~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
czwartek, 31 lipca 2008
465. Les particules I

  

„Było w tym chłopcu coś bardzo czystego i bardzo czułego, poprzedzającego wszelką seksualność i wszelką erotyczną konsumpcję. Było to zwyczajne pragnienie dotknięcia kochającego ciała, uścisku w kochających ramionach. Czułość poprzedza uwodzenie, oto dlaczego tak trudno jest stracić nadzieję”

   [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

   

Moje zapłakane w ostatnich dniach oczy znów były powodem natarczywych pytań ze strony mamy, prób wtargnięcia przez nią w najgłębsze pokłady mojej intymności. Mówi mi, że muszę w końcu wybić sobie TO z głowy, że TO nie dla mnie, bo jestem zbyt wrażliwy, zbyt mocno to przeżywam, że muszę w końcu zainteresować się jakimiś dziewczętami, zanim będzie za późno, zanim popełnię głupstwo, zniszczę opinię rodziny. Wciąż uważa TO za jakiś mój kaprys, wpływ nieodpowiednich kontaktów z grupą ludzi, sytuującą się w hierarchii społecznej gdzieś pomiędzy bezdomnymi a narkomanami…

A przecież w jakiejś mierze ma rację − nie widzę przed sobą żadnych szans. I niby czego mam szukać? − z tyloma zahamowaniami, z kaleką seksualnością, emocjonalną oziębłością, potrzebą prowadzenia za rękę… Nie w tym wieku. Nie w tym rytmie życia (praca − pociąg − dom − pociąg…). Nie po tym, jak już za pierwszym razem znalazło się to, co znaleźć jest prawie niemożliwe. Nie po tym, gdy zrozumiałem, że nigdy na to nie zasłużę, że nie mnie jest to przeznaczone. Śmieszne to wszystko, bo wystarczyłoby mi mniej niż innym…

  

Pragnął tylko kochać, niczego innego nie pragnął. Niczego konkretnego. Życie, myślał sobie (…), powinno być czymś prostym; czymś, co można przeżyć jak zbiór drobnych, powtarzanych w nieskończoność, trochę nudnawych rytuałów, w które można by jednak wierzyć. Życie bez wyzwań, bez tragedii. Lecz życie ludzi nie było zorganizowane w ten sposób” [Ibidem].

  

wtorek, 29 lipca 2008
464. Divertissement

  

W moim dusznym i gorącym (nawet pomimo takiej upalnej aury, jak ostatnio) pokoju trudno komukolwiek wytrzymać. Jestem niby przyzwyczajony do tego specyficznego mikroklimatu, a przecież także się męczę. Zwłaszcza noce są okropne… Ta z niedzieli na poniedziałek była kolejną bezsenną, ale też pierwszą spędzoną przeze mnie we Wrocławiu (właściwie, to pierwszą poza domem, jeśli nie liczyć wakacji z rodzicami i licealnej wycieczki do Zakopanego) − kilkunastogodzinna żmudna inwentaryzacja w pracy pozwala lepiej poznać asortyment, koi rozkołatane w tych dniach prawdziwej histerii nerwy, daje zapomnieć o rzeczywistości poza światem regałów, półek i szuflad, nie rozpaczać z powodu Ciebie i tego, czego między nami nie ma. Już mi lepiej, już (mam nadzieję) nie będę…

  

„Szukamy zgiełku, który odwraca nasze myśli i jest dla nas rozrywką” [Blaise Pascal, Myśli. Przeł. T. Żeleński-Boy].

  

Godziny mojej pracy przeraźliwie się rozciągają, obejmując całe dnie − wstaję o czwartej (lub o siódmej trzydzieści) rano, wychodzę o piątej (bądź ósmej czterdzieści pięć), wracam o siedemnastej (albo o dwudziestej trzeciej). Nie zostaje już czasu i sił na nic innego − z nadmiaru przerzuciłem się więc na absolutny brak. Ale choć pracuję fizycznie i na stojąco (co nie jest mi zalecane od czasów szkolnych), choć wiąże się to z tak wieloma wyrzeczeniami, poświęceniami i kosztami (dojazdów) − nie zamierzam rezygnować. Choć z tej jednej rzeczy nie. Bo poza wszystkim sprawia mi ona wielką przyjemność *. Innej już nie mam…

  

* Autor ma tu głównie na myśli możliwość głaskania i ustawiania na półkach mnóstwa książek, a nie tylko okazję do podpatrywania ślicznych chłopców, którzy w miejsce jego pracy (niemal więc do niego samego) przychodzą (na ogół ze swoimi dziewczynami, niestety)...

