~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
środa, 31 lipca 2013
1278. Z cyklu: Przeczytane (XIX) - Lipiec...

  

1. Antony Beevor, Stalingrad. Przeł. M. Bielewicz, Kraków 2010;

2. Gajto Gazdanow, Wieczór u Claire. Widmo Aleksandra Wolfa. Przeł. H. Chłystowski, Warszawa 2009;

3. Serena Vitale, Guzik Puszkina. Przeł. S. Kasprzysiak, Warszawa 2005;

4. Witold Gombrowicz, Pornografia, Kraków 2003.

  

Tagi: książki
09:44, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 29 lipca 2013
1277. Summer Parade...

 

Trzy dni rekordowych temperatur – a na niebie wciąż zamglenia, chmury jakieś (z tych niezdjęciowych), mało mi słonecznego żaru. Dość jednak, by nie chciało się za wiele – spacerowanie luźne, cienie, przysiadanie. Zamek Ujazdowski znad kanału, na hipodromie w Łazienkach skoki konne, dziedziniec Metropolitanu i pluskające dzieci, książka w Ogrodzie Saskim, przysypianie. Dziś krótkie opalanie na Moczydle. I znowu komentarze. „Bardzo fajna czapka” (NBA Orlando Magic z Mitchell&Ness, zawadiacko przesunięta do góry, żeby odsłonić grzywkę, a nawet daszkiem do tyłu – nabytek sprzed kilku dni); „I fajna klata” (bo wracam z podkoszulkiem na ramieniu, błyszcząc na zbrązowiałej skórze emulsją, lekkim potem) – wołają chłopaczki na ulicy. Mocno nieletni wprawdzie, lecz zawsze (pierwszy właściwie raz) miło takie coś słyszeć…

  

sobota, 27 lipca 2013
1276. Alex’s Identity...

  

Mężczyzna może pięćdziesięcioletni, z któregoś z okolicznych domów; odzienie, wygląd niezobowiązujące. Wraca chyba z Biedronki, w dłoni dostrzegam zamkniętą puszkę piwa, ale on sam jeszcze nie zdaje się pod wpływem. „Pedałek” rzuca mi przy mijaniu (radość odkrycia miesza się w jego głosie z zaskoczeniem). Na bliźnich można liczyć: wiedzą o tobie więcej, wypomną, co sam zdążysz zapomnieć…

  

Tagi: homo
23:59, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (4) »
środa, 24 lipca 2013
1275. Bliska nieznajoma...

  

Gdy pukają wieczorem i proszą o składkę na rzecz, nie wiem jeszcze, o kogo może chodzić, co się stało. Kilka dni później przypadkiem natrafiam w gazecie na notatkę. Przypomina się to, co już zostało zapomniane i przeprowadzam małe dochodzenie – 37 lat i dwójka małych dzieci, twarz głośnego protestu przeciwko likwidacji zajezdni autobusów, i facebookowy profil, gdzie czasem poglądy, z którymi nie było mi po drodze. Wpatruję się w portrety – nie, raczej jej nigdy nie widziałem. A ponoć mieszkaliśmy w tym samym domu (ona musiała niżej, który numer był jej? – się nie dowiem). Jaka być mogła? Uczynna, sympatyczna – mówi się zawsze o nich to, co nic nie mówi. Uratowała swą nastoletnią pasierbicę podczas wakacji spędzanych nad morzem. A sama utonęła…

W mieszkaniu miałem tylko banknot 10 zł – tak zrzucam się na wieniec. Na mszę pogrzebową w mojej parafii, w południe, dziś, nie idę. Nie znałem, po co miałbym, nie chodzę do kościoła. Nazywała się Ewa Hauer-Brylewska – dla mnie jednakże już zawsze pozostanie anonimem…

  

niedziela, 21 lipca 2013
1274. Spacerologia stosowana...

