Jim Carrey zamknięty w wymyślonym świecie z »Truman Show«. To wrażenie mocno się nasiliło, od kiedy dzięki Mariannie Rokicie, słynnej posiadaczce seksrekordu Polski, poznaliśmy ekstrawaganckie seksualne zwyczaje Marszałka, który ostatnio tak pięknie opowiadał o swojej intelektualnej drodze do nawrócenia. Przykro mi, ale ile razy słyszę ministra Macierewicza przejętego misją nawrócenia świata i nieustannie miotającego wokół podejrzliwe spojrzenia, przypominają mi się sceny z »Żywotu Briana«.

Gdy patrzę na ministra Ziobrę, coraz wyraźniej widzę lokalną kopię Chaplina w »Dyktatorze« (nie chodzi tylko o grzywkę), a kiedy słyszę o sukcesach CBA, odkrywam czytelne inspiracje ze »Szpiegów takich jak my«. Nad nimi wszystkimi unosi się zaś nieśmiertelny Miś, który teraz nazywa się IV RP.

Krótko mówiąc, coraz trudniej jest mi się oprzeć wrażeniu, że w polskiej polityce grecki dramat lat 90. i zagmatwaną mieszczańską powieść pierwszych lat tego stulecia wyparła poetyka prostego slapsticku. Na przykład ostatnio bracia Marx osaczają Flipa i Flapa agentami w rajtuzach. W odpowiedzi Flip i Flap prują rajtuzy agentom oraz braciom. (…)

Rok temu oni wszyscy ze swoją władzą, ze stojącym za nimi potężnym aparatem państwa, ze szwadronami oddanych wyznawców, z wszystkimi swoimi zaklęciami, planami, retorycznymi chwytami zdawali się wręcz śmiertelnie groźni. Co można poradzić, że przez ten rok z okładem stali się już niemal śmiertelnie śmieszni? To nie znaczy, że przestali być groźni. Są groźni w dalszym ciągu. Bo mają władzę, w dużym stopniu kontrolują państwo, na swoje szaleństwa wydają nasze pieniądze, prawie każdego dnia coś rozmontują, zepsują albo wysadzą w powietrze. Ale już przestali być poważni. Za dużo było tej grozy.

Nie chodzi tylko o to, że prezydent uważa za stosowne publicznie ogłaszać stan swoich towarzyskich relacji z różnymi osobami (…). Nie chodzi też o to, że od dwóch lat wciąż w Polsce debatujemy (i to na najwyższym, a nawet międzynarodowym szczeblu), kto kogo obraził i kto powinien przepraszać. Jest to wprawdzie objaw infantylności, temat typowy dla wczesnego stadium okresu dojrzewania, kiedy dziewczęta i chłopcy zaczynają się uczyć samodzielnego (czyli bez udziału dorosłych) układania relacji w grupach rówieśnicczych, ale katastrofa to nie jest. Ciągłe przepraszanie i nieustanne żądanie przeprosin jako stały przedmiot politycznej debaty jest nieznanym w cywilizowanych krajach wynalazkiem ostatniej epoki polskiej polityki, ale na tle naszej sytuacji jest to raczej drobiazg.

Chodzi o sprawy naprawdę poważne dla egzystencji tysięcy czy milionów ludzi. Na przykład premier sporo osób w Polsce bardzo mocno przestraszył, kiedy w odpowiedzi na poparcie opozycji dla strajku pielęgniarek zapowiedział wprowadzenie podatku dla najbogatszych. Miało być nawet referendum w tej sprawie. (…) Publicyści rozpoczęli spory. (…) społeczeństwo przyjęło zapowiedź premiera z należną wypowiedzi szefa rządu powagą. Ale on nie. Parę dni później oświadczył, że już się rozmyślił.

