~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
piątek, 29 lipca 2011
976. For Whom The Bell Tolls...

  

      

  

środa, 27 lipca 2011
975. Trafiony-zatopiony...

  

Najbardziej płaczliwy dzień od tygodni. Wstręt do siebie, rozpaczliwe szukanie w Internecie lekarzy (psychiatrów, seksuologów, urologów), świadomość wszystkich ograniczeń, których bez kogoś przy sobie nie uda się przełamać. I przez które nikogo przy sobie mieć się nie udaje. A potem to najgorsze – jedyny sposób, by jakoś sobie radzić: zapadanie w sobie, schowanie na dnie. Wyzbycie wszystkich pragnień…

  

„Przypominam wykastrowanego mężczyznę, wykastrowanego w wieku dojrzałym. Próbuję sobie wyobrazić, jak wygląda jego życie po takim zabiegu. Wyobrażam sobie, co może czuć, patrząc na wszystko, co przedtem kochał. Zachował pamięć i wie, że powinien kochać nadal, ale już nie jest w stanie zdobyć się na miłość, kochać dla samego kochania. Miłość, co to takiego, czym była miłość?, pyta sam siebie, szukając w pamięci wspomnienia dawnego uczucia. Ale teraz wszystko wydaje się bezbarwne, nijakie, beznamiętne. Dopuściłem się zdrady, rozmyśla, skupia się, próbując odtworzyć uczucie towarzyszące zdradzie, przeniknąć do samej jej istoty, treści. Ta się jednak ulotniła. Zniknął sens wszystkiego. Zostało wewnętrzne rozdarcie, delikatne, niemniej popychające w kierunku obojętności, samotności. Obojętny, powtarza sobie. Wymawiając to ostre, deprymujące słowo, chciałby go dosięgnąć, żeby sprawdzić jego wyrazistość. Nie dopuszcza niestety do niego mglistość brzmienia i własna bierność. Wszystko zaciera się w pamięci, za tydzień, za miesiąc zapomni o wszystkim, znajdzie się w gronie sybarytów i samotników żyjących z dnia na dzień. Po raz ostatni będzie próbował przeżyć ból osamotnienia, ale ta próba sprowadzi się do przelotnego uczucia smutku.

Nie wiem, czy wyrażam się dość jasno, Vercueil. Mówię o determinacji, o próbie trzymania się swojego postanowienia i o mojej porażce. Przyznaję się, ja tonę. Siedzę tu obok ciebie i tonę”

               [John Maxwell Coetzee, Wiek żelaza. Przeł. A. Mysłowska].

  

poniedziałek, 25 lipca 2011
974. Pacjent specjalnej troski...

  

Tak naprawdę wcale nie jest super. Przywołuję w pamięci uśmiechy, uściski, przeplatanie się nóg pod kołdrą, ale wszystko to już strefa zakazana, bez szansy na ciąg dalszy. Myślałem, że będzie trwać wiecznie. Wyobrażałem sobie miesiącami nasze przygody i wyprawy, moje kolejne pierwsze razy… Nie, to nie był romans – raczej jedyna dla mnie szansa, by coś nareszcie poczuć. Tylko kobieta mogła mieć tyle cierpliwości, czułości, zrozumienia, tyle też przykrych sytuacji znosić. I tylko Ona mogła mnie uratować, otworzyć, zmienić. Przez pewien moment nawet się łudziłem, że mogę w czyichś oczach być mężczyzną. A byłem jedynie zapłakanym, milczącym wciąż, bezradnym, nigdy w czas niereagującym małym dzieckiem. Czuję się teraz połamany, nadwątlony. Ktoś chciałby się kimś takim opiekować?...

  

„Alphonce’owi nie wystarcza żona i kochanka. Trzeba być jego pielęgniarką, siostrą…”

   [z filmu Noc amerykańska, Francja / Włochy’1973; reż. François Truffaut].

 

23:50, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
piątek, 22 lipca 2011
973. „Jest super / Jest super / Więc o co Ci chodzi”...

