~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
wtorek, 31 sierpnia 2010
835. Szklana pogoda...

  

Nie pamiętam tak brzydkiego, pochmurnego sierpnia (i podobnie lipiec: ze słońcem, rozpalony, rozkoszny był jak nigdy). Żebym o tej porze roku musiał w swetrze, kurtce, czapce taplać się w kałużach? Zawiedziony jestem, przybity prognozą. Praca męczy; jesień grozi nawrotem depresji. Jutro pierwszy września współczuć trzeba dzieciom…

  

„Szybę przecinały krzywe zygzaki deszczu, poezja skończyła się razem z latem i te mokre wersy, które na szybie wypisywał deszcz, nie niosły artystycznego przesłania” [Renata Šerelytė, Imię w ciemności. Przeł. A. Rybałko].

  

niedziela, 29 sierpnia 2010
834. "So close, no matter how far"...

  

Zimno, deszczowo, nudno i samotnie. Nic się nie chce – czy raczej: chce się słońca, ciepła i Kogoś jeszcze. And nothing else matters

  

20:06, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
czwartek, 26 sierpnia 2010
833. Fight Club...

 

Figura Mr Hyde’a była jednak nieco przestarzała, zbyt literacka przy tym, bez duszy, krwi i mięsa. To, co gdzieś we mnie drzemie – odkrywam po latach, podczas drugiego seansu – nazywa się Tyler Durden. All the ways you wish you could be, that’s me. I look like you wanna look, I fuck like you wanna fuck, I am smart, capable, and most importantly, I am free in all the ways that you are not. I są chwile coraz częstsze, takie dni jak ostatnio (This is your life and it’s ending one minute at a time), gdy jedynie pierdolić się chce i rozpierdzielać – bo na pewno nie żyć, żeby pracować. It’s only after we’ve lost everything that we’re free to do anything. Żeby tylko nie skończyć jak oni wszyscy, nie dać się, nie spotulnieć, nigdy nie dopasowywać… 

   

                    And there’s a million of us just like me

                    who cuss like me; who just don’t give a fuck like me

                    who dress like me; walk, talk and act like me

                    and just might be the next best thing but not quite me!

                                             [Eminem, The Real Slim Shady].

  

wtorek, 24 sierpnia 2010
832. Present Perfect Continuous...

  

Wczoraj w pracy nieustanne wkurwienie, dziś z kolei – olewanie wszystkiego. I ta sama migrena na koniec, senność, niechęć, irytacja, zmęczenie… Na dodatek deszcze niespokojne, dni ponuro-chmurne, chłodne wiatry; zapach, wilgoć nadchodzącej jesieni. Powtarzalność, codzienność, jałowość… Znowu tylko wspomnienia, nadzieje; znowu wybieg w-tył-w-przód, co ocala – wieczne teraz, niezgadzające się na teraźniejszość, trwanie, które jest odlotem i ucieczką; przesłaniającą horyzont tęsknotą, niecierpliwym przyszłorocznym odliczaniem…

  

„Stał, nieruchomo, z rękoma w kieszeniach, schowawszy podbródek w golfie, pogrążony w myślach, bez słowa, wpatrzony w pustkę, wsłuchany w ciemność. Pytany o coś, nie odpowiadał. Żadne słowo nie mogło przeniknąć do jego uszu. I tak stał, dopóki zmrok nie odbił jego twarzy w szybie, ponad owym niedostępnym pejzażem.

Co się dzieje w duszy człowieka, który tak patrzy w okno?”

              [Susana Fortes, Albański kochanek. Przeł. W. Ignas-Madej].

  

sobota, 21 sierpnia 2010
831. A Moment’s Liberty...