  

niedziela, 27 lipca 2008
463. Ich will doch nur, daß ihr mich liebt

  

Przez te wszystkie miesiące czekałem cierpliwie, choć ten dzień był tak upragniony, tak wypatrywany i sobie wyobrażany. Naprawdę, starałem się nie narzucać − znam przecież swoje miejsce w szeregu. Chciałem tylko, by choć przez dziesięć minut Jego uwaga skupiała się wyłącznie na mnie, żebyśmy to my, ze sobą, we dwóch się spotkali. Jak zwykle, oczekiwałem zbyt wiele − zawsze byłem egoistą. A teraz nawet nie mogę przeprosić…

  

„czasami żałuję, że tyle we mnie (w innych) oporów, że tyle naturalnych przecież i zrozumiałych przeszkód utrudniających (spowalniających) nawiązywanie kontaktów. Bo chciałoby się porozmawiać, usłyszeć głos, uścisnąć dłoń, spojrzeć w twarz, bo chciałoby się pobyć choć chwilę z tym, na kim ci zależy”… − napisał mi to jedenaście miesięcy temu. Ja nigdy nie przestanę czekać…

  

piątek, 25 lipca 2008
462. Finita la commedia

  

To miała być powtórka z dnia poprzedniego, ale już wczoraj wiedział, że nie wytrzyma, że się załamie, że zrobi burdę, byle tylko nie rozpłakać się na środku ulicy. I oto dziś wszystko zepsuł − tak, jak miało być, kolejny już zresztą raz (a i tak się rozpłakał, jak tylko odwrócił się do nich plecami, tak jak dzień wcześniej w chwili rozstania). Najwidoczniej, nie potrafi mieć przyjaciół. To dlatego, że za bardzo chce...

I znowu myśl, żeby całkowicie zrezygnować, wycofać się, wykreślić ze wszystkiego (zwłaszcza z tych miejsc, gdzie i tak nikt nie zagląda, skąd nikt nie pisze, gdzie nikt się nie zainteresuje), żeby to krwią-pisanie tutaj też przerwać, zakończyć, porzucić. Jednej tylko myśli nie potrafi się wyrzec − inaczej by umarł. W każdym razie nadzieję stracił dziś ostatecznie… 

   

                    „This is the end,

                    Beautiful friend, 

                    This is the end, 

                    My only friend

                    The end”

                              [The Doors].

  

Tagi: homo
21:52, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (1) »
czwartek, 24 lipca 2008
461. À rebours

  

Bał się zawsze − przy pełnej autobiograficzności tego, co pisze − o prozie swojej codzienności mówić (tak jak codzienność innych jest czystą liryką), nazywać ją wprost, ukonkretniać. Nie tyle nawet wydawało mu się to niegodnym utrwalenia, co siebie raczej uważał za mierzącego wyżej, mając wciąż nadzieję, że jego nieskładne zapiski posłużą za podwaliny pod coś większego, wyrastającego ponad, a przy tym całościowego, harmonijnie jednorodnego. Stopniowo jednak, choć nie bez oporów, musiał kapitulować i teraz, gdy życie w końcu zmusiło go do podejmowania praktycznych decyzji, gdy już od dawna każde słowo jest okupionym męczarnią wymysłem − boi się, że nie może już wcale pisać, że nie ma o czym. Bo przecież nie o dwugodzinnym odkurzaniu, rozcinaniu kartonów, naklejaniu cen, całonocnej inwentaryzacji, ciągnącym się godzinami korygowaniu ustawienia książek na półkach, przestawianiu, noszeniu, naklejaniu cen…