Drugi brat, prezydent, pojechał do Waszyngtonu i po przelotnej pogawędce z politycznie tonącym prezydentem Bushem oświadczył, że sprawa tak zwanej tarczy jest już przesądzona. Obserwatorów wprawił tym w osłupienie. Bo tarcza nie jest przesądzona nawet w Ameryce. Publicznie padło więc pytanie, czy Polska została przez Busha zwasalizowana. W Warszawie i w całej Europie komentatorzy i analitycy zastanawiali się, co to może znaczyć. (…) Ale wszystko na nic. Nazajutrz prezydent podjął polemikę sam z sobą i tłumaczył światu, że wszelkie sugestie, jakoby sprawa była przesądzona, są nieuprawnione.

Setki lub tysiące ludzi na całym świecie zaczęły teraz zadawać sobie pytanie, co się takiego stało w ciągu tych 24 godzin. (…) Krótko mówiąc, próbowaliśmy zgadnąć, co w istocie prezydent miał na myśli? Ale znów była to zupełnie niepotrzebnie stracona energia. Bo wszystko wskazuje, że prezydent nic nie miał na myśli i nic nie chciał powiedzieć. Prezydent po prostu mówił, bo chciał coś mówić.

Sprawa jest poważna. Słowa premiera i prezydenta, a nawet ministrów przywykło się w cywilizowanym świecie traktować poważnie. Sęk w tym, że oni sami siebie, nas i swoich słów poważnie nie traktują. Minister Fotyga posunęła się nawet do tego, że embargo na mięso nazwała wypowiedzeniem wojny. Świat by się pewnie zatrząsł, gdyby nie to, że w ważnych ambasadach już wcześniej zrobiono jej portret psychologiczny. Wobec słowa wojna w ustach ministra spraw zagranicznych zgłoszony przez premiera pomysł wypowiedzenia traktatu polsko-niemieckiego to po prostu drobiazg. Na szczęście minął równie szybko, jak się na scenie politycznej pojawił.

Pewnie powinniśmy już nareszcie przywyknąć, że najwyżsi urzędnicy tylko tak sobie mówią różne rzeczy. Bo oni się nie przywiązują do tego, co powiedzieli. Problem polega na tym, że nawet uważnym obserwatorom trudno jest odróżnić, co mówią poważnie, a co tylko tak sobie. Idee brzmiące zupełnie poważnie okazują się bowiem tylko luźno rzuconymi słowami, a pomysły najbardziej księżycowe nieoczekiwanie szybko stają się obowiązującym prawem.

U braci Kaczyńskich tak było chyba zawsze. Kto dziś jeszcze pamięta, że będąc w opozycji opowiadali o Wielkiej Komisji Prawdy i Sprawiedliwości, której powołanie byłoby oczywiście sprzeczne z konstytucją, albo obiecywali, że w cztery lata zbudują trzy miliony mieszkań? Nie wiadomo, dlaczego akurat trzy, a nie pięć albo dwa i pół. Ale tak mówili. Specjalnie ich to nie wyróżniało, bo będąc w opozycji politycy często mówią głupstwa (…). Problem polega na tym, że PiS jest pierwszą partią, a bracia pierwszymi przywódcami niepodległej Polski, którzy nie zauważyli, iż obejmując władzę przestali być w opozycji.

(…) Po blisko dwóch latach faktycznego rządzenia sporym europejskim krajem polski premier nadal nie rozumie, a może raczej uparcie odmawia zrozumienia, że mając taką władzę trzeba się wypowiadać i działać rozważnie i odpowiedzialnie. Wciąż, jak Piotruś Pan, buja więc w opozycyjnych politycznych obłokach, marzy i opowiada, co śni albo widzi oczami duszy swojej. W tym sensie wielką metaforą obecnego rządu był napis »38 lat temu człowiek wylądował na Księżycu« umieszczony przez wydawcę TVN24 na tzw. pasku podczas transmisji rocznicowej konferencji premiera. Coraz częściej staje się oczywiste, że mamy władzę z Księżyca.