  

Pierwszy miesiącMinął na sporadycznym zjawianiu się w Śródmieściu, odkładaniu tygodniami sprzątania, częstych zakupach w Wola Park, bieganiu na górkę jak tylko wyjrzy wreszcie słońce, wylegiwaniu się na trawie. Na dniach i nocach wedle własnego, improwizowanego wciąż harmonogramu. I w pełni świadomym nieszukaniu jakiejkolwiek pracyŻe niby marnuję ten czas, tak się bycząc? Przeciwnie – nadrabiam trzydzieści lat stłamszonego życia. Właściwie, pierwszy raz mam wakacje…

  

              „O przyszłości czas myśleć, gdy się teraźniejszość skończy”

              [George Bernard Shaw, Pigmalion. Przeł. F. Sobieniowski].

  

środa, 20 lipca 2011
972. Viewing Point...

  

      

  

      

  

      

  

poniedziałek, 18 lipca 2011
971. Cool down...

  

„Czy kiedykolwiek miałem dla ciebie, dla kogokolwiek albo czegokolwiek uczucie, które ludzie ujmują z przepychem w tych sześć ozdobnych liter? Szczerze mówiąc, nie wiem. Wątpię. Zamiast zdolności do prawdziwego kochania, na chrześcijański, pogański albo inny sposób, zawsze znajdowałem w sobie tylko jakąś serdeczność bez wyraźnego sensu ani celu: współczucie wybuchające nagle na widok zapłakanego pięciolatka, kudłatego psa uwiązanego przed sklepem w skamlącej niepewności, czy jeszcze zobaczy swojego pana; na widok zamiatacza ulic, z nosem o barwie czerwonej jak wino, czy choćby małej jodły, na którą ciężki cień rzucił wyrośnięty gbur, dorosłe świerczysko. Takie drobiazgi i inne, o jeszcze mniejszym znaczeniu. Może to miłość najlepszej próby, taka, jaką od czasu do czasu – jeśli w ogóle – jakiś Bóg odczuwa do stworzenia. A może tylko głupia czułostkowość, nieporównywalna z żadnym prawdziwym uczuciem. Jak mi życie miłe (to przysięga, która w tej chwili mało kosztuje), nie wiem”

                [Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

  

sobota, 16 lipca 2011
970. Disappearance...

  

„Jakie to dziwne, jak mija miłość. Nagle wszystko staje się szare, zimne, zrozumiałe, trzeźwe i obce”

                    [Imre Kertész, Likwidacja. Przeł. E. Sobolewska].

  

Zachowuję się absurdalnie i egoistycznie, a samotny i zaklęty w kręgu własnych myśli dramatyzuję jedynie całą sytuację. A jednak stało się coś strasznego. Gdzieś podziała się ta spontaniczność, czułość, radość z przywoływania kilkadziesiąt razy dziennie Jej imienia – najlepsze, co w życiu mnie spotkało. I nie śmiem teraz nawet spojrzeć w oczy, przemówić słowem, rozeznać własnych uczuć. Dlaczego tak się dzieje, dlaczego nam to robię?...

Była najlepszą Anią na świecie – powtarzałem ciągle, – jak mam o Niej myśleć teraz w inny sposób?…

 

                    „Ach, że też umykasz w chwili,

                    W której zbliżyłaś się niemal już do określenia”

                                        [José Lezama Lima. Przeł. A. Komorowski].

  

czwartek, 14 lipca 2011
969. „Je vivrai de l’amour des autres” (Jean Cayrol, 1947)

  

Moje pytania i marzenia, pasywne upajanie się odczutą pierwszy raz bliskością, brak potrzeb nazywania tej relacji (por. 826, 866, 910), z czego wyniknąć mogłyby jakieś działania. I tyle Jej nieziemskiej cierpliwości, wyrozumiałej troski, dobrej woli. Z innymi można prościej, szybciej – bez łez, swobodnie, naturalnie. Musiał się ktoś pojawić przez te lata, nieprzydający Jej tego balastu zahamowań. Ktoś pod ręką – mężczyzna, a nie duże dziecko. Dla Niej tak pewnie lepiej – kosztować to jednak będzie nas oboje…

  

„(…) chciał, aby Jessie była szczęśliwa, przynajmniej przez jakąś część życia. Możliwie długą. Wszystko jedno, za jaką cenę”

                          [Juli Zeh, Orły i anioły. Przeł. S. Lisiecka].

  

22:01, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
wtorek, 12 lipca 2011
968. Sneakers...

