~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
czwartek, 31 sierpnia 2006
131. Solidarność

  

Dziś jest święto – Dzień Solidarności i Wolności.

Wczoraj był dzień pogardy, opluwania bohaterów i fałszowania historii. Jutro też będzie. I za dwa dni też. I za miesiąc...

A to Polska właśnie…

     

19:52, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
środa, 30 sierpnia 2006
130. Musíme si pomáhat

  

Znowu filmowo.

„Musimy sobie pomagać” (2000, reż. Jan Hrebejk). Niezwykły film.

My nie potrafimy opowiadać o bolesnej przeszłości w konwencji tragikomedii, niejednoznacznie, bez ostrych podziałów i patetyzmu. A tuż obok – przyzwoitość przeplata się z podłością, patriotyzm z kolaboracją, przegrani i zwycięzcy wychodzą poharatani moralnie. Znamy to ze swojego podwórka? – znamy. Ale my nie umiemy dać temu wyrazu.

Czechy – niby za miedzą, a przecież inna planeta.

   

wtorek, 29 sierpnia 2006
129. Koszmar

  

Jeszcze pod wpływem wczorajszych refleksji.

Z felietonu Smecza w „Rzeczpospolitej” z 26-27 VIII 2006:

  

To, co się dzieje na naszej scenie politycznej, jest jak zły sen, podwójny. Tylko tu obudzić się nie można. Jarosław Kaczyński na prasowej konferencji, jak to on, chwilami mówi klerykalnie i z innej epoki, kiedy indziej rozsądnie i ładnie pod względem formy, do chwili gdy znowu uderzony przez jakiś wewnętrzny gniew, zmienia się w dorodnego malucha z piaskownicy, któremu zabrano wiaderko. Zamierza się łopatką na inne dzieci. I wtedy ogarnia człowieka myśl straszna – Jezus Maria, ci ludzie nami rządzą.

Znacząca rola charakteropatów w historii, ich niezwykła wytrwałość i wiara, że zawsze mają rację. Druzgocąca przewaga, jaką posiedli wobec tak zwanych zwykłych ludzi, którzy ważą racje, mają dylematy, widzą kolory rzeczy, komplikacje i wieloznaczności.

Bracia Kaczyńscy i ciągnąca za nimi świta Poloniuszy, poruszają się z przyczepionym welonem powszechnej kpiny. Jako że kpią z nich przede wszystkim ludzie wykształceni i rozumni, rośnie u braci pogarda dla takich ludzi i miłość do prostego człowieka, a przy okazji do kołtuna. Myślą, że nawet jeśli kołtun jest kołtuński, jest w nim jakaś pozytywna polska pierwotność – przerobimy kołtuna w anioła, a skrzydła jego będą jak skrzydła naszego orła. I coś w tym jest, przecież nawet muchom, gdy rozłożą skrzydła, wydaje się, że są orłami.

Język patriotyczno-narodowy ma wymiar histeryczny i nadaje barwę całej koalicji. Ten język zatruwa inny patriotyzm. Czy inny jest prawdziwy? Nie mnie sądzić, skoro on mój i bliskich mi ludzi, pewne tylko, że nasz jest inny. (…) Kiedy Jarosław Kaczyński w istotnym politycznym wystąpieniu mówi: »Musimy konsolidować dumę narodową« – trudno nie pomyśleć, jakie ci ludzie mają narodowe i osobiste kompleksy, jeśli »narodem« muszą nadymać swoją małość.

  

Nie porównuję bynajmniej Kaczyńskiego do Hitlera, nie – nie grozi nam totalitaryzm (choć Polska nam wyraźnie brunatnieje, bo to, co dotąd musiało żyć w ukryciu, poczuło, że nadszedł jego czas i wyłazi na wierzch). Ale mamy dziś do czynienia z takim zalewem głupoty, niekompetencji, cynizmu, obłudy i paranoi, że szanujący się inteligent chciałby od tego uciec, wycofać się, zamilknąć. A właśnie tego nie wolno nam zrobić

  

poniedziałek, 28 sierpnia 2006
128. Der Zauberer

  

Oglądam trzygodzinny film fabularny „Hitler – narodziny zła” (2003, reż. Christian Duguay). Oczywiście, znane to dobrze, analizowane po wielokroć, ale – fascynujący jest ten obraz, jak miernoty i frustraci pną się w górę, zdobywają władzę, wynoszeni przez innych frustratów, przy obojętności pozostałych, wspierani przez tych, którym wydaje się, że zdołają zachować nad wszystkim kontrolę. I ten czar, jaki rozsiewa wokół siebie zło, to zaczadzenie, to heglowskie ukąszenie, ta wiara, ta magia. Hitler jako sztukmistrz na jarmarku… Jako hipnotyzer…

  

Co rzeczywiście dla mnie nowe w filmie – sylwetka dziennikarza Fritza Gerlicha (1883-1934). Warto zapamiętać.

Do zwycięstwa zła wystarczy bezczynność dobrych ludzi (Edmund Burke).

  

Dziwny ciąg skojarzeń. Z rozważań o nazizmie przeszedłem do wspomnień o powieści „Poddany” Heinricha Manna (to niemieckie umiłowanie munduru i porządku). Jak Heinrich, to i Thomas, a więc „Mario i czarodziej”, ale i „Śmierć w Wenecji” – i oto film o Hitlerze okazuje się być nagrany na tej samej kasecie, na której kiedyś utrwalono film Viscontiego według Manna. Przed chłopcem Adolfem pojawił się na chwilę chłopiec Tadzio. Więcej się nie spotkają…

     

Tagi: filmy
23:55, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
sobota, 26 sierpnia 2006
127. Raport o IV RP (8b)

  

Ciąg dalszy punktu nr 8 Raportu:

      

J) „afera z dziadkiem w Wehrmachcie” – przed II turą wyborów prezydenckich w 2005 Jacek Kurski (PiS-owski specjalista od agresywnych kampanii medialnych) wywołał zamieszanie przekazaniem informacji nt. domniemanego ochotniczego wstąpienia do Wehrmachtu dziadka Donalda Tuska (okazało się później, że Józef Tusk został wcielony do niemieckiej armii siłą jak tysiące Kaszubów, Polaków z Pomorza, dawnych Prus Wschodnich i Śląska, po czym szybko z niej zbiegł do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, gdzie walczył do końca wojny). Sprawa została bardzo negatywnie oceniona jako element tzw. „czarnego PR-u”, wykorzystującego fobie antyniemieckie w społeczeństwie polskim. Za to zagranie 13 X 2005 Kurski został wykluczony z PiS-u, po czym 14 XI przyjęty do partii ponownie. 17 XI dziennikarz Tomasz Lis, goszcząc Kurskiego w swoim programie „Co z tą Polską?” na antenie telewizji Polsat, ujawnił treść prywatnej rozmowy między nimi w kuluarach radia Tok FM z 14 X (w obecności także Katarzyny Kolendy-Zaleskiej, Tomasza Wołka i Wiesława Władyki), w czasie której Kurski miał zdradzić, że cała afera „to lipa, ale jedziemy w to, bo ciemny lud to kupi”.

Swoistą kontynuacją tego zagrania Kurskiego na niemieckich resentymentach była podgrzewana przezeń w VIII 2006 histeria wokół wyznania Güntera Grassa o młodzieńczym epizodzie w Waffen-SS, mająca na celu w rzeczywistości „ustrzelenie” przed wyborami samorządowymi prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza (PO), który jednak okazał się nieskory do szybkich potępień i nadzwyczaj zręcznie wybrnął z całej sprawy, zamawiając sondaż na temat Grassa wśród mieszkańców i wystosowując list do noblisty; 

K) „afera billboardowa” – 13 VI 2006 w telewizji TVN (program „Teraz My!”) Jacek Kurski oskarżył Platformę Obywatelską i komitet wyborczy Donalda Tuska, o rzekome finansowanie kampanii wyborczej przed wyborami prezydenckimi oraz parlamentarnymi z pieniędzy nielegalnie wyprowadzonych z PZU, które miało wycofać się z kampanii „Stop wariatom drogowym” i sprzedać przeznaczone dla tej kampanii billboardy za 3% wartości firmie PR-owskiej (związanej z synem Andrzeja Olechowskiego), od którego miała je odkupić PO. Następnego dnia Kurski złożył do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, a do siedziby PZU weszli funkcjonariusze CBŚ. 16 VI Kurski na antenie radiowej „Trójki” przyznał, że zarzut finansowania kampanii Tuska z pieniędzy PZU jest odpowiedzią na „inspirowane przez PO” ataki na nowego prezesa PZU Jaromira Netzla. Zaraz potem prezes PiS, Jarosław Kaczyński, zapytany, czy wierzy rewelacjom Kurskiego, odpowiedział: „Jeśli to by była prawda, to na pewno dokumenty są zniszczone”. Mimo zaprzeczeń Platformy, PZU oraz firm outdoorowych prokuratura po kilku przesłuchaniach wszczęła 19 VI śledztwo w tzw. „aferze billboardowej”. Dzień później wydawało się, że w całej sprawie nastąpił zwrot – PO przedstawiła dane, według których dwie firmy (News Outdoor i ClearChannel), które obsługiwały kampanię Tuska, nie pracowały w kampanii PZU „Stop wariatom drogowym”, robiły to natomiast dwie inne (AMS i STROER), ale na tablicach do nich należących wisiały plakaty… Lecha Kaczyńskiego! Gdy 4 VIII „Gazeta Wyborcza” podała, że prokuratura nie potrafi potwierdzić żadnego z oskarżeń Kurskiego w sprawie nielegalnego finansowania kampanii Tuska przez PZU, premier Jarosław Kaczyński zapowiedział, że dopóki Platforma Obywatelska nie ukarze polityków bezpodstawnie oskarżających PiS, jego partia nie wyciągnie konsekwencji wobec Jacka Kurskiego („włos mu z głowy nie spadnie”), nawet jeśli „pomylił się” on w sprawie „afery billboardowej”. Obok całej sprawy wyszła jeszcze jedna ciekawostka – 90% billboardów na rzecz kampanii wyborczej Lecha Kaczyńskiego wyprodukowała firma-krzak „Studio Warszawa”, prowadzona jednoosobowo przez niejaką Iwonę Krzystyniak. Billboardy zamówiono z ceną o 10-15% wyższą od cen rynkowych. Sprawa z PZU przycichła, śledztwo bez efektów trwa do dziś, ale prokuratorzy nie sprawdzają, czy z pieniędzy PZU nielegalnie finansowano kampanię wyborczą Lecha Kaczyńskiego i czy w jego sztabie dochodziło do tzw. kreatywnej księgowości. Nie należy się temu dziwić – szefem kampanii Kaczyńskiego był Zbigniew Ziobro, obecny minister sprawiedliwości i prokurator generalny;

