~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
czwartek, 31 lipca 2014
1414. Z cyklu: Przeczytane (XXXI) - Lipiec...

  

1. Zbigniew Wójcik, Jan Sobieski 1629-1696, Warszawa 1994;

2. Philip Roth, Nauczyciel pożądania. Przeł. J. Spólny, Poznań 2005.

  

Tagi: książki
19:54, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 29 lipca 2014
1413. Across the Universe...

  

Ni żywej duszy, a jednak wciąż spotkania. Ponad ścierniskiem myszołowy – para, muszą gniazdować w tym małym zagajniku, widuję je codziennie, jak zataczają kręgi, krzyczą; gdzie indziej zaś jak helikopter zawisa pustułka. Spod nóg, szeleszcząc w trawie, pierzchają jaszczurki. Ja wałem, wzdłuż – a w poprzek sarna z młodym. Na łące spłoszony lis kryje się w krzakach. Nie widzę zbyt wyraźnie, a raczej nie zapamiętuję dobrze – tam w przydrożnych zaroślach to białorzytki czy gąsiorki? Na kłosie chyba trzciniak. Słońce, rozległość, cisza. To drobne podniecenie, luz, jakie zapewnia shirtless. Byle nie siedzieć w domu, bez końca tak, smakować…

  

„Spokój. Zatopienie, zapatrzenie, zasłuchanie. (…) Słodki sen słonecznie-gorący spowijał zioła, kwiaty, góry, żadne źdźbło nie drgnęło. Ja się nie ruszałem”

                                    [Witold Gombrowicz, Kosmos].

   

piątek, 25 lipca 2014
1412. Wealth and poverty of nations...

  

„Jest taki świat, gdzie nie znają takich słów: pieniądze na życie, czynsz, rata, emerytura. Jest taki świat, gdzie ludzie wsiadają w lecie na swój własny jacht tak obojętnie, jak człowiek naszego pokroju nakłada kalosze, gdy pada deszcz”

                   [Sándor Márai, Francuski jacht. Przeł. I. Makarewicz].

  

To nie mój świat, ja nie wygrywam w Totalizatorze nawet trójki. Ujawnia nagle się 400-złotowa niedopłata za energię za ostatnie warszawskie półrocze. Mam ledwie połowę tej kwoty, o resztę muszę poprosić rodziców (jeszcze bardziej się od nich uzależnić, być tym, którego trzeba wspierać, który musi być grzeczniejszy, im posłuszny). A jeszcze wisi sprawa wody za cały mój pobyt w stolicy – właścicielka mieszkania wciąż się zastanawia, ile mi odpuścić z tysiąca ośmiuset. Ile by nie wyszło, powinienem chyba się szykować na zaistnienie w rejestrze dłużników. Wciąż marzę o Warszawie, większość wysyłanych aplikacji jej dotyczy, ale nie mam szans na powrót ze względu na koszty. Przy pensji poniżej minimalnej i kosmicznych cenach za wynajem byle nory nie dam tam rady sam przeżyć. Głodując od stycznia straciłem na wadze parę kilo; być może ta kapitulacja ratuje mi resztki zdrowia, rujnując jednak psyche. Jacek Żakowski pisze w „POLITYCE” o nędzy i beznadziei emerytów. Ja muszę się z tym godzić już obecnie, mając się w sile wieku za miernotę, doprowadziwszy się do starczej ruiny, bezradności. Nie stać mnie, by się ubrać, ostrzyc, spotykać z kimś, zabawić gdzieś, planować. Mężczyzna bez pieniędzy to impotent; impotent bez pieniędzy – już emeryt…

 

„Kiedy masz 1436 zł lub mniej, nie stać cię na nic poza walką o podtrzymanie swojej egzystencji. Boisz się nawet pójść do sklepu. Wkładasz rzeczy do koszyka, uważnie kontrolując ceny, pilnujesz, żeby brać tylko to, co najtańsze i najpotrzebniejsze, a i tak przy kasie kilka razy przeliczasz zawartość portmonetki i odkładasz to, na co ci nie starcza. Kasjerki na szczęście są zwykle wyrozumiałe, ale wstydu to nie niweluje. (…)