Przepraszam za zrzędzenie, ale politykę traktuję śmiertelnie poważnie. Bo politycy nie tylko w czasie wojny decydują o naszym życiu i śmierci. Od nich zależy, czy pogotowie dojedzie na czas, czy bandyci wyrzucą nas z pociągu albo wbiją nam nóż na ciemnej ulicy, jakie będziemy dostawali emerytury, ile będą kosztowały lekarstwa. Dlatego od ministra, posła, wojewody, a nawet od prezydenta nie oczekuję ani pięknej biografii, ani nieposzlakowanej opinii. Nie chcę od nich nic więcej niż kompetencji, pracowitości, inteligencji, odpowiedzialności i w miarę możliwości niezawracania mi głowy. Nie po to na kogoś głosuję, by mi urządzał spektakle w telewizji, tylko po to, żeby dał mi – i nam wszystkim, naszym dzieciom, wnukom i prawnukom – szansę możliwie najlepszego życia. Od tego są politycy. (…)

W Polsce – zwłaszcza ostatnio – sprawy ułożyły się jednak inaczej. Polityka stała się strefą przyjmującą coraz bardziej kabaretowe, komediowe czy groteskowe formy publicznej swawoli, mającej zaspokoić wybujałe potrzeby rozbuchanych ego rozmaitych osób o bardzo dziwnych konstrukcjach emocjonalnych. Jadwiga Staniszkis powiedziała ostatnio, że w premierze Kaczyńskim »walczy piękna umysłowość ze złą emocjonalnością«. To dotyczy dużej części świata polityki. Z tym, że »piękna umysłowość« jest zjawiskiem nieporównanie rzadszym od »pięknego umysłu« i dużo mniej znaczącym niż coraz groźniejsza różnego rodzaju »zła emocjonalność«. To, że z tygodnia na tydzień władza staje się coraz bardziej śmieszna, wcale już nie jest śmieszne. Bo ta władza wciąż ma nad naszym życiem pewną władzę”.

               [J. Żakowski, Strasznie śmieszne, „POLITYKA” 2007, nr 30]

  

11:22, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
wtorek, 24 lipca 2007
251. Żałoba II

  

Fenomen przeżyć zbiorowych, absurdalność zadekretowanej z góry żałoby, niestosowność reporterskiej dociekliwości, jałowość niekończących się dyskusji w studiach telewizyjnych (jak? dlaczego? co dalej?), pomoc materialna, która jedynie w liczbie ofiar znajduje swoje uzasadnienie, przechodząc obojętnie do porządku nad codziennymi przypadkami śmierci indywidualnych, cichych, mniej widowiskowych. Jakaś niezrozumiała natura tego wszystkiego – jak gdyby wszyscy, chcąc tego czy nie chcąc, grzali się przy ogniu autobusu, płonącego pod mostem w Vizille…

  

23:11, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
czwartek, 19 lipca 2007
250. Ból

  

„Cierpienie jest czymś duchowym, jest najbardziej bezpośrednim objawem świadomości” (Miguel de Unamuno).

  

Od soboty doznawałem fizycznych katuszy – jakiś skomplikowany stan zapalny kanałów w korzeniu zęba zaowocował przywodzącym mnie niemalże do szału bólem dziąsła, który dopiero dziś antybiotyki zdołały stłumić na tyle, bym mógł wstać z łóżka i zajrzeć do Internetu. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, jutro czeka mnie specjalistyczny zabieg chirurgiczny, który – mam nadzieję – położy kres temu problemowi.

Gdy się tak leży i cierpi, w jakiś szczególny, zintensyfikowany sposób odczuwa się samo istnienie, życie w jego najbardziej fizycznym przejawie, a także upływ czasu, jego powolność, okrutną obojętność wobec twojej osoby, twoją znikomość w świecie, twój krzyk z bólu, na który nikt nie daje odpowiedzi. Wtedy właśnie „ja” staje się tak namacalne, jak nigdy wcześniej.

  

„Człowiek wchodzi w głąb siebie samego, zwraca się ku sobie, sobą się staje w bólu” (Miguel de Unamuno).

