~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
piątek, 31 sierpnia 2007
271. Próba - lekcja 1.

  

Odkrycie, że jego sytuacja, kondycja, doświadczenie nie są unikalne – zaskoczyła go. Było jednak za wcześnie, by znaleźć w tym pocieszenie. Będzie się jeszcze długo z tym oswajać. Ten okres niesie też ze sobą duże niebezpieczeństwo – zbyt mocno może się uchwycić wyciągniętej ręki (tym mocniej, że chwyta ją po raz pierwszy), za bardzo chcieć pójść na skróty, za wiele sobie obiecywać, albo za szybko poddać na pierwszym zakręcie. Na razie ma nadzieję i próbuje. Napotkał jednak trudności: chciał przyspieszyć, a musi zwolnić. Trzeba więc będzie walczyć z wątpliwościami…

  

Tagi: homo
17:20, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (3) »
środa, 29 sierpnia 2007
270. J.

  

Od kilku dni wyraźnie odczuwał, że jest inaczej – niby niewiele się wydarzyło, a jednak stało się coś bardzo istotnego. Pojawił się w jego życiu ktoś inny i zaczął z tym wiązać dużą nadzieję – na zmianę. Oby ten początek był dlań prawdziwym początkiem…

   

                    „Tylko z wytrwałości bierze się wytrwałość. 

                    Gestami stwarzałem niewidzialny sznur. 

                    I wspinałem się po nim, i trzymał mnie”. 

                                   [Czesław Miłosz, Czarodziejska Góra]

  

Ma 27 lat i dopiero teraz zaczyna się uczyć życia od podstaw. Idzie krok po kroku. Bierze nawet korepetycje.

  

poniedziałek, 27 sierpnia 2007
269. Oida ouden eidos

  

Szukanie tematu, „wymyślanie” godnych zanotowania refleksji, zastanawianie się (czy to jest warte?) i czekanie (czy przyjdzie do głowy lepsze?) – a i tak kończy się to wszystko milczeniem, bo znowu pustka, bo znowu nic, bo się nie wie, nie potrafi, nie umie. Bo nie dostrzega się życia prawdziwego, w jego banalności, codzienności. Nie wie się… Po dniu, z którego nic nie zostanie, po dniu, którego nie było, tego jednego można być pewnym.

Jaka to straszna rzecz – nie wiedzieć...

  

23:55, alexanderson , Wierszo- / blogopisanie
Link
sobota, 25 sierpnia 2007
268. Ukąszenie

  

Z racji zawodowych spędzam już parę lat na analizie XVIII-wiecznej poezji panegirycznej, gdzie rangi twórcy nie wyznaczała miara jego talentu, lecz deklarowany w utworach serwilizm wobec koronowanego mecenasa. W późniejszych systemach totalitarnych część artystów nie zdołała się oprzeć „heglowskiemu ukąszeniu”, ale też najwybitniejsi umieli w końcu przejrzeć na oczy. Niektórzy jednak tracą ostrość spojrzenia na starość. Zaglądam oto do wywiadu z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem w „Rzeczpospolitej” (25-26 VIII) i z każdym zdaniem ogarnia mnie coraz większe zdumienie, a w końcu zażenowanie:

„Wszystko, co robi Jarosław Kaczyński, jest dobre dla Polski. Podkreślam – wszystko. To zdanie obejmuje także jego błędy, jego pomyłki, jego niepowodzenia, jego nieudane przedsięwzięcia. Nie udaje mu się wiele rzeczy. Oceniając ludzi, często się myli. Potem musi się publicznie dystansować od tych, którzy go zawiedli. Pewnie (tego się tylko domyślam) myli się też w innych sprawach. Ale to w ogóle nie jest ważne. Wszystko, co robił Marszałek, też było dobre dla Polski (…)

Uważam, że Jarosław Kaczyński jest największym polskim politykiem od czasów Józefa Piłsudskiego”.

Skąd bierze się psychologiczny mechanizm bezgranicznego zaufania do osoby przywódcy – partyjnego, religijnego, państwowego? Skąd biorą się pełne uwielbienia peany, nieznające granic hiperbole, niechęć do cieniowania zjawisk? – według Markiewicza „takie a nie inne poglądy [polityczne] ma się [wyłącznie] dlatego, że się donosiło lub nie donosiło”.

Blaski i cienie baroku odbijają się teraz w spojrzeniu poety na świat…

  

wtorek, 21 sierpnia 2007
267. Skaza

   

                    „Jakież to piętno na tobie, paniczu,

                    Już teraz chory na swoją osobność,

                    Z jedną tęsknotą: żeby być jak inni?” 

                                             [Czesław Miłosz, Chłopiec]

  

niedziela, 19 sierpnia 2007
266. Bojaźń

  

Nawet gdy pojawia się pomocna dłoń, mogąca przynieść ocalenie, ja jej nie chwytam – tak bardzo bym chciał, a tak bardzo nie umiem, tak bardzo się boję. Czego właściwie?

Że też strach przed samym sobą może być aż tak paraliżujący...

  

piątek, 17 sierpnia 2007
265. Głosy

  

A może moje milczenie skrywa wewnętrzną pustkę, umysłową impotencję – jeszcze jedną, obok uczuciowej i seksualnej. Może te wszystkie książki, filmy, wrażenia i refleksje, cały ten bagaż, jaki z sobą noszę, owo bogactwo, z którego – wydawało mi się – nieustannie czerpię, może to nic nie warte, może to właśnie mnie tłamsi i hamuje? Może całe to oczytanie to tylko ułuda, za którą kryje się zwykła głupota? Głupota, bo przecież patrzę na życie z boku, nie potrafiąc w nim uczestniczyć. Może jestem złudzeniem dla samego siebie…

  

                    „Otoczę się milczeniem

                    i rozkwitną we mnie głosy.

                    Zamknę się

                    i zrobi się we mnie więcej miejsca”.

                                   [Anna Świrszczyńska, Pochwała samotności]

  

środa, 15 sierpnia 2007
264. Powrót

  

To dziwne uczucie wrócić po dłuższym czasie do swych starych tekstów, do minionych uczuć, myśli, obrazów, do swego dawnego języka. Wiele zgrabnych puent i bon motów zachowało swój urok do dziś, wiele wyrażeń trąci dziś przesadnym sentymentalizmem i egzaltacją. W trakcie takiej wędrówki odkrywa się, przypomina siebie na nowo i jest w tym coś podobnego do przeglądania swoich starych fotografii: o tym, co na jednych, można by opowiedzieć długie historie, w przypadku innych nie sposób sobie przypomnieć, gdzie zostały zrobione i co przedstawiają, a jeszcze inne zdjęcia chciałoby się rzucić w ogień. Wiele już takich zdjęć spaliłem. Czy to znaczy, że mordowałem sam siebie?...