I cóż z tego, że pierwsze godziny w nowym dla siebie miejscu i z nowymi ludźmi okazały się nadzwyczaj ciekawe, że dwa dni po zadeklarowanej niechęci do jakichkolwiek spotkań przyszło mu zjeść obiad w sympatycznym towarzystwie niewidzianego jeszcze w tym roku MrD. i zdewirtualizowanego wreszcie LP. (jego pierwszy obiad z kimś), że po powrocie usłyszał od rodziców upragnioną wiadomość, że na sierpniowy tydzień po raz pierwszy w życiu zostanie sam w domu, skoro ten właśnie termin odebrał mu znacznie większą nadzieję, skoro nie pamięta zapachów i smaków w odkrytej dziś właśnie Bazylii, bo spłoszonym wzrokiem karmił się czymś nie-do-skosztowania, skoro płakał przez cały wieczór... Wszystko w jego życiu jest na opak…

  

wtorek, 22 lipca 2008
460. Primus

  

Wczoraj przeczytałem Dzień oprycznika Władimira Sorokina i zacząłem Bogów, groby i uczonych C. W. Cerama (pierwszy tytuł z nagromadzonej sporej serii jego imienia, którą w końcu należałoby napocząć); dziś w pociągu Mężczyźni Wiktora Jerofiejewa (dobra rzecz, naprawdę dobra), a potem dwuipółgodzinna przechadzka ze zdewirtualizowanym wreszcie Ł. (mój pierwszy taki spacer w tym roku, a trzeci w ogóle, pierwsze z kimś spotkanie od pierwszego grudnia); pojutrze zaś zaczynam pracę − też pierwszą, i wygląda na to, że muszę wstać o czwartej rano.

Intensywność tego tygodnia jest dla mnie doprawdy zdumiewająca. Nowość tego wszystkiego w zestawieniu z dotychczasowym brakiem…

  

...„życie składa się z pulsacji słowa »po raz pierwszy«” [Wiktor Jerofiejew, Dobry Stalin. Przeł. A. Piotrowska].

  

…A może jednak za wiele tego? Wydaje mi się, że nie mam ochoty na żadne nowe spotkania w najbliższym czasie (o ile w ogóle), że nie bardzo umiem. Że przecież, tak naprawdę, chciałbym tylko z Nim, co i tak niemożliwe, bo zbyt to męczące i niezręczne dla nas obu. W każdym razie, On już zawsze będzie dla mnie pierwszy

   

niedziela, 20 lipca 2008
459. "Moja tropa kapryśnie się pisze..."

   

                    „Muszę coś zrobić z włosami,

                    muszę coś zrobić z oczami,

                    bo tak mi jakoś ciemno”.

  

Po nocach znowu nie mogę zasnąć, a za dnia ciągle boli mnie głowa. „Źle się czuję, chyba go kocham…” − zwierzam się Ł., a on nie jest zazdrosny. Jutro przyjeżdża do Wrocławia na festiwal filmowy, a we wtorek po raz pierwszy się zobaczymy i pójdziemy na długi spacer. Po części Twoimi śladami, niestety − oby tylko nie zatarł ich deszcz… 

   

                    „Chociaż tak mocno czekamy,

                    czy my się kiedyś spotkamy,

                    ja z tobą, a ty ze mną?”

  

Lekturowo wciąż w rosyjskich klimatach − chłodno, morderczo, cynicznie. Rozczarowują opowiadania Wiktora Jerofiejewa (Życie z idiotą), Goła pionierka Michaiła Kononowa chyba też. Za to styl otrzymanych od Ł. Obrazów dzieciństwa przywodzi mi na myśl wędrówki Mariusza Wilka po Zaonieżu (Dziennik północny) − sam już nie wiem, co ciekawsze, co lepiej napisane...

Co wieczór przedzieram się przez lasy iglaste snów, by każdego poranka obudzić się przy Tobie. Milczymy sobie obaj. Trudno się pozbyć z myśli pewnych obrazów, zejść z fałszywie obranego kursu, powiedzieć to na głos… 

   

                    „Muszę coś zrobić z listami, 

                    muszę coś zrobić z myślami,

                    bo tak mi jakoś ciemno”

                                        [Agnieszka Osiecka].

