~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
wtorek, 31 lipca 2012
1149. Z cyklu: Przeczytane (VII) - Lipiec...

  

1. John Maxwell Coetzee, Młodość. Sceny z prowincjonalnego życia II. Przeł. M. Kłobukowski, Kraków 2007;

2. Georges Vigarello, Historia gwałtu od XVI do XX wieku. Przeł. A. Leyk, Warszawa 2010;

3. Maciej Łubieński, Michał Wójcik, Błyskawiczny przewodnik historyczny po Warszawie. 63 miejsca i trasy, Warszawa 2010.

  

Tagi: książki
21:11, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 29 lipca 2012
1148. Transport to Summer...

  

Intensywne dni poznawczo, spacerowo i zdjęciowo. Darmowe wstępy do muzeów, kolejne wystawy, pałacowe sale, eksponaty. W Muzeum Woli dzieje dzielnicy oraz Być kobietą XVIII-XIX w.; przed tygodniem Pałac Pod Blachą (kobierce wschodnie i apartamenty księcia Józefa Poniatowskiego) i Muzeum Niepodległości (Polonia Restituta 1914-1921; Architektura i urbanistyka międzywojnia – jest też moje osiedle; Wojna 1812); poniedziałek w ogrodach Wilanowa; wtorek w Parku Ujazdowskim i z malarstwem XIX w. w Narodowym; czwartek w Białym Domku, Pałacu Myślewickim, Starej Pomarańczarni, Teatrze Stanisławowskim, Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa – i w Zachęcie (Sztuka wszędzie. ASP w Warszawie 1904-1944). Jutro być może Muzeum Kolejnictwa, a cała lista w kolejce. W weekend odzywa się zmęczenie, ale nic to – tak rzadko mam okazję czuć, że jeszcze żyję… Wykorzystać, póki trwa – niewiele już zostało…

  

Dni upalne, słoneczne i bezkoszulkowe. Rozkosze i nonszalancje, na które tam nie było nigdy miejsca i odwagi. W mieszkaniu 33 stopnie, do spania wystarcza prześcieradło i poduszka. Cudownie jest i mogłoby tak całorocznie – powinienem się urodzić w Kalifornii…

Lato uczynić muszę barwnym, bo na horyzoncie nie ma już w ogóle kolorów…

      

                    „Zrywam z nieba ten wspaniały owoc,

                    zamykam oczy na to, co mi niesie,

                    czy życie na cierniach,

                    czy pożegnanie z wezbranym sercem,

                    ten czas w tym czasie bez końca”

                              [Mario Luzi, Kochankowie. Przeł. J. Mikołajewski].

   

czwartek, 26 lipca 2012
1147. Tu jest Polska (?)...

  

Próbuję pomóc dwójce Francuzów w autobusie do Wilanowa, wskazując im właściwy przystanek – a potem miejsce, gdzie mogą kupić bilety do pałacu. Tylko jak po angielsku jest „wysiąść” albo „kasa”? Nie ma takiej życiowej sytuacji, bym się nie wyłożył na najprostszym zdaniu w tym języku, a każda chęć zabrania głosu kończy się zawstydzającym zamilknięciem. Zresztą, z reagowaniem po polsku też idzie mi niewiele lepiej. Połowy ogłoszeń o pracę nawet nie rozpatruję ze względu na wymogi językowe. Wciąż łudzę się nadzieją, że w jednorodnym etnicznie czterdziestomilionowym kraju da się jeszcze bez tego funkcjonować…

  

Tagi: Warszawa
23:43, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 23 lipca 2012
1146. Wystawa (V) - Pod wspólnym niebem...

  

„Przesłaniem wystawy »Pod wspólnym niebem. Rzeczpospolita wielu narodów, wyznań, kultur (XVI-XVIII w.)«, zorganizowanej przez Muzeum Historii Polski we współpracy z Zamkiem Królewskim w Warszawie, jest przedstawienie fenomenu dawnej Rzeczypospolitej – jednego z najbardziej zróżnicowanych językowo, wyznaniowo i kulturowo państw wczesnonowożytnej Europy.

  

      

  

Głównym celem wystawy »Pod wspólnym niebem...« jest przypomnienie współczesnym widzom, że na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej, na których obecnie istnieją różne państwa i narody, przez prawie dwa i pół stulecia funkcjonowało państwo formalnie będące federacją dwóch organizmów: Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego zamieszkane przez wiele grup narodowościowych, etnicznych i religijnych. Chcemy pokazać bogactwo kulturowe przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Państwo to we wspomnianej epoce było przykładem tolerancji i pokojowego współżycia narodów. Prezentujemy jego wspaniałość i osiągnięcia, ale nie przemilczamy słabości. Wystawa jest również pretekstem do postawienia pytań o obecność dziedzictwa Rzeczypospolitej w polskiej kulturze współczesnej i relacje kulturowe łączące nas z innymi narodami, z którymi dzieliliśmy nie tylko »wspólne niebo«, ale i wspólną ziemię. Zamieszkujące dawną Rzeczpospolitą grupy etniczne i wyznaniowe były w stanie z jednej strony utrzymać i rozwijać własne tradycje, z drugiej zaś stworzyć ciekawe przykłady syntezy rozmaitych wzorców kulturowych. Z tym dziedzictwem obcujemy mniej lub bardziej świadomie po dziś dzień.