  

niedziela, 12 sierpnia 2007
263. Zaduch

  

W telewizji wzajemne oskarżenia o podsłuchy, kłamstwa i prowokacje, zażarte kłótnie i wyzwiska przeplatają się z reklamami partii rządzącej, dzięki której codziennie wstaje słońce, a chleb pojawia się na stołach.

   

          „…Piękno naszej rzeczywistości tak zapiera dech,

          że ktoś bardziej wrażliwy może się udusić”. 

                         [Stanisław Barańczak, N. N. wysłuchuje pogadanki radiowej]

  

czwartek, 09 sierpnia 2007
262. ...quod esset bonum

  

Budzisz się wczesnym rankiem i nie możesz znów zasnąć; leżysz spokojnie, wpatrując się w kolejne elementy twojego otoczenia, usiłując skupić na czymś wzrok, zająć czymś umysł; z natłoku bardzo swobodnych myśli i skojarzeń nagle zwracasz się ku przedmiotowi twojego wielomiesięcznego trudu, i po chwili coś zaczyna ci świtać w głowie, pojawia się plan, przychodzą kolejne, układające się w logiczną całość zdania; wszystko to wydaje się rozwiązywać problem, który od dawna cię zajmował, ma pozór błyskotliwości, odkrywczości; przez jakiś jeszcze czas powtarzasz to sobie w myślach, usiłując upewnić się, zapamiętać, po czym zrywasz się nagle, chwytasz pierwszą lepszą kartkę i zapisujesz, pragniesz utrwalić to jak najszybciej, za wszelką cenę; już pierwsze słowa są potknięciem wobec zamyślonej idei, ale brniesz dalej; w kolejnych frazach jednak, jakkolwiek oddają one zamierzony sens, nie ma już owej zgrabności i precyzji, tej finezyjności z przebłyskiem geniuszu, która poraziła cię na początku; gdy kończysz, wydaje ci się, że to nie To, że Tamto było lepsze, że zostało utracone. Nie rozpaczasz już jednak, przyzwyczaiłeś się, zrozumiałeś naturę tego procesu. Znasz też swoje możliwości – patrzysz na skończone dzieło i wiesz, że jest dobre…

  

wtorek, 07 sierpnia 2007
261. Klęska

  

I znów kolejny dzień, znów początek kolejnego tygodnia, a ja – mimo ustawicznych postanowień, mimo nieustannego wyrzutu sumienia – nie mogę wziąć się do pracy, nie umiem zmusić się i skończyć to, co zaledwie zacząłem. Jak mam napisać tę dysertację, skoro nie mam do niej serca, nie mam pomysłów, jeśli uważam ją za pomyłkę? Im bardziej mija czas, z tym większym napięciem czekam na katastrofę, jak gdybym odkrył w sobie duszę hazardzisty i rzucił wyzwanie losowi, świadom, że przegram, a mimo to grając dalej…

Nigdy nie pociągał mnie sukces, w klęsce natomiast jest coś fascynującego. Czyżbym chciał się o tym naocznie przekonać? Wszak zrezygnowałem już w życiu z tylu rzeczy...

   

          „Dla niektórych ludzi przychodzi taka godzina, 

          kiedy muszą powiedzieć wielkie Tak

          albo wielkie Nie. Od razu widać, kto z nich w sobie ma

          gotowe Tak. Wypowiedziawszy je, coraz wyżej się wspina,

   

          wzrasta i w ludzkiej czci, i w zaufaniu do samego siebie.

          Ten, kto powiedział Nie – nie żałuje. Gdyby zapytali go, czy chce

          odwołać je, nie odwoła. Ale właśnie to Nie – 

          to słuszne Nie – na całe życie go grzebie”. 

                 [Konstandinos Kawafis, Che fece… il gran rifiuto. Przeł. Z. Kubiak]

  

poniedziałek, 06 sierpnia 2007
260. Telekracja

  

Jeszcze w nawiązaniu do wczorajszego:

  

„Karl Popper (…) za główne dziś zagrożenie dla demokracji uznawał (…) telewizję. W swoim intelektualnym testamencie pisał wprost: »Telewizja posiada w ramach demokracji zbyt wielką władzę. Żadna demokracja nie przetrwa, jeżeli nie położy się kresu tej wszechwładzy«. (…)

Skąd tak ostre sądy? Otóż zdaniem Poppera »demokracja polega na poddaniu władzy politycznej określonej kontroli. Stanowi to jej istotę. W demokracji nie powinna istnieć żadna niekontrolowana władza polityczna. Telewizja stała się w naszych czasach kolosalną władzą, być może największą ze wszystkich, tak jakby zastąpiła głos Boga«. Dlatego też – według niego – istnieje tylko jedno rozwiązanie: »demokracja nie będzie mogła istnieć, jeżeli telewizji nie podda się kontroli«.

Jest faktem, że »czwarta władza«, jak zauważył słusznie Popper, znajduje się poza demokratyczną kontrolą: jej decydenci nie są wybierani w wolnych wyborach, nie są rozliczani przez elektorat i nie mogą być odwołani przez zdecydowanie wyrażoną wolę większości obywateli. Austriackiemu myślicielowi chodziło jednak o coś więcej – mianowicie demokracja, żeby przetrwać, musi być zakorzeniona nie tylko w procedurach, lecz również w mentalności, a telewizja skutecznie podmywa ów światopoglądowy fundament. Poza tym zdobywa ona w społeczeństwie tak duży wpływ, że podporządkowuje swoim mechanizmom funkcjonowania reguły demokracji.

System demokratyczny opiera się na założeniu, że obywatele, kierując się swoim rozumem, są w stanie wybrać spośród różnych ofert politycznych taką, która będzie dla nich najbardziej korzystna. Sprawa była stosunkowo prosta w starożytnych Atenach, kiedy wszyscy uczestnicy życia politycznego mogli się zebrać na agorze, a między wyborcami a wybieranymi istniał kontakt bezpośredni. Dzisiaj jest to fizycznie niemożliwe, a kontakt między obywatelem a politykiem z konieczności odbywa się w sposób wielostopniowy. Rolę głównego pośrednika, przy pomocy którego polityczne oferty trafiają do ludzi, pełni dziś telewizja. Czy jest ona wiernym przekaźnikiem, czy też zniekształca przekaz?