  

Już tylko z rzadka jakieś zdjęcia – i tak zresztą nie wychodzą w letnim świetle, – doraźnie wyznaczane trasy, miejsc nowych (jak dzisiaj Saska Kępa) zaliczenia. Jam za to wystrojony, uczesany, z rękoma w kieszeniach – włóczący się i krótkospodenkowy, roześmiany. Obojętnie mijane ich spojrzenia, ukradkiem me zerknięcia, pod Zamkiem po-siedzenia. Rozkosz nie-bytu… Wolny od wszelkich zobowiązań, bez pracy i rodziców, wciąż Miastem się napawam…

  

„(…) nie musiałem się niczym przejmować, nie musiałem wracać do domu na kolację, tłumaczyć się, wymyślać usprawiedliwień, płakać, niech pan sobie wyobrazi, płakać”

   [António Lobo Antunes, Podręcznik dla inkwizytorów. Przeł. W. Charchalis].

  

23:52, alexanderson
Link
czwartek, 18 lipca 2013
1273. Wystawa (IX) - Mark Rothko. Obrazy z National Gallery of Art w Waszyngtonie...

   

„Pod koniec lat czterdziestych w malarstwie Rothki rozpoczyna się okres klasyczny, który charakteryzuje kompozycja horyzontalnych prostokątów o rozmywających się krawędziach, zawieszonych jeden nad drugim, w przestrzeni, w pionowym układzie na płótnie. Artysta pozostanie przy różnych wariacjach tego układu do końca życia. To właśnie on zapewni mu jedno z czołowych miejsc w historii malarstwa XX wieku.

Pomimo rosnącej skali płócien Rothko postrzega obrazy z tego okresu jako intymne, ponieważ są dostosowane do osobistej percepcji widza. Patrzący może niejako »wejść«, zagłębić się w obraz i w ten sposób bezpośrednio go doświadczać. Fizyczność obcowania z obrazem jest bliska doznaniom metafizycznym.

Wraz z Clyffordem Stillem, Barnettem Newmanem i Adolphem Gottliebem Rothko zaliczany jest do odłamu ekspresjonizmu abstrakcyjnego zwanego malarstwem barwnych płaszczyzn (color field painting), w odróżnieniu od action painting spopularyzowanego przez Jacksona Pollocka. Nurt ten charakteryzuje odejście od iluzji przestrzeni w obrazie, wyeliminowanie gwałtownych pociągnięć pędzla na rzecz ujednoliconego planu z równomiernie rozmieszczonymi, wzajemnie zharmonizowanymi napięciami kolorystycznymi”

                                    [z komentarza na wystawie].

    

                  

  

                  

  

      

 

                  

  

                  

  

Jakaś pani, będąca w towarzystwie cudzoziemców, pyta mnie, czy dostrzegam coś na tych obrazach, czy „coś jest tam ukryte”. Mówię jej – nie wiem, na ile poradnie – o sztuce, która zrywa z „przedstawianiem czegoś konkretnego”, o barwie jako nośniku emocji i emanującej z owych płócien (zachęcam ją do dłuższej kontemplacji) duchowości. Sprawiała wrażenie, jak gdyby pojęcie abstrakcji było jej zupełnie obce, a jednak słuchała z autentyczną ciekawością. „Czy powiesiłbym to w domu?” – pyta. Tak, brakuje mi jedynie kilkudziesięciu milionów dolarów. „Dziękuję panu bardzo”, uśmiecha się, a mnie wraca w pamięci wykład z historii sztuki starożytnej, jaki przeprowadziłem na lekcji plastyki jeszcze jako uczeń pierwszej klasy liceum (kanon egipski, czerwono- i czarnofigurowe malarstwo wazowe, pompejańskie freski). Wówczas wymagało to chyba mniejszej improwizacji…

  

Swoistym dopełnieniem wystawy są cztery fotografie Nicolasa Grospierre’a z wyprawy do rodzinnego miasta Rothki, Daugavpils (Dźwińsk / Dyneburg). Przemyślne, dwukrotnie załamujące się gabloty, pozwalają w zależności od kąta patrzenia przechodzić płynnie od ostrego obrazu do rozmytych plam, niewyraźnych okruchów niepoznawalnej, zacierającej się przeszłości i osobowości artysty. Krok w lewo albo w prawo, i oto samotne drzewo w polu z Borisoglebska, wsparte o jakieś pozostałości piwnic czy też fortów, zamienia się w mgłę barwnych pasów, staje obrazem Rothki. Dużo z tym zabawy, dużo satysfakcji z tym na koniec…

  

niedziela, 14 lipca 2013
1272. Going nowhere...