Wystawa »Pod wspólnym niebem…« składa się z sześciu modułów tematycznych (…). Dwa pierwsze prezentują zjawisko szeroko pojętej wielokulturowości z perspektywy całego państwa, koncentrując się na takich zagadnieniach jak: fenomen staropolskiego federalizmu oraz skład etniczny i wyznaniowy społeczeństwa I RP. Ten fragment ekspozycji stawia pytania o możliwości pokojowej koegzystencji różnych grup narodowo-językowych oraz wspólnot religijnych. Dwa kolejne moduły stopniowo zawężają perspektywę, koncentrując się na problematyce tożsamości regionalnych i lokalnych oraz sposobów funkcjonowania jednostek w społeczeństwie wielokulturowym. Moduł piąty dotyczy zjawiska oddziaływania wieloetniczności na ówczesną kulturę. Na koniec – prowadząc widza w kierunku współczesności – prezentujemy problem jak nam się wydaje – nader ważny i aktualny: co przetrwało do czasów nam współczesnych z wielokulturowości Rzeczypospolitej wielu narodów?”

  

      

  

„Pod wspólnym niebem i na wspólnej ziemi spotkamy ludzi mówiących różnymi językami, inaczej się modlących i różnie się ubierających. W tej podróży po dawnej Polsce (…) zobaczymy autentyczne stroje i przejdziemy przez galerie portretów znanych magnackich rodów. Wstąpimy do drukarni niemieckich mistrzów tego rzemiosła, którzy składają dzieła po łacinie i po polsku, ale także pisane cyrylicą. Zasiądziemy w ławach polskiego sejmu podzielonego od lewa do prawa nie według przynależności partyjnej, ale geograficznej. Zobaczymy miasta z XVI i XVII wieku według wyobrażenia gdańszczanina Martina Grunewega, ale już w XXI-wiecznej odsłonie. Przyjrzymy się z bliska różańcowi Stefana Batorego, przeczytamy dialogi z pierwszych w Polsce, XVI-wiecznych rozmówek polsko-niemieckich”

           [ze strony internetowej Zamku Królewskiego i folderu wystawy].

  

sobota, 21 lipca 2012
1145. Andrzej Łapicki (1924-2012)...

  

Jedna z moich ulubionych twarzy w (nie tylko polskim) kinie – do tego wspaniały głos i dykcja. Szczególnie autentyczny w rolach-uosobieniach polskiego inteligenta, rozbitka II wojny. Nasz Mastroianni, arystokrata teatru. „Ostatni, co tak poloneza wodził” – elegancki, zdystansowany, ironiczny, „na wieki wieków amant”…

  

23:50, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 20 lipca 2012
1144. No mercy...

  

Coraz więcej dostrzegam i rozumiem – jak to możliwe, że dziś dopiero, a nie pół życia temu, jak chłopcy w wieku dojrzewania? Właśnie dlatego pewnie: nie funkcjonuje coś – nie zwraca więc na siebie to uwagi; nie wiedząc, jak ma być, za normę uznaje się kalectwo. Jakiegoż ograniczenia intelektu trzeba, by tak być głuchym na rzeczywistość wokół jak ja wtedy? W efekcie nie rozwijają się kolejne zmysły, nie ciągnie do niczego, ludzie są obcy, dziwni, kontakty z nimi nieporadne, życie zaś nie objawia barw i celu (por. 1040) – rzutuje to na studia, pracę, każdą aktywność, twoje istnienie w świecie. Ciało i seks determinują, kim się staniesz – inni nie rozumieją tego, bo rozwijają naturalnie. Mogą dotykać, czuć, przeżywać, uczestniczyć. Bez tego w pewnym momencie jest za późno – i nie pomogą już lekarze, tabletki, terapeuci; po prostu nie nauczysz się, nie będziesz przynależał... Zostaje obserwacja z boku, wieczna zazdrość, odnotowanie współczucia i pogardy, które skazują na pomijanie cię milczeniem...

  

„(…) upokorzone i smutne spojrzenie chorego zwierzęcia, które oddala się od sfory, opiera głowę na łapach i cicho wzdycha, ponieważ wie, że jest dotknięte chorobą i nie może oczekiwać od swoich braci litości”

            [Michel Houellebecq, Możliwość wyspy. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

wtorek, 17 lipca 2012
1143. Back to Black...