Otóż zgodnie ze spostrzeżeniem Marshalla McLuhana, że już sam środek przekazu jest przekazem, można powiedzieć, iż rodzaj nośnika determinuje charakter zawartych na nim treści. Telewizja wymusza na demokracji dostosowanie się do swych reguł. Redukuje i deformuje przekaz, odwołując się przy tym głównie do ludzkich nastrojów i emocji, a nie do refleksji. W efekcie kampanie wyborcze, wypłukane z debat programowych, zaczynają rządzić się logiką akcji promocyjno-reklamowych albo konkursów piękności. O sukcesie decyduje nie rzeczywista waga programowa danej propozycji, lecz chwytliwe hasło lub sugestywny spot wyborczy. (…) Dziś bowiem decydujące jest wrażenie, jakie się wywiera.

(…) Być może więc słusznie byłoby nazwać system panujący dziś w krajach zachodnich demokracją telewizyjną lub też telekracją, gdyż narzucone przez medium warunki gry nie mają wcale charakteru demokratycznego. Co więcej, zdaniem Poppera telewizja na tyle zdeformowała istotę demokracji, że wypaczyła jej sens.

Siłę i znaczenie telekracji jeszcze mocniej widać w państwach autorytarnych, gdzie nie ma tradycji demokratycznych, jak np. w Rosji. To przecież dzięki telewizji nikomu nieznany wcześniej pułkownik KGB stał się w ciągu trzech miesięcy najpopularniejszą osobą w państwie. Do dziś telewizja stanowi zresztą jeden z głównych instrumentów sprawowania władzy przez Putina i utrzymywania przez niego wpływów w społeczeństwie.

Popper w swej krytyce telewizji idzie jeszcze dalej, pisząc o niej, że »jakby zastąpiła głos Boga«. Telewizja pełni bowiem obecnie rolę czegoś w rodzaju »urzędu nauczycielskiego« ludzkości. Na podobieństwo Magisterium Kościoła z jednej strony »podaje do wierzenia«, z drugiej zaś propaguje jako normę określoną moralność i styl życia. W określeniu »podawanie do wierzenia« nie ma bynajmniej złośliwości. Jak zauważył w encyklice »Fides et ratio« Jan Paweł II, życie ludzkie zasadniczo opiera się na wierze – i to nie tylko wierze w Boga. Wierzymy bowiem w to, co mówią nam rodzice, sąsiedzi, znajomi, nauczyciele. Uczeń w szkole nie sprawdza przecież prawdziwości każdej informacji podanej mu przez nauczyciela, tylko wierzy mu z zasady. Podobnie z zasady wierzymy w to, co przekazują nam – czy też »podają do wierzenia« – media.

Powstaje jednak pytanie, czy media stworzone zostały po to, by przekazywać prawdę, a więc pokazywać rzeczywistość taką, jaką ona jest. Komercyjne stacje telewizyjne powstały nie po to, by informować o świecie, ale po to, by zarabiać pieniądze i przynosić zysk ich właścicielom. (…) Zysk, jak wiadomo, zależy od reklam, te zaś od oglądalności. Każdy sposób jest więc dobry, by przykuć widza do ekranu i podnieść oglądalność. Najczęściej odbywa się to kosztem deformowania przedstawianej rzeczywistości.

W ten sposób dochodzimy do kwestii, która wywoływała szczególne oburzenie Poppera, gdyż wiązała się z kwestią formacyjnej i wychowawczej roli telewizji. W swej krytyce austriacki myśliciel sięgał do przedpolitycznych źródeł demokracji, zwracając uwagę na fundamentalną kwestię pedagogiki. (…) Wielokrotnie podkreślał, że demokracja wymaga tego, by od najmłodszych lat wychowywano do niej świadomych obywateli. Jego zdaniem we współczesnych społeczeństwach rolę głównego wychowawcy wzięła na siebie właśnie telewizja, która stała się »złą nauczycielką« i »szkołą gwałtu«.

Nie została ona powołana do życia jako instytucja edukacyjna, pedagogiczna czy formacyjna. Jednak mimowolnie funkcję taką pełni – wystarczy wspomnieć, że przeciętny nastolatek w krajach zachodnich spędza przed telewizorem lub komputerem 40 godzin tygodniowo, a z kolegami lub rodziną tylko 32 godziny w tygodniu. Jego »naturalnym środowiskiem« stają się nie najbliżsi, lecz media. Stają się one nie tylko podstawowym źródłem wiedzy o świecie, lecz także inspiracją do poszukiwania w tym świecie miejsca dla siebie.

Tymczasem obraz rzeczywistości jest w telewizji zdeformowany, gdyż pomaga w ten sposób zatrzymać uwagę widza. To wszystko w umysłach dzieci, które nie potrafią jeszcze rozumować dedukcyjnie ani odkrywać ukrytych treści, tworzy fałszywą wizję świata i swojego w nim miejsca. W świecie tym panuje konsumpcjonizm, dominuje roszczeniowa postawa wobec otoczenia, rację ma zazwyczaj silniejszy, nie ma związku między pracą a płacą. Jak pisze amerykański naukowiec John Condry, »telewizja nie może być pożytecznym źródłem informacji dla dzieci, raczej może być wręcz niebezpieczna. Idee, które promuje, są fałszywe, nierealistyczne, nie prezentuje żadnego spójnego systemu wartości, a system wartości, jaki proponuje, służy jedynie konsumpcji«.

Poza tym telewizja zmienia sposób percepcji wśród dzieci. Najczęściej oglądają one filmy animowane, w których ich uwagę pomagają utrzymywać określone efekty dźwiękowe. Częste oglądanie tego typu produkcji (a już w szóstym roku życia 90 procent amerykańskich dzieci ma nawyk oglądania telewizji) powoduje, że z czasem dzieci nie są w stanie skupić dłużej swojej uwagi na przekazie pozbawionym efektów dźwiękowych i szybkich cięć montażowych. Po takim treningu zmysłów namiętni widzowie kreskówek mają – już jako osoby dorosłe – duże kłopoty z koncentracją przy lekturze i z długofalowym wysiłkiem umysłowym.

To właśnie budziło zgrozę Poppera – że telewizja kształtuje nie jednostki wolne, krytyczne i odpowiedzialne, lecz bierne, powierzchowne i sentymentalne. Formuje nie tyle świadomych obywateli społeczeństwa informacyjnego, ile »dobrze zabawioną widownię«, by użyć określenia Ala Gore’a.

Demokracja nie jest dana raz na zawsze, lecz trzeba umieć potwierdzać ją i bronić w każdym pokoleniu – ostrzegał Popper, który sam widział upadek demokracji w międzywojennej Europie. Dlatego też przed śmiercią bał się, że nowe generacje wychowane na telewizji nie będą zdolne do obrony wolności, którą odziedziczyły po swoich rodzicach. Obawiał się, że we współczesnych telekracjach, podobnie jak w systemach totalitarnych, jednostki poddawane będą masowej indoktrynacji i manipulacji – tym razem jednak za pomocą bardziej wyrafinowanych środków niejawnej perswazji.