L) obsesje seksualne Wojciecha Wierzejskiego (LPR) – pan poseł zdradza nadzwyczajne zainteresowanie wszystkim, co związane jest z homoseksualizmem – analiza jego wypowiedzi na ten temat świadczy o tym, że penetracja może w niektórych przypadkach sięgać mózgu: „Jeżeli dewianci zaczną demonstrować, to należy dolać im pałą. (…) I nic mnie nie obchodzi, że mają przyjechać jacyś politycy z Niemiec. To nie są żadni poważni politycy, tylko geje. Jak dostaną parę pał, to drugi raz nie przyjadą. Gej to przecież z definicji tchórz” (w komentarzu dla „Życia Warszawy” o Paradzie Równości, 10 V 2006); „Każdy policjant poświadczy, że homoseksualiści to krąg niemal w stu procentach pokrywający się ze środowiskiem pedofilskim. To fakt, na który nie potrzeba żadnych badań” (15 V 2006); „Kolega opowiadał, że znajomy lekarz mówił mu, że jedna z pacjentek tylko raz, no trudno powiedzieć, że się kochała w ten sposób, ale współżyła analnie. I teraz od kilku miesięcy cierpi i będzie prawdopodobnie miała przeszczep. Słyszałem też o kilkunastu homoseksualistach, z których pięciu już drugi raz ma z tego powodu problemy” (wypowiedź przytoczono w „Metrze” 17 V 2006, nie udało się ustalić daty, kiedy padły te słowa); 12 V 2006 Wierzejski zwrócił się do ministra sprawiedliwości i ministra spraw wewnętrznych z listem, w którym domagał się zbadania, „czy i jak dalece sięgają powiązania owych [gejowskich] organizacji ze środowiskami pedofilskimi i zorganizowanym światem mafii narkotykowej; jakie są legalne i nielegalne źródła finansowania owych organizacji; jak daleko sięga penetracja tych organizacji w polskich szkołach”;

Ł) „błyskotliwość” Przemysława Gosiewskiego – „Edgar” (wykazujący uderzające podobieństwo fizyczne do Ala Capone) jest największym odkryciem PiS-u i prawdziwą krynicą złotych myśli. Oto jego wybrane wypowiedzi: „to są pewnego rodzaju filipinki” (o krytycznych oracjach przeciwników PiS-u – chodziło oczywiście o „filipiki”, czyli pierwotnie mowy Demostenesa przeciwko Filipowi II Macedońskiemu oraz Cycerona przeciwko Markowi Antoniuszowi, a potocznie gwałtowne mowy oskarżycielskie; żeby zabłysnąć jeszcze bardziej, Gosiewski od razu objaśnił prostaczkom znaczenie trudnego terminu, mówiąc, że są to „sztucznie wywoływane konflikty”, 2 III 2006); „Jest jeszcze kwestia kolejnych zmian i te zmiany idą przede wszystkim tutaj w aspekcie zmian” (Program I Polskiego Radia, 6 III 2006); „nie umią opanować swoich emocji” (zamiast „nie umieją” – o niektórych posłach LPR, Radio Zet, 23 III 2006); „Proszę dowiedzieć się, o co chodzi z tą rekonstrukcją i kiedy ta rekonstrukcja jest” (poseł pyta szeptem swego asystenta po udzieleniu dziennikarzom obszernej wypowiedzi dotyczącej rekonstrukcji rządu, 5 V 2006); „Rokita i jego koledzy zaatakowali PiS 213 razy w ciągu półtora miesiąca” (Salon Polityczny „Trójki”, 19 VII 2006); ponadto w każdej niemal wypowiedzi Gosiewskiego odnaleźć można wtręty w rodzaju: „proszę PaniĄ” (zamiast „Pani”), „w tym zakresie” (wymienne z „w tym temacie”), „na dzień dzisiejszy”;

M) wanna Zbigniewa Wassermanna – od 2003 obecny minister koordynator służb specjalnych toczy spór z remontującą jego willę w Krakowie firmą, która poprzez wadliwe zainstalowanie wanny „Hydrorita 150” (wyposażonej w hydromasaż, ozonator i urządzenie do dezynfekcji, a wartej 10,5 tys. zł) miała narazić jego oraz jego rodzinę na bezpośrednie zagrożenie utraty życia. Wassermann odmówił zapłaty połowy kwoty za remont domu i nasłał na hydraulików krakowską prokuraturę, w której sam wcześniej wiele lat pracował. Oprócz tego wytoczył także proces o zniesławienie 76-letniej teściowej głównego wykonawcy, Wandzie Gąsior, która nagłośniła całą sprawę jako przykład gnębienia drobnych przedsiębiorców. Opisywana przez media afera „wanny Wassermanna” oraz „proces ze staruszką” ośmieszyły postać ministra w całym kraju jako pieniacza, w odpowiedzi na co wystąpił on 7 X 2005 z listem do PAP, w którym swoją działalność przyrównał do losów prześladowanego przez SB księdza Jerzego Popiełuszki. Co by nie powiedzieć – gotowość ministra do oddania życia za wannę jest godna podziwu;

N) „układ” – słowo-klucz do tzw. „IV RP”, obecne w niemal każdej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego i zwolenników rządzącej koalicji. Oznacza bliżej nieokreśloną nieformalną grupę osób i interesów, które rządzić mają z ukrycia polskim życiem publicznym i które łączy wspólny cel – utrzymanie panującego „status quo” i zablokowanie wprowadzanej przez PiS „IV RP”. Jest to byt tak silny, doskonale zorganizowany i rozgałęziony, że formalne instytucje demokratyczne są tylko fasadą, za którą kryją się machinacje „układu”. Kto tego nie widzi, jest głupcem albo członkiem „układu”. Istnienie „układu” jest przyjętym założeniem i nie trzeba go udowadniać – to sceptycy muszą udowodnić, że go nie ma, a ponieważ dowód na nieistnienie jest trudny do przeprowadzenia, założenie o funkcjonowaniu „układu” jest prawdziwe, bo go nie obalono. Więcej: im bardziej „układu” nie ma, tym bardziej on jest – brak dowodów na jego istnienie oznacza tylko tyle, że „układ” dobrze się kamufluje. PiS specjalnie unika precyzyjnej definicji, czym jest „układ” i nie wskazuje jego centralnego ośrodka, ponieważ „układ” dokładnie nazwany staje się rozbrojony, mniej diaboliczny. „Układ” nigdy się nie kończy i trwa wiecznie, koncepcja „układu” sama się napędza: im bardziej się ją atakuje, tym jest mocniejsza, czyli wróg wizji, że Polską rządzi spisek, wizję tę potwierdza swoim atakiem. Nie da się być poza „układem” i z nim nie walczyć: kto nie walczy z „układem” lub wątpi w jego istnienie, jest w „układzie”. „Układ” jest wygodny dla Jarosława Kaczyńskiego jako wiecznego opozycjonisty (to najbliższa mu psychologicznie sytuacja): nawet gdy rządzi, pozostaje w opozycji do „układu”, może więc nieustannie walczyć, a spokój i stabilizację traktować jako okresy niebezpiecznego marazmu, kiedy po cichu krzepną nowe spiski. Filozofia „układu” może być według potrzeb rozwijana w każdą stronę, a za jej pomocą można wytłumaczyć wszystko. Dostarcza też alibi: nie da się nic zrobić, bo działa „układ” – im bardziej chce się go rozbić, tym zacieklej się broni (jest to współczesny wariant marksistowskiej teorii „o zaostrzającej się walce klasowej”). Nie da się mu przeciwstawić przy pomocy instytucji państwa demokratycznego, dlatego walka z „układem” uzasadnia stosowanie środków nadzwyczajnych, koncepcję marszu na skróty oraz ideologię silnej i nieograniczonej władzy (brak pełnej władzy oznacza, że jakaś jej część jest ciągle w rękach „układu”).

A oprócz tego było jeszcze: oszukiwanie Sejmu co do terminu przyjęcia budżetu; orędzie, w którym prezydent powiedział, że nic nie zrobi (nie rozwiąże parlamentu); pomiatanie Trybunałem Konstytucyjnym; teczka Jarosława Kaczyńskiego; sejmowa modlitwa o deszcz, infantylny premier Marcinkiewicz, udowadniający prawdziwość tezy, że „aktorzy prowincjonalni szarżują najmocniej”, niszczarka Ziobry, „genetyczny patriotyzm” posła Suskiego, wskrzeszenie z politycznego niebytu Antoniego Macierewicza, leśniczówka Kurskiego i wiele innych drobnostek…

Warto zwrócić uwagę, że część z podanych tu „kwiatków” jest bardzo humorystyczna – co by na podstawie wszystkich 8 punktów Raportu nie powiedzieć o tzw. „IV RP”, to zapewnia ona narodowi przednią rozrywkę. Tylko że, jak napisał nieśmiertelny Mikołaj Gogol, „wszystko to byłoby nawet śmieszne, gdyby nie było takie smutne”.

  

[definicję „układu” skompilowano z fragmentów artykułu M. Janickiego i W. Władyki, Układ, „Polityka” 2006, nr 13 i E. Wnuka-Lipińskiego, W sieci układu, „Rzeczpospolita” 22-23 IV 2006].