  

Zagadnął ktoś na pomarańczowej stronie – tej burdelowatej, przyciągającej znów ostatnio nadzieją komentarzy, bo na nowej, niebieskiej, nie ma już na co liczyć. Bodajże pierwszy raz chłopiec o twarzy sympatycznej, co cenne, bo większość facetów budzi przemożne obrzydzenie – jak gdyby moja nieśmiałość, milczenie, impotencja nie były dostatecznym przy homoerotycznych skłonnościach obciążeniem. Wymiana kilku słów i z miejsca chce się spotkać. Tylko co można z takim robić, o czym rozmawiać, jakimi złudzeniami karmić? Chciałbym jedynie kolegi, lecz nawet i na to szansy nie umiem już pochwycić. Deprecjonuję się, jak zwykle, maluję w czarnych barwach, żeby zniechęcić, żeby samemu uciec… Z każdą kolejną próbą coraz gorzej: to mnie przerasta, wyzbyłem się wszelkiej nadziei…

  

„Za bardzo oddaliłem się od ludzi, żyję w zbyt wielkiej samotności, nie umiem sobie radzić w towarzystwie”

         [Michel Houellebecq, Platforma. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

 

sobota, 14 lipca 2012
1142. „Gieroj mojego romana”...

  

„(…) bohater powieści otrzymuje już na starcie niepowtarzalną szansę – poznaje smak wolności, która w jego przypadku nie łączy się z koniecznością dokonywania ostatecznych wyborów. Pozbawiony obowiązków, wolny od poważniejszych trosk materialnych, może doświadczać życia w najróżniejszych jego przejawach. Nie dręczy go obsesyjne dążenie do realizacji z góry założonego celu, nie odrzuca żadnej możliwości, przyjmując z ufnością wszystkie dary losu.

Jego bierność wydaje się niekiedy zdumiewająca, jego brak konsekwencji irytuje tych wszystkich, którzy cenią sobie upór i wytrwałość. Tych cech Fryderyk oczywiście nie posiada (…). Z tego punktu widzenia (…) prezentuje się niezbyt korzystnie i łatwo w nim dojrzeć życiowego nieudacznika, a nawet pasożyta trwoniącego pieniądze, których sam nie zarobił. Wszystko to prawda, ale na tym właśnie polega wdzięk młodych ludzi, którzy przechodzą przez życie bez większych sukcesów, którym do szczęścia wystarczają marzenia i świadomość pewnego zawieszenia. Fryderyk należy do istot, które przeraża dojrzałość i łączące się z nią poczucie odpowiedzialności. Ich zaletą (a jednocześnie wadą) staje się bowiem wieczna niedojrzałość, cecha w pewnych sytuacjach sympatyczna, w innych zaś trudna do zniesienia.

Wolno nam krzywić się na kolejne pomysły Fryderyka, który co jakiś czas postanawia zmienić całkowicie bieg swego życia i nigdy nie dotrzymuje słowa. Ale z drugiej strony ciągle towarzyszy mu (słabnąca rzecz jasna z upływem lat) wiara, że jego nieprzeciętna osobowość wreszcie znajdzie najwłaściwszą formę ekspresji. Być kimś – ale cóż to właściwie znaczy? Stworzyć wielkie dzieło, być przedmiotem podziwu ze strony otoczenia, zasłużyć na miłość? Młodziutki bohater na podobne pytania nie potrafi jeszcze odpowiedzieć.

(…) należy do tego rodzaju literackich marzycieli, którzy nigdy nie kończą rozpoczętych prac, często poprzestając na gromadzeniu materiałów. Jest amatorem, którego nie skłania do twórczości żaden wewnętrzny przymus. Nie zostanie poetą, malarzem, powieściopisarzem, eseistą, dramaturgiem. Mimo wszystko mamy prawo nazwać go miłośnikiem i kolekcjonerem – niekiedy powierzchownym, innym razem zaskakująco przenikliwym. Zapewne sztuka istnieje za sprawą artystów spełnionych, a rozwija się dzięki geniuszom. Mimo wszystko normalny obieg dzieł sztuki zapewniają w znacznej mierze podobni do Fryderyka nieudacznicy. To oni kupują obrazy i książki, chodzą pilnie na koncerty i przedstawienia teatralne. A w głębi duszy powtarzają sobie, że wszystko jest jeszcze możliwe i w najtajniejszych marzeniach widzą siebie w roli autorów popularnych powieści czy spektakli.

(…) wybór narzuca ryzykowne ograniczenia, łączy się z koniecznością rezygnacji z wielu tak pociągających możliwości. Nie można być jednocześnie Balzakiem i Rembrandtem, poetą samotnikiem i wielkim mówcą porywającym za sobą zbuntowane masy. Tylko w marzeniach udaje się pogodzić tak odmienne indywidualności. I tylko w tej sferze nie jest potrzebny talent zdobywcy, którego Fryderyk (…) raczej nie posiada. Jego młodzieńcze tęsknoty: wielka podróż z przyjacielem, romans z księżniczką, orgia z paryską kurtyzaną, to wyraz bierności. Oczekiwanie na realizację wydaje się przyjemniejsze od działania. To oczywiście złudzenie, bo jak zawsze czas wykonuje swą niszczącą pracę – za nas i bez nas. Odbiera prawo do nadziei, pozbawia wiary. Bohater powieści sądził zawsze, że posiada niepospolity talent, który w przyszłości pozwoli mu osiągnąć sukces w nieznanej jeszcze dziedzinie. Kończąc lekturę utworu, nabieramy pewności, że się mylił. Czy to możliwe, by w tak interesującej epoce zdarzył się człowiek pozbawiony talentu do czegokolwiek?