Symptomatyczna była reakcja Poppera na rozmowę z pewnym niemieckim producentem telewizyjnym, który przekonywał go, że musi »dawać ludziom to, czego oni oczekują«, gdyż jest to zgodne z zasadami demokracji. »Otóż – odpowiadał Popper – nic w demokracji nie usprawiedliwia tezy tego dyrektora stacji telewizyjnej, dla którego produkowanie coraz marniejszych programów odpowiada zasadom demokracji, „gdyż ludzie tego chcą”. Gdyby tak było, to do diabła z demokracją!«.

Podobne stanowisko prezentuje niemiecki filozof Jürgen Habermas, który zauważa, że tego typu telewizyjna produkcja komercyjna to »towar, który równocześnie testuje i przekształca upodobania klientów«. Twierdzenie, że ludzie tego chcą, jest – jego zdaniem – przestarzałe i mylące.

Jak wobec tego wyrwać się z pułapki telekracji? To ciekawe, w jaki sposób rozwiązania, które proponują myśliciele europejscy i amerykańscy, różnią się między sobą. O ile pierwsi kładą nacisk na rolę państwa, o tyle drudzy liczą raczej na społeczeństwo. Popper proponował powołanie organizacji państwowych, w większym stopniu kontrolujących rynek medialny i narzucających nadawcom powinności w sferze publicznej. Habermas, powołując się na niemieckie prawo medialne, uważał, że powinny istnieć regulacje nakładające na nadawców zadania związane z pełnieniem misji publicznej.

Inne jest podejście Amerykanów. John Condry sądzi, że z telewizją należy nauczyć się żyć. I to nauczyć się w sensie jak najbardziej dosłownym – przez rozpowszechnienie edukacji medialnej. Obecnie w wielu stanach USA prowadzone są w szkołach fakultatywne zajęcia z edukacji medialnej. Ich podstawą jest założenie, że skoro ludzie tak często obcują z mediami elektronicznymi, to powinni umieć się nimi posługiwać. W szkołach przecież omawiane są lektury książkowe. (…) Skoro więc nastolatki uczą się odczytywać sens utworów literackich i odkrywać ich głębsze znaczenie, dlaczego nie miałyby analizować audycji telewizyjnych? Dlaczego nie miałyby poznawać technik manipulacyjnych? Doświadczenie pokazuje, że tam, gdzie prowadzone są zajęcia z edukacji medialnej, zwiększa się dystans i krytycyzm wobec telewizyjnej oferty.

Inne antidotum na dominację telewizji przedstawia Al Gore. Nadzieją jest dla niego rozwój Internetu – najbardziej interaktywnego medium w dziejach ludzkości. Przełamuje on charakterystyczną dla telewidzów bierność, pozwala wielu ludziom na bezpośrednią komunikację, a zarazem zapewnia dostęp do oceanu wiedzy.

W Polsce jako jeden z pierwszych głos na ten temat zabrał Marcin Król, który słusznie zauważył, że telewizyjni decydenci kojarzą przeciętnego odbiorcę z »człowiekiem dość głupim, patrzącym na świat wyłącznie z materialnego punktu widzenia, czasem również skłonnym do możliwie najtańszych wzruszeń. Ów przeciętny odbiorca ponadto lubi, gdy ktoś kogoś kopie lub kogoś kopią, a on potem zabija. Ów przeciętny odbiorca wytrzymuje trzy minuty poważnej wypowiedzi i oczekuje, że będzie nieustannie otrzymywał z telewizji nową strawę dla swojej ledwie istniejącej wyobraźni. Nie dysponuje zdolnością porównywania fikcji z rzeczywistością, ma ograniczone poczucie humoru, trzeba mu podpowiedzieć, kiedy pada dowcip, i wreszcie jest politycznie indyferentny. Jest to ponura i z gruntu negatywna wizja ludzkiej natury«.

Głos Marcina Króla pozostaje na razie odosobniony. W Polsce ani świadomość prawna, ani refleksja medialna nie nadążają za zmianami technologicznymi na rynku mediów elektronicznych. Poważna debata na temat telekracji, czyli wpływu mediów na demokrację, jest jeszcze przed nami”.

               [G. Górny, Era telekracji, „Rzeczpospolita 14-15 VII 2007].

  

niedziela, 05 sierpnia 2007
259. Ogłupienie

  

Dwa wielkie odejścia, od jakich zaczął się ten tydzień – odejścia, finalizujące dwa wielkie milczenia – rodzą pytania o kondycję współczesnej kultury, której rysem charakterystycznym jest ogólnoświatowa histeria na punkcie Harry’ego Pottera. Wydaje się, że mamy do czynienia z postępującą infantylizacją ludzkości, a do tego również z tabloidyzacją mediów, banalizacją sztuki, komercjalizacją sportu, populizacją polityki, spłyceniem metafizyczności… Wydaje się też, że nie sposób już chyba zapobiec owym zjawiskom, które mogą się jedynie nasilać, pogłębiając ogłupienie społeczeństw i jałowość ich myśli o świecie. W szkole nie czyta się arcydzieł literatury, tylko ich streszczenia – o ile czyta się w ogóle. Nazwiska wielkich reżyserów filmowych wywołują grymas znudzenia. Debata polityczna nie dotyka w ogóle rzeczywistych problemów społecznych i nie przynosi na nie recept, bo każda odważna propozycja reform oznacza stratę punktów procentowych w sondażach, a społeczeństwa domagają się łatwych i prostych diagnoz. Każdy przekaz ulega spłyceniu, panuje dyktatura obrazu i skrótu...

Każdy, kto próbuje się temu przeciwstawić, naraża się na zarzut snobizmu pseudoelit lub oderwanego od życia idealizmu. Efektem jest bezradne zamykanie się obrońców przeszłości w Okopach Świętej Trójcy, skazanych na nieuchronną kapitulację. Ponura ta wizja przeraża tym mocniej, że w przyszłości będzie tak samo – tylko bardziej…

  

sobota, 04 sierpnia 2007
258. Modlitwa o deszcz

  

„Latem zeszłego roku marszałek Sejmu wezwał parlamentarzystów, by udali się do kaplicy w celu wzięcia udziału w modlitwie o deszcz, gdyż Polskę nawiedziła susza. Był to zapewne jedyny taki przypadek w dziejach europejskiego parlamentaryzmu. Podobnie rzadko zdarzało się w historii Unii Europejskiej, by szef jakiegoś rządu chciał umierać za system ważenia głosów.

Dlatego też po ostatnim szczycie brukselskim wielu cudzoziemców zapytywało: Co się stało z Polską?

Nadszedł moment, gdy Polacy muszą to pytanie postawić sobie samym. I muszą odpowiedzieć, że od czasu ostatnich wyborów parlamentarnych i prezydenckich Polska stała się innym krajem.

