~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
sobota, 30 września 2006
148. Urodziny

  

Dwadzieścia sześć lat za mną.

Mam złe przeczucie, że będę żył bardzo długo.

Jeśli za dziesięć minut wygram w totka, to jakoś się z tym pogodzę…

  

środa, 27 września 2006
147. Przekupstwo i Stołki

  

Ostatnie dwadzieścia cztery godziny.

Są zdarzenia i słowa, wobec których człowiek staje bezsilny, nie wie, jak ma zareagować, jakich słów sam ma użyć. Nie mieści mu się to bowiem w głowie. Niech tedy mówią poeci:

  

                    Rzadko na moich wargach –

                    Niech dziś to warga ma wyzna –

                    Jawi się krwią przepojony,

                    Najdroższy wyraz: Ojczyzna.

  

                    Widziałem, jak się na rynkach

                    Gromadzą kupczykowie,

                    Licytujący się wzajem,

                    Kto Ją najgłośniej wypowie.

  

                    Widziałem, jak między ludźmi

                    Ten się urządza najtaniej,

                    Jak poklask zdobywa i rentę,

                    Kto krzyczy, iż żyje dla Niej.

  

                    Widziałem, jak do Jej kolan –

                    Wstręt dotąd serce me czuje –

                    Z pokłonem się cisną i radą

                    Najpospolitsi szuje.

  

                    Widziałem rozliczne tłumy

                    Z pustą, leniwą duszą,

                    Jak dźwiękiem orkiestry świątecznej

                    Resztki sumienia głuszą.

  

                    Sztandary i proporczyki,

                    Przemowy i procesyje,

                    Oto jest treść Majestatu,

                    Który w niewielu żyje.

                                        [Jan Kasprowicz]

  

[poprzedniego dnia telewizja TVN upubliczniła nagrania z „negocjacji” między posłanką Beger a ministrami Mojzesowiczem i Lipińskim].

  

23:56, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
wtorek, 26 września 2006
146. Sprzeciw

  

Artur Międzyrzecki pisał przed laty o człowieku, który był kiedyś stuprocentowym doktrynerem i nie znosił żadnych sprzeciwów. Później został stuprocentowym antydoktrynerem i nie znosił żadnych sprzeciwów. Teraz zaś jest stuprocentowo tolerancyjny i znów nie znosi żadnych sprzeciwów.

W istocie – to była historia każdego z nas…

  

niedziela, 24 września 2006
145. Czas

  

Czas, którego masz tym mniej, im mniej masz do zrobienia.

Czas, którego nie masz wcale, jeśli niczym się nie zajmujesz.

Czas mijający, którego nie umiesz pochwycić.

Czas, któremu się przyglądasz.

Czas mający nadejść.

Czas, który pozostał...

  

piątek, 22 września 2006
144. Autor! Autor!

  

Suplement do wczorajszego:

„Przedwojenna zabawa, przypomniana po latach przez Hemara: kiedy na horyzoncie kawiarni pojawiał się kolejny amator półczarnej i plot z towarzyskiej giełdy, wysiadywacze stolika na górce w Ziemiańskiej – Tuwim, Lechoń, Słonimski, Boy, Wieniawa – zastanawiali się: kto go napisał? Zasadą tej gry była bowiem pewność, że każdy, absolutnie każdy jest postacią mającą swojego autora. Zabłąkanego między stolikami krewkiego, kto go napisał? Ano, pewnie Sienkiewicz. Kanapowego babiszona – Zapolska. Rozdartego jak sosna młodzieńca w poszukiwaniu ideałów – Żeromski. Damulkę ze sfer – Nałkowska. Generała podzwaniającego orderami – Kaden-Bandrowski… No dobrze, a gdyby przenieść tę zabawę w dzisiejsze czasy, czy miałaby sens? Ile to razy, oglądając desant pań i panów za pośrednictwem mediów wkraczających do naszych domów, zastanawiamy się: komu mamy do zawdzięczenia tę rewię typów, kłębowisko charakterów, póz, zadęć, min, grymasów i prychnięć. Kto ich, na Boga, napisał, wprowadził w świat, kto im dał życie?

