~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
sobota, 31 lipca 2010
818. Gender studies...

  

Okazuje się, że są, istnieją gdzieś, na poły wirtualni: chłopcy podobni tobie, rówieśni, po trzydziestce, co też jeszcze nikogo, z nikim; bojący się nawet wyjść z domu; dla których pierwsze spojrzenie, zetknięcie z drugim gejem, pójście w branżowe miejsce czy słów kilka – są jak odkrycie, szok, zbawienie, powiew innego świata… Niechaj więc potępione będzie wszystko, co każe nam tak późno się przebudzić…

  

W kontrze do osobistych doświadczeń O TYM filmów kilka – melancholijne „Noce wiosennego upojenia” (Chiny / Hongkong / Francja’2009; reż. Lou Ye); tyleż irytujące narracyjnie, co rozbrajające postacią głównego bohatera „Śniadanie na Plutonie” (Irlandia / W. Brytania’2005; reż. Neil Jordan); i może najciekawsze, najbliższe dramatowi mej rodziny „C.R.A.Z.Y.” (Kanada’2005; reż. Jean-Marc Vallée). Zastanawiam się, czy wcześniej oglądałem coś takiego – i że najwyższy czas przeczytać jakąś gejowską książkę…

Odnaleźć się próbuję w opowieściach, co nie o mnie…

  

Tagi: filmy homo
21:52, alexanderson
Link Komentarze (4) »
czwartek, 29 lipca 2010
817. Gentleman’s agreement...

  

Jeszcze dwa dni temu, wściekły, zasmucony, gotów byłem zrezygnować, pożegnać się, odejść. Ostatecznie wywalczam podwyżkę 300 zł brutto; pozostałe warunki, okres, obowiązki – bez zmiany. W poniedziałek zwyczajnie, rutynowo przychodzę do pracy. A od środy w pełni zasłużony urlop życia (sam go sobie udzielam, na innych wymuszam) – jak nie będzie podczas niego słońca chyba szlag mnie trafi…

  

Tagi: praca
19:47, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 26 lipca 2010
816. Propozycja (nie) do odrzucenia...

  

Po wszystkich już spotkaniach, formalnościach, telefonach przychodzi dziesięć minut przed szesnastą kolej na mnie. Niezwykle się docenia moją pracę, chwali analityczny umysł, dokładność i sumienność. I oferuje dalej umowę-zlecenie, do końca roku ledwie, za 1 272 na rękę (o 150 zł więcej niż obecnie). No to się, po jedenastu miesiącach nadziei, kalkulacji, starań – podziękowań doczekałem…

  

„I oto mi płacą, jakby ktoś dał mi w mordę. Ja pierdolę, kurwa! (…) Przez pięć lat, stron tysiące, młodość w bibliotekach. A potem bida, bida i rozczarowanie! A potem beznadzieja i starość pariasa, i wszechporażająca nas wszystkich pogarda (…). Czemu nie jestem chamem ze sztachetą w ręku? Ktoś by się ze mną liczył, gdybym rzucił cegłą!”

                [z filmu Dzień świra, Polska’2002, reż. Marek Koterski].

 

Dałem sobie czas do środy na odpowiedź. Ale nie chce mi się o tym nawet myśleć – wybór to siedzenie z matką miesiącami w domu albo użeranie w firmowym burdelu za frajer. I w obu przypadkach – kres warszawskich planów...

Jeśli nie wyjadę w ciągu najbliższego roku – nigdy żyć nie zacznę...

  

Tagi: praca
20:24, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (3) »
sobota, 24 lipca 2010
815. Opus magnum...

  

Niedawne drugie, po tym z dzieciństwa, spotkanie z „Wojną i pokojem” (1965-67) według Bondarczuka – równie niezapomniane, co przed paru laty powtórna (pierwsza jeszcze w siódmej klasie szkoły podstawowej) lektura literackiego pierwowzoru. Film pełen niedociągnięć technicznych i błędów – a jednocześnie dzieło skończone i doskonałe; wierne duchowi oryginału i w pełni autorskie zarazem. Mistrzostwo i zadziwiająca nowoczesność pewnych ujęć, ruchów, najazdów kamery; pomysłowe rozkładanie akcentów; przejmujący liryzm i porażający rozmach – zachwyciłem się po raz kolejny... Gigantyczna, wieloplanowa sekwencja bitwy pod Borodino wciąż pozostaje dla mnie największą, najpiękniejszą sceną batalistyczną w dziejach kina – tak jak powieść Tołstoja (po wieloletnim okresie zafascynowania Dostojewskim) stawiam obecnie ponad wszystko, co zdarzyło mi się w życiu czytać… I do niczego chyba z taką lubością nie wracam…

  

czwartek, 22 lipca 2010
814. Preparation stage...