  

126. Raport o IV RP (8a)

  

8. Wpadki, lapsusy, skandale.

  

W tym punkcie wypada upamiętnić dla potomności popełnione dotychczas innego rodzaju „wpadki” rządzącej ekipy, związane na ogół z konkretnymi osobami, sferą medialną i wrażeniami estetycznymi (być może to właśnie najdłużej przetrwa w pamięci Polaków po tzw. „IV RP”). Ograniczę się tylko do wyliczenia tych najsłynniejszych i szeroko komentowanych:

A) „Panie Prezesie, melduję wykonanie zadania!” – to pierwsze słowa Lecha Kaczyńskiego po wyborze na Prezydenta RP, skierowane 23 X 2005 do prezesa jego macierzystej partii, Jarosława Kaczyńskiego. Świadczą one o tym, że od samego początku Lech Kaczyński chce być prezydentem PiS-u (żeby nie powiedzieć – swego brata-bliźniaka), a nie wszystkich Polaków. W ten sposób Pałac Prezydencki znów stał się Pałacem Namiestnikowskim (bo nie Lech, lecz Jarosław rozdaje karty). Trudno też w tej sytuacji oczekiwać od prezydenta obiektywności i postawy koncyliacyjnej, choć w Polsce ten właśnie model prezydentury (wypracowany przez Aleksandra Kwaśniewskiego) jest najwyżej ceniony przez opinię publiczną – już po kilku miesiącach Lech Kaczyński miał gorsze notowania niż jego poprzednik po 10 latach na urzędzie;

B) publiczne strzepywanie łupieżu z ramion prezydenta, poprawianie mu krawata oraz zapinanie mu rozporka przez panią prezydentową, Marię Kaczyńską – jednym z podstawowych zadań urzędu prezydenta jest godne reprezentowanie państwa i narodu, zabiegi pani Marii zmierzają ku temu, gdyż najwidoczniej Lech Kaczyński nie umie sam o siebie zadbać, jednakże efekt jest odwrotny od zamierzonego. Zwracają też uwagę niedopinające się na brzuchu prezydenta marynarki;

C) kłopoty Lecha Kaczyńskiego z obyciem towarzyskim – brak otwartości, otaczanie się kręgiem zaufanych ludzi i nieznajomość świata skutkują u prezydenta nieumiejętnością zachowania się w nowym dla siebie miejscu i wobec poznawanych ludzi, czego przykładem były problemy z ponownym (do dziennikarzy) podaniem ręki podczas pierwszych spotkań z George’m Bushem, Jacquesem Chirakiem i (w sposób najbardziej wyraźny) Angelą Merkel, która bezskutecznie namawiała go z boku: „Shake hand!”. Ponadto Kaczyński ma irytujący nawyk szybkiego odwracania głowy przy ściskaniu ręki na powitanie, wskutek czego nie patrzy partnerowi w oczy. Jego zwolennicy podkreślają „doskonałe wychowanie” przez matkę, Jadwigę Kaczyńską – mimo tego prezydent ma wyraźne trudności w zapamiętaniu, że kwiaty podaje się łodygami do dołu, a jeśli już całuje się kobietę w rękę, to należy się samemu pochylić, a nie ciągnąć jej dłoń do swoich ust;

D) kłopoty lingwistyczne Lecha Kaczyńskiego – nie da się ukryć, że prezydent ma poważne problemy z oddychaniem i wyraźnym mówieniem, ledwo otwiera usta, prawdopodobnie cierpi na ślinotok. Jego wypowiedzi składają się głównie z sapania, gwałtownego łapania powietrza i mlaskania. Ma także problemy z głośnym odczytywaniem tekstu – żartowano, że Benedykt XVI czyta z kartki lepiej po polsku niż Kaczyński. Oprócz tego prezydent ma na swoim koncie kilka zabawnych wpadek językowych: „rozmawiałem z panem prezydentem Juszczenką, z panem prezydentem Dżugaszwili, prezydentem Gruzji” (prezydent Gruzji nazywa się Saakaszwili, a Dżugaszwili to prawdziwe nazwisko Stalina, fakt, że też Gruzina; Polskie Radio, 6 V 2006 – pomyłkę wychwyciły media rosyjskie i ukraińskie, w Polsce zauważono ją dwa tygodnie później); „Wasza ŚwiĘtobliwość” (zamiast „ŚwiĄtobliwość”, do papieża Benedykta XVI na lotnisku Okęcie, 25 V 2006 i wielokrotnie później); „Witamy biskupa RzymA” (zamiast „Rzymu”, 25 V 2006); „Każdy Polak jest katolikiem ora… maryjnym, jeżeli jest oczywiście w ogóle katolikiem. A ja już na pewno” (do Benedykta XVI w Pałacu Prezydenckim, 25 V 2006 – długo spekulowano, co też prezydent chciał powiedzieć zanim urwał w pół słowa, najbardziej nam pasuje wersja, iż „Polak jest katolikiem oralnym”, czyli tylko mówi o swojej wierze – o tak szczere wyznanie jednak Lecha Kaczyńskiego nie śmiemy podejrzewać); „Irasiad jest bardzo zdenerwowany” (o psiej suce, której przed chwilą opiekun wydał komendę: „Ira, siad!”, podczas wizyty przedstawicieli ochotniczych służb ratowniczych w Belwederze, 20 VII 2006); oraz w bardzo wielu wypowiedziach „znaczy się”, gdy próbuje coś objaśnić (zazwyczaj własne słowa);

E) medal dla Jaruzelskiego – 26 III 2006 generał i były prezydent Wojciech Jaruzelski otrzymał z Kancelarii Prezydenta przyznany mu przez Lecha Kaczyńskiego Krzyż Zesłańców Sybiru (w 1940 Jaruzelski został po aneksji Litwy przez ZSRR zesłany na Syberię, gdzie pracował przy wyrębie lasu, nabawił się choroby oczu i przeżył śmierć ojca), co skomentował w ten sposób, że cieszy się, iż prezydent Kaczyński wzniósł się ponad historyczne podziały. Gdy fakt przyznania medalu został upubliczniony przez telewizję TVN, szef Kancelarii Prezydenta, Andrzej Urbański oświadczył, że Jaruzelski został odznaczony przez pomyłkę, gdyż „prezydent akceptował tylko postanowienia, nie zaś listy osób” i nie zdawał sobie sprawy, że na liście występuje Wojciech Jaruzelski, którego nazwisko miało zostać wpisane przez któregoś z pracowników z wieloletnim stażem. Opinię publiczną bawił zarówno fakt, że prezydent nie wie, co podpisuje (żartowano, że może by mu podsunąć akt zrzeczenia się urzędu), jak też grasowanie po Pałacu rzekomych „dywersantów starego reżimu”, którzy złośliwie szkodzą wizerunkowi głowy państwa (w ten sposób Kancelaria tłumaczyła także odwróconą do góry nogami flagę Polski na prezydenckiej limuzynie). W całej sprawie największą klasą wykazał się gen. Jaruzelski, który 30 III odesłał medal wraz z legitymacją i wyjaśnieniem: „Nie chcę, aby był pretekst dla odgrzewania historycznych emocji”. Dzień później, 31 III premier odwołał ze stanowiska kierownika Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych Jana Turskiego, który z wnioskiem o odznaczenie Jaruzelskiego formalnie wystąpił;

F) torebka z „Galerii Centrum” i wiek prezydentowej – 8 II 2006, gdy prezydent Lech Kaczyński udawał się z wizytą do USA, uwagę całej Polski przykuła reklamówka, którą kurczowo zaciskała w rękach odprowadzająca go do samolotu (to się okazało później – wszyscy myśleli, że lecą razem) małżonka. Tym sposobem pani Maria zrobiła darmową reklamę znanej sieci sklepów „Galeria Centrum”, wzbudzając jednocześnie szereg zabawnych domysłów, co też mogło się w torebce znajdować – najczęściej wskazywano na kanapki dla męża na długi lot do Ameryki. Z Marią Kaczyńską związana jest jeszcze jedna kontrowersja – otóż na stronie internetowej jej męża z okresu kampanii prezydenckiej w 2005 widnieje informacja, że pani Maria ma 55 lat (czyli obecnie miałaby 56), byłaby więc młodsza o rok od Lecha Kaczyńskiego (obecnie 57 lat). W rzeczywistości jednak Maria Kaczyńska urodziła się w 1943, ma więc 63 lata i jest starsza od swego męża o 6 lat. Kobietom wieku się nie wypomina, więc po co kłamać, tym bardziej, że „wygładzony” wiek prezydentowej nie pomógł pozbyć się jej przezwiska „Przyjaciel wesołego Diabła” (oryginalna uroda pani Marii wykazuje zbieżność z diabłem Piszczałką – fantastycznym bohaterem kilku polskich filmów dla młodzieży z lat 80-tych);

G) buty Jarosława Kaczyńskiego – sławne zdjęcie, ukazujące na powiększeniu stan poobdzieranego i rozwalającego się obuwia brata prezydenta z nadzwyczaj oryginalnym zawiązaniem sznurówek. Żartowano, że znany ze skromności prezes PiS-u przynajmniej w ten sposób stara się realizować hasło „taniego państwa”. Styl ubierania się i dbanie o siebie braci Kaczyńskich jest prawdopodobnie jednym z efektów słynnego „doskonałego wychowania” przez matkę;

H) złote myśli i wpadki językowe Jarosława Kaczyńskiego – ponieważ prezes PiS-u jest nieodrodnym bratem swojego brata, także i jemu zdarza się wnosić coś do języka polskiego, np.: „stanęła tutaj do walki w zwartym ordynku łże-elita III Rzeczypospolitej” (17 II 2006); „(…) wszystko może się zdarzyć. Może piorun strzelić pewnego dnia w Sejm. Albo w niektóre redakcje, za to, że tak łgają. (…) z tym piorunem może być związany gniew Boży” (powinno być „łżą”, wywiad dla „Rzeczpospolitej”, 22 II 2006 – prezes PiS-u nagminnie używa tej formy, np. w czerwcu znów o dziennikarzach: „łgają bardzo brzydko”); „LumpeLliberalizm” (powinno być „lumpeNliberalizm”, w analogii do „lumpenproletariatu” – o „specyficznym ujęciu liberalizmu”, jaki zapanować miał w Polsce po 1989 ze współpracy postkomunistów z częścią obozu solidarnościowego, 14 III 2006); „»Gazeta Wyborcza« jest późną, zmutowaną postacią Komunistycznej Partii Polski” (Wywiad dla „Newsweeka”, 20 III 2006); „Fiut polskiej młodzieży” (zamiast „kwiat”, Kongres PiS-u 4 VI 2006); „Marsz, marsz Dąbrowski, / Z ziemi polskiej do Wolski” (wykonanie hymnu narodowego z niezapomnianą warstwą melodyczną, 4 VI 2006); „I żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne!” (expose przed Sejmem, 19 VII 2006); odtajniając swoją teczkę 2 VI 2006 kilkakrotnie mówił, że znajdują się w niej „akty” i że jest pewien sfałszowania tych „aktów” (swoich zdjęć w negliżu jednak nie pokazał);

