~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
piątek, 31 lipca 2009
652. Alienacje Pana Cogito...

  

Kobieta pułkownika Daniela Katza – trójkąt miłosny z traumą wojny bałkańskiej w tle –  okazuje się tak staromodna, konwencjonalna i przewidywalna, że z ulgą docieram do ostatniej strony. Przy czymś takim można zwątpić w możliwość kontynuowania dziś tradycyjnych modeli powieściowych. Albo raczej zaczyna się wierzyć w potęgę banału. Na przeciwnym biegunie zaś – Podręcznik dla inkwizytorów António Lobo Antunesa: obraz zdegenerowanego kraju pod rządami prawicowej dyktatury w relacji kilkunastu narratorów o upadku czołowego prominenta reżimu Salazara. Temat jak z Marqueza, forma jak z Vargasa Llosy, a mimo to jest wielka świeżość w tym niezamierzonym naśladownictwie, jest napięcie i czytelnicza satysfakcja…

I jeszcze, gdzieś pomiędzy, przed i po także Beerholm przedstawia Daniela Kehlmanna, Zabójstwo z premedytacją Slobodana Selenicia, Kadysz za nienarodzone dziecko Imre Kertésza, Labirynt nad morzem Zbigniewa Herberta i napoczęte dwutomowe Opowiadania Julio Cortázara…

Że niby w międzyczasie coś mi ucieka, przecieka przez palce? Takiej egzystencji jak moja i tak nie przyjmuję do wiadomości. Ignoruję ją, przeczekuję…

  

„Życie bez czytania jest niebezpieczne, trzeba zadowolić się samym życiem, a to niesie ze sobą pewne ryzyko”

          [Michel Houellebecq, Platforma. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

środa, 29 lipca 2009
651. "Daremne żale, próżny trud" - czyli Pożegnania...

  

Oferta pracy – która mogłaby być tą właśnie – jest już nieaktualna, gdy się o niej dowiaduję. To kolejny z uroków mieszkania tu i teraz, bo ogłoszenia w prasie i Internecie nie wystarczają – czytać trzeba także te na sklepowych witrynach. Człowiek jednak przyzwyczaja się do swoich niepowodzeń. I do braku nadziei na lepsze…

  

Tak więc to pewnie ostatni już Wrocław gdzieś do września. I poprzedni fryzjer, dwa razy tańszy niż ten ostatnio, bo teraz nawet wygląd trzeba kalkulować. Czy raczej – wygląd zwłaszcza…

A festiwal Era Nowe Horyzonty kolejny rok nie potrafi mnie do siebie przyciągnąć. Osobliwe. Zawsze tylko retrospektywy ciekawiły, pokrywając się jednak z moją znajomością co najmniej części filmów tam pokazywanych – ciekawiły zatem, zniechęcając.

A przecież tym razem decyduję się – zbyt wielkie wrażenie zrobili niegdyś w telewizji Desperaci (Węgry’1965) i mistrzowskie Gwiazdy na czapkach (Węgry / ZSRR’1967), by wobec Miklósa Jancsó przechodzić obojętnie. Agnus Dei (Węgry’1970) nie ma już, niestety, siły i precyzji poprzednich obrazów tego reżysera (i następne też odstręczają swym alegorycznym do niezrozumienia hermetyzmem), ale też warto było znów zobaczyć ten swoisty balet śmierci, osaczającą postaci, krążącą w pustej przestrzeni kamerę, te długie, powolne ujęcia, wieloplanowość kadru, zredukowane do minimum kwestie aktorów (i młodego Daniela Olbrychskiego, któremu zawsze tak do twarzy było z zarostem i bujną czupryną). Kino w stanie czystym – tak je właśnie rozumiem, takie lubię...