(…) Nie znajdując żadnego zajęcia, potrafi błąkać się godzinami (...), wsłuchiwać się w głosy otoczenia, przyglądać się bezmyślnie rzeczywistości, w której krążą bez przerwy zabiegani ludzie. Fryderyk potrafi trwonić czas, nie doznając z tego powodu wyrzutów sumienia. Zapewne niejednokrotnie nęka go świadomość, że coś ważnego go omija, jednak graniczące z egotyzmem poczucie własnej wartości uniemożliwia jakąkolwiek przemianę. Pogrążony w romantycznych marzeniach, unika skutecznie ostatecznego zaangażowania. Stąd wrażenie, że bohater (…) z upływem lat w ogóle się nie zmienia: nie dojrzewa, nie dorasta. Trwa w miejscu, poddając się biernie działaniu czasu.

Jak każdemu marzycielowi, brak mu pewności siebie, zdecydowania, konsekwencji. (…) pozostanie outsiderem pomimo nieśmiałych prób zadomowienia. (…)

Dopiero epilog odbiera wszystkie złudzenia i nadaje niepowodzeniom bohatera wymiar ostatecznej katastrofy. (…) klęski zakochanych są zawsze (…) malownicze”

                   [Jan Tomkowski, Ciemne skrzydła Ikara. O rozpaczy].

  

23:30, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
środa, 11 lipca 2012
1141. Mémoires d’un touriste...

 

Trzecia u mnie wizyta rodziców – oznajmiona dzień wcześniej, najdłuższa z dotychczasowych i ostatnia. Niespodzianka: przyjeżdżają nowym samochodem (poprzedni kupiony był ledwie trzy lata temu) – Peugeot 308, już nie pytałem o cenę. Od razu stwierdzają, że mam w mieszkaniu trzydzieści stopni i nie da się wytrzymać – z miejsca kupują mi wielki wentylator. W sobotę obiad w restauracji „Del Forno”, Ogród i Pałac Krasińskich oraz Pomnik Powstania Warszawskiego, wielkie puchary (mój przepyszny z ogromną ilością truskawek) w lodziarni Limoni na Nowym Świecie oraz zakupy w Złotych Tarasach – mama zrozpaczona zapomnieniem kuferka z kosmetykami (rozpamiętuje to pół dnia, na Skwerze Bohdana Wodiczki dochodzi niemal do histerii) musi się na nowo zaopatrzyć: kilkaset złotych idzie na szampony, odżywki, kremiki, maście i balsamy; dopiero po tym humor się poprawia. W niedzielę przejażdżka metrem i wyprawa do Wilanowa – zwiedzanie parku i (darmowe) pałacu, obiad u tamtejszego Wedla, po powrocie do centrum miasta kampus uniwersytecki przy Krakowskim Przedmieściu i wieczorne napoje w ogródku Restauracji Przy Zamku. W poniedziałek wnętrza Zamku Królewskiego (z pamięci opowiadam im o każdej sali), obiad w „Polce” Magdy Gessler (przeciętnie jak na te ceny i telewizyjną sławę restauratorki: swojej zupy kurkowej nie polecam, tata nie najada się zestawem ledwie sześciu pierogów, za to mama dostaje fantazyjnie zawiniętego schabowego z kością), znów lody w Limoni, kilka alejek na Starych Powązkach, spacery i ławkowe posiedzenia w parkach Szymańskiego i Moczydło. We wtorek Pałac na Wyspie i niemal wszystkie zakamarki Łazienek, wspaniała sałatka Caesar i świeżo wyciskany sok pomarańczowy w tamtejszej kawiarni Trou Madame, kilka znanych obrazów w Muzeum Narodowym, deser u Bliklego (torciki czekoladowe i orzechowe), przechadzka po Starówce i dłuższy przystanek w Multimedialnym Parku Fontann. Dzisiaj już tylko naprawa gratis okularów mamy u optyka, instalacja nowego kompletu natryskowego w łazience i obiad w Dzikim Młynie…

Wyjechali o czternastej – zafundowałem im intensywne zwiedzanie, ale te ich ciągłe kłótnie, brutalne do siebie odzywki, narzekania, kolejne odpoczynki. No i koniec z dofinansowywaniem mnie…

Wykończony jestem fizycznie i psychicznie, przespałem całe popołudnie…

  

22:53, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 08 lipca 2012
1140. Z cyklu: Moje okolice (VIII) - Fort Bema...

  

Jedno z miejsc najbardziej ulubionych (więcej zdjęć tutaj ):

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

piątek, 06 lipca 2012
1139. Work in Progress...

