~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
sobota, 30 sierpnia 2008
480. Signifying nothing

  

I pomyśleć, że inni, w tym samym wieku, snują plany, rozwijają się zawodowo, gromadzą rzeczy, urządzają się w życiu, zapuszczają korzenie, utrwalają relacje, szukają i znajdują, doświadczają, i nawet jeśli ostatecznie pozostają sami − przy tej kondycji to na ogół nieuchronne − zostają im przynajmniej wspomnienia i wypracowana pozycja. Bo trzeba mieć z czego rezygnować i na co obojętnieć… A ja się tylko powtarzam w tym żalu za niezaistniałym i nieosiągalnym − bez ambicji i przywiązania do samego istnienia, bez szans na osiągnięcie czegokolwiek. W dzieciństwie w ramach mechanizmu obronnego miałem się za lepszego, a teraz nie nadaję się nawet na sprzedawcę. Od lat nie opuszcza mnie rozczarowanie, a każdy dzień jest jedynie mijającym bez najmniejszego choćby śladu przechodnim półcieniem. I tyle właśnie znaczę dla innych…

Odwieczny brak sensu i niedawna utrata sensu. Aż za bardzo to wszystko męczące… 

   

                    „Nie mam celu, nie chcę świata,

                    Serce puste, umysł płonny

                    I udręką mnie przygniata

                    Rozgwar życia monotonny”

                                        [Aleksander Puszkin. Przeł. J. Tuwim].

  

czwartek, 28 sierpnia 2008
479. La Mariée était en noir

  

Spośród ośmiu zatrudnionych miesiąc temu osób przedłużenia umowy o pracę doczeka sześć. Nie będę jedną z nich − jak usłyszałem, mam dużą wiedzę z wielu dziedzin, ale brakuje mi tego czegoś w kontaktach z klientami (ja bym raczej powiedział, że tego czegoś brakuje mi w relacjach z kimkolwiek). Tym samym mój jedyny pomysł na życie wyczerpał się ostatecznie. Jak gdybym nie miał teraz innych zmartwień, jak gdyby nic innego się ostatnio nie wyczerpywało…

Nie trwał zbyt długo ten mój mariaż z nową (jakąkolwiek) formą działalności. Przynajmniej nie będę już musiał służbowo ubierać się na czarno, przy czym nie tyle sam kolor mnie męczył, co ta codzienna monotonia wobec skromności mojej garderoby. A przecież i tak, od kilkunastu już lat, od roku, od miesiąca jestem w stanie żałoby. Nie wiem, jakim cudem jeszcze to wytrzymuję… 

   

                    „Nie, to nie ja jestem, to cierpi ktoś inny,

                    Bo ja bym tak nie mogła. A to, co się stało,

                    Niechaj okryją szczelnie czarne kiry

                    I niech zabiorą światło…

                                                       Noc” 

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. E. Siemaszkiewicz].

  

wtorek, 26 sierpnia 2008
478. ...bądź mi zawsze ku pomocy...

  

Przy obecnym rytmie życia nawet czytanie jest męczące, ale też tylko ono przynosi − częściowe chociaż − ukojenie. Po błyskawicznie pochłoniętej i krótko a entuzjastycznie zrecenzowanej książce 1812. Wojna z Rosją Adama Zamoyskiego, zajmuje mnie na dłużej Goya. Artysta i jego czas Roberta Hughesa. Zaletą główną tej pozycji są liczne reprodukcje rycin hiszpańskiego artysty − poza tym autor nie ma chyba nic do powiedzenia i pewnie dlatego tak często się powtarza. Przyszły też nareszcie dawno już zamówione albumy − wracam do nich co kilkadziesiąt minut, zachwycam się nimi, czule głaszczę…

  

Ł. napisał list, w którym ponoć strasznie na mnie nakrzyczał; na szczęście jego treść zaginęła gdzieś po drodze. Nie należę do osób, którymi trzeba potrząsnąć, a one się ockną i zaczną działać. Ale za regularny uścisk dłoni i ciepły uśmiech jestem gotów na wszystko. Może kiedyś to się jeszcze powtórzy. Bo w życiu potrzebuję opieki…

Aniele Boży, stróżu mój… Mój Ty niedoszły Aniele...