I dobrze było wyjść do ludzi, minąć się w hallu z Krzysztofem Zanussim, posiedzieć wśród zaskakująco licznej – na czymś takim! o tak wczesnej porze! – widowni. Z boku, milcząco, samemu…

Tak strasznie samemu…

  

* * *

Wczoraj zmarł Igor Przegrodzki. Aktor wybitny absolutnie, wielbiciel wysublimowanych młodzieńców…

Wszyscy się gdzieś ostatnio wyprowadzają...

 

niedziela, 26 lipca 2009
650. So Close, So Far...

  

I nie udało się. Z zastanawiającym uporem los trzyma mnie na dystans od wszystkiego, na czym mi zależy – ludzi, miejsc, sytuacji… I zamiast przybliżać do tego, coraz bardziej oddala, mnoży przeszkody, wszystko utrudnia. Jakbym był bezwolną marionetką w rękach jakichś sił odgórnych, obiektem okrutnego eksperymentu, badającego moją wytrzymałość i granice samotności. Bo co to za pocieszenie, że wszystko można nadrobić, gdy idzie przecież o to, by żadnej z tak nielicznych okazji nie tracić. Najgorsza jest właśnie owa sporadyczność wszystkiego, całe tygodnie i miesiące przerwy, czekania, nadziei… 

   

                    „Czym muchy w rękach rozbrykanych chłopców, 

                    Tym my we władzy bogów: uśmiercają

                    Nas dla zabawy”

                              [William Shakespeare, Król Lear. Przeł. S. Barańczak].

  

piątek, 24 lipca 2009
649. O zmianie, jaka zaszła w "scenach mojego widzenia"...

  

„Naturalnie, że Bóg istnieje; wszędzie spotykam ślady jego niegodziwości” [Fernando Vallejo, Matka Boska Płatnych Morderców. Przeł. M. Szafrań-ska-Brandt].

  

Komuś tam na górze wydaje się chyba, że ma poczucie humoru, a w istocie jest złośliwym sukinsynem. Albo też każdy ma swój limit szczęścia i ja swój już w tym tygodniu / miesiącu wyczerpałem. Bo miało to być późne popołudnie z dwojgiem tak na co dzień odległych przyjaciół – a tymczasem wczorajsze tornado więzi mnie tu, gdzie żyję, blokuje drogę, odcina w domu wodę i prąd. A jutro znowu burze, jutro już inne okoliczności i plany, więc nawet jeśli co, to i tak czasu będzie zbyt mało. Zawsze jest za mało. I zawsze wiatr w oczy…

  

„(…) wszystkie te pokrzepiające slogany nie pomogły. W końcu musiałam przyznać, że tkwię w pajęczej sieci uwarunkowań, którą rozpiął nad światem Wielki Dowcipniś”

            [Majgull Axelsson, Kwietniowa czarownica. Przeł. H. Thylwe].

  

środa, 22 lipca 2009
648. An die Freude...

  

Dla oderwania się, wytchnienia, od samego siebie odpocznienia, dla głośnego śmiechu – zwłaszcza dla tego ostatniego. Z Anią we Wrocławiu po raz drugi... Okupujemy przez kilka godzin ławkę w ogrodzie Ossolineum, by później przenieść się do Graciarni, gdzie przy drinku Cuba Libre smakuję grzanki z serem mozzarella i masłem ziołowym. Dobre to. I cały dzień też – dobry. Bardzo. A jeszcze jedna, inna już, podwójna przyjemność możliwa w tym tygodniu…

Potrzebne mi to, więc korzystam – nawet jeśli wciąż potrzebuję kilku godzin, by się nieco rozluźnić. Ale też wewnętrzne napięcie oznacza, że niezwykle mi na kimś zależy…

   

                              „Wrastam w życie

                              coraz głębiej i szerzej

                              nietrwały wodzę oczami

                              za chmurami

                              i mocniej kocham ziemię

                              deptaną ludzkimi stopami”

                                                  [Tadeusz Różewicz, Wodzę oczami].

   

Mówi, że pisanie o niej może odstraszać ode mnie innych mężczyzn. A ja wiem, że jest wiele innych powodów, które bardziej się do tego przyczyniają...