(…) Rzeczywiście, co postać, to kłopot dla spanikowanych oglądaczy, szepczących cichutko: Autor! Autor!

Kto napisał Antoniego Macierewicza? Wiele wskazuje na to, że Gogol. Macierewicz to przecież Nos na służbie, Nos tropiący, Nos wyczulony na zapach butwiejących papierów. W opowiadaniu Gogola Nos oderwał się od swego nosiciela, wybrał samodzielny wariant kariery, został radcą stanu. Antoni M. wyżej zamierzył: jest wiceministrem specjalnej troski. Nie do ruszenia bez względu na to, co powie, jakim skrótem myślowym się posłuży, kogo oskarży o wysługiwanie się ruskiej agenturze. W naszym rajskim ogródeczku musi być taki Strach na ruble, musi funkcjonować Nos obdarzony węchem, Nos niezawodny, Nos pomny przestrogi: stań przy władzy, będą ci się kłaniać. Nawet Gogol na jego widok ponownie spaliłby rękopisy, ogarnięty strachem, że wykreowana postać, literacka figura – ożyła.

Bawmy się dalej, zabawa wciąga jak borowina. Kto napisał panią Annę Fotygę? Nareszcie ministra spraw zagranicznych: wiadomo już, że jej poprzednicy kierowali raczej ministerstwem sprawców zagranicznych – sprawców naszych porażek. Odpowiedź jest prosta: otoczoną złymi ludźmi, uważającymi jej awans za mezalians, tkliwie wpatrującą się w oczy obiektu swoich uczuć Fotygę napisała Mniszkówna. Przy intelektualnym wsparciu powieściopisarki Nurowskiej, emitującej ciepło jak pordzewiały kaloryfer w sezonie grzewczym. I jak tu nie wierzyć, że prysną nieczułe lody, minie chwilowe ochłodzenie, IV Ordynacja stanie się wabikiem dla sąsiadów podziwiających słodki salonik Stefci Rudeckiej naszych dni.

Jacek Kurski, kto napisał Jacka Kurskiego, spieszącego w sandałach na ratunek Ojczyźnie, mimo kłopotów z kręgosłupem sfatygowanym od trzymania pionu? Dość przyjrzeć się tej postaci, by znaleźć literacki odpowiednik. Ależ tak, to Mrożek, to bohaterski husarz Lucuś. Pierwowzór Kurskiego w mrocznych latach komuny narażając życie gryzmolił w miejskich szaletach: »Precz z bolszewizmem!«. Czuł, że wtedy rosną mu skrzydła. Jacek K. woli od pisania obecność w mediach. Tam dopiero można demaskować i brać pod obcas. Na złoty haczyk złote chłopię nie łowi byle płotek, lecz grube ryby. (…)

Jeszcze jedno pytanie z odpowiedzią: kto napisał Giertycha? Kto go wymyślił? Dostojewski precyzyjny w opisach postaci epizodycznych – chyba nie. Sołogub, od »Małego biesa«? To brzmi za skromnie, nie uwzględnia czynnika patriotycznego: Romana G. (z tych Giertychów) mógł napisać tylko autochton, przenigdy obcoplemieniec słabo zorientowany w naszej historii. A to przecież znajomość historii sprawiła, że Główny Edukator odesłał Jacka Kuronia do obozu targowicy. Któż więc w końcu napisał Giertycha? Niestety, nie ma jasności. Może Wieszcz snujący opowieść o chłoptasiu, który psom szył buty? Coś tu się nie zgadza: Romcio rad taśmowo szyć buty swoim bliźnim. Może więc napisał go, ze względu na tradycję rodzinną, Karol Wybranowski, autor »Dziedzictwa«, czyli kryjący się pod pseudonimem Roman Dmowski, objaśniający świat wywodami o spisku, masońskiej intrydze, zamachach na wartości? Inny domysł: dzisiejszego Giertycha napisał wczorajszy Bolo Piasecki, ten od »Przełomu narodowego« i »Ducha czasów nowych«: duch zwykł pojawiać się tam, gdzie zaduch i demolka. Nie, to też się nie zgadza. A odpowiedź jest łatwa, bez maturalnej amnestii niedouk na to wpadnie: Romcia napisał stary Fredro. Giertych to Papkin paplający o swoich czynach i dokonaniach, by oddalić podejrzenie, że fagasuje na pokojach. Raptusiewiczom i Milczkom potrzebny jest do czasu, do pokazywania publice jako alibi władzy. (…)