   

poniedziałek, 25 sierpnia 2008
477. Consolatio

  

Już druga z moich byłych studentek miała okazję odkryć, że jej pan magister sprzedaje teraz książki. Ja zaś dopiero teraz wracam wspomnieniem do tamtego, tak nieodległego w czasie, a bez żalu przecież zamkniętego, etapu w moim życiu; do tego, jak wielką wagę przykładałem, by moi wychowankowie zapamiętali trójczłonową kompozycję klasycznego trenu, i jak wspólnie analizowaliśmy wczesną lirykę przyszłej Anny Wszechrosji, szukając w kolejnych utworach języka gestów, słów w pół urwanych, znaczenia przedmiotów. Żaden temat nie był mi nigdy tak bliski… 

   

                    „Porzucił mnie, gdy pełnia była,

                    Mój druh kochany. Trudna rada. 

                    Żartował: »Linoskoczko miła,

                    Jak zdołasz żyć do listopada?«

   

                    Odpowiedziałam mu jak bratu,

                    Bez scen zazdrości, bez maniery, 

                    Lecz powetować mi tej straty

                    Nie mogą nowe płaszcze cztery”

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. L. Podhorski-Okołów].

  

Nie zmagam się co prawda z porzuceniem, tylko z milczeniem (a sytuacja jest na tyle niezręczna, że pewnie będzie się ono jedynie przedłużać, choć naprawdę nie ma powodu, by się mnie / mną / przy mnie krępować − ja chcę tylko pogratulować i być świadkiem szczęścia innych), ale też, podobnie jak ona, musiałem wstąpić ku samopocieszeniu na zakupy (zamiast na obiad). W efekcie nie tylko pierwszy raz skorzystałem z przysługującego mi jako pracownikowi dwudziestoprocentowego rabatu przy nabywaniu najnowszej książki Normana Daviesa, ale stałem się również posiadaczem… kapelusza. Wciąż nie bardzo wiem, jak do tego doszło…

A te wszystkie utarte slogany na moich zajęciach o „liryce kobiecej duszy”… − to nieprawda. Od zawsze przeczuwałem, że wcale nie ma płci − są tylko ludzkie uczucia, emocje, spojrzenia…

  

„Miłość łączy, i łączy na zawsze. Czynienie dobra łączy, czynienie zła rozłącza. Rozstanie to inna nazwa zła; to także inna nazwa kłamstwa. Tak naprawdę istnieje tylko wspaniałe, ogromne i wzajemne powiązanie”

   [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

sobota, 23 sierpnia 2008
476. Wobec Twojego milczenia...

    

                    „Ale za wszystko, czym dla ciebie

                    Być nie zdołałem, czego nie wziąłem pod uwagę,

                    Za piwo, które nawarzyłeś i które sam musiałeś pić,

                    I za to, że nie byłem ci przyjacielem, który się zbliża,

                    Błagam o wybaczenie, piosenkę nową jak deszcz.

                    Zaśpiewaj mi ją, proszę”

                                        [John Ashbery. Przeł. P. Sommer].