 

Nowa fryzjerka głośno się zachwyca grubością i gęstością moich włosów – mówi, że powinienem być modelem. Ach, gdyby mi zrobił ktoś porządne zdjęcia i je rozesłał gdzieś – piętnaście lub dziesięć lat temu…

A potem chodzę w słońcu rozpalonymi ulicami – może ostatnia taka rozkosz tego roku. Nic nie kupuję, nawet zaplanowanej książki o architekturze i sztuce Wenecji. W Empiku strona po stronie przeglądam „Art Pride. Gay Art From Poland”, ale poza rysunkiem „Pedały” Karola Radziszewskiego i obrazem „For Such Thing As Love” Adama Adacha nic nie przykuwa na dłużej mej uwagi, nic się w zasadzie nie podoba; nadzwyczaj ciekawy i pouczający wydaje się natomiast wstęp Pawła Leszkowicza – chciałbym go kiedyś na spokojnie przestudiować. A jeszcze bardziej obejrzeć katalog z wystawy „Ars Homo Erotica” w warszawskim Narodowym, co jednak poza stolicą trudniejsze…

Na dachu Renomy wysypano małą plażę i ustawiono leżaki – naprawdę kusi mnie, by zdjąć koszulkę i się wyciągnąć na jakieś pół godziny, przed odjazdem. Ale rozbieram się dopiero – okrężną drogą, poprzez działki – wracając z pociągu. I nic, że wchodząc w zakręt, natykam się na mamę – skoro mam odważniejszy, bardziej swobodny teraz być, rodzicom zwłaszcza muszę się nauczyć stawiać czoła…

 

Czasami się wydaje to żałosne – ten comiesięczny wypad do Wrocławia, te same miejsca ciągle: fryzjer, cztery sklepiki z ubraniami, trzy księgarnie. Ale po chwili zaraz myśl, że to potrzebne bardzo, dużo daje, mocno cieszy. Że nie zamierzam, ba! – nie mogę z tego rezygnować…

  

czwartek, 19 sierpnia 2010
830. Unique...

  

Trudno na nowo przywyknąć, w tym wszystkim kolejno odnaleźć, być znów tu, gdy się tam ciągle jest, chce przebywać – gdzie swoboda, pełna pierś, mój/czyjś uśmiech; dotyk, filmy, alkohol, ciepłe łóżko. Urlopowiczem stałem się momentalnie, do pracy wracam kilka dni, wciąż nie wierząc… Jeszcze większa świadomość, że ten życia obecny rytm, ludzie wokół, miasto, zajęcia – nie dla mnie (lecz wytrzymam jeszcze, bo jest cel, szansa, nadzieja odmiany). Że nie będę się przystosowywał, spojrzeń bał, płakał, przejmował kpinami – jest muzyka przecież, książki, barwy nieba. I dopiero tak, całkiem skupiony na sobie, znajdę chwilę spokoju, dotrwam do chwili wolności…

  

„Sebastian, chcąc nie chcąc, zdał sobie sprawę (…), że choćby nowe otoczenie najmądrzej i najsłodziej schlebiało jego dawnym rojeniom, on sam, a raczej najbardziej drogocenna część jego osobowości, znosić będzie tę samą co dotychczas beznadziejną samotność. Bo też właśnie samotność była dominantą życia mojego brata, im zaś troskliwiej los dbał o to, aby czuł się on na świecie jak u siebie w domu, im umiejętniej podrabiał rzeczy, których Sebastian pragnął (a raczej tak mu się zdawało), tym wyraźniej człowiek będący przedmiotem owych starań uświadamiał sobie, że nie pasuje do obrazka – ani tego, ani żadnego innego. Zrozumiawszy wreszcie problem do końca, jął z ponurą zaciętością pielęgnować w sobie świadomą sztuczność niby rzadki talent lub pasję, i wtedy dopiero zaczął czerpać satysfakcję z jej bujnego, wręcz monstrualnego rozrostu, już nie przejmując się tym, że jest niesympatyczny i niezdarny; to jednak nastąpiło znacznie później.

Z początku musiał się rozpaczliwie bać, że nie zrobi tego, czego od niego oczekują, albo co gorsza zrobi to niezręcznie. (…) mój brat miał poczucie niższości, bo pragnął stać się bardziej angielski niż sama Anglia; wiecznie mu się to nie udawało, ale wciąż próbował, aż w końcu zrozumiał, iż zdradza go nie tyle zewnętrzność, nie tyle manieryzmy, wtrącane pod dyktando modnego slangu, ile samo usiłowanie, aby stać się takim jak inni i postępować na ich modłę, podczas gdy w istocie wisi nad nim błogosławieństwo, skazujące go na odosobnienie w granicach własnego jestestwa

                               [Vladimir Nabokov, Prawdziwe życie

                         Sebastiana Knighta. Przeł. M. Kłobukowski].