  

„Życie prywatne” – pleonazm. „Życie zawodowe” – oksymoron...

 

Miarą „postępu” ludzkości w stosunku do systemu ekonomiczno-społecznego z czasów starożytnych jest to, że obecnie niewolnikami są już wszyscy. Trzeba się jednak uczyć kilkanaście lat, by osiągnąć ten status, potem przez kolejne dekady dzień w dzień wykonywać jakieś absurdalne, niemające z tobą związku, nużące czynności w miejscu pracy i wracać z niego do domu tylko po to, by zaraz położyć się spać ze zmęczenia i konieczności rannego wstawania, aż wreszcie, gdy przychodzi starość, ma się w końcu czas dla siebie – można cieszyć zniedołężnieniem, samotnością oraz nędzą. Taki jest kształt świata – lepiej od razu zdechnąć…

 

„(…) pojąłem, że pomiędzy moją kondycją a moją pracą istnieje głęboki związek, a jego zasadniczym warunkiem jest, wygląda na to, tak mi się wydaje, gdyż jakkolwiek to smutne, nie mogę sądzić inaczej, bycie nieszczęśliwym”

       [Imre Kertész, Kadysz za nienarodzone dziecko. Przeł. E. Sobolewska].

  

19:11, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 04 lipca 2012
1138. End of the Beginning...

  

Wyprawa na Ursynów do agencji pracy: wprowadzanie danych dla firmy kurierskiej, nieobcy mi system SAP, zmiany popołudniowo-nocne, najwyższa pensja w moim życiu. Brzmiało nieźle (przy całym monotonnym harowaniu, jakie oznaczało) – dopiero w domu sprawdziłem warunki, opinie i adres (przemysłowe odludzie przy granicach miasta, gdzie do piątej rano już nic nie dojeżdża)… Przez chwilę można się było cieszyć planami, nadziejami – że życie, samowystarczalność, że się, kurwa, zdarzy…

  

„Może to jest nowy początek, to mógłby być nowy początek, wierzę w to za każdym razem, ale potem nigdy nic się nie zaczyna – nigdy”

  [Zsuzsa Bánk, Osiemnasty, może dziewiętnasty grudnia. Przeł. E. Kalinowska].

  

22:08, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 02 lipca 2012
1137. Koko Euro spoko...

  

Już po wielkim finale (od początku mistrzostw widziałem w nim Niemców, wczoraj kibicowałem Włochom, a wygrali zasłużenie Hiszpanie – błysnął mój ulubieniec Fernando Torres, więc też mogę się cieszyć razem z nimi) – i koniec tej zabawy. Jak teraz żyć, przyzwyczajając się do dominacji w informacjach polityki, a nie sportu. Na długo zapamiętam ostatnie trzy tygodnie – te emocje w telewizji, na ulicach i codzienną dumę z Polski-współorganizatora wspaniałej imprezy. Dla mnie to doświadczenie generacyjne, największe przeżycie pokoleniowe („policzyliśmy się” w radości, a nie, jak w 2005 i 2010, w traumie) – cudownie, że mogłem obserwować je na żywo…

  

„Ludzie wyszli z domów. Setki tysięcy Pola­ków wypeł­niło sta­diony, strefy kibica, cen­tra miast, prze­by­wa­jąc tam przez wiele godzin, w dzień i w nocy, w słońce i w deszcz. To jest pierw­sza wielka fie­sta wol­nej Pol­ski, jak rów­nież jakiś spe­cy­ficzny coming out poko­le­nia uro­dzo­nego już w III RP, bez kom­plek­sów porozumiewających się z mło­dzieżą europejską, uży­wa­ją­cych tego samego kodu kultu­ro­wego i oby­czajowego. To naprawdę nowi ludzie, któ­rych na początku roku można było zoba­czyć w wer­sji »obu­rzo­nej«, jako prze­ciw­ni­ków regu­la­cji ACTA, a teraz w wer­sji zaba­wo­wej. Szcze­gól­nie widocz­ne było to pod­czas spo­tka­nia z przegra­ną już osta­tecz­nie pol­ską repre­zen­ta­cją w war­szaw­skiej stre­fie kibica.

W sta­rym rycie do takiego spo­tka­nia nie powinno w ogóle dojść, a jeżeli już, to z gwizdami i szyder­stwami. A jed­nak kilka tysięcy prze­waż­nie mło­dych ludzi biło brawo, zbie­rało auto­grafy, dzię­ko­wało. I nie cho­dziło, jak twier­dzą niektó­rzy, o infan­tylne dostrze­ga­nie suk­cesu w braku sukcesu, ale raczej o dystans, zro­zu­mie­nie, jaki rodzaj emocji przy­stoi zaba­wie, jaką w isto­cie jest sport. Że ten sport już niczego innego nie załatwia, nie jest w zamian, nie leczy naro­do­wych ran, bo nie musi, bo normalniejemy. (…)

Mło­dzi zawłasz­czyli prze­strzeń nie tylko w sen­sie dosłow­nym, ale także kul­tu­ro­wym i publicz­nym: to oni fero­wali wyroki, oce­niali, sto­so­wali wła­sną skalę war­to­ści, gdzie sportowy wynik, choć ważny, stra­cił swój nad­mierny cię­żar, jakiś pseu­do­tra­giczny wymiar nada­wany dotąd przez starszych. Chyba po raz pierw­szy zbio­rowa psy­chika mło­dych Pola­ków ujaw­niła się tak wyraź­nie, można było zoba­czyć inną twarz kraju, inne hie­rar­chie war­to­ści, ten luz, brak cha­rak­te­ry­stycz­nego pol­skiego spię­cia, abso­lu­ty­zo­wa­nia, surowości. 