  

21:54, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
czwartek, 21 sierpnia 2008
475. Senectus

  

Coraz mniej w moim życiu i na tych stronach poezji, co jednak nie oznacza mego zerwania z marzeniami i powrotu do rzeczywistości. Obawiam się nawet, że jest odwrotnie, że już nic prawdziwego się nie przydarzy. Inni będą zapewne sądzić, że jak zwykle histeryzuję, ale też nigdy nie odczują tej mojej codziennej pustyni, co śmiertelnie dławi…

W drodze na działkę spoglądam ukradkiem na reprezentującą w równej mierze obie płcie czwórkę przyjaciół (dwie pary?), która z głośnym śmiechem gra w piłkę, biegając boso po wielkim trawniku przed domem któregoś z nich. Potem, już u nas (bo nie ma ani jednego miejsca, które byłoby w pełni i tylko moje), prowokuję świerszcze do wyskakiwania mi spod nóg − ja wstydzę się swoich stóp nawet przed sobą samym, dlatego nie zdejmuję butów jak tamci…

W drodze powrotnej znów obok nich: dostrzegam, że dziewczęta leżą na trawie, a chłopcy szykują się do gry w badmintona. Są tacy beztroscy. Czuję się przy nich straszliwie staro, a do mieszkania wracam jak do trumny, gdzie też będę wiecznie sam. A w nocy przyjdą sny, że mam kolegę i razem jeździmy rowerami po lesie. Przynajmniej, będę próbował to sobie wyobrazić…

  

…I czekam nadaremno trzeci dzień, choć najwidoczniej nie zasługuję już na choćby jedno słowo. Nie przypuszczałem, że mogę irytować swoim istnieniem do tego aż stopnia…

  

„− Jak tak można?

Można, nie można, co za różnica. Nie to w końcu było ważne. Ważne było to, że Rański ginął w oczach od pustki.

Zdarzają się rzeczy gorsze niż pustka, mawiał sobie, ale nie potrafił samego siebie przekonać” [Eustachy Ryski, Człowiek w cieniu].

  

wtorek, 19 sierpnia 2008
474. Amor sterilis

  

Nie ma od tego ucieczki ani schronienia, nie daje się też zapomnieć. Na każdym kroku patrzę na mijanych chłopców z zazdrością, podziwem, pożądaniem. Nawet w pracy ich obserwuję, chowając się za regałami albo krążąc wokół w nadziei, że zapytają o jakąś książkę, a ja będę mógł im ją przynieść i dostać uśmiech w podziękowaniu. Są to podniety niewątpliwie erotycznego charakteru, a przecież nie mogę powiedzieć, żeby szły za tym jakieś seksualne fantazje. Bo i cóż mógłbym z obiektami swoich westchnień robić? − nie umiem ani tego nazwać, ani nawet sobie wyobrazić. Nie umiałbym też tego wykonać i całym sobą odczuć. W efekcie, wszystkie moje myśli i urojenia mają charakter więcej niż niewinny, a jakiekolwiek spełnienie wydaje się zupełnie nieprawdopodobne. I być może dlatego właśnie moje pragnienia ulegają takiemu wyolbrzymieniu i stają się tak nieznośne, że karmić się muszą nieustannie własną niezdolnością…

  

„Wydaje mi się, że moja gorycz wzrasta z każdym dniem i że pomnażają się pokusy. Każdy spacer po ulicach paryskich to próba. Może nie istniałoby to cierpienie, gdybym ustąpił żądzy, a mój głód stwarza być może iluzję piękna tam, gdzie inni nie dostrzegliby nic oprócz wielkiej pospolitości”

                    [Julien Green, Dziennik. Przeł. J. Rogoziński].

  

Znajomość powyższego fragmentu zawdzięczam subtelnym lekturom MrD. Wszystko inne też mu zawdzięczam, bo umiałem od niego tylko brać…

  

niedziela, 17 sierpnia 2008
473. Initium

  

Dwukrotnie ujrzana dziś w telewizji moja pani psycholog (i seksuolog zarazem) uświadamia mi, że od dawna już nieśmiało myślę o powrocie na psychoterapię. W istocie, bardzo tego potrzebuję − niekoniecznie nawet jako pacjent. Nad życie pragnę regularnie się spotykać z kimś życzliwym i móc z nim porozmawiać. Najwidoczniej tylko w tej formie jest to możliwe − taka moja namiastka nigdy niezaznanej przyjaźni…

