~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
środa, 31 sierpnia 2011
990. A Space Odyssey: 2011...

  

Z półtorej godziny chyba przebierałem się przed wyjściem, w efekcie zaś ledwie zdążyłem dojechać do Centrum i dobiec do kina Luna na czas. A w planach były jeszcze zdjęcia wzdłuż Marszałkowskiej, obiad gdzieś w okolicach Placu Zbawiciela, szukanie jakichś wąskich spodni do moich (dwóch już!) par wysokich butów – zbyt letnio ubrany jednakże wrócić musiałem zmarznięty do domu zaraz po seansie „Drzewa życia” (USA’2011; reż. Terrence Malick)…

Po czterech arcydziełach reżyserowi zaczął zgrzytać nieco ów płynny styl, który dotychczas był jego największą siłą, a dla mnie (zwłaszcza w „Cienkiej czerwonej linii”, „Podróży do Nowej Ziemi” – por. 583) kwintesencją kina. Zabrakło czegoś z dotychczasowej szczerości, emocji, muzyczności, strumieni świadomości bohaterów, doskonałości narracji i montażu. A jednak mnóstwo przecież przejmujących kadrów z życia rodziny, spojrzeń, gestów, pytań – i nigdy „Lacrimosa” Zbigniewa Preisnera nie brzmiała równie mocno jak przy sekwencji stwarzania świata

Gdyby zamierzyć mniej, może by dało się osiągnąć jeszcze więcej?...

  

      

  

„Kręcone w wielkiej tajemnicy przez trzy lata dzieło Malicka to zuchwały eksperyment, niemający odpowiednika w amerykańskim ani światowym kinie. Opowieść o rodzinnej tragedii (utracie dziecka) została przez reżysera potraktowana jako punkt wyjścia do głębinowych rozważań o istocie naszych relacji z Bogiem, kierunku ewolucji Wszechświata, zawartości mitologicznej pamięci i o tym, co po nas, jako gatunku, zostanie. Już sama skala i rozmach tematyczny filmu, nie mówiąc o patosie stawianych pytań, budzą wątpliwości. No bo jak traktować serio reżysera, który podejmuje się zebrać i streścić w skromnych dwóch i pół godzinach projekcji odwieczną mądrość filozofów?

A jednak, co by nie mówić, Malick wychodzi zwycięsko z tej próby. W karkołomny intelektualnie sposób, za to imponująco wizualnie – udaje mu się skonfrontować ogień z wodą. Łączy żarliwość religijnego spojrzenia z darwinizmem. Ludzkie cierpienie z teorią Wielkiego Wybuchu. Zwątpienie z cudem rajskiego dzieciństwa. Okrucieństwo natury z jej niewysłowionym pięknem. Bezgraniczną miłość matki z buntem i pierworodnym grzechem. Montowany jak esej, w formie swobodnego strumienia świadomości film pomija zupełnie realistyczne kwestie psychologiczne, przechodząc z marszu w sferę symboliczną i do stawiania pytań metafizycznych.

Rozpoczyna się od przypomnienia cytatu. Bóg pyta wiernego i sprawiedliwego Hioba: »Gdzie byłeś, kiedy ja ustanawiałem prawo na Ziemi? Odpowiedz, jeśli chcesz zrozumieć«. Echem tych słów jest żal matki, która tracąc w niewyjaśnionych okolicznościach swego kilkuletniego syna pyta Boga: dlaczego? Gdzie byłeś? Czy wiedziałeś? Ilustracją jej lamentu są olśniewająco piękne widoki wybuchów na Słońcu, wulkanicznego dymu, podziału komórkowego, czarnych dziur i majaczących na odległym horyzoncie galaktyk. Obrazy układają się w długi, prawie półgodzinny medytacyjny ciąg robiący równie szokujące wrażenie co słynna, finałowa sekwencja »2001: Odysei Kosmicznej«.