   

wtorek, 17 sierpnia 2010
829. Here I Am - Again...

  

W pracy powitanie wręcz entuzjastyczne: te uśmiechy zjawiających się kolejno dziewczyn – bezcenne… Marcepanem częstowane rozpływają się, dziękują; nadsyłane sukcesywnie zdjęcia także wzbudzały zachwyty. A poza tym – nikt mnie w niczym przez te dni nie wyręczył, stos papierów, zleceń przykrywa mi biurko. Za niektóre sprawy nie wiem, jak się zabrać, zaleganie innych wciąż skrzętnie ukrywam; na dodatek zawsze wszystko się pierdoli: a to szyldy z logo robią przezroczyste zamiast białych, a to dają nie takie obicie na krzesła. Popełniam też błędy, coś nie zrozumiawszy lub źle odczytując…

Czuję, że wróciłem – przypomniałem sobie, jak się tu pracuje, z chęcią mogę znowu iść na jakiś urlop…

  

Tagi: praca
20:00, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 15 sierpnia 2010
828. The Ballad of Maxwell Demon...

  

W niedzielę przed tygodniem na leżance u Niej oglądamy „Idola” (Wielka Brytania / USA’1998; reż. Todd Haynes). Przed oczami wciąż obrazy z tego filmu, po głowie chodzą kolejne piosenki – ściągam całą ścieżkę dźwiękową, nucę sobie pojedyncze zdania, słowa i urwane frazy: „Satellite of Love”, „See her tumbling down”…, „I came down like water / For the age of solar / Hail to the father / Kiss your sons and daughters”…, „Baby’s On Fire”…

Cały ten szalony, rozwichrzony glam i kicz, owa tęczowa estetyka kampu w tym przypadku do mnie – ku własnemu zaskoczeniu – mocno trafia. I nieważne, ile pustki za tym było, że się stało złotą klatką dla niosących seksualną rewolucję jej autorów. Cenię sobie takie ogółowi rzucanie wyzwania, taką wolność absolutną, wymyślanie siebie. Współgra to, jak czuję, z przywiezionym z podróży nastrojem, moim kolejnym wcieleniem – nie wiem, na ile trwałym, odważnym…

W jakimś sensie wracam do początków: kiedyś się zamknąłem w sobie, chroniąc przed wrogością świata – potem tamto przekonanie o własnej lepszości ustąpiło miejsca lękom i kompleksom – teraz zaś na nowo pragnę się dowartościować, uzewnętrznić to, co dobre we mnie, piękne i niezwykłe, nie bać, jak popatrzą inni, co mogą powiedzieć… 

„He’s got nothing to protect but his pride”…

Śniło mi się, że idę na jakąś imprezę z różowym boa na szyi...

     

piątek, 13 sierpnia 2010
827. "When We Two Parted" - And After...

  

Na ostatni seans wybieramy „Rewers” (Polska’2009; reż. Borys Lankosz). Dobre i zabawne, ale nie tak świetne, jak o tym pisano. Czasu brakło na „Wszystko, co kocham” – z powodów paru bardzo odpowiednie…

Kilkakrotnie, długo się żegnamy; przerażeniem mnie napełnia myśl, że wracam. W autobusie siedzę z tyłu, z rozwrzeszczaną hołotą chlejących roboli. Nawet film puszczają mi ten sam, co tydzień wcześniej. Po zamianie szybkiej miejsc wtulam się w okno i że śpię – udaję. Będę musiał znosić ten wulgarny rechot jeszcze parę godzin…

Obserwacja wyniesiona przez tydzień pobytu: bardzo urodziwy naród, ci Duńczycy, Niemcy, ci młodzi mężczyźni. Każdy dzień przynosił więcej wrażeń niż trzydzieści lat spędzonych w Polsce. Jacy są zadbani wszyscy, ubrani, pachnący. A potem przesiadka w Hamburgu – i te swojskie mordy, smród petów i piwa, ten powrót do gleby, rodzimego błota…

Wolny marsz do domu po przyjeździe, strach, że znów, od nowa…

  

środa, 11 sierpnia 2010
826. The Super-Extra-Very Best Of...