     

piątek, 13 lipca 2007
249. Polskie miesiące

  

Dziś jest rocznica rzezi.

Tak jak sierpień jest miesiącem polskiego zrywu (1920, 1944, 1980), wrzesień – polskich klęsk (1831, 1939), październik – polskich nadziei (1956, 1978), grudzień – polskiej traumy (1970, 1981), tak lipiec jest miesiącem polskiego bratobójstwa (1607, 1666) – polskiego ciemnogrodu, kołtuństwa, zaprzaństwa, obskurantyzmu, nacjonalizmu, religijnego fanatyzmu, polskiej zawiści, ciemnoty i zwyczajnej głupoty, która kwitnie w Polsce od stuleci i kwitnąć będzie po wieki wieków, amen.

Nie dałbym jednak głowy, że zjawiska te ograniczają się tylko do lipca.

  

„Mieć za ojczyznę Polskę, to jak mieć beznadziejnie chorą matkę. Oczywiście, ciągle się ją kocha, i smaruje jej odleżyny, i zmienia pieluchy, i karmi się ją łyżeczką, i wysłuchuje jej niesprawiedliwych wrzasków, wyzwisk, bredzenia, bo w głowie się mamusi też pomieszało, i tak od tylu lat, a tyle jeszcze lat przed nami, i nagle się myśli (Boże przebacz): »Ach, gdyby wreszcie umarła!« Co za wstyd, co za hańba. I cóż bardziej naturalnego?”

                                   [Anna Bojarska, Siostry B.]

  

środa, 11 lipca 2007
248. Tomorrow never comes

  

Czy bardziej przerażająca jest czarna otchłań niewiadomej przyszłości, czy też świadomość, że jutrzejszy dzień będzie taki sam jak dziś – że nic się nie zmieni? Czy zagadka przyszłości czy też jej brak? Żyję od dawna w jakimś bezczasie, w wiecznym teraz, bez planów, bez celów, jak gdybym nie chciał zaakceptować myśli o jakiejkolwiek przyszłości, jakbym jej sobie odmawiał. A może w ten sposób ją powstrzymuję? Bo przecież – może podświadomie – chciałbym, żeby nie przyszła. Żeby się to wszystko wreszcie skończyło.

Żeby tak powstrzymywane przeze mnie jutro rzeczywiście nie nadeszło… 

   

                    „Ciągle to jutro, jutro i znów jutro

                    Wije się w ciemnym kółku od dnia do dnia

                    Aż do ostatniej głoski czasokresu;

                    A wszystkie wczora to były pochodnie,

                    Które głupocie naszej przyświecały

                    W drodze do śmierci. Zgaśnij, wątłe światło!”. 

                              [William Shakespeare, Makbet. Przeł. J. Paszkowski]

  

niedziela, 08 lipca 2007
247. Dwa ateizmy

  

Z wywiadu z Rocco Buttiglione („Rzeczpospolita” 30 VI-1 VII 2007):

„(…) możemy wyodrębnić wiele jego [ateizmu] nurtów. Dominują dwa. Jeden nazwałbym ateizmem pesymistycznym, drugi – wojującym. Przedstawiciele pierwszego nurtu (jednym z najwybitniejszych był Artur Schopenhauer) są przychylni religii, ponieważ dostrzegają jej wielkie znaczenie społeczne. Uważają, że życie człowieka nie ma sensu. Ponieważ religia – choć jest złudzeniem – daje człowiekowi pocieszenie, jest czymś pozytywnym. Ale z drugiej strony nie mają wątpliwości, że nauka nie pozwala na wiarę w Boga i religia, obiektywnie rzecz biorąc, jest fałszywa. Mówią: byłoby wspaniale, gdyby Bóg istniał, ale niestety nie istnieje. Ateizm pesymistyczny mówi też coś niezwykle ważnego dla wierzących – że człowiek potrzebuje Boga. (…)