Kubrick strącał osobowego Boga z piedestału, zastępując go kosmicznym, czarnym monolitem. Agresji i ciągle udoskonalanej sztuce zabijania przypisywał kluczową rolę w procesie ewolucji. Malick, panteista, świadomie i bardzo przewrotnie nawiązujący do filmu Kubricka – odwrotnie. Zachowuje postawę Hioba: wierzy w miłosiernego Boga, mimo lawiny nieszczęść, spadającej na głowy jego bohaterów. »Szukam cię, Boże« – to zdanie często powraca w »The Tree of Life«. Kołem napędowym ewolucji, przyspieszającym narodziny homo sapiens jest u niego moment zaistnienia bezinteresownego dobra w przyrodzie. Dlatego pojawiają się w filmie drapieżne dinozaury, które zamiast dopaść bezbronną ofiarę, nie atakują jej tylko się wycofują.

Brad Pitt gra ojca rodziny, wychowującego z żoną trzech synów na prowincji (w latach 50. XX wieku). Ma tam wspaniały dom i ogród. Jest czuły, wyrozumiały, troskliwy z drugiej strony – surowy, bezwzględny, domagający się posłuszeństwa i nieznoszący sprzeciwu. Przypomina starotestamentowego Jahwe. Wyznaczając niewidoczną granicę na trawniku stwarza i niszczy rajską idyllę dzieciństwa chłopców. Pasuje do tej roli, wierzy mu się w każdym geście. Seana Penna jest zdecydowanie mniej. Pojawia się na ekranie zaledwie w kilku krótkich scenach. Gra jednego z synów już w wieku dorosłym, który jak duch tropi wspomnienia, odwiedza zapamiętane miejsca i spotyka rodziców w marszu śmierci ku nieznanej przyszłości”

          [Janusz Wróblewski, relacja z Cannes dla Polityka.pl, 17 V 2011].

  

wtorek, 30 sierpnia 2011
989. Road to Perdition...

  

Żyję tu w jakimś zupełnym bezczasie, z dnia na dzień, bez troszczenia się o przyszłość, bez nadzoru i zobowiązań, co pogłębia tylko wszystkie złe nawyki, schematy myślenia i zachowania. Wciąż nie szukam pracy, od tygodni już nie zjawiam w Centrum, godzinami wybieram do sklepu naprzeciwko, od miesiąca do kina (mam iść jutro, bo już tylko w jednym miejscu ten film grają), płaczę lub wściekam na kształt swojego życia, widząc pary tulące się na trawie w parku. Nie chce mi się prać ani odkurzać; nie chce wychodzić na obiad, jeść ani gotować – więc się głodzę. Już tylko słońce zdolne jest mnie wyrwać na powietrze, a że się zdarza rzadko, wzrok tracę przed monitorem komputera. „Wszystko w porządku”, mówię, kiedy zadzwoni mama – poza tym rozmawiam tylko sam ze sobą. Jest lepiej mi niż kiedykolwiek dotąd – spore ryzyko więc, że będę to kontynuował…

  

                    „Bezczynność niszczy ci, Katullu, zdrowie,

                    Bezczynność rzewnych uniesień przyczyną.

                    Bezczynność sprawia, że giną królowie

                              I miasta giną”

                                        [Katullus, LI. Przeł. J. Sękowski].

  

sobota, 27 sierpnia 2011
988. Spełniony - niezaspokojony...