Nawet kibi­cow­skie stroje o tym świad­czyły: cza­sami dzi­waczne, takie niegodnościowe (kro­ko­dyle, dino­zaury, cza­peczki klauna, peruki), które jesz­cze kilka, kil­ka­na­ście lat temu młody Polak bałby się przy­wdziać w oba­wie nara­że­nia się na śmiesz­ność. Ale teraz tej katego­rii śmiesz­no­ści już nie ma, jest zabawa, umow­ność, kon­wen­cja, auto­iro­nia. Widoczne też były setki mło­dych kobiet, któ­re nie­mal jak roc­kowe grup­pies feto­wały piłka­rzy, kibi­co­wały na sta­dio­nach, ale też nie zapa­dały w depre­sję przy nie­po­wo­dze­niach. Jakby świa­do­mość, że to tylko gra, świetna zabawa, czas świeckiego święta, była im szcze­gól­nie bliska.

Tym bar­dziej na tym tle ponure eksce­sy kiboli wyglą­dały na wyczyny przyby­szy z obcej pla­nety. Ter­ror, nie­chwy­ta­ją­cych nowego stylu. Nigdy dotąd kibole nie wyglą­dali tak anachro­nicz­nie i beznadziejnie; zostali powszech­nie potępie­ni i wyszydzeni.

Do tej pory pol­skie tłumy miały prze­ważnie cha­rak­ter religijno-martyrologiczny. Wiel­kie masy ludzi koja­rzyły się z jaki­miś prze­ło­mo­wymi, czę­sto dra­ma­tycz­nymi wyda­rze­niami, jak poli­tyczne zmiany, wiel­kie żałoby, papie­skie wizyty czy ostat­nio, w przy­padku kata­strofy smo­leń­skiej, kiedy obja­wił się lud smo­leń­ski. Teraz nagle wyrósł euro­lud, amor­ficzna społecz­nie wspól­nota, owi­nięta w naro­dowe sym­bole, niepoddająca się żad­nym jednoznacz­nym socjo­lo­gicz­nym defi­ni­cjom. I zmieszana z przy­by­szami z Europy, któ­rzy dotąd w takich dużych, nie­jako zor­ga­ni­zo­wa­nych grupach, nie przy­jeżdżali. Była to więc także spo­sob­ność poczu­cia wspól­no­to­wo­ści euro­pej­skiej, nie tej na papie­rze czy wyrażanej w do­tacjach, ale real­nej bliskości.

Ude­rza opty­mizm tych zbio­ro­wo­ści i ich afir­ma­cyjny cha­rak­ter. Nie jest to tłum ani za czymś, ani prze­ciw cze­muś, nie­słu­żący ani Tuskowi, ani Kaczyń­skiemu, jest to tłum zasad­ni­czo na »tak«. Obja­wiło się spo­łe­czeń­stwo w sta­nie czy­stym, zbio­ro­wość ludzi mających wła­sne bio­gra­fie, histo­rie i pro­blemy, ale szu­ka­ją­cych doświad­cze­nia spontanicznej wspól­noty, umie­ją­cych się bawić i cieszyć dorob­kiem nie tylko wła­snym, ale – po raz pierw­szy tak wy­raźnie – zbiorowym.

No i zmie­nia się sce­no­gra­fia. Z oka­zji mistrzostw sku­mu­lo­wało się setki inwe­stycji w jednym czasie. To, co wcze­śniej dzięki pomocy unij­nej było budo­wane i remon­to­wane, przez swoją dekoncen­trację nie było tak widoczne, teraz nagle się ujaw­niło – nawet przy wszyst­kich niedostatkach. Nowe auto­strady i inne dro­gi, dworce, hotele, lot­ni­ska, linie kolejo­we czy pomniejsza infra­struk­tura, przez sku­pie­nie w pew­nych stre­fach, stały się nową jako­ścią, zaczęły odgry­wać rolę wy­znacznika cywi­li­za­cyj­nego awansu i stały się tego awansu dowo­dem. Na dal­szy plan zeszły w tym momen­cie wysiłki, finanse, trud­no­ści, jakie się z tymi inwe­sty­cjami wią­zały. Zaczął się liczyć widoczny efekt. To był finał, poprzedza­jące go roz­grywki prze­stały się liczyć.