  

piątek, 18 lipca 2008
458. Activus

  

„[182] Ideałem byłoby nie wykonywać żadnej czynności poza sztuczną czynnością fontanny − wznosić się po to, aby w tym samym miejscu spaść, lśniąc w słońcu bez żadnego pożytku, szumiąc pośród nocnej ciszy, tak żeby ktoś, kto śni, pomyślał przez sen o rzekach i lekko się uśmiechnął”.

  

To był jedyny pomysł w przeciągu tych lat ostatnich, jaki mi przychodził do głowy, powtarzał się, konkretyzował − i wciąż wydaje mi się, że to właśnie, to tylko chcę-mogę robić, że znajdę w tym choć częściowe ukojenie (i że upragnionej wolności mi to nie da − też wiem). Rozczarowanie i na tym polu oznaczać będzie moją całkowitą już kapitulację przed życiem. Na razie jednak, w do-końca-sierpniowym okresie próbnym bardzo starać się trzeba, a być może moja praca w księgarni (pierwsza praca) potrwa dłużej.

I nawet się cieszyłem z tej wiadomości roku, dopóki nie zapragnąłem podzielić się mą radością z Tobą. Natury prawo równowagi: zysk oznacza stratę, miłość przynosi ból…

  

„[182] Do niczego nie aspiruję. Życie kłuje. Źle mi tam, gdzie jestem, i tam, gdzie mógłbym być” [Fernando Pessoa, Księga niepokoju. Przeł. M. Lipszyc].

  

wtorek, 15 lipca 2008
457. A mury runą...

  

Głos odzyskany, więź ze światem (wciąż jedynie cyfrowo-elektroniczna, niestety) przywrócona, niesforna sztuczna inteligencja i tym razem pokonana, batalia wygrana. Straty w ludziach jednakże niepowetowane: utracone numery w komunikatorze, kontakty, archiwum, nasze rozmowy, moje wzruszenia, których tylko Tobie nie będzie brakować − wszystko znikło. Szkoda, że właśnie teraz…

   

…Telefon, zaproszenie, wyznaczone spotkanie. Najpierw euforia, wkrótce potem przerażenie. Studiuję (zbyt późno) 150 tradycyjnych pytań, jakich powinienem się spodziewać, i czuję, że nie umiem odpowiedzieć na żadne. Nie mam się w co ubrać (odwieczny brak garnituru), mam za to miesięczną zwłokę w wizycie u fryzjera. Nic już się nie poradzi. Jutro rano odbywam pierwszą w życiu rozmowę kwalifikacyjną. I może nawet wzejdzie słońce…

  

sobota, 12 lipca 2008
456. Twierdza wewnętrzna

  

Bunt maszyny (spełniony koszmar Wielimira Chlebnikowa), nieposłuszeństwo samoczynnie wylogowywującego się komputera, odsłania pełnię mojej pustki, zamyka w kolejnym więzieniu, dodatkowo (bo czyż można bardziej?) izoluje od świata. Knebluje usta, uniemożliwia pisanie, czytanie, śledzenie...

Nie mogąc choćby biernie uczestniczyć w życiu innych – tak pożądanych, podziwianych, potrzebnych – staję zupełnie nieprzygotowany przed samym sobą, sobie jedynie muszę wystarczyć, do siebie się przyzwyczaić. Trudno nawet wyrazić słowami nudę tych dni, maskowaną (podkreślaną?) totalitarnymi lekturami (Ewangelia według kata A. i G. Wajnerów, Czerwona księga. Stalin i Żydzi A. Lustigera, Dobry Stalin W. Jerofiejewa)... 

   

                    „W głąb lwiej warownej jamy się zapadam

                    Coraz to głębiej i głębiej, i głębiej

                                        [Osip Mandelsztam. Przeł. S. Barańczak].

  

Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo jestem uzależniony od tych wszystkich, nielicznych przecież listów, internetowych pamiętników, komunikatorów. Jak bardzo wirtualne jest dla mnie jedynym namacalnym, jak można tęsknić za dowodem, że ci, których nie znam, gdzieś jednak istnieją. Ale beze mnie – zasklepionego w swoim opuszczeniu i tak bardzo tu, a nie tam. Bo przecież to nie okoliczności i przeszkody zewnętrzne tworzą największą barierę...