  

Nareszcie doskonały, długo wyczekiwany dzień – dwa miesiące trzeba się było o niego modlić, zaklinać rzeczywistość, prosić. Pierwsze wakacje bez rodziców, bez zobowiązań, pracy, wstydu i rozkazów – i pogoda przytrafiająca o prawdziwy rozstrój nerwów. Deszcze, burze, chmury, mgiełki zasnuwające wciąż niebo, ochłodzenia; niesprawdzające się prognozy, przesuwające wciąż na „w przyszłym tygodniu” plany i nadzieje. Dlatego też wykorzystywana każda chwila poprawy, obłędne gonienie do parku – choć na dwie godziny, jedno popołudnie. To przecież takie ważne – pozwala zrekompensować wszystko inne, poczuć się wolnym, sobą (jesteście zdrowi, macie normalne życie erotyczne, dojrzewaliście jak inni – nigdy nie zrozumiecie; por. 641, 793, 809, 810, 954)… Wciąż jednak było nie tak, wciąż się czekało na to

Wymarzone warszawskie lato trwało jedną sobotę (zaraz wrzesień, więc pewnie pierwszy to raz i ostatni). Żar i błękit, w bonusie podpatrywanie rozebranych chłopców, rozkosz absolutna…

  

                              „W młodym sercu

                              beztroski korowód

                              słonecznych

                              dokonań dnia”

                                        [Sandro Penna. Przeł. J. Mikołajewski].

 

piątek, 26 sierpnia 2011
987. Really Hot...

  

Gdy tak dziarsko idę na Górkę się opalać, z dużą dżinsową torbą swobodnie zarzuconą przez lewy bark na plecy, w niebieskich T-shirtach (a czasem z powrotem i bez nich), białych butach, sam już złocisto-brązowy, zadowolonym z siebie wzrokiem mierzący obojętnie innych ludzi zza czarnych okularów – ktoś gotów jeszcze pomyśleć: „jaki normalny, pewny, ba! dość atrakcyjny nawet chłopiec biegnie gdzieś pewnie na trening”… Chwilowa tylko, lecz za to zupełna (na słońcu) odmiana – zamiast wstydliwej kopii w pełni już wartościowy oryginał (por. 718)…

  

środa, 24 sierpnia 2011
986. Neighbourhood...

  

Przed sklepem bezrobotni panowie proszą o „parę groszy na piwo”, a na korytarzu jeden z (rówieśnych mi?) sąsiadów żebrze u każdego przechodzącego „na szluga”. Ewentualnie chce pożyczyć „na fajki” trochę „kasy” – „jutro odda”. Wygląda raczej na zabiedzonego narkomana, lecz chyba rzeczywiście chodzi mu o papierosy. Potrafi tak spędzać na schodach cały dzień, puszczając sobie z radyjka dość specyficzną muzykę. Być może przeżywa tak dramat miłosny, bo – zdaje się – panna z mojego piętra zerwała z nim (?) dla innego, też sąsiada. Czeka, żeby z nią porozmawiać, puka o pierwszej w nocy, nie umie się pogodzić (skąd to znamy? – mógłbym się z nim niemalże utożsamić). Dyskusje, czasem krzyki całej trójki tuż pod moimi drzwiami – próbuję to jakoś sobie poukładać, ale nie wszystko udaje się podsłuchać…

Przedwojenne osiedle małych klitek, niepowtarzalne klimaty, robotnicza Wola…

    

niedziela, 21 sierpnia 2011
985. Technical note...

  

Na bocznej szpalcie bloga, pod innymi zakładkami umieściłem listę nazwisk wszystkich cytowanych tu twórców literatury pięknej (nie uwzględniono publicystów oraz – póki co – niektórych nazwisk, pojawiających się jedynie w tytułach notek). Było ich, jak dotąd, 179. Po kliknięciu w dane nazwisko wyświetlą się notki z wykorzystanymi fragmentami dzieł owego twórcy. Jest to narzędzie pomocnicze wobec blogowej wyszukiwarki, które – być może – przyda się czytelnikom. Wielkość czcionki, jaką na liście zapisane jest nazwisko danego autora, zależy od częstotliwości cytowania go tu…

Nie jest to może pełen obraz moich czytelniczych preferencji (a już na pewno żaden ranking najlepszych: do pisarzy drugorzędnych mogę sięgać częściej niż do wybitnych – jedynym kryterium jest współgranie ich fraz z moimi aktualnymi, zapisywanymi na blogu odczuciami i wrażeniami, a kicz niekiedy łatwiej wpada w ucho. Na razie jednak nazwiska najczęstsze to te rzeczywiście ulubione i bardzo cenione), ale daje pewne pojęcie o jednej z osobliwości tego dziennika i dominujących tu klimatach. Jak zawsze, zapraszam do lektury…

  

czwartek, 18 sierpnia 2011
984. Orbis sensualium pictus...