  

Najlepsze wakacje w moim życiu, najszczęśliwsze, najbardziej beztroskie dni. Oglądam, smakuję, doznaję; rozbudzam wszystkie zmysły. Zdawanie tu relacji ustąpiło miejsca przeżywaniu. Dowiaduję się mnóstwa o sobie, zmieniam sądy o rzekomym braku własnych możliwości. Z zapłakanego chłopca wychodzi przełamujący wewnętrzne bariery mężczyzna. I to wszystko za Jej sprawą...

  

„Rozumie (…) mnie w stopniu, który mnie niepokoi, i nie stosuje taryfy ulgowej wobec moich dziwactw i wyskoków, jak czynią to inni, którzy znają mnie gorzej, a tym samym bardziej się mnie boją”

                         [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

  

Charakter, głębia i czułość naszej przyjaźni, profity będące jej wynikiem – wymykają się wszelkim definicjom. Nie da się tego ująć w słowa, nie wypada wszystkiego nazywać. Jakimś cudem się odnaleźliśmy przed prawie dwoma laty i tak to pięknie trwa – coraz bliżej, mocniej, bardziej. Powiedziałbym, że nie wiem, czym sobie na to zasłużyłem, ale nie – właśnie tego rodzaju bonus mi się w końcu należy…

  

I tylko zawsze za krótko, zbyt rzadko, z takim nienasyceniem...

  

poniedziałek, 09 sierpnia 2010
825. Hamburg...

  

Ponownie wyprawa pociągiem, tym razem już bezpośrednim – i bodaj pierwszy tu dzień, kiedy chmury dominują nad słońcem. Z wielkiego Hauptbahnhof idziemy wspaniałym bulwarem Mönckebergstraße, wstępując na chwilę do Hauptkirche Sankt Petri, gdzie uwagę przykuwają ozdobne kołatki w formie lwich głów na drzwiach wejściowych – nieopatrznie fotografuję XIX-wieczną replikę zamiast oryginału na sąsiednim skrzydle drzwi, najstarszego dzieła sztuki w mieście. Zaraz obok przeogromny, zjawiskowy, nierzeczywisty niemal w swojej ozdobności Rathaus

  

      

  

      

  

Krążymy kolejnymi ulicami, zachwycają mnie kanały, poziom tutejszej architektury – jej prostota, a zarazem klasa. Z Gänsemarkt zawracamy na południe; akurat gdy zaczyna się mżawka, wjeżdżamy windą na wieżę zrujnowanego Ehemalige Hauptkirche Sankt Nikolai – panorama miasta z wysokości 75,3 metrów robi duże wrażenie, choć porywy chłodnego wiatru odczuwa się bardzo dotkliwie…

  

      

  

      

  

Znowu na zachód, znowu ceglane i szklane budynki wyrastające wprost z wody. Każdy zakręt, nowa perspektywa, następny kwartał miasta każą mi wydawać okrzyki podziwu. Nie chce się w to wszystko wierzyć, a przecież nie widziałem jeszcze najlepszego. Deszcz się nasila, idziemy skuleni pod jednym parasolem, wreszcie chronimy w cudownym, barokowym wnętrzu Hauptkirche Sankt Michaelis

  

      

  

      

  

Rozpogadza się, zaczynają największe atrakcje. Gigantyczne magazyny w Speicherstadt, harmonijnie łączące się z nimi współczesne biurowce i wiszące nad wodą apartamentowce; mostki spinające kanałowe brzegi, kładki przerzucone ponad ulicami – mój ideał miasta istnieje naprawdę!...