  

Trzy dni zamknięcia w domu, leżenia i odpoczywania, ciągłego odsypiania. Niewiarygodne, do jakiego stopnia musiałem być zmęczony. Brak sił, by czytać, brak nawet na uzupełnienie zapasów jedzenia – lodówka pusta, na obiad suche kukurydziane płatki. Trzeba by od jutra się zmobilizować, wyjść gdzieś i wykorzystać lato, brak zajęcia. Nacieszyć tym, że znowu żadnych obowiązków, planów, celów. Trwanie, co niczemu nie służy. Tak tylko mogę funkcjonować; tak tylko się powinno…

  

„Żył według wschodów i zachodów słońca, w próżni poza czasem. (…)

Wszystko inne pozostało za nim. Kiedy się budził rano, oczekiwał go tylko masyw dnia, jednego dnia. Był niczym termit drążący skałę. Nie miał nic do roboty – tylko żyć. (…)

Nie wiedział, co go spotka. Historia jego życia nigdy nie była ciekawa. Zazwyczaj ktoś mu mówił, co ma robić dalej. Teraz nie było przy nim nikogo: najlepiej zatem czekać”

    [John Maxwell Coetzee, Życie i czasy Michaela K. Przeł. M. Konikowska].

  

czwartek, 11 lipca 2013
1271. The Final Cut...

  

Koniec projektu w KRS-ie (jeszcze w finalny dzień znoszą kolejne teczki, z którymi – sam już tylko będąc – w ostatniej chwili nadążam się uporać), koniec też czegoś więcej, zamierzonego dalej. Rankiem rozmowa w centrali pod Warszawą (do nowych doświadczeń wpisuję wsiadanie do pociągu na Wschodnim z powodu remontu Mostu Średnicowego, a w drodze powrotnej jazdę z Otwocka SKM-ką; na latarni przy Powiślu dostrzegam piękny okaz samczyka pustułki) – wracają do niesłusznych pretensji o rzekome opóźnienie pracy, upierają przy swoich błędnych wyliczeniach, fałszywych terminach. Próbują zrobić wrażenie informacją, że firma dopłaca do tego interesu od 9 czerwca. Ale tym razem nie przyjmuję już oskarżeń i ripostuję szeregiem argumentów, które też trudno im zbić. Mam swoje źródła informacji, jako jedyny byłem tam od początku do końca i wiem, jak się naprawdę przedstawiała sytuacja: skala, charakter robót. Nie zamierzam się więc tłumaczyć za błędy i oderwane od rzeczywistości wyobrażenia kierownictwa. Ani – wobec tak rozbieżnego stanowiska – kontynuować tej współpracy, na którą ciągle liczą (!). Spisujemy odręczną notatkę o rozwiązaniu umowy za porozumieniem stron…

...a po kilkunastu minutach, jak już dotarło do nich, co się stało (ewidentnie wziąłem tę firemkę byłych wojskowych i specsłużb z zaskoczenia), zapraszają do archiwizacji w kolejnej instytucji na trzy miesiące i zgadzają na mój warunek podwyżki o 200 zł do 1600 na rękę. Plus zwrot za wszystkie ewentualne dojazdy pod Warszawę. A zatem do tego stopnia współ-spieprzyłem projekt, że jestem niezbędny przy następnym (a przedstawione przeze mnie informacje każą się zastanowić nad postępowaniem firmy w kolejnych przetargach). Tyle że trzy razy większy metraż do przerobienia w tak samo długim czasie wydaje się kolejną miną, na której mogę się wyłożyć. No i od dawna nie mam już do tych ludzi zaufania (zacząłem nawet podejrzewać, że założono nam podsłuch); zbyt dużo amatorszczyzny, braku komunikacji i krętactwa, zbyt wiele z mojej strony sił i nerwów…