  

Z domu, poza książkami, przywożę coś jeszcze. Jako że ojciec kupił sobie kolejny aparat, znów mogę odziedziczyć jego dotychczasowy sprzęt. Po dwóch i pół roku użytkowania Nikona Coolpix 4600 – od którego w ogóle zaczęła się moja przygoda z fotografią – zastępuję Olympusem SP-565UZ. Większe odtąd możliwości – i jeszcze bardziej widoczne moje amatorstwo. Wymierzam idealnie równe kadry – ale przysłony, nasycenia, głębie i czułości to ciągle jest abstrakcja; nawet automatyczne ustawienia wychodzą jakieś gorsze niż w tamtej zapalniczce. Trzysta zdjęć w trzy dni (ptaki, kościoły, cmentarze, skoczkowie na bungee i fontanny) – i prawie żadne nie daje satysfakcji. Może kiedyś mnie oświeci i się uda…

  

      

  

Ze spaceru do kilku funeralnych atrakcji wzdłuż Wolskiej wracam śmiertelnie zmęczony. Kładę się chwilę na kanapie – i odzyskuję świadomość dwie godziny później, przed 20.00. Śnił mi się znajomy, od ponad roku niewidziany chłopiec. Spacerowaliśmy po mieście, o siedemnastej mieliśmy się pożegnać przed moim mieszkaniem, ale że szło na burzę – zaproponowałem, żeby wszedł na górę. Rozmowa na schodach to już wzajemne upewnianie, że będzie czymś zupełnie naturalnym iść do łóżka. To chyba ten zaskakujący, tak niedostępny dla mnie „żaden problem!” w podejściu do seksu kazał mi zaraz się przebudzić… Ale na polu erotycznych snów (por. 784, 862, 925) znów krok dalej...

  

poniedziałek, 15 sierpnia 2011
983. No Man’s Land…

  

Nie mogłem tam zostać, wytrzymać, nie mogłem dłużej patrzeć na nowe, pod moją nieobecność – bez zgody, konsultacji, udziału – zaprowadzone porządki. Jakieś pudła, do których wrzucono część rzeczy (płyty, filmy), by stały bezładnie pod biurkiem; pustka na szafie w rogu po młodzieżowych książkach, wywiezionych znienacka do domu dziecka; byle jak sklecone klocki Lego, nie wiadomo po co znów ustawione na półkach… Cztery ściany – już nie moje, nigdy zresztą niebędące azylem. I trzydzieści w nich jałowych lat – obrzuciłem je pełnym niechęci spojrzeniem i wyszedłem…

  

„To dziwne, że miejsca, kiedyś tak intymnie z nami związane, mogą stać się obojętne pod wpływem osiadającego jak kurz czasu. Najpierw rozlega się cicha detonacja rozpoznania i przez moment przedmiot pulsuje swoją nagłą wyjątkowością – to krzesło, to straszne malowidło! – a potem rzeczy układają się w nudny, znajomy obraz, we fragmenty świata. Wszystko w tym pokoju wydawało się ode mnie odwracać, ponure i oporne, wyrażając sprzeciw wobec mojego niechcianego powrotu”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

sobota, 13 sierpnia 2011
982. Hardcore...

