~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
piątek, 31 sierpnia 2012
1160. Z cyklu: Przeczytane (VIII) - Sierpień...

  

1. Jörg Friedrich, Pożoga. Bombardowania Niemiec w latach 1940-1945. Przeł. P. Dziel, D. Kocur, J. Liniwiecki, Warszawa 2011;

2. John Maxwell Coetzee, Lato. Sceny z prowincjonalnego życia III. Przeł. D. Żukowski, Kraków 2010.

  

Tagi: książki
22:33, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
1159. Begins - Falls - Rises...

   

Sprawiam sobie w weekend odwlekany wciąż ostatnio prezent – trzecie (por. 1067, 1069), pewnie już ostatnie tego roku kino. Żeby zakosztować technologii IMAX, jadę aż na Powsińską (do Sadyba Best Mall, gdzie robiłem zakupy trzy lata temu, mieszkając wówczas trzy tygodnie przy Burgaskiej) – decyduję się jednak na wyprawę nieco późno, docieram więc w ostatniej chwili (trwają już reklamy) i w kasie szybko (a potem po omacku, potykając się na schodach w zaciemnionej sali) wybieram miejsce w ostatnim rzędzie, który nie w pełni zapewnia oszołomienie ogromem ekranu. Ale rzeczywiście: takiego jeszcze nie widziałem, podobnie jak równie wyraźnych napisów bez żadnej literówki. Lecz i tak najważniejszy był w tym wszystkim film, którego zwiastun oglądałem niemal każdego dnia już od tygodni…

  

Spośród wszystkich superbohaterów amerykańskiej popkultury tylko jeden od dzieciństwa budził moją fascynację – pewnie dlatego, że pozbawiony ponadludzkich mocy. Nigdy nie zetknąłem się z graficznymi opowieściami o nim, ale wciąż miło wspominam mroczne intro animowanej serii i dwa filmy Tima Burtona (na kolejne dwa, Joela Schumachera, spuszczam litościwie zasłonę przemilczenia). Podskórnie jednak oczekiwałem czegoś jeszcze, czując, że w tej historii zawiera się większy potencjał, choć nie umiałem go dokładnie nazwać. Chciałem chyba tragedii, nie komiksu. Dopiero trylogia Christophera Nolana („Batman – Początek” 2005; „Mroczny rycerz” 2008; „Mroczny rycerz powstaje” 2012) przyniosła spełnienie moich wyobrażeń o Batmanie. Na nowo odczytane wątki, urealnienie świata i pogłębienie psychologii postaci, aktualne dylematy naszych czasów, wydobycie Bruce’a Wayne’a spoza maski Człowieka-Nietoperza pozwoliły – przy całej spektakularnej widowiskowości tych trzech filmów – stworzyć coś więcej niż tylko błahe kino rozrywkowe. Nawet jeśli trzecia część nie ma już tego posmaku nowości, co „jedynka” i nie przebija mistrzowskiego epizodu środkowego, to przecież stanowi przyzwoite ukoronowanie i zamknięcie cyklu – przyjemnie było patrzeć, jak powracają w niej pewne zdania (Why do we fall?), a znane już sceny zyskują dopełnienie. Trudno mi nawet nie myśleć teraz o trylogii jak o jednej całości…

  

      

  

Ujmuje mnie jej swoisty patos: nieutulony ból przeszłości, anonimowe poświęcenie, maska przesłaniająca prawdziwe „ja” – a może wydobywająca je dopiero na powierzchnię (there is something out there in the darkness, something terrifying, something that will not stop until it gets revenge... Me), odkrywanie w sobie tego, z czym pragnęło walczyć (I see now what I have to become to stop men like him), strach, jaki trzeba w sobie przełamać, a potem na nowo wzbudzić, dosięgnięcie dna i „powstanie z martwych”, siła zbiorowej nadziei, nawet jeśli opiera się na kłamstwie (Sometimes the truth isn’t good enough, sometimes people deserve more. Sometimes people deserve to have their faith rewarded...) i powszechna potrzeba symbolu, w który można by wierzyć (if you make yourself more than just a man, if you devote yourself to an ideal, and if they can’t stop you, then you become something else entirely. A legend, Mr. Wayne). Cena, jaką się płaci za swoje wybory (You either die a hero or you live long enough to see yourself become the villain), droga, z której już nie da się zawrócić (Bruce, don’t make me your only hope for a normal life), utrata tych, których chciało ochronić i kochało. Jak to człowieka łamie. Samotność, na jaką samemu się skazuje…