Jeżeli masz 80 albo 90 lat, doskonale wiesz, że to się nie zmieni. Nie liczysz na awans i podwyżkę, nie marzysz o zrobieniu kariery, o lepszej pracy ani o interesie życia. Nie liczysz miesięcy do końca studiów czy stażu, kiedy zaczniesz normalnie zarabiać. Liczysz tylko dni do pierwszego, do wizyty w przychodni, do czynszu. Niby w kieszeni masz z grubsza tyle, co stażysta, ale w głowie masz mniej. Nie możesz żyć mrzonkami, jak 20-, 30-, 40-latki. Nie przeżyjesz skoku adrenaliny na widok chłopaka, który patrzy na ciebie z pożądaniem, albo gdy umawiasz się z dziewczyną na wino. Nie liczysz nie tylko na seks, ale też na miłe muśnięcia, na pocałunki ani na obiecujące spojrzenie. To się już nie zdarzy. Nikt cię nie chce dotykać. Przez lata nikt nie popatrzy na ciebie z afirmującym zainteresowaniem. Sam tak na siebie nie patrzysz.

(…) Bardzo mocno czujesz, że jesteś na wiecznym zesłaniu do krainy nędzy, wyrzeczeń i upokorzeń. Dla 99 proc. skazanych na takie życie 1600 to taka bezludna wyspa, na której jest absolutnie pewne, że żaden statek nigdy nie przypłynie.

Jesteś z tym całkiem sam”

                [Jacek Żakowski, Pokolenie 1600, „Polityka” 2014, nr 30].

  

23:11, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 20 lipca 2014
1411. King of Summer...

  

Od świtu słońce niemiłosiernie nagrzewa mój pokój, jest w nim potwornie duszno. Od lat najmłodszych znoszę, przez kolejnych trzydzieści – nie tyle nawet się przyzwyczaiłem, co nie zauważałem, bo brałem to za normę. Zastanawiam się, jak mogło wpłynąć to na mój fizyczny rozwój – czy stąd ten płytki oddech, brak tchu podczas wysiłku (wykluczający nawet seks), ta słabość, anemiczność, chudość? Tyle drobiazgów domaga się wyjaśnień, tyle powodów, by szukać za nie winnych…

Upały i tak w tym wszystkim są najlepsze. Przyszły, choć chciałem wcześniej, gdy nie było rodziców. Próbuję jednak się nacieszyć, po kryjomu – wychodzę niby to na miasto, kryć mam się w cieniu, a tak naprawdę włóczę się po okolicznych polach, bezdrożach, ścieżkach pośród łąk, wzdłuż nadodrzańskich wałów. Odkrywam drogi nieschodzone – i pomyśleć, ile podobnych fantazji w ostatnich latach, a nie wiedziałem, że wokół tyle możliwości, przez całe życie nie przyszło mi do głowy, że można tu, wystarczy poza obszar, w dzikość, na skraj sąsiednich wsi, poboczem. Pod słońcem, w pyle i po sianie, bez koszulki. Dwa dni i cztery podobne wyprawy – luz, przygoda! Gdyby tak jeszcze z kolegą, ech… À propos – film „Królowie lata” (USA’2013; reż. Jordan Vogt-Roberts) – urocze, zabawne, cudowne! Że rodzice to coś beznadziejnego i że najwspanialsza rzecz na świecie – bycie chłopcem. O tym, czego nie dane było zaznać – zbytnio dorosły w młodych latach, teraz staram się czas (i los) odwrócić, w dziecko bawić. Powrócić rozpaczliwie tam, gdzie się formuje start na to, kim będziesz, co w swoim życiu możesz…

  

        „(…) przeszłość, tak jak i przyszłość, można sobie tylko wyobrażać”

                     [Enrique de Hériz, Kłamstwa. Przeł. W. Charchalis].

  

wtorek, 15 lipca 2014
1410. Deutschland über alles...

  

Zakończone w niedzielę Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w Brazylii. Wspaniały turniej, jak dotąd najlepszy z tych, które miałem okazję przeżyć. Oglądam większość meczów, choć nie wszystkie z równie wielką uwagą. Ale te emocje, niespodzianki, porażki wielkich (odpadnięcie już w fazie grupowej Portugalczyków, Włochów, Anglików, a zwłaszcza broniących mistrzostwa Hiszpanów) i loty wznoszące beniaminków (Chile, Kolumbia, Meksyk, Kostaryka), zabójczy klimat i walka do upadłego, krew, pot i łzy; te zwroty akcji w ostatnich dosłownie sekundach, popisy bramkarzy, cudowne gole, dogrywki, rzuty karne. I sporo ładnych chłopaczków, z których by można skompletować niejedną jedenastkę…