  

niedziela, 19 lipca 2009
647. Jawa i sen - czyli "Kto nigdy nie żył"...

  

„Leżąc w namiocie, Michel czekał na świt. W nocy wybuchła gwałtowna burza, ze zdziwieniem stwierdził, że się trochę boi. Potem niebo się uspokoiło, zaczął padać jednostajny i powolny deszcz. Krople z głuchym bębnieniem uderzały o płótno namiotu kilka centymetrów od jego twarzy, lecz kontakt z nimi mu nie groził. Naraz tknęło go przeczucie, że całe jego życie będzie przypominało tę chwilę. Otrze się o ludzkie uczucia, czasami znajdzie się bardzo blisko nich; inni poznają smak szczęścia i rozpaczy: ale jego nic nigdy nie będzie mogło naprawdę dotknąć ani dosięgnąć. (…) Chciał się poruszyć, lecz nie mógł; poczuł niemal namacalnie, że pogrąża się w lodowatej wodzie. A przecież wszystko było nadzwyczaj spokojne. Od świata odgradzało go kilka centymetrów pustki, tworzącej wokół coś w rodzaju pancerza czy zbroi”

   [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

piątek, 17 lipca 2009
646. Rien ne va plus...

  

Niezwykłe popołudniowe zmęczenie w dniach ostatnich, senność, apatia, ociężałość… To przez ten upał, przez tę sytuację…

Stąd wycofywanie się z kolejnych – miejsc, szans, kontaktów. Bo to niczemu nie służy, bo nie dostaję tego, co bym chciał, czego potrzebuję, co mi niezbędne. I najwidoczniej wszyscy tak funkcjonują w moim świecie – zadowalając się półśrodkami, biorąc, co się trafi, bo innego nie będzie, użerając i zaharowując na te żałosne namiastki, a najczęściej i tak nie dostając nawet tego. Innych wzorców nie mam, dodatkowych sensów nie widzę. Radość, szczęście i spełnienie to gdzieś za siedmioma górami, gdzie zawsze pogoda dla bogaczy, lecz nie tu, nie tu…

Skoro życie nie gra fair, to i ja nie zamierzam. Zmarnuję je sobie do szczętu – i bez wysiłku. Zostanie mi tylko zawiść, wstyd i gniew…

  

»A zawód, jaki zrobisz ludziom, którzy w tobie położyli nadzieję?...«

»Zawód?... Alboż mnie samego nie spotkał zawód?...«

(…) Czuł w duszy dziwną pustkę, a na samym jej dnie coś jakby kroplę piekącej goryczy. Żadnych sił, żadnych pragnień, nic, tylko tę kroplę tak małą, że jej niepodobna dojrzeć, a tak gorzką, że cały świat można by nią zatruć”

                                   [Bolesław Prus, Lalka].

  

21:59, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 14 lipca 2009
645. Czucie i wiara...

  

Nazywamy z Anią to, co jest między nami. Największym ze słów...

  

* * *

Nieco zaskakująca ta zbieżność tytułów i motywów: niedawno Wiolonczelistka Michaela Krügera, a teraz Pianistka Elfriede Jelinek – w obu sugestywniejsze od seksualnego skrzywienia bohaterów wydają się równie wypaczone relacje z ich matkami.

Nie wiem z góry, co znajdzie się w czytanych przeze mnie książkach, a ostatecznie wszystkie, w jakiejś mierze, traktują o tym samym. Można je zestawiać w pary, odnosić do siebie, przepisywać. I tak bez końca...

  

„Nie chodzi o to, czy istnieje życie po śmierci – chodzi o to, czy istnieje życie przed śmiercią” [Julio Llamazares, Sceny z niemego kina. Przeł. M. Płachta].