  

„Właściwie zawsze chcemy umniejszyć siłę naszego cierpienia. Gdy się spowiadamy, nasze cierpienie zdaje się znośniejsze; gdy znowu zaczynamy milczeć, przychodzi rezygnacja, jesteśmy sami. Jeśli Bruno ponownie odczuł potrzebę opowiedzenia o klęsce swojego życia, miał prawdopodobnie nadzieję, że coś się zdarzy, że nastąpi nowy życiowy start; należało przypuszczać, że to dobry znak”

   [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

Kilka dni temu pierwsza wypłata − za kilka dni lipcowych i jedną noc otrzymuję trzysta złotych; starcza akurat na opłacenie dojazdów do Wrocławia. Za miesiąc mam nadzieję otrzymać trzy razy więcej. Koszty wynajęcia mieszkania w przeglądanych ogłoszeniach doprowadzają mnie do rozpaczy, na terapię też nie mam pieniędzy, a także czasu i sił: paczki dźwigane w czwartek odczuwam jeszcze w niedzielę, nogi bolą mnie nieustannie, wychodzę z domu o świcie, wracam o zmroku − tylko po stroju klientów domyślam się, że za dnia panują upały. Pomyśleć tylko, że ta praca miała być początkiem wszystkiego. I nie tylko praca...

  

piątek, 15 sierpnia 2008
472. The Misfits

  

Zawsze te same ławki − na Wzgórzu, przy zakręcie, z wyrytym przez kogoś na siedzeniu intrygującym napisem „Je suis passé”, albo w Alei, nad fosą, nieco ukosem do pracujących naprzeciwko, rozbudowujących Renomę dźwigów. W tym pierwszym wypadku kilkakrotnie mijają mnie kolejne grupy chłopców, a potem dziewcząt z pobliskiej szkoły, ćwiczące biegi na zajęciach wychowania fizycznego, zadziwiające nieustannie siłami swojej witalnej radości. W drugim zaś, tuż obok, z podobną do mojej regularnością pojawia się tajemnicza starsza pani, opierająca się plecami o na przemian jedno z dwóch drzew, dłońmi dotykająca czule ich pni. Oboje − ja siedząc, ona stojąc − kierujemy wzrok w tę samą stronę, wpatrując się w prześwitujący poprzez zieleń liści błękit nieba; i tak wspólnie, choć osobno, sobie odpoczywamy − mimo kilkudziesięcioletniej różnicy wieku i doświadczeń równie znużeni słońcem, tak samo zmęczeni życiem, zepchnięci na margines wszystkiego, co przechodzi mimo nas…

Gdzieś wokół przystają inni ludzie, by w padającym pod szczególnym kątem intensywnym świetle przyjrzeć się rybom w wodzie; malutkie dzieci w wózkach wyciągają rozkosznie pomarszczone paluszki swoich rączek; przechodzą pary zakochanych i znajomych, którzy nigdy się nie dowiedzą, jaka to radość mieć kogoś, do kogo można mówić; dwaj chłopcy ścigają się na rowerach, a starszy pyta drugiego: „Krzysiek, cieszysz się, że pojechałeś tak daleko bez pozwolenia mamy?” Takie nieświadome siebie chwile szczęścia innych nieodmiennie mnie wzruszają. Ale to nie zdarzyło się dzisiaj… 

   

                    „Nie pokochany, nie zabity,

                    nie napełniony, niedorzeczny,

                    poczuję deszcz czy płacz serdeczny,

                    że wszystko Bogu nadaremno. 

                    Zostanę sam. Ja sam i ciemność.

                    I tylko krople, deszcze, deszcze

                    coraz to cichsze, bezbolesne”

                                        [Krzysztof Kamil Baczyński, Deszcze].

  

środa, 13 sierpnia 2008
471. Fundatio

  

Może gdybym był „normalny”, gdyby rozwój mojej kondycji psychoseksualnej i inteligencji emocjonalnej przebiegał podobnie, jak u innych ludzi, doświadczenia ostatniego roku (wcześniej nie było absolutnie nic) mogłyby dla mnie stanowić jakiś punkt wyjścia, stanowić początek czegoś nowego, pomóc w pełniejszym otwarciu się − być bolesną lekcją, która pozwoli wreszcie dojrzeć. Ale boję się, że będzie odwrotnie: że reagując jak nastolatek (który pierwszy raz, na zabój i bez wzajemności…), mogę się zamknąć w sobie jeszcze bardziej, tłumić to, co i tak nierozbudzone, stracić już wszelką nadzieję, całe życie sprowadzić do małego i przyziemnego. Bo wciąż to poczucie zmarnowanych lat, których bez przerwy przybywa, wciąż błędy, które się popełnia na każdym kroku, wciąż wady, do których się tu publicznie przyznaję, co odstręcza na wstępie (i pewnie dlatego nikt nie odpowiada, gdy już zdecyduję się do kogoś odezwać). Nie mam zupełnie na czym się oprzeć…

   

                    „Budowałem na piasku

                    I zwaliło się.

                    Budowałem na skale

                    I zwaliło się. 

                    Teraz budując zacznę

                    Od dymu z komina”

                                        [Leopold Staff, Podwaliny].

  

poniedziałek, 11 sierpnia 2008
470. Der Untergeher

  

On się chyba w Nim zakochał (któż zresztą mógłby się Mu oprzeć) i być może ma nawet pewne szanse (walorów mu wszak nie brakuje). Ja nigdy nie miałem żadnych (walorów i szans). Każde moje słowo, każdy gest lub jego brak, gdy trzeba było go zrobić, zniechęcały tylko do mnie coraz bardziej.

A przecież nic mnie tak nie przeraża jak to, że Tamten mógłby zerwać ze mną znajomość z powodu tego, co czuję. Nie będę jednak przepraszać za miłość − nigdy nie żądałem od Niego wzajemności...

Chciałem tylko być ostatnim spośród wielu, ale i to przegrałem... Wyrzekam się więc swoich uczuć, żeby Go całkiem nie stracić. Oby tylko nie było za późno...

  

„Nie musimy przecież być z kimś razem, żeby czuć się z nim związanym bardziej niż z kimkolwiek w świecie”

                    [Thomas Bernhard, Przegrany. Przeł. M. Kędzierski].

  

Trzeba teraz będzie, po wycofaniu się, żyć jakoś dalej, próbować zapomnieć. Ale jak to zrobić? I co to będzie za życie? Wciąż doświadczam w nim jedynie niepowodzeń − odbiera mi to wszystkie siły, chęci, nadzieje...

  

„Uciekamy od jednego, rzucamy się w drugie i w ten sposób się niszczymy (…). Wiecznie tylko się usuwamy, po to by w końcu dać za wygraną” [Ibidem].

     

Sto razy na dzień powtarzam sobie ze łzami w oczach „Nie kocham Cię” i wciąż nie mogę w to uwierzyć...

  

sobota, 09 sierpnia 2008
469. Terre des Hommes

  

Ł. wyjechał do Rumunii, J. na Wyspy. Przez czas jakiś pewnie ani słowa od nich. W odległości powyżej kilkuset kilometrów zatraca się we mnie pewność, że oni wciąż istnieją i że za dni kilkanaście powrócą. Za duży dystans, by czuć czyjąś obecność, zwłaszcza tak wirtualnych bytów − paradoksalnie, jedynych bliskich mi osób…

Pusto straszliwie wokoło, ciszą dławi przestrzeń. Od wczoraj Igrzyska Olimpijskie w Pekinie, od wczoraj Kaukaz znowu w ogniu. A ja czuję się opuszczony i to mnie głównie obchodzi − jak gdyby już nikogo nie było na Ziemi, planecie ludzi…