Uży­wa­jąc ter­mi­no­lo­gii pił­kar­skiej, in­westycje wyszły z grupy. Może naj­bar­dziej spektakularne było otwar­cie w ostat­niej chwili auto­strady A2, pod­łą­cza­ją­cej War­szawę do reszty Europy, co miało rangę sym­bolu i spo­wo­do­wało, że wiele osób posta­no­wiło prze­je­chać się tą trasą z cie­kawości, niejako turystycznie.

Już nie tylko War­szawa ma prawo mieć porządne lot­ni­sko czy sta­dion, ale też inne metropo­lie. Ujaw­niła się wy­raźnie, wła­śnie przy oka­zji mistrzostw, lokalna duma, prowincja prze­staje być dawną pro­win­cją, chwali się osiągnięcia­mi. I to było prze­cież wcze­śniej, ale teraz nastą­piło zwieńcze­nie; dało się ujrzeć, że ta Pol­ska lokalna, samorządowa, przy wszyst­kich zna­nych bra­kach i ułom­nościach, też ma swoje osią­gnię­cia, że tere­nowi poli­tycy, urzęd­nicy, działa­cze i po pro­stu entu­zja­ści cze­goś doko­nali, potra­fią ugo­ścić z klasą spor­tow­ców i kibi­ców, radzą sobie. Zero kompleksów.

(…) To niby żadna nowość, ale trzeba cza­sami jakie­goś kata­li­za­tora, wyostrze­nia obrazu, aby dostrzec i doce­nić to, co się w Pol­sce przez ostat­nie lata stało. Euro było takim zwieńcze­niem pierw­szego etapu prze­mian, fie­stą, umow­nym cza­sem wol­nym, aby się z tego cie­szyć. 

(…) Znowu poja­wiła się – sil­nie obecna w latach 90., a potem przytłu­miona przez smutę »moral­nej odnowy« w poło­wie poprzed­niej dekady – tęsknota za »nor­mal­nym, europejskim kra­jem«, gdzie wszystko działa i wygląda jak należy. Duma z tego, co już jest, prze­wa­żała nad uty­ski­wa­niem, czego jesz­cze nie ma. Można powiedzieć, że Euro było świę­tem szklanki do połowy peł­nej, to był kar­na­wał zado­wo­lo­nych. Niekoniecz­nie ze szcze­gó­łów, a nawet nie ze swo­jej poje­dyn­czej kon­dy­cji – cho­dzi o specy­ficzne, zbio­rowe zado­wo­le­nie obywatel­skie. Wcze­śniej zmiany w kraju były »obcho­dzone« indy­wi­du­al­nie, przy sła­wet­nych gril­lach, w wąskich gro­nach, na zagra­nicz­nych wyciecz­kach, teraz nastąpiły obchody gromadne.

Jest czas święta i czas powsze­dni. Lu­dzie w końcu powrócą do domów. Za­cznie się znowu polityczna łomo­ta­nina, zresztą już powraca. Ale ta mani­fe­sta­cja opty­mi­zmu i dumy jest nie do zlekcewa­żenia. Można z dużą dozą pew­no­ści za­łożyć, że to nie tyle Euro 2012 spowodo­wało tę nie­sa­mo­witą atmos­ferę, ile było oka­zją do jej ujaw­nie­nia się.

Polacy w ogóle rzadko wycho­dzą na ulicę, żeby coś zama­ni­fe­sto­wać, podob­nie jak niezbyt chęt­nie cho­dzą na wybory – to znany socjo­lo­giczny fakt (…). Jeśli już, to na ulicach widać niezadowolonych i obu­rzo­nych. Poli­tycy zaś, zwłasz­cza opo­zy­cji, leją na oby­wa­teli wia­dra pesymizmu i bez­nadziei. Kraj w tej wizji jawi się jako twór pokraczny, zde­pra­wo­wany, na gra­nicy kata­strofy albo już poza nią. Zadowo­lonych specjal­nie nie widać, ujaw­niają się jedy­nie pota­jem­nie, przy kolej­nych wybo­rach, kiedy nie dają dojść do wła­dzy »praw­dzi­wym patrio­tom« wieszczą­cym apokalipsę.

(…) Euro pozwo­liło poka­zać ludziom przy­wią­za­nie bar­dziej do kraju niż do poli­tycz­nego pań­stwa koja­rzą­cego się z kon­kretną wła­dzą. (…) To kraj, z jego nową urodą, budowlami, insta­la­cjami, udogod­nie­niami, lepiej nadaje się na wspólny mia­now­nik niż insty­tu­cja pań­stwa, zawsze nego­wana przez tych, których poli­tyczni fawory­ci nie rzą­dzą. W odróż­nie­niu od świąt pań­stwo­wych, Euro 2012 było – trochę podob­nie jak akcje Wielkiej Orkie­stry Owsiaka – świę­tem kra­jo­wym. Bar­dzo bra­kuje takich zdarzeń.