– Patrzcie – zdają się mówić rządzący – jacy jesteśmy liberalni i pobłażliwi, ludzcy i tolerancyjni! Gdyby nie my, nie tylko dzieciaczki, wy także chodzilibyście w mundurkach szytych na miarę narodowego odrodzenia.

Ktoś śledzący najważniejsze wydarzenia zapytał: – A Wassermann, kto napisał ministra od służb i policyjności? Kompletne zaskoczenie: Jeremi Przybora w kabaretowej piosence:

                    Już kąpiel twa nie dla mnie –

                    Nie dla mnie plusk.

                    Każda kropla w tej wannie

                    Mój drąży mózg.

Przewidzieć z takim wyprzedzeniem dramat czyścioszka… Poeci bywają prorokami. Skupiłem się na sylwetkach trudniejszych do rozszyfrowania, ustalenia autorstwa. Bo już na przykład wicepremier i minister Lepper to zero wysiłku. Od dawna wiadomo: Leppera napisał Dołęga-Mostowicz, kamuflując go pod kryptonimem Dyzmy. Przemysława Edgara Gosiewskiego napisała J. K. Rowling. W cyklu przygód Harry’ego Pottera występuje Zgredek. Chluba odmłodzonej lewicy, lider SLD Olejniczak ma swój pierwowzór w »Małym lordzie«. Posłanka Senyszyn – w balladzie Heinego o Lorelei – jej głos sprawiał, że statki wpadały na siebie, wilki rzeczne daremnie próbowały odbić się od dna. Jan Maria Rokita? Napisał go Lewis Carroll. To jego koncept – Kapelusznik, cokolwiek nadczynnościowy.

Tak się pocieszam, zaludniając literackimi kreacjami krajobraz kończącego się lata. W tym krajobrazie na pierwszy plan wysunęła się utuczona pomyjami świnia. Dalej jest tak jak w Księdze.

– Dzięki mnie – rozlega się chrząknięcie – przynajmniej wiecie, jacy jesteście czyści”.

          [R. M. Groński, Dyzma, Zgredek i spółka, „Polityka” nr 37, 2006]

  

czwartek, 21 września 2006
143. Literatura dziś...

  

Aktualizowałem niedawno pojęcie „zbędnych ludzi” z XIX-wiecznej Rosji. Zadziwiające, jak aktualna, uniwersalna jest jej klasyczna literatura. Czuje się, widzi te typy i sytuacje.

Wspominam „Biesy” Dostojewskiego – te diabełki nowych czasów, te powolne wodzowi, który potrafi chwycić je za mordę sfrustrowane miernoty, owych blagierów i fantastów jak bohater „Rewizora” Gogola – Chlestakowów rewolucji, których chęć zmiany wszystkiego przeradza się w zwykły bandytyzm, którzy kiedyś walczyli z władzą, a teraz walczą o władzę:

„(…) Powołani jesteście, aby ożywić zmurszałą i zatęchłą od bezruchu sprawę, niech świadomość tego dodaje wam zawsze otuchy. Każdy wasz krok zmierzać winien do tego, aby waliło się wszystko: i państwo, i jego moralność. Zostaniemy tylko my, którzy zawczasu wyznaczyliśmy siebie do zagarnięcia władzy: mądrych pozyskamy, a na plecach głupców pojedziemy. Nie trzeba się tego wstydzić. Trzeba wychować na nowo pokolenie, aby uczynić je godnym wolności. (…) Organizujemy się, aby zagarnąć ster w ręce. Wszystko, co leży na drodze i samo nam idzie w ręce, musimy brać. Wstyd nie brać”.

Wspominam tę degenerację panującego status quo i zdegenerowaną rewolucję z „Petersburga” Biełego, tę wszechobecną a nieuchwytną prowokację, śledzenie każdego, szpiegostwo, szantaż, podejrzenie i nieufność.