  

To miała być szybka akcja, jednodniowy wypad do tamtego domu po parę rzeczy, dopóki rodzice wciąż jeszcze nad morzem. Nastawiałem się na to przez dwa tygodnie; w środę nareszcie decyzja, w czwartek pobudka o piątej, a i tak spóźnienie na pociąg – bo w podziemiach Centralnego płatności za bilety jedynie gotówką; na stanie w kolejce na górze było już za późno – choć gdybym wiedział, że pociąg odjedzie pięć minut po czasie, zdążyłbym na pewno. W efekcie dwie godziny czekania na dworcu. W domu, po przesiadce we Wrocławiu, byłem dopiero o 18.00. Przez kolejne godziny pakowanie i selekcja książek – co wziąć ze sobą, co przywieźć mają rodzice podczas kolejnej wizyty. Wkładanie, przekładanie i rezygnowanie, nerwy i dylematy, kolejne próby podniesienia bagażu. Pójście spać dopiero o drugiej w nocy…

W piątek przed południem jeszcze fryzjer (starszy pan, obcina wszystkich za 12 zł – najlepszy fachowiec w tym fachu, jakiego spotkałem), potem umycie głowy, ułożenie nowej fryzury i zaraz wyjście z walizką oraz z niemal równie wielką torbą. W nich, poza paroma sweterkami i bluzkami, 22 woluminy (niekoniecznie małego formatu i w miękkich okładkach). Zlany potem docieram resztką sił na lokalną stację, we Wrocławiu (dwa razy kilometrami obchodząc remontowany Dworzec Główny i jego zamknięte tunele, ciągnąc za sobą swój bagaż, klnąc głośno na rozklekotane chodniki) jem obiad i wsiadam w pociąg do Warszawy – przez Częstochowę (na ogół jeżdżę przez Kalisz). I to był dopiero początek…

Naprzeciwko mnie siedzi para licealistów, zatopiona w laptopie, telefonach, iPodzie. Co chwila się całują (przypomina mi się podróż z Anią z Krakowa, gdy chciałem być tak blisko i trzymać ją ciągle za rękę); chłopiec ma grzywę loczków na głowie i bardzo zmysłowy zarys kości twarzy. Po prawej dwie blondynki – w każdym tego słowa znaczeniu; pod oknem chyba Białorusin. Wagon, jak na warunki polskie, luksusowy – trzy (zamiast czterech) miejsca w rzędzie, małe stoliki przy podłokietnikach, ładnie wygięte lustro, nawet rolety w oknach; na korytarzu elektroniczne wyświetlacze podają prędkość jazdy. Za Lublińcem kierownik pociągu informuje nas, że na naszej trasie doszło do katastrofy kolejowej pod Piotrkowem Trybunalskim (jeden zabity i dziesiątki rannych) i możemy mieć ogromne opóźnienie. Półtorej godziny wleczemy się objazdem na wschód, w słynnej Włoszczowej wjeżdżamy na Centralną Magistralę Kolejową, przyspieszamy – po czym stajemy w polu na kilkadziesiąt minut, bo… ekspres przed nami śmiertelnie potrącił człowieka. Zwłoki zajmują oba tory. Na dodatek w naszym pociągu wysiada zasilanie i siedzimy po ciemku. Za oknami też kompletny mrok. Zrezygnowani konduktorzy pozwalają ludziom palić papierosy i zajmować miejsca w pierwszej klasie. Blondynki przenoszą się parę przedziałów dalej do jakichś swawolnych chłopaków, licealiści na wprost mnie wyciągają na fotelach i jeszcze bardziej do siebie przytulają. Do Warszawy Centralnej wjeżdżamy o 23.00 – sto minut po czasie rozkładowym. U siebie w mieszkaniu jestem pół godziny przed północą. Po trupach, ale nareszcie u celu…

  

środa, 10 sierpnia 2011
981. A Room with a View...

  

Wczoraj z okna nagłe zderzenie dwóch samochodów i jeszcze obicie się jednego z nich o tramwaj, a wieczorem (jakby w epilogu do tego wypadku) niebo stające równie znienacka w płomieniach. Ot, kolejne warszawskie atrakcje nawet bez wychodzenia z pokoju…

  

      

 

      
  

poniedziałek, 08 sierpnia 2011
980. Désillusion...