I) „subtelność” Ludwika Dorna – „Krwawy Ludwik” jako szef resortów siłowych z urzędu nie może przebierać w słowach, stąd i jego wkład do współczesnej polszczyzny: „istnieje możliwość brania lekarzy w kamasze” (w okresie masowych strajków i protestów pracowników służby zdrowia o tych, którzy po Nowym Roku dalej odmawialiby podpisania kontraktu z NFZ, 30 XII 2005 – trzeba tu zaznaczyć, że w tzw. „IV RP” nie ma miejsca na strajki, gdyż nie wspomina o nich PiS-owski projekt konstytucji); „stan, jaki rząd, ja w MSWiA, zastałem, jeśli chodzi o służbę cywilną, symbolizować może pijak lub zomowiec, prowadzący bardzo rozległe życie towarzyskie” (w tej formie w Radio Zet, 15 III 2006, po raz pierwszy 11 III); „Dlaczego ja mam dyskutować z artykułem, którego autor skłamał jak bura suka?” (o artykule z „Financial Times”, według którego Dorn „wyraził pogardę wobec pracowników administracji, mówiąc, że kojarzą się z pijakami i funkcjonariuszami oddziałów szturmowych byłej policji, chętnymi do korzystania z usług prostytutek”, Radio Zet, 15 III 2006);

  

piątek, 25 sierpnia 2006
125. Raport o IV RP (7)

  

7. Polityka zagraniczna.

  

Wbrew zapowiedziom umacniania pozycji Polski mamy do czynienia z nieustanną kompromitacją kraju na arenie międzynarodowej. Po kilku wizytach zagranicznych na początku roku prezydent Lech Kaczyński na trwałe zaszył się w pałacu, szczyt Trójkąta Weimarskiego (tym ważniejszy, że przed spotkaniem G-8 w Petersburgu, była więc okazja, by uczulić Francję i Niemcy na polskie stanowiska w relacjach z Rosją) został odwołany z powodu „dolegliwości dyspeptycznych” prezydenta po satyrycznym artykule pt. „Młody polski kartofel. Dranie, które chcą rządzić światem” w niskonakładowym „Die Tageszeitung”. Rozpętana z tego powodu „wojna kartoflana” (szef MSZ Anna Fotyga przyrównała niemiecką gazetę do hitlerowskiego „Stürmera”, odwołała też planowaną wcześniej debatę w Sejmie o stosunkach polsko-niemieckich i udała się na rocznicę pacyfikacji Michniowa, a poseł Gosiewski wystąpił z wnioskiem do polskiego ministra sprawiedliwości, domagając się ścigania autora artykułu przy pomocy europejskiego nakazu aresztowania za znieważenie prezydenta) oraz podgrzewana histeria wokół Eriki Steinbach (10 sierpnia 2006, w dniu otwarcia w Berlinie wystawy „Wymuszone drogi. Ucieczka i wypędzenie w Europie XX wieku” premier Kaczyński odwiedził były hitlerowski obóz koncentracyjny Stutthof w Sztutowie, a komisarz Warszawy Kazimierz Marcinkiewicz odwołał zaplanowaną na 11 sierpnia wizytę w stolicy Niemiec z okazji 15. rocznicy podpisania partnerskiej umowy pomiędzy Warszawą i Berlinem) psuje stosunki z Niemcami, choć Niemcy wciąż starają się łagodzić sytuację i wyciągają rękę. W wyobrażeniach PiS-u, a już szczególnie neoendeckiego LPR-u (jego patron, Roman Dmowski, był wrogiem „żywiołu germańskiego”) Niemcy grają rolę straszaka, jako „odwieczny wróg Polski”; na każdym kroku wypomina im się też nazistowską przeszłość. W expose z 19 lipca 2006 premier Kaczyński w ogóle nie wymienił nazwy tego kraju, a jest to najważniejszy partner gospodarczy Polski i to Niemcom w dużej mierze zawdzięczamy wejście do Unii Europejskiej. Oni też do Unii najwięcej wpłacają, a my najwięcej z niej bierzemy. Niechęć do Niemiec sąsiaduje z lękiem wobec Rosji, w efekcie czego Polska pozostaje skonfliktowana z zachodem i wschodem. Kaczyńscy i PiS zdają się za to całkowicie na sojusz z USA, nie zdając sobie chyba sprawy, że Polska jest dla Ameryki przydatna o tyle, o ile jest silnie umocowana w Europie i ma dobre stosunki ze wszystkimi sąsiadami, a najważniejszym dla USA partnerem na kontynencie są właśnie Niemcy. Prezydent Kaczyński nawet nie stara się czegoś „ugrać” na obecności polskich wojsk w Iraku – zamiast tego jeszcze przed (!) wizytą w Waszyngtonie zadeklarował kontynuowanie misji przynajmniej do końca 2006.

Wbrew zapowiedziom budowy silnej pozycji Polski w Unii, w ogóle nie uczestniczymy w debacie nad projektem europejskim (co ciekawe, bardziej od naszych władz martwią się tym nasi partnerzy z Zachodu, którzy uważają, że Polska ze względu na swą wielkość, liczbę ludności, potencjał, położenie i tradycje historyczne powinna być jednym z ważniejszych i aktywniejszych państw we Wspólnocie), Jarosław Kaczyński i szereg polityków koalicyjnych wysyłają za to wciąż obraźliwe sygnały pod adresem Unii, wygłaszając histeryczne opinie o „zagrożeniu ze strony zlaicyzowanej Europy”, co nie przeszkadza im wyciągać jednocześnie ręki po unijne fundusze (przyrównywano to do żebraka, który, zaproszony na obiad, boczy się na nierówne porcje i formę talerzy). Problemem PiS-u i braci Kaczyńskich jest też ich nieumiejętność prowadzenia dialogu oraz dochodzenia do kompromisu (a to podstawowa zasada współczesnej dyplomacji), reprezentują bowiem stanowisko „wszystko albo nic”. Zarówno prezydent Lech Kaczyński, jak i premier Jarosław Kaczyński nie posługują się sprawnie językami obcymi, co samo w sobie nie byłoby aż taką wadą, gdyby nie fakt, że w dzisiejszym świecie, a zwłaszcza w Unii Europejskiej uzgadnia się stanowiska i osiąga cele nie podczas oficjalnych forów z udziałem tłumaczy, ale podczas kameralnych i swobodnych spotkań w cztery oczy.

Najgorsze w tym wszystkim, że o ile przez całe lata 90-te wokół polskiej polityki zagranicznej panował konsensus polityczny i społeczny, to obecnie (po zawarciu przyjaznych traktatów ze wszystkimi sąsiadami, potwierdzeniu granic, wejściu do NATO i Unii Europejskiej) neguje się jej osiągnięcia. Po odejściu z rządu ministra spraw zagranicznych, Stefana Mellera, na kongresie PiS-u Jarosław Kaczyński 4 czerwca 2006 mówił o „odzyskaniu MSZ-u”. Jest to przykład jednej z wielu absurdalnych i niezrozumiałych wypowiedzi prezesa rządzącej partii. Skoro bowiem Meller prowadził szkodliwą dla Polski politykę, to dlaczego wszedł do PiS-owskiego rządu i był tak długo tolerowany, a jeśli prowadził politykę dobrą, to dlaczego odszedł i skąd ten triumf, gdy wreszcie się go pozbyto? Następczyni Mellera, Anna Fotyga, nazywana panią „za godzinę” (ze względu na nieumiejętność podejmowania szybkich decyzji), jest osobą całkowicie oddaną Lechowi Kaczyńskiemu, bez wizji polityki zagranicznej, a jej niektóre wypowiedzi i zachowanie budzą nierzadko zażenowanie. Polityka zagraniczna przeszła całkowicie do Pałacu Prezydenckiego, ale Pałac nie ma pomysłu na jakąkolwiek politykę (a już na pewno pozytywnej koncepcji obecności Polski w świecie). W dodatku otoczenie prezydenta to krąg pochlebców, których jedyną zaletą jest lojalność. W efekcie kraj jest ośmieszany na forum międzynarodowym, polityką zagraniczną kierują fobie i emocje (dumę Polaków łechce się za to buńczucznymi hasłami dumy narodowej i twardej polityki, której przejawem jest poczucie wyższości, arogancja i pouczanie innych), a pozycja Polski nieustannie słabnie, do czego przyczyniają się nie tylko konkretne działania naszych władz, ale nawet nieprzemyślane słowa i pomysły, np. brutalne wypowiedzi o mniejszościach seksualnych czy projekt przywrócenia kary śmierci (absolutnie niedopuszczalnej w Europie, debata na ten temat zakończyła się tam zresztą w latach 80-tych i nie ma do niej powrotu).

  

00:04, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
czwartek, 24 sierpnia 2006
124. Raport o IV RP (6)

  

6. Władza absolutna, wrogowie, „układ”.

  

PiS (a także jego koalicjanci) wykazuje niezwykłą wprost chęć do obsadzenia i kontrolowania wszystkich możliwych instytucji państwowych i samorządowych, do sterowania rynkiem finansowym i medialnym, do narzucenia wszystkim własnej wizji historii Polski oraz ich modelu obywatela-patrioty. Podważają obecny porządek konstytucyjny, niezależność Banku Centralnego, Rady Polityki Pieniężnej, Trybunału Konstytucyjnego, grożą palcem czwartej władzy – dziennikarzom. Chcą nacjonalizować przedsiębiorstwa, odwołać część procesów prywatyzacyjnych i mieć możliwość kontrolowania prywatnych firm oraz organizacji pozarządowych – w Kancelarii Premiera przygotowano nowelizację prawa o fundacjach, która zakłada zwiększenie nad nimi nadzoru odpowiedniego ministra i pozwala na daleko idącą ingerencję w ich funkcjonowanie. Zgłoszono też bezczelny projekt zmiany ordynacji wyborczej przed samymi wyborami samorządowymi, przygotowany pod koalicjantów i zapewniający PiS-owi dzięki blokowaniu list bezwzględną przewagę w razie choćby minimalnej wygranej, a LPR-owi i Samoobronie udział we władzy nawet wtedy, gdy nie przekroczą progu wyborczego.