Wspominam tę duszną atmosferę zakłamania, tępoty i zwierzęcych instynktów z „Małego biesa” Sołoguba, widzę tchórzliwego despotę – plugawego Pieriedonowa, popisującego się prawomyślnością i węszącego wokół spiski niczym Bielikow z „Człowieka w futerale” Czechowa.

Wspominam strach przed naczalstwem ze „Śmierci urzędnika”, serwilizm z „Kameleona”, ślepy zamordyzm i ignorancję z „Kaprala Priszybiejewa”, egoistyczne wygodnictwo i bierność porządnych ludzi z „Sali nr 6”, podejmowany wreszcie przez Czechowa w szeregu innych utworów problem „futerałowości” – zniewolenia przez sposób myślenia, przystosowania do rzeczywistości, zakreślenia ciasnych ram swoim dążeniom, zgody na zastany porządek rzeczy, pustki wewnętrznej, potulności i strachu, braku woli i zdecydowania. Bo, mówi Czechow, „odchylenie od normy”, „nienormalność” naszego życia, ta „rozpacz codzienności”, przejawia się nie tylko poprzez jawną niesprawiedliwość, podłość i zakłamanie, ale i we wszystkim, co czyni życie człowieka monotonnym, nudnym i jałowym, co pozbawia je piękna i radości. W przyzwyczajeniu do apatycznej wegetacji, wycofywaniu się, apatii. To z tolerowania przemocy, niedostrzegania drobnych krzywd i małych grzeszków rodzi się brutalna władza tępych rządców.

Wspominam teksty sprzed przynajmniej stu lat i widzę to wszystko jak dziś. W sobie i wokół siebie…

  

wtorek, 19 września 2006
142. Zapomnienie

  

                    Tak mi się twoja twarz rozpływa

                    i niknie we mnie jak widnokrąg,

                    z którego odejść trzeba. Głos twój,

                    twe oczy, uśmiech jak przelotny

                    wiatr, gdy się o twarz ociera,

                    jeszcze drży we mnie i jak ptak,

                    który tak lekko i ostrożnie

                    w powietrzu waży się, jak gdyby

                    oddechem był – ulata ze mnie,

                    rozpływa się i niknie. Próżno – 

                    ty wiesz, że w szyby nocnej czerń

                    jak w życie swoje dawne patrzę,

                    lecz ciebie tam już nie ma. Tylko

                    mgła, która w górę się podnosi…

                                   [Tadeusz Borowski]

  

poniedziałek, 18 września 2006
141. My

  

„(…) Powiedzieć w Polsce »Nie jesteśmy pokoleniem« to wywrócić na nice zakorzenioną od bodaj dwustu lat tradycję myślenia, w którym mimo podejmowanych czasem wysiłków »my« góruje niepodzielnie nad »ja«, to zdać raport z absolutnie odmienionego biegu historii i dać dowód, że się jest tej zmiany świadomym. To wreszcie wypełnić częściowo testament Gombrowicza z jego akcentowaną do bólu koniecznością indywidualizmu.

Wszystko pod warunkiem, że owo sformułowanie przyjmiemy za dobrą monetę. I tu zaczyna się problem – otóż brak spoiwa pokoleniowego jest dla młodych Polaków nie do zniesienia.

»Nie jesteśmy pokoleniem« oznacza w polskim wydaniu: »jesteśmy towarem niepełnowartościowym«. Z deklaracji i zachowań roczników, które w dorosłe życie wchodziły już po przemianach końca lat 80., wynika, że brak wspólnych doświadczeń pokoleniowych to prawdziwe przekleństwo.

Marzy się więc przeżycie pokoleniowe, oczywiście pisane wielką literą, jakieś zdarzenie, które w końcu wyjaśni zbyt skomplikowaną rzeczywistość i spolaryzuje ją tak, by stała się przejrzysta. Może narodowy bunt przeciwko Giertychowi, może klasyczna rewolucja, z barykadą i atakiem na wroga. Jedyny sposób, by ułożyć świat, wkładając go w paradygmaty stosowane od dawien dawna. Słychać te głosy w publicystyce, wychodzą w ankietach socjologów.

Ledwo zanikło »my«, a już wokół słychać łkanie za zbiorowością, szerszą wspólnotą, w którą będzie można się wtulić jak w dziecięcy kocyk. Wolność okazuje się zadaniem zbyt trudnym, prezentem niechcianym i nieporęcznym. (…)

Istnieje więc wśród młodych świadomość, że nie sposób już ogrzać się w cieple wspólnoty i pokoleniowych mitów! Starsze rodzeństwo przeżywało przełom 1989 r., rodzice mierzyli się ze stanem wojennym, Radomiem i wypadkami grudniowymi. Jeszcze wcześniej wojny, powstania, walka, ciągła walka wspólnoty o przetrwanie. A tu nic, cisza. Nie ma wspólnoty, nie ma wielkiej mitologii. Jest normalnie. Tylko kraj rodzącej się w bólach klasy średniej, pęczniejących przedmieść, zdobywanej z trudem małej stabilizacji, pełnych półek z ofertą nadmiaru, poszatkowanego społeczeństwa, w którym każdy wędruje osobno. »Płaszcz Konrada« wylądował w kącie garderoby. A jeżeli już generacja idzie ramię w ramię, to w kolejnym marszu milczenia.

Młodzi Polacy wiedzą bądź przeczuwają, że zdani są przede wszystkim na siebie. Tylko ciężka, samotna praca pozwoli przetrwać i odnieść upragniony sukces. Owszem, tradycyjne polskie wzorce – rodzina, religia – nadal istnieją, ale zniknęły w natłoku konkurencyjnych ofert. Hałaśliwa kultura klubowa lub kontemplacja podczas rekolekcji klasztornych, ruch narodowy, może kółko marksistowskie, a może ruch wyzwolenia zwierząt, może ćpanie do upadłego, a może totalna wstrzemięźliwość? Studia miłe, ale niepraktyczne, czy nudne, ale z perspektywą szybkiej stabilności finansowej? Może emigracja? Wszystko na wyciągnięcie ręki. Zanotuj adres, wejdź na stronę. Wiele, naprawdę wiele zależy od ciebie. Dylematy dzisiejszych dwudziestokilkulatków przypominają uczucie, jakiego doznajemy w wypełnionym po brzegi atrakcyjnymi towarami hipermarkecie.

Gdyby owo poczucie samotności zostało przyjęte jak wyzwanie, a nie narzucony siłą styl życia, być może nie mielibyśmy do czynienia z kolejnym paradoksem – obok ciemnej strony Polski istnieje i jasna, a wbrew pesymistycznym deklaracjom duża część młodych Polaków w znakomity sposób sprawdza się w nowej rzeczywistości. Kłopot w tym, że jednocześnie trawi ich od wewnątrz wielki brak. Brak poważnej idei, mocnego mitu, który uzasadniłby nową drogę. Stąd zazdrość o heroiczne doświadczenia starszych pokoleń. (…)

Nadal brakuje mitu człowieka uczciwego, który ciężką pracą osiąga sukces. Zarabianie dużych pieniędzy w Polsce traktowane jest jak zajęcie niegodne. Uczciwość i zamożność to pojęcia, które w tych szerokościach geograficznych absolutnie się wykluczają. (…)

Podobnie z wyjazdami młodych Polaków za granicę. W dyskusjach pobrzmiewają tony rodem z XIX w. Wyjechać to znaczy zdradzić ojczyznę, wyjechać to skazać ją na zalesienie i napływ barbarzyńców ze Wschodu.

No i dobrze. Czego bowiem uczą się młodzi ludzie, którzy widzą w telewizji rządy od 15 lat ustępujące pod pałkami górników? Jaki to mit zbudujemy dzięki pomocy bandziora Leppera i ludzi, którzy zamiast mówić o ulgach dla młodych biznesmenów, biją pięścią w trybunkę i krzyczą: »Ojczyzna«, »Naród«, »Zdrada«?

Z jak najbardziej zrozumiałych przyczyn nie powstał w Polsce mit zdrowego egoisty, który najpierw porządkuje własny ogródek, stara się żyć uczciwie i z szacunkiem dla wolności innych, a dopiero w drugiej kolejności zabiera się do porządkowania świata zewnętrznego, jeżeli czuje potrzebę. Takie postawienie sprawy wygląda na bluźnierstwo. Doświadczenie wielu pokoleń uczy przecież, że nie można być uczciwym obywatelem, płacąc jedynie podatki i dbając o najbliższy kawałek przestrzeni. Ojczyzna wymaga gestów dramatycznych, a najlepiej daniny krwi.

Tych błędów znalazłoby się z pewnością więcej. Są przede wszystkim efektem starych mitologii, których siła zdumiewa. Niby zdajemy sobie sprawę z ich archaizmu, ale nadal dominują i trzymają nas w łapie. Przy rozmowie o stanie ducha polskich 30-latków wyciągamy z szafy szkielet metodologicznego trupa: liczba mnoga, odmieniane na najróżniejsze sposoby słówko »my«, nadzieja, że istnieje spoiwo jednoczące w całość zatomizowane jednostki. Tęsknota za cudzymi czasami, kiedy świat był prostszy, a nadmierna liczba barykad nie mąciła w głowie. Kiedy szło się ramię w ramię. A do tego przekonanie, że wszyscy ujęci w ramy zbiorowego portretu mają wspólne doświadczenia życiowe. Nie trzeba dodawać, że traumatyczne, naznaczone cierpieniem, bólem, poczuciem niemożności albo gniewem. I tylko czekamy, by zatańczyć w rytm dobrze znanych melodii. (…)

Mianownikiem, nad który można wciągnąć poszukujące tożsamości roczniki, jest mianownik zerowy. Czyli w matematyce szkolnej nieistniejący. Dzielić przez zero to sprzeczność, której dzieciom się zabrania. W przestrzeni społecznej możemy jednak wykorzystać ją jak najbardziej. Ponad 15 lat od upadku komunizmu warto byłoby przyswoić matematykę bardziej skomplikowaną.

I powiedzieć sobie, że podstawowym wspólnym doświadczeniem jest doświadczenie osobności. Wymaganie od tej rzeczywistości czegoś innego oznacza, że chcemy cofnąć się w czasie i stosować do rozbioru świata skorodowane narzędzia. Oddalamy się od siebie, żyjemy coraz szybciej, nasze życie przypomina ciągi byle jak skleconych scen. Panuje nad nami jednorazowość, żyjemy w kulturze fragmentu. Nie mamy wspólnych doświadczeń, oprócz dobranocek i roweru Wigry 2 na komunię łączy nas niewiele i wiele wskazuje, że będzie łączyć coraz mniej. Żadnych poważniejszych traum, żadnej krwi przelanej w obronie ojczyzny.

Co tu kryć – roczniki Polaków, które wchodziły w dojrzałość w nowej Polsce, to nie jest materiał na tradycyjne pokolenie. Ale naprawdę nic w tym złego”.

   (M. Olszewski, Mit pokolenia młodych, „Gazeta Wyborcza” 15 IX 2006)

  

09:11, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
niedziela, 17 września 2006
140. Zbędny człowiek

  

Cóż to takiego – „zbędny człowiek”? W sensie ścisłym to socjologiczno-psychologiczny typ bohatera XIX-wiecznej literatury rosyjskiej (tzw. „lisznij cziełowiek”), który jest swoistym, wykraczającym poza epokę romantyzmu przetworzeniem zbuntowanego bohatera bajronowskiego. Najpełniejsze wizerunki „zbędnych ludzi” odnajdujemy w „Eugeniuszu Onieginie” Puszkina, „Bohaterze naszych czasów” Lermontowa, „Kto winien?” Hercena, „Saszy” Niekrasowa, „Szlacheckim gnieździe”, „Rudinie”, „Hamlecie powiatu szczygrowskiego”, „Dzienniku człowieka niepotrzebnego” i „Ojcach i dzieciach” Turgieniewa oraz w „Obłomowie” Gonczarowa. Postaci te wywodzą się z kręgu liberalnej inteligencji szlacheckiej i charakteryzują dominacją intelektu nad zdolnością do czynu, atrofią woli, wyniosłością, pozerstwem, zagubieniem życiowym, bezczynnością, niedojrzałością, poszukiwaniem przygody, estetyzmem. Jak pisze Bazyli Białokozowicz: „wysoko należy ocenić ich poczucie niezależności, protest przeciwko starym normom moralnym, poszukiwanie prawdy i właściwej drogi działania, intelektualizm. Ci właśnie szlacheccy inteligenci o szczytnych dążeniach, lecz słabej woli, rozdarci wewnętrznie rozpoczynali życie z wiarą i przekonaniem, iż wysoki ich intelektualny poziom zapewni im niezależną pozycję, swobodę myśli”. A czekało ich jedynie bankructwo życiowe.

Występując w literaturze przez kilkadziesiąt lat zmieniali swe oblicze, dostosowując się do nowych warunków historycznych – zawsze jednak pozostawało w „zbędnym człowieku” (zwanym też szerzej „dziwnym bohaterem”) jakieś wewnętrzne pęknięcie i nieprzystosowanie do rzeczywistości. Puszkinowski Oniegin cierpiał na romantyczny spleen, egoizm i świadomość umowności wszelkich form towarzyskich; Pieczorin u Lermontowa reprezentował pokolenie beznadziei po upadku powstania dekabrystów, pokolenie, którego bunt, wobec niemożności pozytywnego działania, przeradza się w rozgoryczenie i cynizm; Gonczarowowski Obłomow był produktem klasy próżniaczej, degeneracją szlachty w warunkach pańszczyzny, uosobieniem lenistwa i bezwolności, a zarazem człowiekiem uciekającym od zgiełku współczesności w przytulny świat marzeń sennych i życia domowego; Kirsanowowie u Turgieniewa byli odchodzącą w przeszłość formacją kulturową, która wypełniwszy swe historyczne zadanie musi ustąpić i oddać rząd dusz „nowym ludziom” – zaślepionym własną wizją „don kichotom”, których wola działania i zmiany wszystkiego pokonuje intelektualizm i opory „hamletów”; wreszcie Stawrogin u Dostojewskiego – zwieńczenie i wynaturzenie typu – funkcjonował już w świecie bez wartości, rozdarty między „grzechem Sodomy a ideałem Madonny”, rozpaczliwie poszukujący jakiegokolwiek sensu, kiedy to nie przyjmując świata, człowiek nie godzi się także z sobą samym.

  

Dlaczego to piszę, dlaczego wspominam typ z innej epoki, innego kraju, innej rzeczywistości? Dlaczego uwieczniam go w tytule tego quasi-pamiętnika? Ci, którzy mnie czytają, którzy w szczególny sposób odbierają świat wokół siebie, czasy, w których przyszło im żyć – być może już wiedzą.

„Zbędny człowiek” żyje...

  

piątek, 15 września 2006
139. Wille und Vorstellung

  

Wszystko to, czego nigdy nie miałeś, czego nigdy nie doświadczyłeś, nie przeżyłeś, wszystko, czego się wyrzekłeś, czego się przestraszyłeś, z czego wycofałeś i od czego uciekłeś, wszystkie doznania, spotkania, rozmowy, osoby, przygody, głupstwa – wszystko to, czego nigdy nie miałeś, mieć będziesz zawsze w sobie jako wieczny wyrzut sumienia, mieć będziesz jako nieustające pocieszenie, że choć w myślach swoich żyłeś naprawdę…

Bo wszystko inne jest tylko wyobrażeniem.

  

wtorek, 12 września 2006
138. Dotyk

  

Oglądane z ukrycia, zza firanek, przez gałęzie, spod oka, błyszczące w słońcu, brązowe, rozpalone, spocone, te niewinne i doświadczone, młode i gładkie, zdrowe i witalne, energiczne, obnażone ciała, którym nigdy nie towarzyszyła twoja nagość, nagość, co nie szuka spełnienia, lecz pragnie jedynie wzroku, przesuwającego się z podziwem po skórze, muskającego naskórek, wchodzącego w głąb ciebie…

  

Tagi: homo
23:35, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
sobota, 09 września 2006
137. To idzie młodość...