  

Trzeci dzień spędzam, rozliczając firmowe faktury, a sam wciąż nie dostałem wypłaty za czerwiec; wpływają za to pieniądze, dzięki którym darmowy blog wreszcie na siebie zarobił. Dokonuję rezerwacji on-line i opłacam miejsce w autobusie; drukuję bilety i ściągnięte z Internetu mapy. Nawet w pracy nie mogę już myśleć o niczym innym – banalna dla innych, największa dla mnie w życiu podróż; i trzeba jeszcze czekać dwa tygodnie! Mentalnie zdążyłem się już nawet kilka razy ubrać i spakować. Jadę – i nieważne, będę mieć jeszcze zatrudnienie czy zgodę na wzięcie dni wolnych... Zbyt obecnie jestem podniecony, by się czymkolwiek przejmować...

  

„Należę do ludzi, którzy przede wszystkim obserwują albo raczej oddają się kontemplacji, która jest czystszą formą patrzenia, dlatego każda aktywność, szczególnie manualna, ujawnia moją nieporadność, ale jednocześnie natychmiast zaczyna mnie ekscytować. Już sama myśl, że »muszę coś zrobić« (…) wytrąca mnie błyskawicznie ze stanu zapatrzenia, niepokojąc i stymulując zarazem: zupełnie jakbym zamierzał porzucić na pewien czas klasztorne życie, mając w planach maleńką krucjatę”

             [José Carlos Somoza, Namalowane okno. Przeł. B. Jaroszuk].

  

wtorek, 20 lipca 2010
813. Suspended...

  

Umowa kończy się za półtora tygodnia – dziewczyny z zespołu bardzo chcą, żebym został; jego nowy szef, co dziś drugi dzień ledwie z nami, także; prezes, z którym rozmawiano wczoraj, ma się zastanowić nad nowymi warunkami; kierownik zaraz rusza w tournee po drukarniach – może więc telefon w najbliższych dniach, może dopiero spotkanie w poniedziałek…

Nic w dalszym ciągu nie wiem, a chciałbym już kupić bilety. I nie rozumiem, co mnie powstrzymuje – urlop i wyjazd są ważniejsze teraz niż praca, potencjalny awans czy podwyżka…

  

Tagi: praca
20:06, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (10) »
sobota, 17 lipca 2010
812. Body Heat...

  

Może nienajlepszy był to pomysł – w taki upał, po raz drugi w tym miesiącu jechać do Wrocławia. Choć nie o pogodę poszło – z nieba żar rozpala mnie do tego stopnia, że dziś nawet rozebrany mógłbym paradować w tłumie po Warszawie. Ale byłem tu i teraz, a tu nie szło, nic nie wychodziło…

Nadwerężam rękę, pomagając jakiejś babci jej walizkę wtaszczyć do pociągu. Fryzjer mnie kasuje za obcięcie, lecz że krócej – na głowie nie widać. Potem Rynek, Empik, przewodniki po Niemczech kartkuję, lecz za drogie, zbyt ogólne przy tym i dla paru stron z miastami, które nawiedzić zamierzam – nie kupię. A. prosiła mnie o azjatyckim kinie nowość, lecz tej książki także nigdzie nie ma. Buty męskie (wymarzyłem sobie letnie białe tenisówki, pantofelki) zaczynają się o numer wyżej od mojego. W MediaMarkt za duża oferta słuchawek – konsultanci obok ze mnie śmieją się, coś o EuroPride wzmiankują, szybko zatem się oddalam stamtąd (może to te nogi moje odsłonięte, dwa tygodnie temu ogolone, wciąż ledwie drobnymi włoskami pokryte?). Parę ślicznych twarzy chłopców w sklepach, na ulicach – z dziewczynami wszyscy albo też nieletni; jeden taki mnie w H&M-ie obsługiwał – słodki, fajny, z piegami na nosie! Wzrok mój zatrzymuje się na każdej męskiej łydce – bardziej męczy dziś pragnienie czy też żądza? W pociągu jak w saunie, parówka – chłonę każdy powiew, stojąc między siedzeniami. Droga zaś do domu – ucieczka przed burzą; deszcz zaczyna padać zaraz po mym przyjściu…