Bracia Kaczyńscy oraz ich najbliższe, wywodzące się z Porozumienia Centrum zaplecze (tzw. twarde jądro PiS-u) wykazują się paranoiczną nieufnością i podejrzliwością, co rodzi dążenie do powszechnej kontroli i nadzoru (nie ufają w pełni nawet innym działaczom PiS-u, stąd likwidowanie frakcji Marcinkiewicza i Walendziaka z dawnego ZChN-u). Przekłada się to zresztą na społeczną bazę rządzącego obozu – jego zapleczem są zwłaszcza środowiska wiejskie i małomiasteczkowe (mamy w Polsce najwyższy w Europie odsetek takich społeczności), mało zróżnicowane, zamknięte, izolowane, zapóźnione cywilizacyjnie i nieufne wobec wszystkiego, co nowe, obce, wyróżniające się (to obok zawiści podstawowa wada Polaków – jednego z najbardziej nieufnych społeczeństw w Europie). Dodatkowo są one sfrustrowane tym, że często nie udało im się znacząco skorzystać na transformacji ustrojowej po 1989 i tęsknią do stabilizacji życiowej z okresu PRL-u. Podatne są na hasła łatwych rozwiązań trudnych kwestii ekonomicznych i prawnych, szukają też winnych swojej sytuacji, a z racji nieufności dają się łatwo napuścić na „wroga” – przedwojennych Żydów (choć sam etnonim funkcjonuje nadal jako wyzwisko) zastąpili homoseksualiści, liberałowie, kosmopolici, Europejczycy, wrogie media (także zagraniczne, oczywiście inspirowane przez odpowiednie ośrodki w Polsce), z „potomkami KPP” w „Gazecie Wyborczej” na czele i okrągłostołowe „łże-elity”. Sama władza nie stroni zresztą od pomówień i doszukiwania się „jątrzących wrogów”, każdy przejaw krytyki czy nawet wątpliwości pod adresem ich działań odbierając jako „bezpardonowy atak” i „stosowanie obstrukcji” (szczególnie dobitnym przykładem są reakcje na list ośmiu byłych ministrów spraw zagranicznych, krytykujących odwołanie szczytu Trójkąta Weimarskiego, za co spotkali się z oskarżeniami o „działanie na szkodę polskiej racji stanu”), a każde niepowodzenie jako „winę Platformy”. Trzeba zresztą uczciwie przyznać, że doskonale zawłaszczył PiS język polityki, gdyż przedstawia się na każdym polu jako ruch odnowy, zmierzający do naprawienia Polski, wobec czego każdy ich przeciwnik i krytyk staje od razu pod ścianą jako członek złowrogiego i przestępczego „układu”, który nie chce pozytywnych zmian. W efekcie jednak doszło po wyborach parlamentarnych do odrodzenia się ostrych podziałów w społeczeństwie (już nie według modelu „partie postsolidarnościowe – partie postkomunistyczne”) i wzrostu agresji w dyskursie publicznym – rzecz tym bardziej przykra, że PiS przywołuje hasło „solidarnego państwa”, a szerzy podziały i nienawiść, powołuje się na „Solidarność”, a neguje Okrągły Stół i sprzyja oburzającym atakom na Lecha Wałęsę.

  

środa, 23 sierpnia 2006
123. Raport o IV RP (5)

  

5. Gesty wobec Kościoła katolickiego.

  

Od powstania rządu Marcinkiewicza działacze PiS-u i ministrowie rządu niemal nie wychodzili z Radia Maryja oraz Telewizji Trwam (związanych z kontrowersyjnym duchownym Tadeuszem Rydzykiem, atakującym w swoich mediach przemiany w Polsce po 1989, Unię Europejską i procesy globalizacyjne, opierającym się na ludowej pobożności, szerzącym skrajny konserwatyzm, ksenofobię, antysemityzm i teorie spiskowe), wyraźnie preferując te stacje na rynku mediów i dostępu do informacji (jako jedyne zostały one zaproszone do transmitowania podpisania tzw. paktu stabilizacyjnego 2 lutego 2006). Aby sprawdzić wpływy ojca Rydzyka w rządzie dziennikarze „Faktu” urządzili prowokację, opisaną 7 lutego 2006 – jeden z nich podszył się pod asystenta ojca Rydzyka, dzwoniąc spod jednego z warszawskich banków do sekretariatu ówczesnego ministra rolnictwa, Krzysztofa Jurgiela, z prośbą o podstawienie samochodu, gdyż wóz duchownego właśnie się zepsuł w centrum miasta. Minister Jurgiel osobiście wybrał rządową limuzynę z kierowcą i polecił natychmiast podstawić ją pod bank. W obliczu tego rodzaju doniesień upowszechnił się żart o „rządzie sterowanym radiem”. Była lektorka Radia Maryja, posłanka Anna Sobecka (wybrana z listy LPR,  obecnie NKP), jest w Sejmie przewodniczącą Komisji Rodziny i Praw Kobiet.

Poprawką budżetową z 17 lutego 2006 przekazano dotację w wysokości 20 milionów zł na budowę Świątyni Opatrzności Bożej – po bezskutecznym przekonywaniu społeczeństwa do składania datków Kościół poszedł po rozum do głowy i przekonał władzę. Ponieważ jednak polskie prawo zabrania dofinansowania budowy obiektów sakralnych z budżetu państwa, zapis w budżecie mówi o „muzeum wewnątrz Świątyni”.

Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego (wybrany w 2005 w konkursie z najwyższą liczbą punktów), Bogdan Hajduk, stracił stanowisko 20 kwietnia 2006, bo nie chciał nielegalnie (i bezpłatnie) przekazać zakonowi oblatów budynku muzeum przyrodniczego, przylegającego do byłego klasztoru benedyktynów (zajmowanego obecnie przez oblatów) na Świętym Krzyżu na Łysej Górze. Budynek muzeum nigdy nie należał do oblatów, a wszystkie zabudowania na szczycie góry Kościół utracił w 1819. Z naciskami na ministerstwo środowiska w sprawie darowizny na rzecz oblatów występował kilkakrotnie Przemysław Gosiewski (a propos – wykazuje się on w ogóle niezwykłą wprost aktywnością – za jego sprawą w małej 10-tysięcznej Włoszczowie na Kielecczyźnie powstanie stacja dla ekspresów do Warszawy, poruszających się po Centralnej Magistrali Kolejowej, czyli najszybszej linii w Polsce, która łączy stolicę ze Śląskiem i Krakowem, a po modernizacji przystosowana ma być do prędkości 200 km/h i docelowo 250 km/h. Nie trzeba dodawać, że Gosiewski został posłem z ziemi kieleckiej).

W sierpniu 2006 rządowo-kościelna Komisja Majątkowa przy MSWiA (na jego czele – Ludwik Dorn) na niejawnym (!) posiedzeniu przekazała zakonowi cystersów (bez uzgodnienia z władzami miasta) 7 atrakcyjnych działek w Krakowie o łącznej powierzchni ponad 3 ha i wartości 24 mln zł. Żaden z tych gruntów nie był w przeszłości własnością cystersów. Na spotkaniu wicepremiera Andrzeja Leppera z prymasem Józefem Glempem 8 sierpnia 2006 minister rolnictwa zaproponował przekazanie Episkopatowi budynku Centralnej Biblioteki Rolniczej, mieszczącej się przy kościele św. Anny na Krakowskim Przedmieściu. Budynek nigdy nie był własnością Kościoła, którego roszczenia do tego obiektu, zgłoszone w 1995, zostały zresztą oddalone już w 2002 przez Naczelny Sąd Administracyjny.

Największym jednak prezentem dla Kościoła rzymsko-katolickiego może się okazać przygotowany przez PiS natrętnie klerykalny projekt nowej Konstytucji RP, który w porównaniu do obecnie obowiązującej Ustawy Zasadniczej ogranicza znacząco prawa i wolności obywatelskie w sferze światopoglądowej. Już preambuła, rozpoczynająca się formułą „W imię Boga Wszechmogącego”, akcentuje wyłącznie chrześcijańskie dziedzictwo narodu, składa też dziękczynienie Opatrzności „za dar odzyskanej niepodległości”. W ten sposób ludzie niewierzący i niechrześcijanie zostają wyrzuceni poza nawias. Warto zaznaczyć, że preambuła obecnej konstytucji z piękną formułą „my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga, będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł…”, jest w świecie stawiana za wzór godzenia szacunku do religii z szacunkiem dla niewierzących. Na tym jednak nie dość zmian w projekcie PiS-u. Pomija on zasadę „bezstronności władz publicznych w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych” (obecny art. 25 pt. 2), wobec czego będzie można wspierać przykazania religijne zakazami prawnymi. Pomija się też zasadę, że nikt nie może być zmuszany do uczestnictwa w religijnych praktykach ani do ujawniania swych poglądów religijnych lub wyznania (obecny art. 53 pt. 6 i 7). Nie ma tam też gwarancji służby zastępczej dla tych, którym „przekonania religijne lub wyznawane zasady moralne nie pozwalają na odbywanie służby wojskowej” (obecny art. 85 pt. 3). PiS pominął też klauzulę, że choć rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie ze swymi przekonaniami, to powinni „uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania” (obecny art. 48 pt. 1 i art. 53 pt. 3). Pominięto także zastrzeżenie, że przy nauczaniu religii w szkole (teraz jest ono fakultatywne, w projekcie PiS-u jest zaś zobowiązaniem władz publicznych) „nie może być naruszona wolność sumienia i religii innych osób” (obecny art. 53 pt. 4). Wreszcie, teksty przysiąg, składanych przez posłów, ministrów i prezydenta zawierać mają jako integralną część formułę „Tak mi dopomóż Bóg” – można będzie ją co prawda opuścić, ale w ten sposób to świecka forma będzie odstępstwem od normy (obecnie jest na odwrót: art. 104 pt. 2, art. 130 i art. 151).

  

wtorek, 22 sierpnia 2006
122. Raport o IV RP (4)

  

4. Zapowiedź uczciwości ludzi i przejrzystości procedur.

  

Tymczasem np. prezesem PZU zostaje nieznany w środowisku finansistów Jaromir Netzel, współpracujący przed laty z firmą Drob-Kartel, oskarżoną o udział w praniu brudnych pieniędzy. W czasie, gdy pełnił funkcję prokurenta tej firmy, był też pracownikiem PKO BP i udzielał kredytów – reprezentował więc jednocześnie bank i jego wierzyciela. Został zwolniony z PKO BP i zawieszony w Okręgowej Radzie Adwokackiej. Ciemne sprawy wokół Netzla opisywał dziennikarz „Rzeczpospolitej” Bertold Kittel. 21 sierpnia 2006 związany z ojcem Rydzykiem „Nasz Dziennik” opublikował (inne dzienniki odmówiły) ogłoszenie prezesa PZU, w którym ten, zamiast odnieść się do stawianych mu zarzutów, pomówił Kittela o przynależność do służb specjalnych (w ten sposób Kittel dowiedział się, że jest majorem) oraz że ktoś zlecił dziennikarzowi ataki na niego, a pieniądze za tekst przesłał mu do raju podatkowego na Kajmanach. Tego rodzaju „fachowców” jak Netzel wyciąga się w tzw. „IV RP” niczym króliki z kapelusza całymi stadami.