Z republiki demokratycznej – gdzie wszyscy obywatele mieli równe prawa, gdzie obowiązywała niezawisłość sądów powszechnych i Trybunału Konstytucyjnego, gdzie respektowano prawa człowieka i zasadę domniemania niewinności, gdzie monopol epoki komunizmu został zastąpiony pluralizmem w parlamencie, samorządzie lokalnym i mediach publicznych, gdzie kompromis i tolerancja były cnotami, a fanatyzm i mściwość pozostawały w niełasce, gdzie przystąpienie do Unii Europejskiej obchodzono jak święto narodowe – Polska staje się z wolna państwem, gdzie wszystkie te wartości i obyczaje zostają zakwestionowane.

Polska staje się państwem pełzającego zamachu stanu. Jego finałem ma być system, który istniejące instytucje pozbawi substancji demokratycznej i uczyni fikcją.

Nie znaczy to oczywiście, że Jarosław Kaczyński, lider rządzącej koalicji, jest faszystą czy komunistą. Nie znaczy to również, że w Polsce zlikwidowano wolną prasę, ogłoszono koniec wolnych wyborów, a opozycyjnych polityków uwięziono w twierdzy brzeskiej bądź osadzono w obozie koncentracyjnym w Berezie Kartuskiej. Nie znaczy to też, że Kaczyński zechce jutro wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej lub doprowadzi do jej wykluczenia.

Jednak Jarosław Kaczyński konsekwentnie dążył do zaprowadzenia osobistego systemu rządów i osiągnął w tej materii sukces wprost zdumiewający – żaden szef rządu po 1989 r. nie dysponował taką władzą.

Dziś używa on tej władzy, by całkowicie odmienić system polityczny w Polsce i politykę polską wobec świata. Robi to skutecznie już blisko dwa lata, ciesząc się niezmiennie poparciem około jednej trzeciej wyborców. Jego politykę trzeba określić jako wielki sukces osobisty i katastrofę dla obozu polskiej demokracji. Wiele wskazuje, że obóz Kaczyńskiego, czyli Polski populistycznej, mimo okresowych zawirowań, zachowuje stabilność i może sprawować władzę przez następne sześć lat. Będzie to historyczna porażka Polski demokratycznej.

Polska populistyczna ma kilka twarzy. Istnieje ona od wielu lat, ale po raz pierwszy występuje w zwartym bloku koalicyjnym. Kaczyński zbudował koalicję z dwiema partiami, które wcześniej powszechnie uchodziły za wrogie porządkowi demokratycznemu, a które on sam uważał za szkodliwe i antypaństwowe. W katolickim fundamentalizmie LPR widział prostą drogę do dechrystianizacji Polski i rękę moskiewskiej agentury; o Samoobronie wypowiadał się równie krytycznie. Obie te partie – jedna z nich nawiązuje do tradycji przedwojennego faszyzmu polskiego, druga jest skrajnie populistyczną, awanturniczą i kryminalną wersją formacji postkomunistycznej – są z definicji wrogie Unii Europejskiej i systemowi jej wartości. Ich przedstawiciele wygłaszają pochwały gen. Franco i Salazara, walczą z teorią Darwina, żądają usunięcia z lektur szkolnych Goethego, Conrada i Dostojewskiego, dopuszczają się bezprzykładnych kłamstw na temat historii najnowszej i nikczemnych przestępstw kryminalnych.

W takim towarzystwie Kaczyński realizuje »rewolucję moralną« i »oczyszczanie państwa z nieprawości«.

Nieprawości – zwłaszcza korupcyjnych – było niemało w epoce rządów SLD, poprzedzających zwycięstwo partii Kaczyńskiego. Tak jak historyczną zasługą przywódców formacji komunistycznej było przekonanie własnego elektoratu do Polski demokratycznej, rynkowej, suwerennej i prozachodniej, tak ich historyczną winą była tolerancja dla obyczaju zawłaszczenia państwa przez koterie partyjne i milczące przyzwolenie na korupcję. Co się tyczy przejmowania państwa przez koterie, partia Kaczyńskiego wespół z LPR i Samoobroną zdystansowała już postkomunistów o kilka długości. Rządząca koalicja poszła zresztą znacznie dalej – opanowanie instytucji publicznych (np. Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Narodowego Banku Polskiego, MSZ, Najwyższej Izby Kontroli, wielu spółek skarbu państwa) posunęła do patologicznej perfekcji. Prokuratura, służby specjalne i Instytut Pamięci Narodowej – dysponent akt komunistycznego aparatu bezpieczeństwa – zostały opanowane w całości. Stały się dyspozycyjne wobec rządu. Stały się instrumentem budowania państwa podejrzliwości i strachu.

(…) Towarzyszy temu – typowa dla wszystkich populistów – retoryka spisku i zagrożenia. Oto Polską ostatnich kilkunastu lat – Polską demokratyczną i niepodległą – rządzić miał układ postkomunistyczny, który Polaków okradał i prowadził na manowce. Ten układ wyznawał w polityce zagranicznej filozofię »białej flagi«, czyli kapitulanctwa i klientelizmu wobec państw obcych. Dlatego – zdaniem Kaczyńskiego – należało oczyścić polską dyplomację z tych, którzy, będąc wrogiem wewnętrznym, wysługiwali się wrogom zewnętrznym – Unii Europejskiej, a w szczególności Republice Federalnej Niemiec.

W tym, co piszę, nie ma śladu karykatury. Kaczyński traktuje Unię Europejską jako zagrożenie, jako sprytny manewr polityki niemieckiej, który ma uczynić z Niemiec dyktatora Europy i utorować im drogę do kolejnej – pokojowej – dominacji nad Polską. Kto sądzi inaczej, ten wkracza na terytorium potencjalnej zdrady narodowej. Bowiem dla Jarosława Kaczyńskiego Polska to tyle, co on sam – wraz z bratem i najbliższymi współpracownikami.

Brzmi to wszystko, jak najbardziej ponura wizja polskości kreślona przez Witolda Gombrowicza. Może właśnie dlatego Gombrowicz miał być usunięty ze spisu lektur szkolnych... Zważmy jednak – to nie jest głupota. To jest przemyślana arogancja wobec swoich i wobec obcych. Unia Europejska jest dla Kaczyńskiego dobra, gdy daje pieniądze i pozwala na sprzeciw wobec wrogiej Polsce polityki energetycznej Kremla. Jest natomiast zła, gdy pozwala sobie na krytyczne opinie wobec polityki rządzącej koalicji. Wtedy Angela Merkel staje się spadkobierczynią w prostej linii Adolfa Hitlera i winna się czuć odpowiedzialna, także finansowo, za zbrodnie nazistowskie. W sporze o sposób liczenia głosów okazało się, że gdyby nie Niemcy, Polska miałaby dziś 66 mln obywateli.