Wykończony, mokry i rozczarowany – lepsze to niż siedzieć z nimi kolejną sobotę…

  

czwartek, 15 lipca 2010
811. Krzyżacka zawierucha - czyli "Écrasez l

  

Sześćsetna rocznica Grunwaldu. Największe w świadomości zbiorowej zwycięstwo polskie dokonało się nad organizacją, legitymującą się i zasłaniającą znakiem krzyża. Dziś Rzeczpospolita nie tylko ustępuje Kościołowi na każdym kroku (vide Komisja Majątkowa, brak kontroli nad nauczaniem w szkołach religii, tak zwany kompromis aborcyjny, strach przed wsparciem zapłodnienia in vitro i edukacją seksualną, oddanie pola podczas żałoby posmoleńskiej), ale pozwala się nawet szantażować grupie ziejących jadem fanatyków, „stających w obronie” samowoli budowlanej przed Pałacem Prezydenckim. To, co można tam usłyszeć, przyprawia o zawrót głowy [z „Gazety Wyborczej”: – Żyd Tusk chce usunąć krzyż pod osłoną nocy jeszcze przed tą sobotnią paradą zboczeńców. Tym gejom i lesbijkom święty znak będzie przeszkadzał w kopulowaniu na ruchomych platformach. Nie pozwolimy. Tu jest Polska, a nie Izrael – oburza się Bogusława Dziwisz, mieszkanka Ochoty, z zawodu kasjerka. – Mieliśmy prezydenta Lecha – prawdziwego Polaka i katolika, to go wzięli i zamordowali. A jak po północy wygrywał wybory jego dzielny brat Jarosław, drugi katolik i Polak, to je sfałszowali. Polski już nie ma – dodaje Krystyna, emerytowana farmaceutka z Tarchomina. (…) – Modlitwą chcemy wybłagać Boga, by zrobił wreszcie porządek z tym żydowskim rządem – zwierza się pani Bożena, trzymając w ręku błękitny różaniec. (…) tematem jest pochodzenie prezydenta elekta Bronisława Komorowskiego. Głosy są podzielone. Starsi są pewni, że to Żyd. Młodsi mają wątpliwości. Blondyn z lokami upiera się: – To na pewno Rusek. Konflikt rozstrzyga mężczyzna w kucyku. – Dziadek Komorowskiego był bolszewikiem o nazwisku Szczynukowicz. Zabijał Polaków w Bitwie Warszawskiej. Potem uciekł z naszej niewoli, wyrżnął całą szlachecką rodzinę Komorowskich. Potem ukradł ich nazwisko. Teraz jego wnuk Bronisław udaje Polaka – ogłasza. Wszyscy potakująco kiwają głową. – Teraz wszystko jasne – mówi pani w białym kapelusiku]…

  

Polska jest to przestrzeń upstrzona psimi gównami i drewnianymi krzyżykami – zapijaczone i pełne kompleksów królestwo patosu, celebry, głupoty, obłudy i strachu przed Innym. Tak zażarcie swego czasu krytykowany gest Marka Raczkowskiego, który wetknął w kupę flagę biało-czerwoną, był jedną z najbardziej przenikliwych autometafor, na jaką kiedykolwiek zdobyła się myśl polska...

Znowu nam wybiło w kraju czarne szambo...

  

20:01, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
poniedziałek, 12 lipca 2010
810. Endorphins - czyli "I will survive!"...

  

Niesamowite, ile radości, podniety dały mi te słoneczne dwa dni na wolności – czego mogłem doświadczyć, na co się odważyłem. Gesty drobne, co znaczenia ich nikt nie zrozumie; i doznania błahe, co przełamują bariery. Pozytywny kop na kolejne tygodnie coraz większej biurowej udręki. I to najważniejsze, najlepsze – nie wiem, jak trwałe, na ile: poczucie własnej wartości, także atrakcyjności fizycznej. Nie ja ciągle płakać, lecz inni żałować powinni, zazdrościć. Szczęśliwy umiałbym żyć bez nich wszystkich, świat niech całuje mnie w dupę

  

Tagi: homo
20:39, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 lipca 2010
809. Ecstasy...