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

Powoli wracamy, pod Chilehaus znowu nas łapie ulewa – czekamy w bramie sąsiedniego budynku, obok uroczy młody chłopiec z doprawdy rozkosznym noskiem. Miałem wrażenie, że nieustannie zerka w moją stronę, ale po paru minutach przychodzi jego dziewczyna…

  

      

  

Przed powrotem na dworzec jeszcze kawa, czekolada, ciastka gdzieś na Gerhart Hauptmann-Platz bodajże i spojrzenie na ratusz poprzez wody Binnenalster – późno już, zabrakło typowego ujęcia z pocztówek z Lombardsbrücke, lecz i tak by widok psuło mnóstwo dźwigów…

Wszystko, co widziałem, wprawia mnie w euforię – polskie miasta są jak szary, tani, brudny i tandetny burdel; Hamburg zaś to nieustanny, przejmujący dreszczem, luksusowy orgazm…

  

      

  

niedziela, 08 sierpnia 2010
824. "Nienazwane nazywam milczeniem"...

  

Najwspanialszą przygodą pośród tutejszych, fascynujących wojaży pozostanie dzień, kiedy w ogóle nie wyszliśmy z domu…

  

„Upajała ich wzajemna bliskość, nigdy dotąd nieznana. Oboje byli niewinni, po raz pierwszy poznając tajemną łączność ciała z ciałem, łączność, co spaja silniej niż łańcuch żelazny; po raz pierwszy czując w sobie rozbudzony żar skrzeszony prostym zetknięciem się dłoni. Jakież to piękne było, jakież niesłychane! Nie sądzili, by ktokolwiek przed nimi mógł podobne uczucia przeżywać. Niewątpliwym było, że nie przeżywał ich nikt. Cudowne wrażenia leżały gdzieś nieznane jak ukryte skarby, czekając na tę noc i na nich dwoje, by się rozwinąć, zabłysnąć, odurzyć”

                              [Zofia Kossak-Szczucka, Krzyżowcy].

  

sobota, 07 sierpnia 2010
823. Lübeck…

  

Nie tracimy ani chwili, a więc kolejna wycieczka. Znów gorąco, nareszcie zatem krótkie, dżinsowe spodenki, białe buty i różowa koszulka. W Rendsburgu pociąg wspina się po spirali na imponujący (najdłuższy kolejowy w Europie) most nad Kanałem Kilońskim – podziwiam widoki z wysokości 41 metrów. Robią wrażenie, podobnie jak sama konstrukcja tego wąskiego cudu techniki z 1913 roku…

Dla urozmaicenia – w kontekście kolejnej, planowanej na poniedziałek wyprawy – wybieramy drogę z przesiadkami w Neumünster i Bad Oldesloe. Tam drzwi się otwierają i w przejściu między wagonami ukazuje oparty o swój rower młodziutki Adonis, Hiacynt, Antinous, Eros i Apollo w jednym. Nie chcę szukać miejsc siedzących – Ania widziała moją reakcję, ten jęk zachwytu, zatem wracamy do Niego. Ustawiam się naprzeciw, patrzę i nie mogę nasycić – cud stworzenia, najpiękniejszy chłopiec w moim życiu! Nagle nasze oczy się stykają, zatrzymują się na sobie ciut za długo, potem w bok nieśmiało uciekają, wreszcie zaś na nowo odnajdują, uśmiechają. Okrutny los kazał mu wysiąść przed Lubeką – żegnaj, kolejny ukochany, do nie-widzenia!...

  

      

  

Przez Holstentor wkraczamy na wyspę, do Miasta Siedmiu Wież, Królowej Hanzy, światowej stolicy marcepanu – to jest jak baśń, marzenie, sceneria z ceglanych pierników…

  

      

  

      

  

      

  

Architektura kościołów rzuca niemalże na kolana, zwłaszcza zaś Marienkirche, symbol potęgi miasta. 38,5-metrowe, najwyższe na świecie ceglane sklepienie, zdaje się firmamentem nieba. Wzrok ogarnąć próbuje ową świetlistą strzelistość, nierzeczywiste piękno wymyka się ludzkiemu rozumieniu…

 

      

  

                  

  

      

  

Pobliski Rathaus okazuje się być równie słodki, jak asortyment firmy Niederegger – w cukierni przy Breite Straße bogactwo form marcepanowych przyprawia o zawrót głowy. Przywiozę stamtąd mały prezent rodzicom i koleżankom z pracy…

  

      

  

      

  

Idziemy dalej – z zewnątrz muzeum Mannów w Buddenbrookhaus, wnętrza Jakobikirche, zdobne lektorium w Heiligen-Geist-Hospital, Brama Zamkowa (Burgtor), unikatowe piętrowe prezbiterium w Katharinenkirche, gdzie mnie zachwyca odlew ekspresyjnego Świętego Jerzego Bernta Notke…