  

W jedno popołudnie pochłaniam 450 stron Strasznie głośno, niesamowicie blisko Jonathana Safrana Foera. Piękny przykład tego, jak literatura może reagować na wydarzenia współczesności, mierzyć się z traumą jednostek i narodów. I wzruszający portret niezwykłego dziecka, szukającego śladów po swym zmarłym ojcu. Delikatne to i pogodne, a przez to wstrząsające i wielkie…

Samoloty wbijające się w budynki… Spadające ciała… Walące się budynki…

  

* * *

Nie pociąga mnie kariera, realizowanie się na jakimś polu, osiąganie czegoś, działanie i rozwijanie się, spędzanie życia na zarabianiu na życie – pragnę mieć jedynie święty spokój. Ale to można sobie tylko kupić, pozostaje więc nieosiągalne. Wszystko, co pożądane, takim pozostaje. Bo tacy, jak ja, na własność mogą mieć wyłącznie nic… 

   

                    „(…) jak ulotny dym lub wodna piana,

                    Taki ślad w świecie po sobie zostawi”

                                        [Dante, Boska Komedia. Przeł. A. Świderska].

     

* * *

Zmarł Zbigniew Zapasiewicz, ostatni z Kreczmarów, największy...

  

sobota, 11 lipca 2009
644. Za wszelką cenę...

  

Z moich dwudziestu czterech wystawionych na aukcji książek, nabywców znajduje siedem. Nie wszystkie zdążyłem przeczytać, najbardziej szkoda mi zaś tego reprintu Kościuszki Feliksa Konecznego z 1917 roku, ale te kilkadziesiąt złotych to pierwszy dochód od jedenastu miesięcy, a teraz już tylko to się liczy. Akurat skończył się krem do twarzy i balsam po goleniu, więc jeszcze tym razem nie trzeba będzie na to prosić...

Niegdyś sądziłem, że będę się pozbywał części woluminów, by zdobyć w ten sposób miejsce na inne, kolejne, bardziej pożądane. Ale obecny brak pieniędzy neguje wszystkie moje wyobrażenia i plany…

W coraz szybszym tempie nadrabiam zatem zaległości w lekturze. W ostatnie dni Orły i anioły J. Zeh, Porządek alfabetyczny J. J. Millása, Słońce Scortów L. Gaudé i Zasłona M. Kundery. Dużo jeszcze zostało – do poznania, wyprzedania, nie do kupienia…

  

* * *

Raz na jakiś czas SMS. Zazdroszczę Im tak wielu wyjść, seansów, spotkań. Wszystkiego innego zresztą też. Widocznie jedynie na tyle mnie stać. Ale to też kosztuje...

  

Tagi: książki
19:42, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 09 lipca 2009
643. Triangle - czyli O nieuniknionych porównaniach...

  

„Ty, ty nie jesteś tak szalony jak ja, ty jesteś szczęśliwy; dałeś się po prostu nieść życiu miast dręczyć się jego komponowaniem; brałeś rzeczy, jak ci szły w ręce. Nie szukałeś szczęścia i ono przyszło cię szukać; jesteś kochany, kochasz. Nie zazdroszczę ci, nie przypuszczaj tego, ale myśląc o twoim szczęściu czuję się mniej szczęśliwy, niżbym powinien, i powiadam sobie z westchnieniem, że byłbym rad kosztować podobnej słodyczy”

             [Théophile Gautier, Panna de Maupin. Przeł. T. Żeleński-Boy].

  

wtorek, 07 lipca 2009
642. O tym, że "nic nie może przecież wiecznie trwać" (?)...