Ponadto koalicja rządząca przegłosowała nową ustawę o Służbie Cywilnej, wedle której wyższe stanowiska kierownicze będą obsadzane w niej nie poprzez konkursy, ale drogą mianowania z klucza politycznego. Sam urząd Służby Cywilnej stracił też samodzielność i został przeniesiony pod nadzór szefa kancelarii premiera.

Obecny minister sportu, kiedyś znany chodziarz sportowy, Tomasz Lipiec, został w 1993 przyłapany na stosowaniu niedozwolonych środków dopingujących, za co na cztery lata został zawieszony w prawach zawodnika. Przewodniczący Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie, prof. Jerzy Smorawiński, który wykrył u chodziarza Lipca doping, został przez ministra Lipca zwolniony 1 lutego 2006 z pracy.

26 czerwca 2006 tygodnik „Wprost” opublikował artykuł, według którego sponsorami kampanii do Parlamentu Europejskiego członków PiS-u Michała Kamińskiego, Adama Bielana i Konrada Szymańskiego były formalnie osoby fizyczne, a faktycznie mogły być firmy Jana Łuczaka, bliskiego znajomego Kazimierza Marcinkiewicza i jego braci (Łuczak był wówczas oskarżony o przestępstwa gospodarcze i karnoskarbowe przed sądem w Świdnicy, uniknął odpowiedzialności w 2005 jedynie dzięki przedawnieniu zarzucanych mu czynów). Problemem jest to, że ustawa o partiach zakazuje finansowania kampanii wyborczej przez firmy. Najciekawszy w tym wszystkim jest jednak wygłoszony tego samego dnia komentarz prezesa PiS-u, Jarosława Kaczyńskiego: „Jeżeli ktoś wpłaca załóżmy na moją kampanię i, dajmy na to, daje te 10 czy 20 tysięcy – i ja nie wiem skąd, – on ma prawo dać, ja mam prawo wziąć. Nie będę przecież za każdym razem prowadził śledztwa, czy to są pieniądze jego, czy może kogoś innego. Nie wiem, kim były te osoby i czy jest prawdopodobne, że takimi sumami mogły dysponować, natomiast wiem, że nie ma prawnego obowiązku tego sprawdzania”. Sęk w tym, że właśnie polska prawica z PiS-em na czele brutalnie atakowała prezydentową Jolantę Kwaśniewską pod absurdalnym zarzutem przyjmowania wpłat na rzecz jej fundacji „Porozumienie bez Barier” bez sprawdzania, od kogo mogą pochodzić pieniądze i jakie dana osoba lub firma ma w tym intencje.

Jeszcze o uczciwości i przejrzystości: Wielkopolski Bank Rolniczy został doprowadzony do upadłości decyzjami rady nadzorczej, kierowanej przez Witolda Hatkę z LPR (członkiem rady był też Roman Giertych). Prawnik LPR (także honorowy przewodniczący Młodzieży Wszechpolskiej w Małopolsce), a do niedawna szef rady nadzorczej Małopolskiej Agencji Rozwoju Regionalnego w Krakowie, Tomasz Połetek, ma zarzut prokuratorski o niegospodarność w spółkach, do których wypłynęło ponad 2 mln zł z WBR w Kaliszu. WBR upadł m.in. dlatego, że podpisał niekorzystne umowy ze SKOK-ami (Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe), które pozostają w „zażyłych związkach” z obecnymi działaczami PiS-u (Kaczyński, Gosiewski, Gosiewska, Jędrnych, Kościelniak). Są to instytucje parabankowe, które tak jak banki prowadzą konta i dają kredyty, ale nie płacą podatku dochodowego (bo gdy powstawały, miały nie zarabiać pieniędzy) i nie podlegają nadzorowi bankowemu (o dodatkowe przywileje w 2004 zabiegali w Sejmie posłowie PiS-u, m.in. Przemysław Gosiewski, proponując korzystne dla SKOK-ów zapisy w ustawie antylichwiarskiej oraz o upadłości konsumenckiej). Działają one nawet na terenie niektórych komend policji (płacąc grosze lub wcale za lokale), a oprócz nich działalność tam prowadzić mogą tylko ajenci bufetów i kiosków – a ponieważ zarobki policjantów nie są duże, więc SKOK-i mają na miejscu klientów, chętnych na pożyczki gotówkowe. SKOK-i zrodziły się dzięki Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych (FPZK), której rady nadzorczej pierwszym przewodniczącym był Lech Kaczyński (wyróżniony przez SKOK-i nagrodą Feniksa). Jego córka, Marta Kaczyńska-Smuniewska jest aplikantem adwokackim w kancelarii, w której jednym z dwóch wspólników jest Adam Jedliński, przewodniczący rady nadzorczej Krajowej SKOK, która całym tym biznesem steruje. Natomiast mąż córki prezydenta Kaczyńskiego, Piotr Smuniewski, pracuje w tejże Krajowej SKOK w dziale monitoringu i kontroli. Powołana przez Sejm komisja śledcza do spraw banków i nadzoru bankowego, mająca zbadać cały rynek bankowo-finansowy w Polsce, prześwietli – wg zapowiedzi panów Gosiewskiego (wyróżnionego przez SKOK-i nagrodą Feniksa) i Zawiszy (wyróżnionego przez SKOK-i nagrodą Feniksa w 2006, roku powołania bankowej komisji śledczej, której Zawisza przewodniczy) – wszystko poza sprawą SKOK-ów. Jednym z członków tej komisji jest zresztą Jacek Kościelniak (PiS), wielokrotny audytor SKOK-ów. Nieczyste sprawy związane ze SKOK-ami opisywały w serii artykułów (i wciąż wracają do tych spraw) „Polityka” i „Gazeta Wyborcza” – kierownictwo SKOK-ów prowadzi z tymi pismami prawdziwą wojnę, wykazując się zastanawiającymi wpływami w prokuraturach, które żądają od dziennikarzy dostępu do twardych dysków i ujawnienia tożsamości ich informatorów.

Prokuratura prowadzi też śledztwo w sprawie nielegalnej sprzedaży tajnych (tzw. „operacyjnych”) mieszkań policji, których nabywcami za grosze byli funkcjonariusze z Komendy Stołecznej Policji, a wśród nich Piotr Klimczuk, który ma być specjalistą CBA w dziedzinie techniki operacyjnej.

  

[Zbiorcza historia SKOK-ów z ich związkami z ludźmi obecnego PiS-u, podporządkowywaniem Kas Krajowej SKOK i ich przymusowym łączeniem, zastraszaniem niepokornych, podejrzanymi interesami na nieruchomościach i wszechwładną sitwą kilku osób, tzw. Wielką Piątką, która tym wszystkim trzęsie, w „Polityce” 2006, nr 33].

  

00:09, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
poniedziałek, 21 sierpnia 2006
121. Raport o IV RP (3)

  

3. Powoływanie ludzi kompetentnych i walka z „kolesiostwem”.

  

Tyle intencje. Tymczasem od miesięcy instytucje centralne i rady nadzorcze spółek Skarbu Państwa „czyszczone” są dla „miernych, biernych, ale wiernych”, „rzucanych na dany odcinek” z klucza partyjnego; przybrało to formy bardziej masowe i bezwstydne, niż w czasach rządów AWS-u i drugich rządów SLD. Upolityczniona została KRRiT, a szczególnie jaskrawym przykładem są rady nadzorcze rozgłośni regionalnych Polskiego Radia, do których wchodzą „krewni i znajomi królika”, w większości (sami to przyznają) bez wcześniejszych kontaktów z rynkiem mediów. Niemal wszyscy natomiast związani są z PiS, Samoobroną, LPR-em i (!) Młodzieżą Wszechpolską.

Andrzej Lepper, awanturnik organizujący blokady na drogach i człowiek z kilkoma wyrokami sądowymi, został ministrem rolnictwa; na szereg stanowisk dostają się działacze z Samoobrony, do której to partii w szczególny sposób lgną ludzie pozostający w konflikcie z prawem – Danuta Hojarska (sfałszowanie więziennej przepustki i przywłaszczenie maszyn rolniczych kupionych z kredytu), Ryszard Bonda (przywłaszczenie 27 tys. ton zboża o wartości 11 mln zł w tzw. „aferze zbożowej”), Bolesław Borysiuk (doradca niesławnej spółki Art-B, oskarżany przez media także o powiązania z nieprawidłowościami w przemyśle zbrojeniowym), Krzysztof Rutkowski (pranie brudnych pieniędzy, powoływanie się na wpływy w instytucjach państwowych w zamian za korzyści majątkowe, poświadczanie nieprawdy), Janusz Wójcik (prowadzenie samochodu w stanie nietrzeźwym), Bogdan Golik (domniemany gwałt na prostytutce w Brukseli), Stanisław Łyżwiński (udaremnianie komorniczej egzekucji należących do niego trzech pojazdów), Renata Beger (sfałszowanie wyborczych list poparcia przez własnoręczne dopisanie wielu nazwisk lub zlecenie tego innej osobie), – braki zaś w wykształceniu nadrabiający na „przyspieszonych kursach”. Absolwentka moskiewskiej Wyższej Szkoły Magii, Genowefa Wiśniowska, została wicemarszałkiem Sejmu. Powołany z ramienia Samoobrony na stanowisko ministra budownictwa Antoni Jaszczak miał być co prawda (jeszcze kilka godzin przed nominacją) ministrem gospodarki morskiej (bo – jak sam mówił – z okna mieszkania w Sopocie ma widok na statki w Zatoce Gdańskiej), ale na nowym urzędzie też sobie poradzi (bo – jak sam mówił – po drugiej stronie mieszkania ma widok na budujące się osiedle). Warto przypomnieć, że od momentu powstania PiS z braćmi Kaczyńskimi na czele był zaciekłym krytykiem działań Samoobrony jako zaplecza SLD i ugrupowania kryminogennego, i wykluczał jakąkolwiek możliwość zawarcia koalicji z tym ugrupowaniem, np.:

„My w kolejnej kompromitacji i w otwieraniu Samoobronie drogi do władzy w Polsce uczestniczyć nie będziemy, bo proszę zauważyć, że kolejne takie rządy w Polsce jak te, które mamy obecnie, albo te, które były w poprzedniej kadencji i mamy do czynienia z Samoobroną przy władzy, i naprawdę z nieszczęściem dla naszego kraju” (Jarosław Kaczyński dla radiowej „Trójki”, 16 lutego 2004).