  

Narastająca w ostatnich latach obsesja na punkcie butów. Stały się głównym elementem ubioru, który zwraca moją uwagę w tłumie. Najpierw są one i dopiero potem zaczyna się podobać chłopiec. Przyglądam się, zazdroszczę (gdzie? za ile?), teraz próbuję naśladować. Dotychczas byłem zwolennikiem jak najmniejszych i najprostszych, ukrytych pod spodniami; wszystko miało być równiutko zapięte, zasznurowane i odprasowane – obecnie kręci mnie duże i ciężkie; pragnę eksponować, popisywać się, zwracać uwagę. Zawiązuję niby-to-niedbale trampki Converse, kupuję błyszczący, odlotowy – co mówię: totalnie wyjebany w kosmos (zaglądam ostatnio dla zabawy do Miejskiego Słownika Slangu i Mowy Potocznej) – model z marki ulubionej przez Justina Biebera (jeszcze dwa dni wcześniej nie wiedziałem nawet o jej istnieniu), chodzę z wywiniętymi na wierzch językami i schowanymi za nie pomarszczonymi nogawkami nowych dżinsów…

Odrobina nonszalancji, a czujesz się panem ulicy, wydajesz pieniądze, nie dbając o dochody – i możesz zapomnieć o życiowych rozczarowaniach…

  

niedziela, 10 lipca 2011
967. Exclusively...

  

„Nie potrafię się uwolnić od przekonania, że miłość w samej swej istocie dotknięta jest skazą. Przyjaciele mogą się pokłócić albo oddalić, tak samo bliscy krewni, ale bez tej zadry, patosu, fatalności, która nieodłącznie związana jest z miłością. Przyjaźń nigdy nie przybiera tak potępieńczych min. Dlaczego, co się właściwie dzieje? Nie przestałem cię kochać, ale nie mogę już dłużej całować tej drogiej, przygaszonej twarzy, musimy się rozstać, musimy się rozstać. Czemu tak jest? Skąd ta tajemnicza wyłączność? Można mieć tysiąc przyjaciół, ale kochać się wolno tylko z jedną. Nie chodzi mi o harem: mówię o tańcu, nie o gimnastyce. A może to jednak do pomyślenia, że mocarny Turek tak kocha każdą ze swych czterystu żon, jak ja kocham ciebie? Bo gdy powiem »dwa«, zaczyna się liczenie i nigdy się już nie kończy. Istnieje tylko jedna liczba rzeczywista: Jedność. A miłość jest wedle wszelkich oznak najlepszym przykładem tej osobliwości”

                               [Vladimir Nabokov, Prawdziwe życie

                         Sebastiana Knighta. Przeł. M. Kłobukowski].

  

sobota, 09 lipca 2011
966. Together Apart...

 

Myślałem, że to wyraz naszej bliskości, fenomenu tej przyjaźni. Nie było powodu sądzić, że kiedyś trzeba będzie przestać – nawet gdyby pojawił się ktoś inny. Bo niby dlaczego świat miałby wpływać na nasze wzajemne stosunki? Zawsze – pisałaś – miało być czekające ciepłe łóżko i para czułych ramion. I nagle musimy spać osobno. Szczegół, który dla Ciebie nic nie zmienia. A przecież nie wiem, jak mam teraz patrzeć, na co sobie pozwalać – nie mogę Cię przytulić, pieścić i całować; zapomnieć muszę zapach mokrych włosów, delikatność piersi, gładkość ud, Twe palce, stopy, uszka. Zaspane oczy w kreseczkę i lśniące paznokietki... Zostaję w połowie drogi z tym, co rozpoczęliśmy rok temu, a miało się dopełnić wreszcie tej jesieni – i odtąd nie mam nawet tej nadziei...

Nikt inny mi nie okazał tyle ciepła – dlatego pragnę tak łapczywie. Gotów się dzielić, ale też zbyt egoistyczny, by się wyrzec. Bo jakie to w istocie absurdalne – monogamia…

  

„Ich uczucie musiało być jednostronne i pełne udręki, była to spóźniona rozkosz, aż do perwersji pozbawiona perspektyw”

                     [Imre Kertész, Likwidacja. Przeł. E. Sobolewska].

  

23:58, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
czwartek, 07 lipca 2011
965. Repeat myself...