  

Jeszcze wczoraj ostry OPR od Oper.-Dyra – nie do końca zasłużony, bo mam zajęć tyle, że nie sposób zdążyć z wszystkim w ramach procedury. Ale przyjdzie jeszcze pora na zmartwienia – bo podpadam ciągle, coraz mniej mam satysfakcji z tej roboty. Teraz jednak weekend bez rodziców – odpoczywam, chłonę każdą chwilę. Już ten pierwszy dzień, sobotni, cały był ekstazą. Wyleguję się na trawie, rozpalam na słońcu. Pokazuję w swych seksownych, hawajskich spodenkach. I próbuję znowu bawić w chłopca: poprzez działki i jednorodzinne domki wracam naokoło, z koszulką zwieszoną przez torbę – jeden z plusów życia na obrzeżu małego miasteczka. Szkoda, że tak rzadko, mniej niż kilka w życiu – jedno z marzeń nieziszczonych, tych największych, co już od lat wielu, to tak iść przez łąki, bezdroża, opłotki wraz z kolegą, towarzyszem przygód…

Zajebiście dzisiaj było, jutro powtórzenie

  

czwartek, 08 lipca 2010
808. Free-dom - czyli Wolna chata...

  

Pomysł we wtorkowe popołudnie, w środę szukanie pokoju, wyjazd już dzisiaj o świcie – rodzice do niedzieli nad morzem. Ja sam natomiast, tutaj, pozostaję – nareszcie więc chwile beztroskie, spokój i oddech, w weekend słoneczne rozkosze. Krócej będzie tym razem, niż w poprzednich dwóch latach, lecz już przecież zwątpiłem, że w ogóle się zdarzy – za miesiąc zaś i tak zaznam czegoś większego. Pięknie będzie…

I mógłbym tak żyć na co dzień, pomyśleć tylko... „Marnotrawić noce, nie kładąc się spać, nie bać się, że za późno, czekać na wschód słońca, smakować nieskończoność czasu, jaki się ma przed sobą, i nie martwić się” [Dino Buzzati, Pustynia Tatarów. Przeł. A. Pałłasz]. Takie to pożądane, niemożliwe...

  

21:32, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 05 lipca 2010
807. Victorious...

  

Wczoraj o dwudziestej wielka ulga. O północy jednak szok, zwrot nagły, znowu nerwy – niemal rozpacz się odzywa w sercu kłuciem, noc bezsenna potem, bicie się z myślami. I dopiero rano się wyjaśnia, zagrożenie mija. Śmieszne niemal tak się angażować, dostrzegając mierność obu kandydatów…

  

Wydobywam z szafy nienoszone dotąd lniano-bawełniane jasne spodnie i ciemną koszulę. Luźny, lekko militarny efekt jest zabójczy, przyznać trzeba szczerze. Jak już wreszcie ktoś zaprosi mnie w gorący dzień na randkę, będę wiedział, w co się ubrać, w gotowości czekam. Ta pierwsza musi się udać…

  

Tagi: homo
23:39, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 04 lipca 2010
806. ¡No pasaran!...

 

Pierwszy bodaj raz się tak przedwyborczo, patriotycznie boję. Schizofrenia życia prywatnego w połączeniu z nerwowym zaangażowaniem w sytuację polityczną kraju tworzy we mnie mieszankę iście wybuchową. Myśl o możliwym dziś triumfalnym ryku wszystkich tych „prawdziwych Polaków”, zgrzytających zębami na bliźniego „katolików”, goebbelsowskich dziennikarzyn, szukających wroga zakompleksionych nieuków i wyciągających rękę do państwa po „należne” frustratów – jest nie do wytrzymania. Odsunąć ją od siebie, powstrzymać, uniemożliwić…

  

„Polska jest dziś głęboko podzielona, a kandydaci uosabiają jej dwie skrajnie odmienne wizje. Między nimi wybieramy.

Jest wizja państwa scentralizowanego i omnipotentnego. Państwa, w którym bardziej niż o wytwarzanie PKB dba się o jego redystrybucję. W którym straszy się prywatyzacją i podejrzliwie patrzy na przedsiębiorców, bo »jeżeli ktoś ma pieniądze, to znaczy, że skądś je ma«. Państwa, którego prezydent wierzy w dogmat własnej nieomylności. W którym patriotą jest tylko ten, kogo on za patriotę uzna. Państwa nieufnie spoglądającego na spontaniczność obywateli i samorządność, gdzie wszelkie organizacje pozarządowe z definicji są podejrzane. Państwa, które bezwzględnie podporządkowuje sobie interes jednostki.

Państwo to instrumentalizuje naukę Kościoła i przeobraża religię w ideologię nienawiści, niechętne jest wszelkim mniejszościom. Państwo, w którym ma zapanować zgoda, a jak się komu nie podoba, to niech się wynosi, wszak »nasi przeciwnicy polityczni to mali i marni ludzie«. To państwo powtórki IV RP, w którym gromi się »łże-elity«, »lumpenliberałów«, sędziów, lekarzy i niezależne media. W którym dumna, zaszczuta przez specsłużby kobieta wybiera samobójczą śmierć. Państwo, którego polityka zagraniczna jest mieszaniną kompleksów niższości i wyższości.