To samo dotyczyło ewentualnego powołania Leppera na wicemarszałka Sejmu, co jednak po wyborach także głosami PiS-u nastąpiło.

Ponadto: redagujący przed laty neonazistowski „Front” oraz pisujący do faszyzującego „Szczerbca” Piotr Farfał został wiceprezesem TVP, a prezentujący skrajne poglądy polityczne i stanowisko antyeuropejskie Roman Giertych został ministrem edukacji (podczas gdy młodzież jest najbardziej otwartą na świat i proeuropejską częścią społeczeństwa polskiego), co wywołało masowe protesty uczniów i środowisk nauczycielskich (które w odpowiedzi Giertych oskarżył o reprezentowanie lobby homoseksualnego i narkotykowego). 6 czerwca 2006 odwołał on dyrektora Centralnego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli, Mirosława Sielatyckiego, za domniemaną promocję „dewiacji” (czyli homoseksualizmu) w szkołach poprzez rozpowszechnianie podręcznika pt. „Kompas. Edukacja o prawach człowieka w pracy z młodzieżą” (oficjalnej publikacji Rady Europy). Szczególnie szkodliwym elementem działalności Giertycha na tym stanowisku była tzw. „amnestia maturalna”, wedle której ci, co w 2006 i 2005 nie zdali egzaminu dojrzałości, jednak go zdali. Małżonka ministra gospodarki morskiej, Rafała Wiecheckiego z LPR-u (do niedawna wysokiego działacza Młodzieży Wszechpolskiej), została wysunięta przez MEN jako kandydatka na dyrektora Polsko-Niemieckiej Współpracy Młodzieży, co wywołało podejrzenia o kumoterstwo na szczeblu ministerialnym (minister Roman Giertych jest honorowym przewodniczącym Młodzieży Wszechpolskiej).

  

niedziela, 20 sierpnia 2006
120. Raport o IV RP (2)

  

2. Hasło „taniego państwa”.

  

A tymczasem powołano trzy nowe ministerstwa tylko po to, by zadowolić apetyty koalicjantów z Samoobrony i LPR, w planach jest stworzenie szeregu instytucji nadzorujących, kontrolujących, opiniujących i wychowujących (z siedzibami, kierownikami, samochodami, komórkami, sekretarkami, etatami). PiS zapowiadał likwidację ok. 50 instytucji – powołany po wyborach zespół stwierdził, że zlikwidować można tylko kilka. To, co się jednak likwiduje, w rzeczywistości zmienia tylko na ogół szyld i występuje już pod nową nazwą. Wzrósł budżet Kancelarii Prezydenta i Kancelarii Premiera, liczba podsekretarzy i sekretarzy stanu w Kancelarii Premiera jest dwukrotnie wyższa niż za rządów SLD. O kilkadziesiąt etatów wzrosły gabinety polityczne ministrów. Wzrosły też pensje w administracji rządowej. Wydatki na administrację rządową są w 2006 o kilka procent wyższe od ubiegłorocznych – wzrosły wydatki rządu na rozmowy telefoniczne (jest więcej służbowych komórek), samochody (zakupiono 100 nowych), sprzęt biurowy, kserokopiarki, inwestycje i remonty. W Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego pija się specjalną kawę „Nespresso” w kapsułkach, sprowadzaną z Włoch (1 opakowanie – 65 zł, do tego automat do parzenia za 2-4,5 tys. zł). Tymczasem premier Marcinkiewicz zapewniał, że w 2006 zostaną zaoszczędzone 3 mld zł w administracji. Wbrew zapowiedziom z kampanii wyborczej Lech Kaczyński nie redukuje znacząco liczby ośrodków prezydenckich (jest ich kilkanaście).

Wydatki budżetu państwa rosną w ogromnym tempie – w 2006 mają wzrosnąć o 7,7% (a już w 2005 wzrosły o 6,1%), podczas gdy PKB nominalnie wzrośnie mniej – o 6,6%. Tymczasem na wydatkach państwa w kolejnych latach cieniem kłaść się będą skutki ustawy o wcześniejszych emeryturach górniczych, o emeryturach pomostowych (obejmującej kilkadziesiąt grup zawodowych), wzrost wydatków socjalnych w ramach „polityki prorodzinnej” i „prorolniczej”. Są to wydatki sztywne, a więc raz uruchomione będą rosły niezależnie od koniunktury gospodarczej i finansowych możliwości państwa. Ponieważ PiS, a szczególnie Samoobrona i LPR, prezentują stanowiska populistyczne, gospodarczo tkwią w rozdawnictwie socjalistycznym, a zbliżają się wybory samorządowe i od dwóch lat wzrasta koniunktura gospodarcza (a władze w Polsce mają tendencje do przejadania owoców wzrostu, zamiast do oszczędzania) –  należy spodziewać się szeregu następnych „kiełbas wyborczych” w rodzaju becikowego. Dodatkowo wymowny jest fakt, że od objęcia władzy przez PiS w ciągu dziesięciu miesięcy mieliśmy już czterech ministrów finansów.

W kampanii wyborczej obiecywano także niższe podatki (w tym dwa progi 18 i 32% od 2007 roku) i obniżenie deficytu budżetowego – tymczasem obniżenie progów podatkowych ma nastąpić wedle dość mglistych zapowiedzi (obietnice, plany, zamierzenia, projekty, zapowiedzi i dobre chęci są w ogóle specjalnością tej ekipy, a brylował pośród nich premier Marcinkiewicz) dopiero w 2009. Zahamowana została całkowicie prywatyzacja. Obecny minister finansów Stanisław Kluza stwierdził, że w budżecie na 2007 zabraknie 4 mld zł dochodów, istnieją też poważne obawy, że pod koniec 2006 dług publiczny przekroczy pierwszy alarmowy próg – 50% PKB, a napędzają go właśnie wydatki socjalne. Albo więc obietnice koalicji nie zostaną dotrzymane, albo wzrosną podatki (choćby pośrednie), by zrekompensować wzrost wydatków. O populistycznym haśle „3 mln mieszkań w 8 lat” (czyli budowie ponad 1000 dziennie) nawet nie mówię – zdaje się, że prędzej powstanie 30 tysięcy miejsc w więzieniach, zwłaszcza że to akurat jest w gestii państwa. Zmniejsza się natomiast bezrobocie, bo dzięki otwarciu części rynków pracy w Unii Europejskiej ok. miliona Polaków dorabia na Zachodzie.

           

sobota, 19 sierpnia 2006
119. Raport o IV RP (1)

  

Nie lubię na tym blogu pisać o polityce, ale muszę raz na zawsze wyrzucić z siebie to, czego doświadczam w obecnej rzeczywistości. Oto więc Raport o tzw. „IV RP”, czyli rządach PiS-u, Samoobrony i LPR-u (przede wszystkim zamierzam skupić się na PiS-ie, jako że rządząca koalicja była jednak pewnym zaskoczeniem). Opublikowanych zostanie 8 punktów, podsumowujących ich „dokonania”, oraz porównujących je do zapowiedzi sprzed wyborów. Starałem się zebrać w jedno możliwie jak najwięcej szczegółów. Codziennie przez 8 dni będzie publikowany kolejny punkt Raportu.

  

1. Hasło zerwania z dziedzictwem PRL i dekomunizacji.

  

Tymczasem wybitnie postkomunistyczna Samoobrona, mająca niejasne powiązania z postesbeckimi służbami specjalnymi i wywiadem rosyjskim oraz LPR, której prezesa ojciec, Maciej Giertych, był doradcą gen. Jaruzelskiego w latach 80-tych, stanowią z PiS koalicję rządową. Prawą ręką ministra sprawiedliwości jest Andrzej Kryże, który jako sędzia w latach 70-tych i 80-tych prowadził sprawy przeciw opozycji politycznej (skazał na więzienie m.in. obecnego wicemarszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego), nie wykazując się bynajmniej łagodnością także wobec sprzyjających „Solidarności” sędziów. Natomiast PRL-owskim prokuratorem od lat 70-tych był obecny minister koordynator służb specjalnych, Zbigniew Wassermann. Członkiem PZPR był jeden z najbardziej zaufanych ludzi braci Kaczyńskich, minister skarbu Wojciech Jasiński, oraz minister rolnictwa, Andrzej Lepper, zaś ojciec ministra spraw wewnętrznych i administracji Ludwika Dorna, Henryk Dornbaum, był przed wojną członkiem Komunistycznej Partii Polski, zaś po wojnie lektorem marksizmu-leninizmu na Politechnice Warszawskiej. Poseł PiS-u, Tadeusz Cymański, był członkiem Związku Młodzieży Socjalistycznej oraz Socjalistycznego Związku Studentów Polskich.

Mimo tego obóz rządzący akcentuje swój antykomunizm i prawicowość, co przechodzi nawet w formy skrajne – obecny marszałek Sejmu Marek Jurek oraz obecny szef CBA Mariusz Kamiński (obaj z PiS) zasłynęli w 1998 „pielgrzymką” do Londynu, by spotkać się z oskarżanym o tortury i zbrodnicze mordy na opozycji gen. Augusto Pinochetem (podziękowali mu za „obronę praw człowieka”), zaś w 2006 poseł do Europarlamentu Maciej Giertych wystąpił z pochwałą gen. Francisco Franco, faszystowskiego dyktatora Hiszpanii. Znane są także wielokrotne pochwały Andrzeja Leppera (obecny minister rolnictwa) pod adresem programu gospodarczego Adolfa Hitlera. Będąca zapleczem współrządzącej LPR Młodzież Wszechpolska jest organizacją faszystowską, w której silne są akcenty antysemickie, ksenofobiczne i sympatie nazistowskie (faszystowskie pozdrowienie, hasła „Pedały do gazu!”, „Zrobimy z wami to, co Hitler zrobił z Żydami!”).