 

– There’s nothing out there for me.
And that’s the problem. You hung up your cape and your cowl, but you didn’t move on, you never went to find a life, to find someone...

– Alfred... I did find someone.

– I know, and you lost her. But that’s all part of living, sir. But you’re not living. You’re just waiting, hoping for things to go bad again.

  
21:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 24 sierpnia 2012
1158. Boys Town...

  

Mateusz Damięcki w czerwonej czapce przy bankomacie BZ WBK opodal Placu Konstytucji, Krzysztof Kwiatkowski (ten z Hotel 52, nie ex-minister) na Krakowskim i ktoś na Placu Zamkowym, kto za ciemnymi okularami był chyba Bartkiem Gelnerem. Wszyscy w zaledwie jedno popołudnie.

Miasto chłopców, których można jedynie mijać ze wzrokiem wstydliwie wbitym w ziemię…

  

Tagi: homo Warszawa
23:59, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
środa, 22 sierpnia 2012
1157. Zygmunt Słupnik...

   

                                        „Jest u nas kolumna w Warszawie,

                    Na której usiadają podróżne żurawie,

                    Spotkawszy jej liściane czoło śród obloką;

                    Taka zda się odludna i taka wysoka!”

                                        [Juliusz Słowacki, Uspokojenie].

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

niedziela, 19 sierpnia 2012
1156. „Mnie płynąć, płynąć, płynąć”...

  

„Dzięki” pracy mniej teraz czasu na spacery, wielogodzinne błądzenie w poszukiwaniu nowych kadrów i zwykłe wylegiwanie się na słońcu. Tym bardziej staram się korzystać z popołudni i weekendu – zwłaszcza, że znów upalnie i błękitnie, pogoda jaką lubię. W czwartek drugi już raz do Zachęty, gdzie zdjęcia na wystawie i klatce schodowej; w piątek Muzeum Literatury i wnętrza kościołów (św. Kazimierza, św. Jacka, seminaryjnego) – przepiękne światło wprost na fronton Teatru Wielkiego też uwieczniam. W sobotę i niedzielę eksploracje nieznanej niemal tamtej strony Wisły – Stara i Nowa Praga, Szmulowizna. Ciekawe wszystko wielce, lecz obraz zapuszczenia straszny. Skupiam się na podwórkach z kapliczkami – na prośbę starszego pana przeskakuję ogrodzenie wokół jednej z nich i ustawiam prawidłowo obrazek Matki Boskiej. Wszędzie ceglane ściany, psie gówienka, papier toaletowy na chodnikach, stare fabryki i pijaczki w bramach. „Jebany pedał!” krzyczą mi z samochodu – sęk w tym, że „niejebany”, a „pedał” też bardziej w marzeniach (swoich) oraz odbiorze (innych – lecz nie gejów). O Brzeskiej dopiero po powrocie czytam, że strasznie niebezpieczna – ja przeżyłem… Pomnik Dywizji Kościuszkowców z balonem Orange pod żołnierską ręką; odpoczynek na plaży z widokiem na Starówkę, przepłynięcie się promem, jak zwykle Plac Zamkowy, detale Pałacu pod Blachą, kolumna Zygmunta jako czarny słup na tle wieczornego nieba, w ostatnich blaskach słońca… Dużo i intensywnie; używam – tak, jak umiem…

  

„– Więc wędrujesz? To dobrze. Piękne wybrałeś sobie życie, mój sokole. Tak trzeba: wędruj i patrz, a kiedy się napatrzysz – połóż się, umrzyj, i koniec.