To państwo nihilizmu, gdzie możliwa jest każda amoralna koalicja, kiedyś z Lepperem i Giertychem, dziś z Napieralskim i Czarzastym – byle niszczyć politycznych konkurentów i położyć łapę na publicznej telewizji. Przedsmak takiego państwa czuć w wulgarnej propagandzie TVPiS, gdzie wolni od etycznych hamulców »pryszczaci nowej generacji« doskonalą zapomniane rzemiosło propagandy PRL.

Taka była Polska w czasach premiera Jarosława Kaczyńskiego i taka będzie jego prezydentura. Przybrana maska spadnie po wyborach, tak jak na moment podczas kampanii, gdy Kaczyński powrócił do dawnego języka, mówiąc, że smoleńska katastrofa nie była przypadkiem, bo »polityka napastowania politycznych konkurentów, odmawiania im godności i poniżania ich kończy się tragicznie«.

I jest Polska, która jest tej pierwszej przeciwieństwem. Może nudnawa, ale stabilna i odpowiedzialna. Bez charyzmy Baracka Obamy, ale przewidywalna. Polska tradycyjna, ale wolna od ksenofobii Radia Maryja i nacjonalistyczno-klerykalnego integryzmu. To Polska porozumienia, respektu dla opozycji. Wolna od języka podejrzeń i insynuacji. Współodpowiedzialna za przyszłość Unii Europejskiej.

Lewicowa młodzież uważa obu kandydatów za równie konserwatywnych. Nie mogę się temu nadziwić, skoro Komorowski proponuje np. refundację zabiegu in vitro, a projekt PiS – karę więzienia za zamrażanie zarodków. Komorowski pozostawia uchylone drzwi do dyskusji o parytetach i prawach par homoseksualnych. Kaczyński tej dyskusji w ogóle odmawia.

Jak można tego nie dostrzegać i jak można lekceważyć widmo recydywy IV RP? Czy rzeczywiście Jarosław Kaczyński ma rację, licząc na krótką pamięć Polaków?

Nie jest to spór dwóch konserwatywnych obozów połączonych szacunkiem dla demokracji. To spór formacji, która podporządkowuje się demokratycznym regułom, z formacją, która za demokratyczne uważa to, co jej się podoba.

Los Polski jest dziś w rękach jej obywateli”

  [Jarosław Kurski, Dlaczego nie Kaczyński, „Gazeta Wyborcza” 2 lipca 2010].

  

sobota, 03 lipca 2010
805. Something about the sunshine...

  

Przywitanie pod Fredrą i posiedzenie w Graciarni – urocza grzywka wyrosła T. w tej Warszawie. Miło jak zawsze i wreszcie jest z kim pogadać – nawet o piłce: wszak poświęcamy dla spotkania mecz Argentyna-Niemcy. Potem, w pociągu siedzi naprzeciwko mały kotek; pod oknem na lewo panowie rozlewają wódkę. Gorąco wciąż, drzwi między wagonami rozsunięte – ulokowany na końcu widzę przejścia wszystkie między siedzeniami, buty, klapki i łydki obnażone mnóstwa chłopców. Żałuję wielce, że się nie wybrałem w krótkich spodniach – druga ledwie taka dla mnie szansa w tym rozpalonym, bezwakacyjnym roku…

  

Tagi: homo Wrocław
22:02, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 02 lipca 2010
804. Charging batteries...

  

W pracy stażysta-kretyn, co go przerasta nawet adresowanie kopert; kiedy do domu wrócę, też szlag musi mnie trafiać już na progu. Czy jestem tu czy tam, nie czyni mi różnicy – gniew, wściekłość, płacz, wkurwienie, irytacja idą za mną. Żeby tak gdzieś wychodząc, móc symbolicznie drzwi zamykać, zostawiać gdzieś te wszystkie niepokoje, wiedzieć, że odtąd czas relaksu, odpocznienia. Lecz nie, tylko ulica, rozpalona żarem, daje – o paradoksie! – wytchnąć. Na domiar przed niedzielną drugą turą wielki strach, migrena wraca, konto prawie puste… Trzeba mi wyrwać się na chwilę, ukoić i zapomnieć. Dlatego jutro Wrocław, spotkanie z rok niewidzianym T. – dawka energii, radości, witamin…

  

Archiwum
Tagi