[Drugi typ ateizmu] zakłada walkę i stara się znieść religię z powierzchni ziemi. Najczęściej jest mocno antychrześcijański. Ten drugi nurt ateizmu, którego przedstawicielem był na przykład Marks, mówi: Boga nie ma, a nawet gdyby był, to i tak byłoby lepiej, gdyby go nie było. Bóg ogranicza wolność człowieka. Prawdziwie wolny człowiek powinien więc żyć tak, jak gdyby Boga nie było. Ten typ ateizmu najczęściej nie potrzebuje żadnego racjonalnego uzasadnienia. Jest czystym wyborem. Mamy ideę wolności człowieka, która wyklucza istnienie Boga”.

Trafne. Jednakże równie przykrym zjawiskiem, co wojujący, wściekle antyklerykalny i antyreligijny ateizm, jest drugi nurt katolicyzmu – nie ma on nic wspólnego z Chrystusem i prawdziwym Kościołem, lecz pleni się w Polsce wśród pewnych środowisk i przekonany o własnym posłannictwie, skryty za fasadą obrzędowej celebry, chory na syndrom oblężonej twierdzy, szerzy nienawiść i lęk przed Innym. Upolityczniona pielgrzymka rodzin Radia Maryja na Jasną Górę i zdemaskowane słowa Tadeusza Rydzyka w jutrzejszej publikacji „Wprost” to jego przejawy. Jedne z wielu, niestety...

Ale – może ateiście nie wypada o tym mówić?

  

23:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 05 lipca 2007
246. Czułość

  

W przeciągu zaledwie dwóch dni – wczoraj i dziś – kupiłem dziesięć książek i już myślę o zakupie kilkunastu następnych. Powstrzymując się od wszystkiego, wszystkiego się wyrzekając, tego jednego nie umiem sobie odmówić. Książki są moją jedyną namiętnością.

W tego rodzaju pasjach – opartych na posiadaniu, zbieraniu, kolekcjonowaniu (nie kupuję przecież książek, by je po prostu przeczytać – ja muszę je mieć na własność), jest coś ze skąpstwa (zazdrośnie strzeże się swoich zbiorów), ale i z prawdziwie tkliwego uczucia: te zachwycone spojrzenia, prześlizgujące się po kolejnych półkach, te delikatne muśnięcia palcami po książkowych grzbietach, te ustawiczne przestawianie, kartkowanie, porządkowanie…

Owo swoiste „zakochanie” daje wiele radości, lecz tworzy też zamknięty, intymny świat, pogłębiający zapewne moją izolację od świata zewnętrznego. Ale – skoro nigdy nie żyłem „naprawdę” i zawsze otaczałem się murem z książek – cóż takiego tracę? Tu czuję się bezpiecznie. Tu jest dobrze i przytulnie. Wcale nie muszę stąd wychodzić.

  

poniedziałek, 02 lipca 2007
245. Nadużywanie cierpliwości

  

Premier Jarosław Kaczyński wskazuje na inspirowanych z zagranicy szatanów, którzy manipulują protestującymi pielęgniarkami i panoszą się w mediach – widać, jego psychiatra też strajkuje. Przerażająca jednak jest ta eskalacja języka agresji i pogardy, to wskazywanie kolejnych wrogów, którzy sypią piasek w szprychy, chodzą na pasku wiadomo kogo i leją wodę na młyn określonych ośrodków. Było już „spieprzaj, dziadu!”, były wykształciuchy, okrągłostołowe łże-elity i zomowcy, był lumpenliberalizm i dziennikarz łżący jak „bura suka”, było lobby homoseksualne, były ataki na sędziów, adwokatów, lekarzy, środowiska akademickie, niszczenie autorytetów, teraz to – brakuje tylko Żydów, masonów, cyklistów i filatelistów. Mam już naprawdę dosyć tej gomułkowszczyzny.

„Quousque tandem abutere, Catilina, patientia nostra?” (Cyceron, Pierwsza mowa przeciw Katylinie).

  

Tagi: Cyceron
23:52, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
Archiwum
Tagi