Odpowiedzią na tę propozycję ma być moje stawienie się w firmie w poniedziałkowy ranek. Lecz raczej się w ten dzień na żadne podwarszawskie wycieczki nie wybieram…

  

Kolejny raz stawiam na ostrzu noża swoje życie, przyjmując niepewny los, stan zawieszenia, możliwe bankructwo marzeń, które udało się z przenosinami tu osiągnąć. Towarzyszące mi od jeszcze szkolnych czasów tendencje samobójcze przynajmniej na polu zawodowym zyskują dzięki temu bardziej praktyczny wymiar…

   

„Po powrocie do Berlina przyszedł do mnie, bardzo się zmienił, usiadł cicho, położywszy ręce na kolana, i opowiadał; bez końca powtarzał, że zmuszony jest zrezygnować z posady, błagał, żeby go puścić, mówił, że dłużej nie może, że nie ma już sił być człowiekiem. Ma się rozumieć, puściłem go”

            [Vladimir Nabokov, Obłok, jezioro, zamek. Przeł. L. Engelking].

   

poniedziałek, 08 lipca 2013
1270. Killing Me Softly...

  

Już nie tylko odbiera mi siły w dzień powszedni, zżera ostatnie nerwy, pozbawia popołudniami przytomności, ale nawet w weekendy, w jedyny czas wolny, po całym tym kieracie tygodniowym odbiera chęć na zdjęcia i spacery, zamyka kolejny raz w mieszkaniu, każe odespać i odleżeć, marnować pogodę i ulice, słońce i parki, niebo, chmury. A tego już nie da się wybaczyć. Cóż bowiem po Warszawie, jeśli nawet tej skromnej radości nie zapewni?…

Bezsensowna i upokarzająca, przeklęta i wykańczająca głupia praca. Bez niej się nie da przeżyć, a sama nie daje na przeżycie i zabija…

  

00:34, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 05 lipca 2013
1269. „Tylko Twoja dłoń... stały ląd”...

  

Oglądam „Debiutantów” (USA’2010; reż. Mike Mills). Chwyta mnie za gardło i wywołuje łkanie, ilekroć on z nią, on bez niej (Anna: Why do you leave everyone? Why did you let me go? Oliver: Maybe because I don’t really believe that it’s going to work and then I make sure that it doesn’t work…). Ból, jak co dnia zresztą. Strach, roztrzęsienie, furia, wokół wzburzone morze

Znów znaleźć się w Twoich ramionach, wypłakać się, ukoić. Poczuć, powąchać, dotknąć. Wspominam na okrągło, bo tak tylko mogę cokolwiek zaznać…

  

„Życie, autentyczne życie, jest ponoć walką, niesłabnącym działaniem i szukaniem samopotwierdzenia, nasza wola swoją tępą głową wali w mur tego świata, i takie tam dyrdymały, ale kiedy spojrzę wstecz, widzę, że zawsze zużywałem większość energii na proste poszukiwanie schronienia, wygody i, przyznaję, przytulnego miejsca. (…) Przez całe życie tak naprawdę chciałem tylko jednego: chciałem być ukryty, chroniony i strzeżony, chciałem zaszyć się w miejscu, które byłoby ciepłe jak łono, skulić się w nim, ukryć przed obojętnym spojrzeniem nieba i groźnymi knowaniami powietrza. To dlatego przeszłość jest dla mnie takim schronieniem, wędruję do niej ochoczo, zacieram dłonie i zostawiam za sobą zimną teraźniejszość i jeszcze zimniejszą przyszłość”

                          [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

  

Archiwum
Tagi