Życie? Inni ludzie? – ciągnął dalej, sceptycznie wysłuchawszy mego sprzeciwu wobec słów »tak trzeba«. – Eche! A co cię to obchodzi? Czy ty sam nie jesteś życiem?”

                 [Maksym Gorki, Makar Czudra. Przeł. J. Jędrzejewicz].

   

czwartek, 16 sierpnia 2012
1155. Zły dotyk...

  

Po kilkunastu miesiącach wciąż mam Cię w nocy pod palcami (por. 1068). A przecież każdy dotyk był tym pierwszym – jak dziecko dziwiłem się, że oto drugi człowiek, że takie namacalne jego ciało. Wszystkie Twoje krągłości, zakamarki – ich miękkość, gładkość i ciepło Twojej skóry. Nie mogłem wprost uwierzyć, że da się z drugą osobą aż tak blisko…

 

„Dla mnie był to stan szczęśliwości, melanż macierzyńskiej słodyczy i miłosnego rozczulenia”

             [Andreï Makine, Między ziemią i niebem. Przeł. M. Hołyńska].

  

Za każdym razem jednak musiałem się oswajać z tym od nowa – uczyć wszystkiego od początku, mierzyć z nieznaną sobie dotąd przyjemnością; była w tym błogość przeogromna, nie było tylko żądzy, podniecenia. Wystarczało mi jedynie być, przytulać – nie wiem, w jaki sposób się sięga po coś więcej. No co ty... każdy to umie, to jest w genach – ktoś pisze na Kumpello. Ja ich, widocznie, nie posiadam, a chęci i myśli to za mało. Każdy gest niczym upokarzający debiut, kolejny raz tak samo pełen niezręczności jak ten pierwszy (por. 1082). W końcu nie robisz nic – prędzej niż później i tak dadzą sobie przecież z tobą spokój. Trudno pozbyć się myśli, że właśnie przez to (choć nieprawda) Cię straciłem…

  

„To wahanie na temat własnych praw seksualnych, na temat tego, co w ich związku należy uważać za naturalne i normalne, też budziło niepokój i zapewne stanowiło zapowiedź rychłego końca. Seksualność to delikatna sprawa, trudno w nią wkroczyć, ale jakże łatwo z niej wyjść”

               [Michel Houellebecq, Mapa i terytorium. Przeł. B. Geppert].

 

poniedziałek, 13 sierpnia 2012
1154. Królestwo z tego świata...

  

Pieniądze i miesiące, pozwalające mieć nadzieję na rok przyszły. Jednak te coraz większe w stosunku do topniejących oszczędności koszta: może więc zmienić, wyprowadzić się, współdzielić? Już nie mieszkanie samodzielne, ale pokój – z za-ścianą-kimś musząc obcować, o nim myśleć. Nie wyobrażam sobie – znać wcześniej musiałbym i bardzo lubić. A wszak marzyłem, że w obecnym gniazdku – nasze będą dni i wiele nocy. Wygląda zaś, że nawet mnie tu nie odwiedzisz. Zamknę się więc w tym komforcie, dogadzając sobie za nas dwoje…

   

piątek, 10 sierpnia 2012
1153. Les Corps étrangers...

  

Rozmyte obrazy, na pół halucynacyjne wędrowanie, odkrywanie kolejnych zakamarków. W pierwszych pomieszczeniach klimaty hipisowskie – młodzież na dywanie, ktoś z gitarą, przekazywane sobie skręty, fajki wodne. Coraz bliżej siebie, w coraz gęstszej mgiełce kipiących podskórnie emocji. Aż wreszcie drzwi ostatnie – półmrok, dziesiątki, głównie męskich, ciał; ich nagość, mechaniczne gesty wokół sterczących sprężystości. I nawet w takim (pierwszym jawnie gejowskim) śnie poczucie bezradności i niemocy – fantazja nie potrafi oderwać się od codzienności (por. 769)… Oglądane na filmach, upragnione, imaginowane, których nigdy nie będzie dane choćby dotknąć…

  

„Zbudził się rozgorączkowany i niewypoczęty. Rozpalona wyobraźnia stawiała przed nim we snach tylko same lube dla zmysłów przedmioty. (…) niezaspokojone żądze wystawiały mu przed oczy najbardziej rozwiązłe i bezwstydne obrazy, zaś on nurzał się w rozkoszach zgoła mu dotąd nieznanych”

                     [Matthew Gregory Lewis, Mnich. Przeł. Z. Sinko].