  

Znowu to samo. Drugi cud. Ciepło i zaufanie, co się nie miało zdarzyć. Pragnienie bliskości tak ogromne, że przyjaźń się myli z zakochaniem. Chce bardziej, wciąż, bez przerwy. A może tylko kilka razy w roku. Bo ciągle ta odległość

Tyle czekania, nadziei, wyobrażeń, a tymczasem ktoś inny może być tam, na miejscu, przy niej, dostępny na wyciągnięcie ręki, zawołanie, coraz to bliższy wraz z kolejnymi spotkaniami – nie tracąc czasu na zmagania z samym sobą i ograniczeniami otoczenia. Jeszcze nie zdążę rozpoznać w pełni swoich uczuć, a już muszę je wtłaczać w bardziej stosowne formy

  

„Istnieją związki budowane wyłącznie na niepowodzeniach, na przeszkodach, na niespełnionych rozkoszach i niekończących się pożegnaniach. Istnieją związki dwojga ludzi, którzy potrzebują nieustannej i rozdzielającej obecności osoby trzeciej”

             [José Carlos Somoza, Namalowane okno. Przeł. B. Jaroszuk].

  

wtorek, 05 lipca 2011
964. Set decoration...

  

„(…) na tej niewielkiej przestrzeni, którą nazwę moim światem, rządzić będą moje kaprysy, a pierwszeństwo przyznaję moim książkom, obrazom i rycinom. My, ludzie, będziemy obywatelami drugiej kategorii”

         [Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta. Przeł. F. Łobodziński].

  

      

  

      

  

      

  

niedziela, 03 lipca 2011
963. Warsaw guide...

  

Przyjechali, przywieźli książki (połowa półek i tak została wolna; kilkadziesiąt kolejnych tomów można spokojnie sprowadzić), zachwycili mieszkaniem, dali się oprowadzić pod parasolami po Ogrodzie Saskim, Starym i Nowym Mieście, Krakowskim Przedmieściu i Nowym Świecie, zrobili sobie kilka zdjęć telefonem, kupili mi czajnik w Złotych Tarasach, zjedli obiad w Dzikim Młynie, zrobili pierwsze pranie, zostawili ciasto wiśniowe i inne słodkości, i pojechali z powrotem dzisiejszego popołudnia. Długo się znów nie pojawią. Dopiero teraz jestem w pełni urządzony – sam, na swoim, na sobie tylko polegający…

  

„Od dziś jest wolnym człowiekiem, nie krępują go żadne zobowiązania prócz tych, które ma wobec siebie. Czas leży przed nim, do roztrwonienia wedle własnego widzimisię. Jest to niepokojące uczucie, lecz on zakłada, że stopniowo przywyknie”

                 [John Maxwell Coetzee, Hańba. Przeł. M. Kłobukowski].

  

piątek, 01 lipca 2011
962. Szklana pogoda (II)...

  

Jutro mają przyjechać (i wreszcie dowieźć mi książki) rodzice – o ile nie odstraszy ich fala deszczu i ochłodzenia, która raczej nie pozwoli należycie zaprezentować im w weekend niewątpliwych uroków stolicy. Skończy się jeszcze na siedzeniu w moim mieszkaniu – tak jak dziś transmisja telewizyjna zastępuje mi bezpośrednią obecność na koncercie na Placu Defilad, inaugurującym polską prezydencję w Radzie UE (wciąż trzyma mnie lekki katar, jakiego nabawiłem się w pociągowych przeciągach w ubiegłą sobotę)…

We wtorek opalałem się na górce w Parku księcia Janusza, planowałem to również na środę i czwartek, ale chmury zepsuły mi plany i humor. Dni i wieczory przed ekranem zatem – „Paragraf 46” (Wielka Brytania’2003; reż. Michael Winterbottom); „2012” (USA / Kanada’2009; reż. Roland Emmerich); „Sherlock Holmes” (Wielka Brytania / USA / Niemcy’2009; reż. Guy Ritchie); „Agora” (Hiszpania’2009; reż. Alejandro Amenábar); „Parnassus” (Wielka Brytania / Kanada / Francja’2009; reż. Terry Gilliam); „Alicja w Krainie Czarów” (USA’2010; reż. Tim Burton). Widowiskowe to wszystko, kolorowe, odświeżające (Holmes) lub mordujące tradycję (Alicja), zawierające w sobie coś (Winterbottom) lub za fasadą puste (Gilliam), ale bez większych uniesień… Tydzień przemieszkiwania bardziej, codzienności niż przygód i odkryć. Do zapamiętania, że i takie będą…

  

Archiwum
Tagi