  

Dzisiaj mógłbym wspominać rocznicę. Ale może lepiej nie pamiętać, może za wiele rozgrywało się w głowie zamiast na jawie?... Może było zbyt ważne jak na tak niewiele

Przez moment wydawało mi się, że potrafię, mogę, czuję...

  

       „Najstraszniejsze jest to, że sami tworzymy obiekty swego pożądania”

              [José Carlos Somoza, Namalowane okno. Przeł. B. Jaroszuk].

  

piątek, 05 sierpnia 2011
979. Z cyklu: Moje okolice (II) - Parafia...

   

Kościół św. Józefa Oblubieńca NMP, (1938-) 1945-1961, ul. Deotymy 41.

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

środa, 03 sierpnia 2011
978. Clear up...

  

Deszczowy lipiec, zamknięcie się w domu na tydzień, histeryczne łzy za kolejnym miłosnym urojeniem, apatyczne wpatrywanie w ścianę i autoagresja – skończyło się, nareszcie. Wczoraj paradowanie po sklepach w nowiutkich najeczkach (tak, wiem, już druga para butów w przeciągu miesiąca) i białym kapeluszu, a dziś tak upragnione przysmażanie na słońcu. I jutro też, i może nawet w piątekWypogodziło się i rozjaśniło. Zwłaszcza, że nie ma w istocie powodu, by moja Anna tysiąca dni, pięciuset listów i SMS-ów, moja kochana Wisienka, Słoneczko-Chmureczka, Calineczka nie była dalej moim najlepszym przyjacielem…

  

                    „Lecz oto okręt mój przybił uwieńczon do brzegu:

                              Przezwyciężone mielizny, kotwica rzucona.

                    Teraz dopiero z tej matni burz wracam do siebie.

                              Teraz się rany zamknęły, odzyskałem zdrowie”

                                        [Propercjusz, Elegie III, 24. Przeł. M. Brożek].

  

poniedziałek, 01 sierpnia 2011
977. Katastrofa narodowa...

  

Musiało wybuchnąć. A jednak w żadnym razie nie powinno (por. 256)…

  

      

  

»[4 VIII 1944] Boję się wymówić słowo „bezsens”, ale samo podsuwa mi się na każdym kroku, gdy o tym myślę. (…)

[13 VIII 1944] Dlaczego skazuje się tych młodych na tyle bohaterstwa, o którym nikt nie będzie chciał wiedzieć? (…) Niemcy i Rosjanie unicestwiają TO SAMO, są zgodni w unicestwianiu TEGO SAMEGO. Niemcy na pożegnanie, Rosjanie na powitanie. (…)

[14 VIII 1944] Właśnie w tym słońcu, w nagłych porywach chłodnego wiatru, przepowiadającego pogodę, to wszystko wydaje się zupełnym absurdem. Jak można umierać w takim słońcu? Myślę o tych chłopcach i dziewczętach w Warszawie, o tych wspaniałych chłopcach, którzy chcą albo po prostu muszą umierać w słońcu. Dlaczego los skazuje nas zawsze na tyle bohaterstwa? (…) Za wiele bohaterstwa. Jesteśmy znowu sami razem z tym czymś, co tylko my potrafimy pojąć i zrozumieć. Byle kto lub byle co żąda od nas ofiary życia i – otrzymuje ją, założyć nam rurociąg na krew i – dostarczamy jej strumieniami byle gdzie i byle dla kogo, powiedzieć „śmierć” i krzycząc „życie” jesteśmy wszyscy zgodni. (…)

Na czyj rozkaz i po co Warszawa zerwała się do walki? Największe bohaterstwo, gdy jest bezcelowe, budzi gorzkie politowanie i nic więcej. Mówi się o nim, jak o bohaterstwie szaleńca, który rzuca się pod pociąg, by go zatrzymać«

                             [Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem].

 

Archiwum
Tagi