  

wtorek, 08 lipca 2008
455. Outside

  

Poza myślą, czuciem, czasem, poza jakąkolwiek emocją… Już nuda byłaby niejakim urozmaiceniem, wymagającym zaangażowania umysłu i ciała, doznaniem bólu czy gniewu. Najwidoczniej to i tak za wiele…

Nie jestem (nie umiem być) nawet sam ze sobą, sam wobec siebie – jak gdyby tu, w środku, zupełnie nikogo nie było. Gdy zostaję w domu sam, to znaczy, że mieszkanie jest puste… 

   

                    „Siedzę w ciemności. I nie gorsza pewno

                    ciemność w pokoju, niż ciemność na zewnątrz”

                                                  [Iosif Brodski. Przeł. S. Barańczak].

   

sobota, 05 lipca 2008
454. Czto diełat’?

  

Pilnie potrzebne mi są rady – a zamiast tego spędzam radzieckie dni. Po Stalinie chwytam kolejne książki: Wojna Iwana. Armia Czerwona 1939-1945 C. Merridale; O Wojnie Ojczyźnianej 1941-1945 G. Popowa; Nikołaj Nikołajewicz (pol. Uwaga – orgazm!) J. Aleszkowskiego. Na nic się nie zdaje to czytanie poza zabijaniem nadmiaru bezpłodnego czasu – przeklęte pytanie Czernyszewskiego i Lenina wciąż pozostaje bez odpowiedzi…

  

…„trzeba, żebyśmy my, ludzie znaczy się, myśleli więcej o tym, czego nie widać. O powietrzu, o wodzie, o miłości czy o śmierci” [Juz Aleszkowski. Przeł. J. Czech].

W tym przypadku za dużo tego myślenia – trzeba by jakiś ruch wykonać, wybrać coś, o czymś zdecydować... O miłości czy o śmierci, mówisz?...

  

czwartek, 03 lipca 2008
453. Alternare

  

...A gdyby tak zupełnie inaczej, z pomysłem i uśmiechem, z energią, i nie tu, przede wszystkim nie tu; gdyby uwierzyć, że o lepsze niż to przez nikogo niepożądane, a i tak jedyne możliwe zajęcie można się starać, gdyby mieć do tej wiary podstawy i nie zostać w swych staraniach ubiegniętym, nie podglądać zazdrośnie przez firanki tych, co tam, pod oknem, siedzą i rozmawiając piją, co z piłką wracają, na rowerze jadą, nie wzdragać się przed tym piciem, przed rozmową, nie patrzeć zachłannie na upalnie wszechobecne męskie klapeczki i nie wstydzić się własnego kalectwa, tych swoich deformacji nigdy nieodsłanianych, tej nieumiejętności kołysania się przy chodzeniu, machania rękami, i telefonów, uśmiechów, uścisków nie bać się także, nie uciekać w epicki czas przeszły dawno przebrzmiałych historii, pożółkłych kartek, grubych zwojów, lecz swoje liryczne teraz potem i krwią pisać, uzewnętrzniać, w życie wreszcie wchodzić, z nim się godzić, o pełnię, a nie o namiastki walczyć, bić się, ale nie narzucać, nie być tak, na co dzień, przeraźliwie, aż do całkowitego duchowego spustoszenia pozostawionym samemu sobie. Umiejętniej przekładać odczucia na słowa…

  

wtorek, 01 lipca 2008
452. Obsessio

  

Jak Ty wciąż nic nie rozumiesz! Jak bardzo zrozumieć nie chcesz…

A ja już nie umiem inaczej. Wiem, nie wolno mi, ale czy ja cokolwiek jeszcze kontroluję? Zapatrzyłem się w Ciebie bezgranicznie i zaślepiły mnie własne nadzieje… 

   

                    „Piję – wciąż pragnę. Wdech – i ogromny wydech,

                    I głuchy łomot krwi wzburzonej fal.

                    Tak nocami, budząc ze snu Dawida,

                    Zachłystywał się nim król Saul”

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. J. Salamon].

  

A może po prostu brak mi innych, właściwszych tematów? Tylko cóż może być piękniejszego niż takie nieodwzajemnienie...

  

Archiwum
Tagi