Warto zauważyć, że wrażenia estetyczne ze sprawowania władzy przez obecny układ rządzący przypominają pocztówkę z PRL-u: kiedyś też była przewodnia siła narodu, zapewniająca, że cieszy się poparciem wszystkich Polaków (PZPR) i mająca dwie przybudówki (SD i ZSL), co odpowiada obecnemu układowi PiS+Samoobrona+LPR. Huczne zjazdy partii odbywały się w Sali Kongresowej warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki (jak dziś), a telewizja zapewniała o sukcesach gospodarczych oraz wzywała do jedności partii i narodu (to Gierek). Wystąpienie w Sejmie 17 lutego 2006 prezesa PiS-u, Jarosława Kaczyńskiego, w którym zawarte zostały niezwykle agresywne sformułowania i pomówienia wobec całych grup społecznych (osławione „łże-elity”), przypominało straszny rok 1968 (to Gomułka – pewna przaśność prezesa Kaczyńskiego oraz jego brutalny język upodabniają go zresztą do towarzysza „Wiesława” i w innych sytuacjach). Otwierane właśnie PiS-owskie Punkty Obsługi Wyborców, które docelowo mają powstać w każdym powiecie, są odpowiednikiem PZPR-owskich „Podstawowych Organizacji (lub: komórek) Partyjnych” (tzw. „jaczejki”). Do wojska natomiast mają być wprowadzeni „oficerowie wychowawcy”, co przywołuje „chlubne” tradycje radzieckich „komisarzy politycznych”. Wszystkie te „smaczki” uzasadniają coraz powszechniejsze nazywanie tzw. „IV RP” – „PRL-em bis”.

  

23:58, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
czwartek, 17 sierpnia 2006
118. Pyrrus

  

Cofam się w przeszłość, wchodzę w smugę cienia…

Z najmłodszych i późniejszych lat zostało niewiele w pamięci, ale dziś widzę, jak wszystkie te przebłyski, luźne wspomnienia dotyczą w całości tych skrajnych sytuacji i postaw, które w znacznym stopniu, teraz dopiero uświadamianym, kształtowały mnie wyraziście, wywierały wpływ, decydowały o tym, co dopiero miało być, wyciskały niezatarte piętno, pozostawiały skazę… Były to – jak mówię – sytuacje skrajne i dramatyczne, nawet jeśli dziś ich dramatyzm wydaje się dziecinnie banalny i śmieszny, i był to czas, który bardzo wcześnie – za wcześnie – zmuszał mnie do uświadamiania sobie własnej odmienności, wyjątkowości (to nie znaczy – „lepszości”), nie konkretyzując jeszcze istoty mego konfliktu z otoczeniem, środowiskiem, rzeczywistością. Konflikt ten toczył się na wielu płaszczyznach, ale w gruncie rzeczy był wyrazem zewnętrznym tego, co siedziało we mnie, w środku, co biło się tam i kotłowało, usiłując znaleźć ujście, co wybuchało i przybierało różne formy.

Całe moje życie było – tak to dziś widzę – polem bitwy, w której walczyłem, jak mi się zdawało, o siebie, o to, co dla mnie najważniejsze. Odnosiłem na ogół triumfy, ale nie warte były one ceny, jaką przyszło mi po latach zapłacić. Dziś tak wiele rzeczy chciałbym odwrócić, inaczej postąpić. W gruncie rzeczy – zmieniłbym wszystko.

  

wtorek, 15 sierpnia 2006
117. Monolog

  

               Przyziemność i bezduszność są dobrem tej ziemi.

               Cóż przyjdzie z chęci sławy i głębokiej wiedzy,

               Umiłowania wolności, talentu,

               Gdy tego w życie wcielić nie możemy.

               Dzieci mroźnej Pónocy, jak tutejsze krzewy

               Zakwitamy na krótko i rychło więdniemy...

               I jakby na przyćmionym niebie słońce zimy,

               Dni nasze są bezbarwne, i bieg życia

               Niedługi i niezmiernie jednostajny...

               I jest nam duszno pod niebem ojczyzny.

               Na sercu brzemię legło, dusza tęskni

               Nie znając ni miłości, ni przyjaźni.

               Młodość nam szybko zatruwa niewiara,

               Wśród błahych burz zmierzamy ku starości.

               Gorzka nam życia wystygłego czara

               I radość w duszy nigdy nie zagości.

                         [Michaił Lermontow, Monolog. Przeł. T. Chróścielewski]

  

23:57, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
sobota, 12 sierpnia 2006
116. Miłość

  

Cóż pamiętam, co wymyśliłem? Wydaje mi się, jak gdybyś nigdy nie istniała, nie mijała mnie w korytarzu, nie przepływała obok, nie siedziała nigdy naprzeciw, nie milczała wraz ze mną, nie nosiła pomarańczowych bluzek i brązowych żakietów, nie wyginała szyi tak, jak nikt inny, nie chodziła i nie uśmiechała się, jak tylko Ty potrafisz, – potrafiłaś? A przecież istniałaś naprawdę, musiałaś istnieć, byłaś, byłaś na pewno, lecz nie taka, nie moja, nie ze mną... Wciąż ten refren z Achmatowej: Ty wymyśliłeś mnie. Takiej na świecie nie ma. / Takiej jak ja na świecie być nie może. Nie, byłaś, istniałaś realnie, a jednocześnie to ja Cię stworzyłem – po co właściwie? By poznać rozkosz, by zaznać goryczy? By się przekonać, by spróbować? Nie wiem już, co było prawdziwe, nie wiem, czy Ty byłaś prawdziwa. I cóż to było właściwie? Miłość? Oczywiście, że miłość. I gdy wreszcie się ona – tak żałosna i śmieszna, jałowa i niewysłowiona – wypali, gdy zacznie usychać i umierać, bo już nie widzę Twej twarzy, bo już nie pamiętam Twoich oczu, i tylko to wspomnienie wygiętej szyi… – gdy rozpływać się zaczniesz w mej pamięci, ja będę patrzył na tę śmierć i trzymał Cię mocno za rękę, tak by już nic, do końca, nie było mi oszczędzone…

  

Miłość. Oczywiście, że miłość…

  

czwartek, 10 sierpnia 2006
115. Dzień

  

               Wstajesz z łóżka

               zderzając się z ciepłą szybą okna,

               przygotowujesz, ubierasz, myjesz,

               zapachu znów nie zwalczysz. Biurko

               przyjmuje Cię jak dyby skazańca,

               przesuwasz ręką po Tacycie, który dziś

               – tak – nie przemówi, wypatrujesz listonoszki,

               która – już wiesz – odjechała.

               Remont gdzieś za ścianą zmusza do morderstwa,

               nie pamiętasz śniadania,

               za to obiad wywołuje wymioty. Telewizor

               nie poddaje się tak łatwo,

               zielony od zachodzącego słońca.

               W rozpalonej wannie krew pulsuje

               w skroniach, chłodna pościel

               rozkłada nagie nogi i wchodzisz w nią

               całą swoją gotowością.

               Dziesiąty sierpnia dwa tysiące sześć

               za dziewięć minut zacznie się od nowa.

  

23:51, alexanderson , Wierszo- / blogopisanie
Link
wtorek, 08 sierpnia 2006
114. Ich twarze...

  

Twarze, oczy, usta…

Mijane na ulicy, napotykane w przymierzalni, w kolejce, siedzące naprzeciw twarze, spojrzenia, od których uciekasz, oczy, w których chciałbyś się przejrzeć, twarze, oczy, usta, które chciałbyś całować, muskać palcami, usta, oczy, twarze, którymi się zachwycasz, które podziwiasz, które kochasz przez tych kilka sekund, od których się odwracasz, na które patrzysz z ukrycia, by nie być posądzonym o TO, twarze, oczy, usta, o których śnisz sny czyste, niewinne…

Gładkie twarze, błękitne oczy, różowe usta młodzieńców, których już nigdy więcej w swoim pustym życiu nie ujrzysz… 

   

                         obyż nie zobaczyli

                         wierszy tych o rozkoszy

                         wyszukanej, zwróconej

                         ku miłości jałowej,

                         która jest potępiana

                                   [Konstandinos Kawafis. Przeł. Z. Kubiak]

  

sobota, 05 sierpnia 2006
113. Różnice

  

Jak wiele spraw – błahych, wiem – jest powodem, że w kontakcie z drugim człowiekiem powstaje dystans, niechęć, wytwarza się bariera. Jak nietolerancyjnym jest się w głębi ducha, nawet tolerancję wyznając i umieszczając ją na sztandarach. Nie umiem wielu rzeczy zaakceptować. Czy jestem hipokrytą, obłudnikiem? Jakie mam prawo, by oceniać, piętnować? A z drugiej strony – gdzie jest ta granica, która wyznacza, co akceptować jeszcze można, a czego już nie należy? W sprawach fundamentalnych to imperatyw kategoryczny Kanta, wolność i nienaruszalność drugiej istoty, ale co z niepowstrzymanym odruchem niechęci wobec specyficznego zachowania lub ubioru, wobec określonych poglądów i wypowiadanych subiektywnych ocen, na które się głęboko nie zgadzam – dlaczego właściwie? Dlaczego, sam przynależąc do mniejszości pod kilkoma aż względami, daję i sobie narzucić czasem ten język konfrontacji, odrzucenia i pogardy, jaki upowszechnia się w naszym kraju, choć przecież funkcjonuje w nim od kilkuset już lat, będąc fundamentem osławionego „polskiego piekiełka”?

Wyciągnąć rękę do drugiego człowieka, wysłuchać go z życzliwością, uznać jego racje – to takie trudne, tak często przeze mnie deklarowane, a tak trudne w praktyce.

Mądrość żydowska powiada, że należy cierpliwie powtarzać: Chwała Stwórcy, który uczynił tego człowieka tak odmiennym…

Różnijmy się pięknie.

  

Tagi: homo
22:26, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 03 sierpnia 2006
112. Bić się czy nie bić?

  

Pół dnia męczę się przed komputerem (bo już trzy dni coś robię!), usiłując wydobyć z Internetu pewną przydatną i konieczną rzecz, by wreszcie – zdawszy sobie sprawę z własnej indolencji technicznej i bezsilności wobec oporu materii – ulec zniechęceniu, poddać się, martwić parę godzin, i nagle, wieczorem wpaść na pomysł upraszczający całą sprawę i rozwiązujący problem w inny sposób.

Nie zawsze trzeba walczyć do końca. Czasem można się poddać. Przeczekać.

  

22:36, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
 
1 , 2
Archiwum
Tagi