Właściwie – dodajmy dla sprawiedliwości – nie powinno to dziwić, skoro Kaczyński obwinia wszystkich swoich poprzedników o działania antynarodowe, atakuje w sposób nikczemny Bronisława Geremka, jednego z najbardziej szanowanych w świecie i zasłużonych dla Polski intelektualistów i polityków, a kierownictwo »Gazety Wyborczej« łączy z ideologią KPP i jakichś frakcji w PZPR...

Nie rozumiem, z jakich kompleksów – bo przecież nie z głupoty i niewiedzy – wynika ta agresja, która w każdym krytyku każe Kaczyńskiemu widzieć śmiertelnego wroga i zdrajcę narodu. I wolę tego nie dociekać.

Wśród zwolenników polityki Kaczyńskiego pojawiła się ostatnio myśl, że spór z Unią Europejską jest po prostu kontynuacją sporu z Polską demokratyczną, bowiem Unia Europejska jest zdominowana przez liberałów. Nie jest to myśl absurdalna – Unia stanowi rodzaj kotwicy dla wolności i ładu demokratycznego we wszystkich państwach członkowskich. Dlatego powtarzane przez Kaczyńskiego pomysły przywrócenia kary śmierci – choć są pustą demagogią – są też zapewne szczerym wyznaniem wiary, jakże miło wysłuchiwanym przez jego elektorat.

Żeby rządzić tak, jak chce rządzić Kaczyński, trzeba totalnie zakłamać i na nowo uformować pamięć zbiorową Polaków. Trzeba orzec, że bohaterowie polskiej historii najnowszej – Lech Wałęsa, Bronisław Geremek czy Tadeusz Mazowiecki – byli zdrajcami lub pomocnikami zdrajców. Trzeba nazwać polską pokojową transformację – największy sukces naszej polityki w XX wieku – aktem zdrady narodowej. Trzeba nauczyć Polaków strachu i totalnej nieufności wobec sąsiadów. I trzeba jeszcze nauczyć ich wiary w nieomylność nowego Wodza – Jarosława Kaczyńskiego. Jak znam przekorę Polaków – nie będzie to łatwe...

A jednak – myślę z melancholią – Polaków dogoniła ich przeszłość. Najpierw ta heroiczna – kiedy w latach opresji stawiali czoło zniewoleniu w imię swojej wspaniałej tradycji wolnościowej. Dziś jednak z wolna stają się naśladowcami swej złej przeszłości – warcholskiej i autorytarnej. W polskich dziejach była i taka tradycja.

Przez warcholstwo upadła Polska w XVIII w., tracąc swą państwowość na 120 lat. Autorytaryzm stał się znakiem II Rzeczypospolitej. Zrodzony był z populistycznego warcholstwa, które nie uznawało demokratycznych reguł państwa prawa i doprowadziło do zamordowania Gabriela Narutowicza, pierwszego prezydenta niepodległej Rzeczypospolitej. Odpowiedzią na to stał się wojskowy zamach stanu i niedemokratyczne rządy znaczone fałszowanymi wyborami, procesami politycznymi, dyskryminacją mniejszości narodowych i filozofią dwóch wrogów – Niemiec Hitlera i Związku Sowieckiego Stalina. Wtedy ta filozofia była rezultatem rozpaczy zrodzonej z tragicznej geopolityki; dziś jest samobójczą głupotą.

Ale Polaków dopadła jeszcze druga przeszłość – Polski rządzonej przez komunistów. To wtedy wbito Polakom do głowy germanofobię i zasadę, że »jak świat światem, nie będzie Niemiec Polakowi bratem«.

Polacy – śladem pamiętnego listu biskupów polskich do niemieckich, sygnowanego m.in. przez kardynała Wyszyńskiego i biskupa Wojtyłę – umieli powtórzyć za biskupami: »Przebaczamy i prosimy o przebaczenie«. To było wielkie zwycięstwo Polaków nad własną, przeklętą przeszłością – wyleczyć się z germanofobii.

Nie wyleczył się z niej szef polskiego rządu Jarosław Kaczyński. Jego sposób myślenia o polityce – tej wewnętrznej, i tej zagranicznej – jest może tym najsmutniejszym spadkiem po komunizmie, z którym Polacy muszą się dzisiaj zmagać.

Jednak to, co dzieje się w Polsce, nie jest fenomenem wyłącznie polskim. To dotyczy całej Europy postkomunistycznej, a klasycznym przykładem jest tu Rosja. Borys Jelcyn był konsekwentnym destruktorem komunizmu – i jego nieodrodnym dzieckiem. To on naznaczył na swego następcę Władimira Putina.

Zaś Putin stał się skutecznym realizatorem tego modelu transformacji, który wiedzie od komunizmu poprzez wolność, nieład i chaos do rozwiązań autorytarnych. Putin nie jest Stalinem ani Breżniewem, ale wciąż istnieje obawa, że stanie się wzorem dla autorytaryzmu po komunizmie. Kaczyński, choć sięga po retorykę konserwatywną, jest jego nieświadomym imitatorem.

Aleksander Smolar, wybitny polski filozof polityki, nazwał partię Kaczyńskiego »partią pamięci«, w przeciwieństwie do »partii nadziei«. Powiedzmy tedy, że jest to partia »złej pamięci« – polskiej i europejskiej. W ciągu ostatnich 50 lat Polska pokazywała zwykle światu to, co w niej najlepsze – Jana Pawła II, Wałęsę i »Solidarność«, Miłosza i Gombrowicza, Kołakowskiego, Herberta i Wajdę, Lutosławskiego i Konwickiego, Balcerowicza i Szymborską, Kuronia, Mazowieckiego i Geremka. Nie chciałbym, by teraz zaczęła pokazywać światu to, co w niej najgorsze...

Czy pozostanie Polakom już tylko modlitwa – o deszcz zdrowego rozsądku?”

          [A. Michnik, Modlitwa o deszcz, „Gazeta Wyborcza” 30 VII 2007].