  

środa, 08 sierpnia 2012
1152. Na Wspólnej (I) - odc. 1-2...

  

Jest w tym coś z zachwytu wkraczającego w wielkie progi prowincjusza i nieco dumy, poczucia wyróżnienia – pracuję w Ministerstwie! Swobodne przechodzenie przez bramki z kołowrotkiem, na drzwiach drugiego piętra: „podsekretarz stanu”, „biuro ministra”, „departament tego i owego”… Lecz moja droga w dół, archiwum – długie przesuwne regały – jest w piwnicy. Kartony z segregatorami, systemy numeracji, ewidencje; tysiące stron – podania, wnioski, maile, zapytania; faktury, refundacje, delegacje, kontrole, listy płac i rozdzielniki nagród. Ciekawych rzeczy można się doczytać, z wielu też wspólnie pośmiać – lecz sza! – państwowa tajemnica. Trzeba usuwać z dokumentów wszystkie zszywki, foliowe koszulki i spinacze; potem do tekturowych teczek, one w odpowiednią kolejność i na półki… W budynku jest stołówka, bardzo przyjemna, z wielkimi oknami na łącznik z Żurawią; można zjeść pełnowartościowy smaczny obiad – taniej, niż w mlecznym barze gdzieś na mieście…

Praca nużąca, monotonna, kiepsko płatna – wygląda na to, że jakoś uda się wytrzymać…

   

poniedziałek, 06 sierpnia 2012
1151. Permanent Vacation...

  

Jutro dzień pierwszy, rano do Ministerstwa i umowa. Skończyły się całodniowe spacery, tysiące zdjęć, opalanie – i nawet krótkie spodenki. A przecież jeszcze nie byłem tam i tu, nie sfotografowałem tego, nie widziałem. Roku było za mało, by wybrać się na chociaż jedną trasę z którymś ze Spacerowników – można odkrywać kolejne atrakcje w tej Warszawie jeszcze lata (będą mi one dane? – wszystkie pragnienia sprowadzają się do pozostania w Mieście). A przygotowanie kolejnych galerii z już gotowego materiału zajmie miesiące – zwłaszcza ta z Wilanowa powinna się podobać…

Tyle nieróbstwa przez tak długi czas, można powiedzieć. Tyle smakowanego po raz pierwszy życia…

  

               „Ja nie wiem co się działo przez całe tamto lato.

               Byłem ugotowany, psychicznie. Nic nie pisałem, nic nie czytałem.

               Do forsy nie nawykły, wydałem kupę forsy

               nie pamiętam już na co. Byłem ogłupiały”

                                   [John Berryman. Przeł. P. Sommer].

  

23:12, alexanderson
Link
piątek, 03 sierpnia 2012
1150. Procrastinatio...

  

W środę rozmowa z prezesem – dość nerwowa (czekam nie w tym Empik Cafe w Złotych Tarasach, co należy; nie mogę się dogadać przez telefon – nic nie słyszę), dziś wypełnienie kilku druków, zobowiązań, podania o przepustkę. Po 11 miesiącach w Warszawie, w ostatnim, na jaki mnie tu stać, SIĘ UDAŁO! Praca dla firmy archiwizującej dokumenty, pomoc w realizacji jednego z ich kontraktów. Co prawda tylko do końca listopada, ale i tak to odroczenie wyroku mocno cieszy. Humor psuje mi stawka za godzinę – dostałem, jaką chciałem, a zaproponowałem niską. Za to lokalizacja powinna dać sporo satysfakcji – Ministerstwo Rozwoju Regionalnego chyba nieźle wygląda w życiorysie…

  

21:10, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi