~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
niedziela, 31 sierpnia 2014
1422. Z cyklu: Przeczytane (XXXII) - Sierpień...

  

1. Carlos Fuentes, Łeb hydry. Przeł. Z. Wasitowa, Warszawa 1994;

2. Kazimierz Brandys, Wariacje pocztowe, Warszawa 2005;

3. Sándor Márai, Występ gościnny w Bolzano. Przeł. F. Netz, Warszawa 2005.

  

Tagi: książki
20:37, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 29 sierpnia 2014
1421. „Kadry rieszajut wsio”...

  

Dopiero w ostatniej chwili Urząd Pracy stara się wykorzystać przyznane mu środki europejskie na 3-miesięczne staże (muszą się skończyć do 30 listopada, więc zacząć już) i znaleźć dla mnie miejsce w którejś z lokalnych instytucji publicznych. Nie udało się ze Starostwem Powiatowym – program jest na aktywizację mężczyzn, a tam chcieli kobietę, więc woleli w ogóle się wycofać (!), – z Gminnym Ośrodkiem Pomocy Społecznej, Środowiskowym Domem Samopomocy (tu ja nie byłem zainteresowany – miałbym prowadzić zajęcia edukacyjne dla dorosłych z upośledzeniem umysłowym i chorych psychicznie), dopiero najoczywistsze rozwiązanie przyniosło efekt, choć dodzwonienie się do Urzędu Miejskiego zajęło pracownikom socjalnym aż 2 dni. Dziś rano zadość unijnej biurokracji, to znaczy wypełnianie w PUP-ie szeregu dokumentów i skierowanie do przychodni lekarskiej – robię tam prześwietlenie płuc, oddaję próbkę moczu, pobierają mi krew (po raz pierwszy udaje się nie zemdleć – bo leżąc na kozetce starałem się skierować myśl ku Ani). W poniedziałek mam jeszcze zrobić badania okresowe, dostać opinię lekarza-orzecznika i stawić się do pracy. Nie znam wcale zakresu swoich obowiązków, ale to chyba porządki w dokumentach; pensja, bodajże, 997 zł (kariera zawodowa według konsekwentnej zasady: coraz mniej). Z czasów archiwizowania w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego w Warszawie pamiętam dobrze te długie nazwy programów w przeglądanych aktach i wypisywane na teczkach – teraz sam stałem się częścią Projektu współfinansowanego przez Unię Europejską ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki – Poddziałanie 6.1.3 „Aktywność, Kwalifikacje – Twój Kapitał”. Zaczynam od pierwszego września – tak samo jak staż przed pięciu laty. I, podobnie jak wówczas, nie obyło się bez pomocy dalekiej krewnej zatrudnionej w urzędzie. Układy, znajomości, powiązania – bez tego nic nie znaczysz…

  

Tagi: praca
22:11, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 27 sierpnia 2014
1420. Tożsamość miejsca...

  

W ostatnim czasie coraz to nowi z podczytywanych w sieci o kupnie sobie mieszkania. Nawet nieletnia córka mej kuzynki, mieszkająca (wobec ograniczenia rodzicielskich praw jej matki) z moją ciotką (którą traktuje nadzwyczaj przedmiotowo zresztą), ma już przygotowane od niej własne lokum na osiągnięcie dojrzałości i czas studiów. Zawistny wobec cudzego powodzenia, kwestii mieszkania właśnie nie mogę znieść najbardziej. Myśl, że ja nigdy, że to, co niezbędne dla osiągnięcia równowagi – nierealne. I nawet te trzy lata w warszawskiej kawalerce – jedyne bodaj w życiu: same – wydają się z obecnej perspektywy fanaberią. Bo lepiej było wynajmować z kimś, żeby obniżyć koszty i przedłużyć; bo jeśli jeszcze kiedykolwiek, to tylko wespół, z obcym, dla siebie mając ledwie pokój. Niewielu chyba jednak takich, z kim ja mógłbym – traf chciał, że T. mi składał mailowo propozycję, gdy ja w stolicy podpisywałem już umowę, wpłacałem zaliczkę. Trzeba mi było wymówić to po roku, na jeszcze mniej się godzić, byle tylko nie wrócić tu, tam przetrwać. Tu zaś te niezamykane nigdy drzwi, lęk i oglądanie się przez ramię, brak luzu, prywatności. I tak już zawsze pewnie, tak samo jak pisanie o tym samym nieustannie. Nie mając swego miejsca, nie mogę też być sobą i z każdym dniem zatracam coraz bardziej to, kim jestem…

   

„Każdy ma swoją przestrzeń, przeznaczoną tylko dla niego. Czasem potrzeba całego życia, żeby ją znaleźć, i niepodobna już objąć jej w posiadanie, bo człowiek od samych poszukiwań oślepł i nie umie dostrzec własnej swoistości”

                   [Michael Krüger, Wiolonczelistka. Przeł. A. Kopacki].

  

czwartek, 21 sierpnia 2014
1419. One Way Ticket...

  

W poniedziałek rejestracja w Urzędzie Pracy, dzisiaj wyprawa do sąsiedniego Wołowa, by złożyć wstępne skierowanie na finansowany ze środków unijnych staż w Starostwie Powiatowym. Jest kilku kandydatów, wybiorą raczej kogoś z niższymi kwalifikacjami. Porządkowanie dokumentów, spinanie akt – to, czym zajmowałem się w Warszawie, w czym czuję się najlepiej. To nie jest robota dla mężczyzny – słyszę i brzmi to jak wyrok nad całym moim życiem…

Wcześniej musiałem dwie godziny czekać, bo kierowniczka w porze urzędowania wychodzi do lekarza. Włóczę się w kółko po mieście, by zabić czas – nie byłem tu co najmniej kilka (-naście?) lat, nigdy sam nie zwiedzałem. Zameczek, ratusz, gotycki św. Wawrzyniec i barokowy Karol Boromeusz, kilka kamienic z ładnymi detalami, wille sprzed wieku – śląska solidność i oswajający tę niemieckość polski rozpierdziel, przygnębiające zapuszczenie, chaos urbanistyczny, baum-szyldo-pasteloza (wrażenia jak z wakacyjnego cyklu „POLITYKI” – podróży Ziemowita Szczerka po Ziemiach Odzyskanych). Chodzę i myślę: nie wyrwę się już stąd, pieniędzy mam ledwie na bilet w jedną stronę do stolicy – za mało, by znowu tam zaczynać. Nie wiem, co robić, czuję się taki bezradny – nie umiem się sprzedawać, mogę jedynie wysyłać te zgłoszenia i czekać na telefon. A nikt nie dzwoni – czas płynie coraz szybciej, ja zaś się cofam i zapadam, nie mam już siły, chęci, nawet pisanie to teraz wielka trudność. Zniszczony kiedyś i marnujący sobie przyszłość – patrzę jedynie biernie na swoją ruinę, która się skończy tylko, gdy ze wszystkim skończę…

  

„[10 III 1969] (…) tyle lat, tyle lat i jakby nie mógł o sobie powiedzieć: żyłem. Tyle lat pod podłogą, tyle lat szarpania, nadziei, sarkazmu, upokorzeń, samoobrony, kto wie czy nieraz nie polegającej na samobójstwie (nie być, zniknąć, być jak najmniej – to jest sposób na życie, kiedy żyć nie można)”

                      [Sławomir Mrożek, Dziennik. Tom I. 1962-1969].

  

środa, 13 sierpnia 2014
1418. Prawdy objawione...

 

Skarżyłem się ostatnio, lecz źle dopiero po tym. Mama po kilka razy: nie znajdziesz żadnej pracy, nas winisz za swoje zmarnowane życie? jak ty się zachowujesz, tak odwdzięczasz? Źle ci tu – zawsze możesz grzebać po śmietniku. Stoi nade mną i z troski kłuje słowem. Jak kiedyś – kulę się ze łzami w oczach, nie mogę się odezwać. Jak zawsze – obcość, brak porozumienia i bezradność. „Moje małe zero, powiedziała i wyszła” [Attila Bartis, Spokój. Przeł. A. Górecka].

Namawia na policealną szkołę, że niby zdobędę jakiś zawód. A ja, po dwudziestu jeden latach jałowej edukacji już wiem, że w taki sposób niczego nie zdołam się nauczyć. Ma jednak obiektywnie rację, coś trzeba zrobić – trzeba się wyrwać stąd, bo dłużej nie zdołam wytrzymać…

 

„[22 XII 1940] Nie ma chyba nic bardziej nieznośnego, gdy ludzie, których się nie cierpi, dają tak zwane »dobre rady« i gdy te rady okazują się naprawdę – dobrymi” [Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem].

  

sobota, 09 sierpnia 2014
1417. Legacy...

  

Jak można było wyjechać z Warszawy? Zadręczam się codziennie, nie daję rozgrzeszenia. Tęsknota za tamtą swobodą, paradoks położenia: pragnę mieć kogoś i muszę mieszkać sam – nie mam nikogo, a sam już też nie mieszkam. Tu każda chwila prowadzi do rozstroju, po dwóch miesiącach od powrotu wróciło wszystko złe, szaleję. Nie mogę znieść ich rozmów, siedzenia w mym pokoju, tych jej odzywek, gestów, czepiania się, „Co czytasz?”, „Miałeś telefon?”, „Nie wychodź w taki upał”, „Skosztuj”. Nie odpowiadam – szczekam. Biję się w głowę, po oddech uciekam do łazienki, na bezdroża. „Jak ty się zachowujesz, dlaczego taki jesteś?”. Bo takim mnie ukształtowałaś, mamo, i nauczyłaś tylko bać się, wstydzić, wściekać…

   

„W mieszkaniu zrobiło się duszno, ciężko; tyle niedobrych emocji zawisło w powietrzu. To, co żyje prawie w każdej rodzinie, ale w ukryciu – i jeśli czasem narobi zamętu, to miłość i zaufanie nie pozwolą trwać temu długo – u nich teraz wypłynęło, wyrwało się na powierzchnię, rozlało szeroko i zatopiło ich życie, tak jakby między ojcem, matką i córką istniały tylko nieporozumienia, podejrzenia, pretensje, kwasy.

Czyżby ich wspólny los rodził tylko rozdźwięki i wzajemną obcość?”

                       [Wasilij Grossman, Życie i los. Przeł. J. Czech].

  

23:41, alexanderson
Link
poniedziałek, 04 sierpnia 2014
1416. Dom niespokojnej starości...

   

Na opustoszałym rynku przyzywa mnie z okna ceglanej kamienicy staruszka („Gdzie Pan idzie? Halo! No podejdź Pan tu”). Musi być spragniona towarzystwa („Widzę, że idzie taki ładny chłopak – nie wiem: chłopak czy dziewczyna, ale chyba chłopak, czapkę se założył – to myślę, że zawołam, bo u mnie pięć dziewczyn, wnuczki mam, ale teraz sama siedzę”). Wydaje się przygłucha, albo coś układa sobie w głowie po swojemu – nieswojo się rozmawia z kimś, kto zadaje ciągle te same pytania i nie pamięta lub przekręca odpowiedzi (kilkakrotnie powtarzam, że idę na spacer, a ona, że „Do babci? Na dworze ta zabawa?”). Wspominam coś o nadchodzącej chmurze, możliwym deszczu, nie wiem, co dalej mówić, w końcu żegnamy się, uciekam – od niej, od swojej nieporadności, skrępowania. Też będę kiedyś tak jak ona – tyle że wyżej, niedostępniej, za firankami, lękając się zagadać…

  

                         „Starość to inny gatunek,

                         jego głosem jest nic”

                                        [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

   

22:30, alexanderson
Link
piątek, 01 sierpnia 2014
1415. Miasto 44…

  

W kolejnych latach ta sierpniowa rocznica (podobnie zresztą jak dzień 19 kwietnia) staje się coraz bardziej moja, tak osobiście, boleśnie przeżywana. Po zamieszkaniu w Warszawie proces ten jeszcze się nasilił – zbyt wiele murów, tablic, bruków tak krzyczy, że nie dało się przechodzić obojętnie. Mieszkałem w budynku, na który spadła pierwsza bomba we wrześniu trzydziestego dziewiątego, na Woli, gdzie w 3 dni dokonała się największa rzeź w tej wojnie; czas spędzałem często wśród ewangelickich nekropolii, gdzie do dziś nagrobki znaczą ślady po pociskach. Zachwyt miastem, jego pulsem życia opiera się na tej mojej nieprzepartej świadomości dawnego horroru, zagłady, zniszczenia, w której anonimowi cywile w piwnicach i ofiary masowych egzekucji wysuwają się przed twarze i nazwiska bohaterów barykad…

Gdy przed kilku dniami przeczytałem na blogu innego przybysza ze Śląska, że Powstanie „było dawno w szkole i na co dzień nie korzystam z tej wiedzy”, nie mieściła mi się w głowie podobnie ignorancka obojętność (a może rzeczywiście nie trzeba zasługiwać na stolicę, jeśli można chodzić tymi samymi ulicami i nie widzieć, skoro to ja musiałem wrócić, jemu zaś udaje się tam wszystko?). A jednak, choć syreny nie zabrzmią już dla mnie „na żywo”, tamto wciąż się rozgrywa dla mnie teraz, blisko jest, w serca kłuciu, szkle bolesnym pod powieką, nie daje się ogarnąć i zapomnieć…

 

                      „Przeszłość – jest to dziś, tylko cokolwiek dalej”

                              [Cyprian Kamil Norwid, Przeszłość].

   

                  

   

Archiwum
Tagi