  

piątek, 03 sierpnia 2007
257. Bratanki

  

Przy okazji takich rocznic, jak powstanie warszawskie, na marginesie pytania „czy można było inaczej?”, nasuwają mi się uporczywie porównania losu Polski z historią Czech. Przed stuleciami oba te państwa przeżywały wielkość i promieniowały swą kulturą na całą Europę Środkową. Czesi utracili swą niezawisłość w roku 1620, Polacy dopiero w 1795, a i tak udało im się uzyskać w XIX wieku dwa marionetkowe państewka z własnym sejmem i wojskiem, będące więc namiastką niepodległości. Mimo to zmarginalizowani Czesi siedzieli cicho, a Polacy występowali zbrojnie z walką o wolność, rujnując kraj i tracąc wszystkie przywileje. Bez względu na owe działania lub też ich brak, obu narodom niepodległość spadła z nieba w roku 1918. Czesi stworzyli wzorową demokrację – pod koniec lat 30. jedyną w tej części Europy, w Polakach zaś odezwał się żywioł sarmackiej anarchii, który zaowocował wprowadzeniem autorytarnej dyktatury. Oba państwa uległy Hitlerowi w przeciągu roku – Czesi bezkrwawo, poddając się układowi monachijskiemu (1938), Polacy ponosząc klęskę w kampanii wrześniowej (1939). Czesi znów postawili na przeczekanie, Polacy stworzyli podziemną armię i postawili na szali istnienie Warszawy. Mimo to wyzwolenie obu narodów spod okupacji hitlerowskiej przyszło znów w tym samym momencie, z rąk Armii Czerwonej, która zainstalowała w Polsce i Czechach podległe sobie reżimy komunistyczne. Czeski „bunt” – praska wiosna 1968 – była buntem samej władzy, tymczasem Poznań’56, Grudzień’70, Radom i Ursus’78, Sierpień’80 w Polsce były wystąpieniami przeciw władzy. Zrezygnowani, z nieliczną opozycją Czesi i masowo zorganizowani przeciw komunizmowi Polacy znów odzyskali pełną suwerenność jednocześnie – w 1989 roku. Razem wstępowali do NATO (1999) i do Unii Europejskiej (2004). Jaki z tego wniosek? Cokolwiek robili Polacy, ile by krwi własnej nie przelali, znajdowali się wciąż w tym samym miejscu, co rezygnujący z efektownego działania, bardziej pragmatyczni Czesi. Dziś oni, zdystansowani wobec siebie samych, mają też mniej urazów do świata i jedną z najpiękniejszych stolic w Europie, a my pełni kompleksów wciąż rozpamiętujemy historię i nie możemy wygrzebać się z błędów przeszłości. Może walcząc głupio i byle jak, zaprzepaszczaliśmy szanse na rozwój kraju i zwiększanie jego potencjału? Może czasem, zamiast rwać się do walki, lepiej jest przeczekać? Bo przecież powstanie warszawskie nie zapobiegło zwasalizowaniu Polski przez Stalina – podało mu ją na tacy.

  

środa, 01 sierpnia 2007
256. Niemęskie Powstanie

  

Pisze Zdzisław Pietrasik:

„Powstanie Warszawskie rozprzestrzenia się na cały kraj. Zdecydowano, że w tym roku 1 sierpnia o godzinie W (czyli o 17) syreny zawyją nie tylko w Warszawie, ale i w wielu innych miastach, gdzie też pojawiły się stosowne billboardy i plakaty. To efekt wspólnego działania Instytutu Pamięci Narodowej i Muzeum Powstania Warszawskiego, które uznały, że cały kraj winien oddać hołd bohaterskim warszawiakom, walczącym przecież nie tylko o swe miasto, ale o Polskę. (…) im bardziej obchody stają się rozległe i podniosłe – a teraz dodatkowo ogólnopolskie – tym mniej refleksji o sensie samego zrywu. Można odnieść wrażenie, że dziś już nikt nie zastanawia się, czy warto było się bić, czy nie. Po 63 latach cały naród przystąpił do Powstania.

W tak podniosłej atmosferze można zapomnieć, że Powstanie zakończyło się klęską. Zginęli wspaniali młodzi ludzie, bez których Polska już nigdy nie była taką samą Polską, zginęło miasto, które do dziś nie podźwignęło się z upadku. I była to klęska, którą można było przewidzieć już 1 sierpnia 1944 r. o godz. 17”.

  

Przed półwieczem pisał natomiast Kisiel:

„Powstanie wydawało się konieczną, ale niezbyt ryzykowną demonstracją: na naszym terenie Niemcy biją się z Rosjanami, a więc i my nie możemy pozostać bierni, my też musimy wziąć udział w walce, żeby zadokumentować swoje istnienie i swoją (…) suwerenność. Walka ta, stwierdzić to trzeba kategorycznie, przedstawiona została społeczeństwu jako krótkie i pozbawione ryzyka intermezzo, jako manifestacja naszej woli i niezależności. W przeciwnym razie, gdyby społeczeństwo znało istotną stawkę tej walki, tj. całkowite zniszczenie Warszawy i śmierć setek tysięcy ludzi – dziewięć dziesiątych warszawian opowiedziałoby się przeciwko rozpoczynaniu powstania. Jedna dziesiąta natomiast opowiedziałaby się mimo wszystko za walką. Tę jedną dziesiątą stanowiła młodzież. Bo tragedia powstania warszawskiego, to przede wszystkim tragedia warszawskiej młodzieży.

Młodzież, która rozpoczęła powstanie, to młodzież, dojrzewająca w warunkach okupacyjnych. Młodzież mająca wciąż przed oczyma przejawy straszliwego, niebywałego w historii terroru niemieckiego, młodzież żyjąca tylko jedną myślą: zemsty, młodzież zajęta bez reszty żarliwymi przygotowaniami do akcji zbrojnej. A jednocześnie jest to młodzież, która wzrastając w warunkach wyjątkowych, niespotykanych dotąd na przestrzeni naszej historii, nie mogła zdawać sobie dokładnie sprawy, co to właściwie jest Polska, jej historia, jej polityka, jej sztuka, i zrozumieć w pełni tę banalną prawdę, że o istnieniu narodu decyduje istnienie jego odrębnej i niezależnej kultury, tak duchowej, jak i materialno-cywilizacyjnej, jest to młodzież pozbawiona właściwie przez potwornie nienormalne warunki życia kontaktu z prawdziwą tradycją polską i atmosferą wolnej Polski, a także z orzeźwiającą atmosferą intelektualną wielkich demokracyj Zachodu. Dla młodzieży tej jedynym celem życia była owa wymarzona walka – młodzież ta miała (…) »zbiorowy uraz psychiczny« i nie było dla niej innego wyjścia jak tylko powstanie. Ilustruje ten stan rzeczy świetne powiedzenie Wiesława Wohnouta: powstanie warszawskie było błędem politycznym, nonsensem militarnym i – koniecznością psychologiczną.