  

      

  

Urocze boczne uliczki, szczyty kamienic, ogrody ukryte w podwórkach. Aegidienkirche, przedsionek rajski, ciąg bogatych kaplic, lektorium z zegarem i 17-metrowy krzyż triumfalny w katedrze (Dom), wreszcie na An der Trave wyborny obiad przy ulicy. Monitowany o rachunek kelner się nie spieszy… 

  

      

  

      

  

Kończymy panoramą miasta z wieży Petrikirche – cudowność wszystkiego, co w Lubece zobaczyłem, przerosła najśmielsze oczekiwania… Zmęczenie upałem, poczucie spełnienia, nasycenia, wrażeń niezapomnianych…

  

      

  

      

  

      

  

piątek, 06 sierpnia 2010
822. Sønderborg (Danmark)…

  

Autobus (uwagę będzie tu wciąż zwracać witanie się kierowców z każdym pasażerem – nawet jeśli wymuszone wewnętrznymi przepisami, to przecież i tak sympatyczne) przekracza niezauważalną granicę z Danią, po czym droga wije się wzdłuż północnego brzegu fiordu, nazywanego w naszej terminologii Zatoką Flensburską. Rozświetlona tafla wody, na której nieustannie majaczą żagle i maszty małych jachtów. Wokół schludne miasteczka i wioski, czerwone domki z odsłoniętej cegły. Urocze to wszystko, malownicze…   

  

      

  

                  

  

Ciągły ruch w Sonderborgskim porcie, zaskakujące wystawianie towaru przed sklepy światowych marek na deptaku Perlegade, dyskretna klasa nowego budownictwa, cisza w zaułkach z duńskimi chatkami jak dla skrzatów i na przystani...

  

      

  

      

  

      

  

Na lokalnym cmentarzu nieopodal Sankt Marie Kirke odkrywam zdumiony stojaki z konewkami i grabiami do ogólnego użytku – i nikt nie niszczy, nie kradnie! Bawi mnie patrzenie na podnoszący się wciąż i opadający Kong Christian X’s Bro, zachwyca nowoczesna architektura Alsion...

  

      

  

      

  

      

  

Chodzę radosny i beztroski, słońce opala mi nosek. Jest cudownie, prawdziwa joie de vivre

  

      

  

Wieczorem, w naszym prywatnym najmniejszym kinie świata, oglądamy „Samotnego mężczyznę” (USA’2009; reż. Tom Ford). Piękne, wysmakowane i w tej elegancji nieco chłodne. Oczu za to nie mogę oderwać od Nicholasa Houlta. Słodziutkie ciasteczko z wisienką. Rozmarzam się…

  

czwartek, 05 sierpnia 2010
821. Flensburg...

  

Zagubienie na peronach wrocławskiego dworca PKS, przedłużające się wyczekiwanie na opóźniony autobus, strach, żeby czegoś nie pomylić lub przeoczyć. Wreszcie jest, ruszamy przed dwudziestą drugą. Do poduszki nam serwują film „Avatar” (USA’2009, reż. James Cameron); zasypiam po nim, budząc się na mgnienie podczas krótkich postojów. Zaskakuje duża liczba innych polskich autobusów, skala podróży rodaków… Mkniemy kolejnymi godzinami – autostrady, drogi ekspresowe omijają miasta, więc obraz Zachodu mieć będę dopiero na miejscu. Nad ranem jeszcze przesiadka, co że mogła nastąpić – Ania uprzedzała, ale że nie było to wiadome, więc kolejna chwilowa niepewność: czy też dobrze wsiadam, czy mi nie zgubią bagażu. Ostatecznie bezpiecznie docieram – Ona się zjawia tak szybko, że zaskoczony nie zdołałem jej dość mocno uściskać...

  

      

  

Flensburg okazuje się przyjemnym, malowniczo położonym miastem. Koniec fiordu tworzy wąski, naturalny port – nawet tutaj w wodzie pluskają się wielkie meduzy. Do przystani zacumowane jachty, ludzie na promenadach; po porannej mgle wychodzi ciepłe słońce...

   

                  

  

      

  

Patrzę na ulice, domki, kamienice, szyldy – we wszystkim jest jakiś posmak nowości, czegoś do tej pory nieznanego. Zapewne to też wpływ języka – dziwne i w pewnym sensie zabawne uczucie: słyszeć wokół siebie wyłącznie niezrozumiały niemiecki i duński, zdawać w każdej sprawie na jedną jedynie osobę. Jej tylko mogę tak bezgranicznie zaufać…

  

                  

    

      

  

                  

  

      

  

Ładnie tu, aż jestem tym zdumiony. Zapowiada się coś więcej niż przyjemnie...

  

      

  

środa, 04 sierpnia 2010
820. Destination...

  

Ostatniego dnia przed urlopem wychodzę z pracy o 17.30. Sprzątam biurko (w piątek zamieniłem swój mały stolik komputerowy na porządny, długi blat, pod który idealnie wchodzi kontenerek z szufladami; mam też dostać regał za plecami na piętrzące się już segregatory i katalogi), porządkuję wszystkie dokumenty, sporządzam listę z danymi kontaktowymi swoich najczęstszych dostawców, staram się załatwić jak najwięcej spraw, opisuję, co jeszcze jest do zrobienia. Będą bardzo tęsknić i kląć, że mnie nie ma, ale muszą sobie jakoś poradzić…

Wracając okrężną drogą, zachodzę po bilet na pociąg; te autobusowe na kolejny etap mam już od dwóch tygodni. Dzisiaj kantor i 30 euro, tak na wszelki wypadek – oglądam z ciekawością trzy identyczne banknoty; może tam uda się zobaczyć inne nominały, choć przydałoby się pewnie jeszcze kilka monet (w domu, wśród numizmatycznych skarbów znajduję zaledwie 21 centów). Wyjść zamierzam gdzieś przed osiemnastą, wyjazd z Wrocławia 21.30. Pierwszy raz – i to sam! – za granicę, trochę strachu, że się nieprzewidzianego coś może wydarzyć. Według planu jednak wpół do dziewiątej nad ranem wysiadam wykończony dziesięciogodzinną jazdą we Flensburgu i od razu rzucam Ani w ramiona…

  

poniedziałek, 02 sierpnia 2010
819. (With no) inhibitions...

 

Ta dziewczyna nowa, szczupła, z Działu Handlowego, co tygodni kilka z nami już pracuje – długie nogi (ciągle patrzę), bardzo miła, do mnie się uśmiecha ładnie, zagaduje. Taka cicha myszka raczej, ale gdyby odpowiednio się zakręcić – może dałaby się uwieść. Gdybym umiał, gdyby mi się chciało…

  

Każdy marsz po ulicy ostatnio jest jak umyślne rzucenie wyzwania, nadepnięcie temu zasranemu miasteczku na gardło. Coraz mniej się kulę w sobie, coraz częściej – tak na przekór im wszystkim, dumnie, szyderczo – uśmiecham. Teatralnie stawiam stopę z jezdni na chodniku, zbyt swobodnie macham ręką, wciąż podbijam dłonią przydrożne zarośla. Czasem kusi aż, by się czymś zdradzić, tak do końca dać skompromitować, coś powiedzieć... Potem zaś, jak choćby dzisiaj, idzie z naprzeciwka taki jeden, w fioletowej bluzce, w kratkę spodenkach do kolan, tenisówkach białych, ostrzyżony perfekt, śliczny, seksi i w ogóle, na dodatek nastolatek chyba jeszcze i pewnie hetero – a Ty musisz wzrok odwrócić i udawać, że nie widzisz, że nie patrzysz, ani razu nawet za nim nie obejrzysz. Tak odwagę całą diabli biorą, gdy się dystans zmniejsza do dziesięciu-pięciu metrów…

  

„Niestety, należał do tych wstydliwych pederastów, którzy zadowalają się ślamazarną masturbacją i wbijaniem rozmarzonego wzroku w swego eromenos

             [Jonathan Littell, Łaskawe. Przeł. M. Kamińska-Maurugeon].

  

Archiwum
Tagi