   

Wrócili. Trudno o dobitniejsze potwierdzenie, że wakacje się już skończyły. Wczoraj wystarczył grymas na mej twarzy, gdy siadałem do obiadu; dzisiaj poszło o moje hawajskie spodenki, których nie można nosić; jutro najpewniej o to, że śmiem o tym wszystkim pisać… Każdy powód jest dobry, bo wszystko, co robię, myślę i mówię jest nie takie, jak trzeba, a jeśli milczę, to znaczy, że coś ukrywam. Jestem całkowitym rozczarowaniem, pod każdym względem, jak usłyszałem w Dzień Dziecka…

I nie widzę wyjścia z tej sytuacji, żadnego. Nie ma kogo prosić o pomoc, czego postanowić, gdzie się udać – jeśli nie ma się absolutnie nic. Ugrzązłem w swoim życiu na dobre… 

   

                              „poczuł

                              że musi się zdecydować

                              że powinien coś uczynić

                              zaraz

                              przecież czekał dwadzieścia lat

                              wiedział że musi wybrać

                              że to ostatnia chwila

                              chciał się ruszyć

   

                              ale nie mógł sobie przypomnieć

                              o co chodzi

                              zapominał 

                              coraz głębiej

                              inni ludzie poruszali się obok żywo

                              rodzili się i umierali w pośpiechu”

                                                  [Tadeusz Różewicz, W pośpiechu].

  

sobota, 04 lipca 2009
641. Sex Parade - czyli Słoneczna ekstaza...

  

Może i nieco kiczowate, ale uznajmy to za namiastkę estetyki campu lub też za wymierzoną w otoczenie prowokację; może i dziecinne, ale przecież i tak wyglądam na znacznie młodszego niż mój wiek mógłby na to wskazywać; może gustowne tylko na plaży lub nad jeziorem, ale prowincja i tak nie powinna się w tym zorientować – czwarty dzień pod rząd maszeruję sobie na ogrody działkowe w śnieżnobiałych Hawaiian shorts w wielkie niebieskie kwiaty. W niczym innym mężczyzna nie wygląda dla mnie równie podniecająco. Zwłaszcza, jeśli to jedyna rzecz, jaka okrywa jego opalone ciało… 

   

                              „Nagości wiecznie młoda, witaj!

                              Młodości wiecznie naga, witaj!

                              Nagości młodo nago młoda

                              Młodości nago młodo naga”

                                                  [Witold Gombrowicz, Operetka].

  

Dziwiąc się własnemu zapałowi, koszę kolejne z naszych czterech trawników. Pierwszy raz w życiu, kosiarką bynajmniej nie spalinową lub też elektryczną, więc i wysiłek przy tym znaczny, bo trawa niemiłosiernie wyrosła. Przyjemnie tak się spocić podczas pracy. I zmysłowo to musi wyglądać. Tylko nie ma kto mi pleców emulsją ochronną posmarować…

  

Poparadowałbym sobie po jakiejś Ustce albo innych Międzyzdrojach, w upale, z kimś równie rozgrzanym u boku… 

  

czwartek, 02 lipca 2009
640. Szmery nocne - czyli O wielkich oczach strachu...

  

Uległem wczoraj czyimś podszeptom (diabła? pychy? nudy?) i cały wieczór spędziłem na czytaniu wszystkiego, co udało mi się tu napisać w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Takie spojrzenie wstecz na zamknięcie półrocza. Wrażenie końcowe, którego nie sposób już dłużej ukrywać: to jest cholernie dobre. I mniejsza ze stylistyką czy cytatami – ale ta prawda moich odczuć, jaka zawiera się w każdym słowie. Tak było, tak czułem, momenty utrwaliłem na lata. Nie da się nic zmienić, nic poprawić…

Gdzieś, kiedyś osiągnąłem ten poziom, po którym już nigdy nie było gorzej, znalazłem się na fali nieustannie wznoszącej. Dopiero teraz, z każdym kolejnym wpisem, mogę upaść. Bo tylko przeszłość zawsze jest ideałem...

  

„(…) obserwowałem jak zahipnotyzowany złotą iskrę na ostrzu pióra, pytając samego siebie, od jakiej litery należałoby zacząć Księgę, nie mając śmiałości skreślić ani jednej…”

                  [Mircea Cărtărescu, Travesti. Przeł. J. Kornaś-Warwas].

  

Archiwum
Tagi