Można się było cie­szyć, nawet PiS na to pozwo­lił, choć tylko do czasu odpad­nięcia polskich piłkarzy z imprezy. Potem ruszyli zawo­dowi pesy­mi­ści. Ale nastroju fie­sty nie udało się zbu­rzyć. Nie było wyda­wa­nia kon­ce­sji na patrio­tyzm, a kry­tyka »nieautoryzowanych« kibi­cow­skich stro­jów i gestów wyglą­dała kurio­zal­nie. Impreza odebrała samo­zwań­czym straż­nikom świę­tego ognia mono­pol na miłość do kraju. Patriotyzm został zde­cen­tra­li­zo­wany i odpar­tyj­niony – a raczej okazało się, że tak jest od dawna, tylko nie było tego dobrze wcze­śniej widać. I nie było oka­zji pokazać.

Zoba­czy­li­śmy wresz­cie Pol­skę przy­rządzoną nie na smutno, ale na wesoło. Wydaje się, jakby zasko­czyło to nas sa­mych. Cze­goś sami o sobie naj­wy­raź­niej nie wie­dzie­li­śmy. Przypo­mina się słynna kra­kow­ska wystawa sprzed lat »Pola­ków por­tret wła­sny«, gdzie tłumy odwiedza­jących ze zdu­mie­niem odkry­wały obli­cza przod­ków, a tym samym także swoją toż­sa­mość. Tamta wystawa doty­czyła prze­szło­ści. Euro 2012 poka­zało por­tret teraź­niej­szo­ści: ludzi wol­nych, nieskrę­powanych histo­rią, indy­wi­du­ali­stów, spo­łecz­ni­ków chęt­nych do pomocy, życz­li­wych. Do tego stop­nia, że wysłan­nicy zagra­nicz­nych gazet zaczęli pisać rzewne kawałki o wspa­nia­łej Pol­sce, jakby pierwszy raz ją zoba­czyli na oczy. Ale nie można się za bar­dzo dzi­wić – my też ją na nowo zobaczy­li­śmy. Przy takich zbiorowych zja­wi­skach trzeba uwa­żać, aby nie popaść w ilu­zje, w nadmierne uogól­nie­nia, ale obrazy z tych mistrzostw były tak suge­stywne, że wyraź­nie przekraczały poziom ulot­nej impresji.

Euro 2012 nie roz­wiąże bez­po­śred­nio żad­nej waż­nej sprawy pań­stwa, być może nawet stwo­rzy później dodat­kowe proble­my. Po mistrzo­stwach obu­dzimy się z tą samą służbą zdro­wia, szko­łami i zadłuże­niem pań­stwa. Mal­kon­tenci już stają w blo­kach star­to­wych. Znów będzie roz­py­lana smoleń­ska mgła, ode­zwą się woła­nia o try­bunały stanu i komi­sje śled­cze. Będzie pró­ba reinterpretacji tych zbio­ro­wych emo­cji, obró­ce­nie ich w jakieś ponure Wyda­rze­nia Czerw­cowe. Zacznie się wiel­kie odkła­my­wa­nie Euro 2012, które okażą się jedną gigan­tyczną aferą. Ale widać, jak ta impreza była Pola­kom potrzebna, logika święta jest inna. Oby­wa­tele III RP mogli się pooglądać. Wie­dzą o sobie więcej”

            [Mariusz Janicki, Święto euroludu, „POLITYKA” 2012, nr 26].

  

      

  

niedziela, 01 lipca 2012
1136. Tender is the Night...

  

Wracając o godzinie zero z kolacji u chłopców (por. 1134) – a był to pierwszy od ponad roku przejazd metrem – postanowiłem wykorzystać okazję i wreszcie zobaczyć centrum Warszawy o tak późnej porze. Wyobrażałem sobie ciszę i zdjęcia na bezludnych traktach – bo niby skąd miało przyjść do głowy, że w piątkowy wieczór wylegają tłumy, oblegają kawiarniane stoliki, szturmują monopolowe, że muzyka, lansowanie się, podrywy… Ciekawie tak przemykać pośród – jak przybysz z innego planetarium… I dopiero na Starówce już spokojniej – pajęczyna cieni na bruku rzutowana przez latarnie Barbakanu, bielejący wśród ciemności kościół św. Kazimierza, z rzadka przemykająca jakaś para, grupka studentów, zataczające się stateczne panie. I jeszcze powrót nieprzetartymi dotąd szlakami poprzez Mirów, na zachód, aż zmęczenie wsadzi na Towarowej do tramwaju (przy okazji odkrywam, że trzeba uważać i się-nie-zasiedzieć, bo nie wszystko nocą jeździ i można nie wrócić do domu)…

Przygody, eksploracje, eskapady – samotne, fascynujące pierwsze razy

  

„A więc jest i taka rozkosz – iść pustymi ulicami na chybił trafił, nie znając drogi. Obce, niepojęte miasto. Obce, niepojęte życie.

Ale za to prawdziwe. Najprawdziwsze”

          [Boris Akunin, Kochanka śmierci. Przeł. E. Rojewska-Olejarczuk].

  

Archiwum
Tagi