Tradycyjnie, od paru już lat, najbardziej kibicuję Niemcom, poza tym Holandii (doszli do półfinału), i Francji (ćwierćfinały). Jak widać, wyczucie miałem niezłe, choć więcej w tym sympatii do narodów niż rozeznania w trendach światowej piłki. Jednakże w zawodnikach Joachima Löwa widziałem potencjał na mistrzów już na poprzednim Mundialu. Ich świetne zwycięstwo (4:0) nad drużyną Cristiano Ronaldo, bezprecedensowy pogrom na Brazylijczykach w półfinale (7:1, z czego 4 gole w 6 minut i 40 sekund) i wreszcie upragniony mistrzowski puchar po zaciętym boju z Argentyną, do tego historyczny rekord Miroslava Klose jako najskuteczniejszego strzelca (16 bramek na 4 turniejach) i tytuł najlepszego bramkarza dla jednego z moich ulubieńców Manuela Neuera – to momenty ogromnej przyjemności, które długo zachowuje się w pamięci. Dzięki konsekwencji i kolektywności w miejsce źle pojętego gwiazdorzenia Niemcy zgarnęli niemal wszystko – poza tytułem Króla Strzelców, ale i tu poszło po mojej myśli, trzymałem bowiem kciuki za Kolumbijczyka Jamesa Rodrigueza. Miesiąc dobrej rozrywki i napięcia, i koniec – czym teraz żyć, bo przecież Tour de France to dla mnie jedynie krajobrazy…

  

Wpis o niemieckim zwycięstwie, pisany 15 lipca i z numerem 1410. Niezamierzone to uprzednio, a jakie dowcipne...

  

22:01, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 13 lipca 2014
1409. Hic est corpus meum...

  

Ostatni dzień swobody, ponownie sam w tym domu będę najwcześniej latem przyszłego roku. Pogoda nie pozwoliła nacieszyć się tym w pełni – przez tydzień ledwie kilka godzin słońca, przechadzek nonszalanckich, opalania. Dzisiaj, chcąc pomóc nieco ojcu, odwiedzam działkę, by zająć się wszystkimi trawnikami. Był mocno zaskoczony, gdy już wrócili i zajrzał tam wieczorem. Dla mnie taki wysiłek jest równie nietypowy, co przyjemny…

   

„To dziwne, jak często ostatnimi czasy tak właśnie siebie widzę, to znaczy z dystansu, jakbym był kimś innym, przy pracach, które mógłby wykonać tylko ktoś inny. Ja i koszenie trawy, doprawdy”

                          [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

 

W Warszawie zakładałem, że już nie będę się rozbierał – wstydziłem się patykowatych rąk tak bardzo, że nawet do krótkich spodenek od kwietnia nosiłem marynarkę (bodaj tylko podczas spotkania z Dianą w Konstancinie zrobiłem wyjątek). A jednak bardzo kusi, więc sobie tu pozwalam – jedyna dla mnie z seksualnych przyjemności. Świadomość ciała skłania do odmiennego nań spojrzenia, wracam (kolejny raz w ramach swych krótkich zrywów) do intensywnych ćwiczeń. Bo, mimo wszystko, efekty zaczynają być widoczne. Nie skoryguje się już niektórych dysproporcji, ale podoba się to, co można ujrzeć w lustrze po zdjęciu koszulki, zmęczenie daje, paradoksalnie, power – w tym życiu, w którym nie ma już żadnej aktywności…

  

„[20 X 1964] Dobraliśmy się doskonale. Ja z moim ciałem. Siedzi tu właśnie ono koło mnie, a dupa go boli na skutek ze trzydziestu lat siedzenia na niej. Wyżej głowa, ogłupiała od niedomagania oczu, co od dzieciństwa słabe i właśnie do dupy. W środku rodzaj brzucha, który powoli się zarysowuje, tym ohydniejszy, że będzie to brzuch człowieka raczej chudego, najohydniejszy więc, tak zwany piłkarski. Wewnątrz zaś, poza wnętrznościami, przekonanie, że nic się nie stało i do niczego się nie doszło, że w kasie znowu zadźwięczało i znowu ogromne zero wyszło, jak zawsze. Tylko jeżeli się ma mniej lat, kiedy zero wychodzi, to wtedy tak nie przeraża, bo jest nadzieja, co tam nadzieja, pewność, że czasu jest jeszcze wiele i że to zero wcale nie jest ostateczne, że jeszcze wszystko się nadrobi. Tymczasem bardzo trudno już teraz mieć takie przekonanie, bo wcale czasu tyle już nie ma i nie będzie, coraz mniej będzie czasu. A ten, co jest, to się marnuje, jak teraz na przykład, kiedy zamiast zająć się robotą, której tyle, to się tu siedzi i pisze głupstwa, o których wie każde dziecko, które przekroczyło trzydziestkę. Czy nie lepiej zająć się czym innym, innym rodzajem umierania, bardziej pożytecznym, co by jakieś pieniądze przyniósł przynajmniej?”