W tych warunkach – gdy ktoś oddaje całego siebie na usługi jednej, nieodpartej konieczności psychicznej, siłą rzeczy stosunek jego do wszelkich innych spraw staje się mniej intensywny, obojętniejszy. Młodzież warszawska była – nie zdając sobie z tego sprawy – obojętna w stosunku do kultury polskiej, której pomnikami były warszawskie gmachy, kościoły, biblioteki, wobec zasobów materialnych, nagromadzonych w Warszawie, wobec tej sumy wielkiej pracy pokoleń, jakiej wytworem była Warszawa. Młodzież nie zawahała się postawić to wszystko jako stawkę w walce, która miała jej dać za to wyładowanie niewyżytych potrzeb bohaterstwa, ofiary i walki. Walki o co? (…) o honor i suwerenność.

Cóż to jest honor? Pojęcie nader wieloznaczne, w różnych epokach i różnych krajach interpretowane bardzo rozmaicie. I przy tym rzecz zasadnicza: zupełnie na czym innym polega honor jednostek, czym innym zaś jest honor państw i narodów. (…) dla narodów rozporządzających prawdziwym realizmem i prawdziwym instynktem racji stanu ważniejszą rzeczą jest istnieć jako naród, niż walczyć o jednostkowy »honor« – honor, pojmowany u nas w sposób dosyć formalistyczny i skostniały (unosi się nad nami jeszcze duch doktrynerskich »kodeksów honorowych«). »Naród naprawdę męski nie walczy nigdy do ostatniej kropli krwi« – napisał kiedyś Ludendorff – typowy przecież nacjonalista. I to jest prawda: powstanie warszawskie, tak jak i inne nasze powstania nie było aktem dojrzałej męskości: było aktem zniecierpliwienia, młodzieńczej niepowściągliwości. I dlatego przyniosło szkodę podstawowemu aksjomatowi patriotyzmu, jakim jest istnienie narodu ponad wszystko. W naszej sytuacji walka o honor kosztem 30 proc. Polskiego potencjału kulturalnego i gospodarczego (taki bowiem procent co najmniej stanowiła Warszawa) była poniekąd aktem psychicznego egoizmu, krótkowzroczności, nieopanowania i – nieprzemyślenia. Zważmy, że tak przysłowiowo już indywidualnym honorem się kierujący naród jak Japończycy nie zawahał się zrezygnować z nakazów owego honoru i skapitulować, gdy stanął przed alternatywą zniszczenia kraju. Bo na tym polega prawdziwy patriotyzm, patriotyzm obdarzony instynktem życia. Instynkt życia, nakazujący cierpliwość, ostrożność, powściągliwość, subtelność taktyczną w dążeniu do celu zasadniczego posiadają oprócz państw wielkich i takie narody jak Czesi, Szwedzi, Szwajcarzy. My natomiast mamy przedziwny instynkt życia a rebours, który w praktyce staje się instynktem śmierci. Tak bardzo tęsknimy do wielkości, do walki, do zwycięstwa, tak nam spieszno do winobrania, że pomijamy poprzedzające je żmudne psychicznie etapy pracy i w rezultacie – osiągamy całkowite fiasko, spadamy na samo dno. Polska zawsze jest żebrakiem i płaczką Europy, sprawa polska zawsze jest kłopotliwa, dwuznaczna, siejąca ferment, niecierpliwiąca; historia Warszawy nie ma precedensów w dziejach Europy. Dlaczego? Jeśli odrzucimy koncepcje mesjanistyczne, że Polska cierpi za wszystkich i jest upostaciowanym »wyrzutem sumienia«, to pozostaje jedna tylko odpowiedź: obok wielu walorów, jak odwaga, poświęcenie, bohaterstwo, brak nam – męskiego, opanowanego realizmu.

Drugim hasłem (…) jest walka o suwerenność. O jaką? (…) obawiając się, że po odejściu Niemców popadniemy pod okupację rosyjską, postanowiliśmy opanować Warszawę na własną rękę, aby zaznaczyć przed światem naszą wolę do niepodległości i niezależności. Demonstracja ta byłaby rzeczywiście demonstracją, gdyby trwała trzy dni. Natomiast swojej niezależności militarnej wobec takich ścierających się potęg, jak Niemcy i Rosja, rzecz prosta zademonstrować nie mogliśmy; dlaczego? bo jej nie posiadaliśmy. Więc demonstrację tę przenieść należało na teren wyłącznie polityczny. A właśnie na terenie politycznym przegraliśmy, dzięki nierozważnej, niecierpliwej, pozbawionej realizmu polityce.

(…) Społeczeństwo warszawskie było w roku 1944 społeczeństwem o ambicjach i upodobaniach realistycznych. Pozbawione jednak informacji z zewnątrz, pozbawione możliwości trzeźwej oceny sytuacji ogólnej, uległo »psychologicznej konieczności«, narzuconej przez młodzież. Tu tkwi właśnie tragiczny paradoks powstania – mniejszość narzuciła swoje kompleksy i swoje urazy psychiczne, swoją niecierpliwość i swój temperament – większości. Dziś, gdy młodzież warszawska zapłaciła za swój czyn hekatombą krwi, wszyscy mieszkańcy Warszawy ruiną całego życia, zaś Polska – utratą stolicy, a wraz z nią wielkiej części swych sił żywotnych i intelektualnych – warto by poddać pewnej rewizji sprawę wyłącznego i jednostronnego kultu bohaterstwa, jaki propaguje młodzież polska, wzrosła w okresie okupacji. Ten ślepy i bezkrytyczny kult bohaterstwa i czynu zbrojnego (…) pozbawił nas stolicy, ten kult, stosowany dalej przez popędliwą, politycznie niewyrobioną a spragnioną czynu młodzież może pozbawić nas – egzystencji narodowej. Uświadomić sobie musimy, że stwierdzenie to nie ma na celu obrażania kogokolwiek ani pomniejszania wysiłków bohaterstwa i żarliwej wiary. Chodzi mi o co innego, o rewizję pewnych postaw uczuciowych, której rezultatem będzie prawdziwe zjednoczenie polityczne, oczywiście zjednoczenie wynikłe z przekonania i woli narodu, a nie z przymusu czy mistyfikacji. Odwieczne nasze rozdwojenie polityczne, odwieczny konflikt pomiędzy dwoma postawami i temperamentami, pomiędzy Trauguttem a Wielopolskim, pomiędzy Piłsudskim a Dmowskim musi zakończyć się syntezą: musimy zrozumieć, że w konfliktach tych obie strony były jednakowo patriotyczne, a różniły się tylko w wyborze metody prowadzącej do wspólnego celu, którym jest dobro i niezależność Polski. Synteza jest możliwa: można połączyć patriotyzm z umiarkowaniem i cierpliwością, pragnienie czynu z rozsądkiem, miłość Ojczyzny ze zdolnością do trzeźwego politycznego myślenia, odwagę z ostrożnością”

  [S. Kisielewski, Porachunki narodowe, „Tygodnik Powszechny” 2 IX 1945].

  

Archiwum
Tagi