  

czwartek, 07 sierpnia 2008
468. Safe (no) sex

  

Czasami piszą − do autora bloga, do kogoś o podobnych doświadczeniach, do pisarza nawet; do mężczyzny nie piszą nigdy. Moje wizytówki, profile, ogłoszenia nie wywołują żadnego odzewu; listy, próby wyjścia z inicjatywą i odezwania się pierwszemu, moje usilne poszukiwania − także pozostają bez odpowiedzi. Zamieszczenie zdjęć wcale nie zwiększa zainteresowania, a licznik odwiedzin nie zmienia się tygodniami. O jakichś propozycjach czy zaproszeniach nie ma więc nawet co myśleć. W ten sposób mój flirt z opcją homo nie niesie ze sobą żadnych niebezpieczeństw…

A zresztą, czego mam szukać, skoro i tak żaden nie zastąpi mi tego jedynego. To już rok, jak neguje mi wszystkich innych mężczyzn; to już kilkanaście lat, jak obywam się bez czegokolwiek… 

   

                    „Może z kartką nie przepadnę na kieszeni dno, 

                    Może jednak wydobędziesz mnie stąd, 

                    Może znajdziesz siłę na mnie, 

                    Ktoś ci powie o moim stanie, bo…

                    Postawiłem swoje życie na

                    Tych parę słów − od Ciebie (…)

                    Postawiłem swoje życie na

                    Czekanie”

                              [Andrzej Piaseczny, Życie na czekanie].

   

poniedziałek, 04 sierpnia 2008
467. Di tanti palpiti

  

Jakby spokojniej ostatnio, ciszej, lepiej… Staram się przynajmniej, by tak było. Chodzę z namiastką uśmiechu po ulicach, uczę się swobodnie machać rękami, jeść wśród innych ludzi zamiast ze wstydu głodzić. Próbuję nie myśleć o tym, czego nie można zapomnieć − godzę się, do siebie przyzwyczajam. Od dziś nawet zaczynam brać tabletki, po których za kilka tygodni mam nadzieję pozbyć się jednego ze swych kompleksów. Lękam się jednak rutyny i zmęczenia, dających znać o sobie już po tygodniu pierwszej pracy, tego braku czasu na cokolwiek innego, braku okazji zwłaszcza (bo niby gdzie i kiedy..., bo niby z kim, jak nie z Tobą..., bo sam nie wiem…). Ale nie da się inaczej − coś jeszcze, być może, się wydarzy, ale trzeba umieć żyć bez tego. Do tej pory przecież się udawało, przecież wytrzymywałem − wyłącznie tracąc…

   

               „Cóż na własność zdobywa człowiek Ni swą klęskę

               Ni potęgę ni serce A gdy chce otwierać

               Ramiona to kształt krzyża jego cień przybiera

               Kiedy szczęście chce tulić to dławi je nieraz

               Życia jego rozdarcie przedziwne i ciężkie

                    Szczęśliwej miłości nie masz

   

               Życie jego podobne wojsku bez oręży

               Które przysposobione do innych przeznaczeń

               I po cóż by mu wstawać do świtu w rozpaczy

               Wieczór i tak je słabym bezbronnym zobaczy

               Kto powiedział Me życie Niech łzy przezwycięży

                    Szczęśliwej miłości nie masz

                                   [Louis Aragon. Przeł. A. Świrszczyńska].

  

sobota, 02 sierpnia 2008
466. Tydzień niebezpiecznego życia

  

Od dziś, po raz pierwszy będę w domu sam przez siedem dni − przez siedem dni będę wieczorami wracać z pracy do pustego mieszkania, w którym nikt na mnie nie czeka, w którym nie mam się do kogo odezwać. Jak widać, nie powinien się ten czas specjalnie różnić od innych dni w moim życiu. Zważywszy jednak na mój aktualny stan, to może być bardzo groźny tydzień…

  

Archiwum
Tagi