                      [Sławomir Mrożek, Dziennik. Tom I. 1962-1969].

   

piątek, 11 lipca 2014
1408. Motivation...

  

Rok od utraty pracy. Już trzeci raz co najmniej rok szukania. Ten okres się wydłuża, a szanse coraz mniejsze, bo w miejscach, do których aspiruję, chcą wyłącznie studentów (ta bezczelna otwartość przyznawania, że chodzi o jak najtańszego robola). Przy moich obecnych latach tak dłużej już się nie da, nie umiem zaś się zdobyć na nic więcej. W efekcie finansowa niezależność i samodzielne, odrębne od rodziców życie – elementarne przejawy dorosłości – będą tylko marzeniem, ku któremu nawet nie potrafi się podążać. To zresztą było, więc nie wróci, podobnie miłość, seks (?). Porażki i kalectwo nie motywują do kolejnych prób – skłaniają, by ze wszystkim skończyć

  

„(…) doszedłem do wieku, w którym życie dla każdego człowieka jest dobrowolnie przyjętą klęską”

                        [Marguerite Yourcenar, Pamiętniki Hadriana.

                                 Przeł. H. Szumańska-Grossowa].

  

poniedziałek, 07 lipca 2014
1407. Tractatus Logico-Philosophicus...

   

Przez otwarte okno słyszę pod blokiem głos chłopaka, mieszkającego dwa piętra pode mną, z którym chodziłem do jednej klasy w podstawówce. Był z tych „normalnych”, ale spokojnych, cichych, nie miał dziewczyny jeszcze w liceum (podobnie zresztą jak większość tamtych chłopców – wtedy to raczej dziewczęta szukały sobie sympatii, dla chłopców były sport i próby z alkoholem). Dzisiaj samochód, mieszkanie po rodzicach, synek, żona…

Jestem chyba jedynym z grona ówczesnych uczniów, co nie założył własnej rodziny, nic nie ma, nie umie znaleźć pracy. Dawny klasowy prymus, ulubieniec, dziś nieudacznik bez wykształcenia, umiejętności, znajomości. Bez celu, liczący na doraźne przetrwanie, zależny od rodziców. Myślę już o tym bez emocji niczym o swojej cesze immanentnej. Gdy patrzę wstecz, to wszystko – warunki wychowania, otoczenie, moje starania i decyzje, niezaistniałe szanse – wszystko się układało tak, by zrobić ze mnie tego, kim (i gdzie) obecnie jestem. Nie dziwię się więc zaistniałej sytuacji, jest logiczna…

   

„Zawsze byłem mądrym dzieckiem, grzecznym, rozsądnym chłopcem. Jadłem fasolkę, bo jest zdrowa, odrabiałem lekcje. Nie odzywałem się niepytany. Wszyscy mnie chwalili. Dopiero niedawno zacząłem się pogrążać. Przedziwne uczucie, chociaż – przy moim poziomie świadomości – od dawna się tego spodziewałem”

              [John Maxwell Coetzee, Ciemny kraj. Przeł. M. Konikowska].

  

piątek, 04 lipca 2014
1406. Summertime Sadness...

  

Wczoraj miesięcznica mojego powrotu, dziś wyjazd rodziców nad morze. Mogłem też, nie chciałem – a może nawet chciałbym, lecz nie z nimi. Całe życie razem, obok siebie i za rączkę. Przy nich a w obecności innych czuję się nieudany, mniejszy; usztywniam się, zamykam, zamieniam w sterowane dziecko. Już wolę (do przyszłej niedzieli) sam w domu, kryjąc się ze swą porażką, łudząc, że gdzieś i że z kimś, może kiedyś…

  

„Trochę żałuję tego celibatu. Jest to niedogodne zwłaszcza w okresie wakacji. Ludzie patrzą nieufnie na samotnych mężczyzn w pewnym wieku: od razu podejrzewają ich o egoizm i perwersję; nie mogę nie przyznać im racji”

         [Michel Houellebecq, Platforma. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

Archiwum
Tagi