  

„Obserwujemy wielką akcję oczyszczania terenu. W zapędach niwelująco-melioracyjnych najdalej idą Giertych i jego pretorianie, gotowi zrównać z trawą wszystko, co nastało po epoce PRL, począwszy od Okrągłego Stołu, tej Targowicy XX wieku. Na tym tle prezydent i premier są niepomiernie bardziej stonowani; przecież wystąpili w obronie dobrego imienia Jacka Kuronia (podobnie jak marszałek Sejmu Marek Jurek i minister Kazimierz Ujazdowski). Próbują też Kaczyńscy powściągać ferwor entuzjastów lustracji totalnej. Zasługi wybitnych działaczy KOR zostały uhonorowane. Uderza w tym wszakże brak konsekwencji.

Gdyż zarazem to Jarosław Kaczyński rzucił urągliwe hasło »łże-elit«, za którym poszły dalsze epitety. To on spuścił ze smyczy swego bulteriera, Jacka Kurskiego, pozwalając mu kąsać, gdzie popadnie. To on triumfalnie obwieścił »odzyskanie« MSZ. To on w praktyce rozgrzeszył skandaliczne insynuacje Antoniego Macierewicza. To Lech Kaczyński wykazał małostkowe, wręcz mściwe nieprzejednanie nawet wobec Władysława Bartoszewskiego, nie mówiąc o pozostałych dyplomatach.

Taka postawa tworzy klimat przyzwolenia dla ekscesów do niedawna niewyobrażalnych. Harcownicy chwycili wiatr w żagle i hasają bezkarnie; Tadeusz Rydzyk podsuwa im mikrofony i kamery. Publicyści rozglądający się dotychczas niepewnie na boki, czują, że już można walić na odlew. Nadgorliwcy strącają z cokołów »fałszywych bożków« i hurtowo demaskują »nadęte wielkości«. (…)

Na naszych oczach kształtuje się pokolenie szczególne. Urabia się zastępy młodych ludzi w duchu walki i bezwzględności. W wielu przypadkach to jawna indoktrynacja przypominająca przyspieszoną akcję zbiorowego awansu z lat 40.-50. (»Nie matura, lecz chęć szczera« – prawie dosłownie wpisują się w to umizgi Giertycha!). Komu innemu skojarzy się to z formą »rewolucji kulturalnej«. Albo nawet – w przejawach skrajnych – niemalże z hodowlą współczesnych janczarów ślepo oddanych mocodawcom. Formuje się typ ludzi uzależnionych, którzy mają wiedzieć, komu swe wyniesienie zawdzięczają, komu powinni być wierni i posłuszni. Ta formacja to deprawacja: poznawcza, intelektualna, ale również etyczna.

Najzdolniejsi adepci tej szkoły – za prymusa uchodzić może Jacek Kurski – już kroczą w pierwszej linii zwycięskiego pochodu. To oni plądrują groby Herberta i Kuronia, przygważdżają Balcerowicza, niestrudzenie szukają haków, demaskują i czyszczą. Mają różne oblicza. Harde, oschłe, bezlitosne, bezczelne. Niekiedy powleczone zadumą, zatroskane bezmiarem nieprawości, z którą muszą się zmagać. Tu i ówdzie jaśnieją twarze o urodzie efebów. Gdy jednak dobrze im się przyjrzeć, odżywa fraza Janusza Głowackiego: »Macierewicz ma w twarzy łagodność ben Ladena«.

Łączy ich jedno. Wolni od rozterek, czują, że nastał ich czas. Idą ławą, jak wataha wilczków osaczająca kolejne, również bezbronne (bo nieżyjące) ofiary. Historyk Cenckiewicz poluje na Kuronia, ale nie pogardzi też świeżym łupem, Bujakiem i Hallem. Młody politolog z Gdańska »rozpracował« wreszcie Michnika: »Spędzał w więzieniu wakacje, czytając Marksa za amerykańskie pieniądze«. Dziennikarz Jakub Urbański tłumaczy, iż pisał o Herbercie, będąc »zbyt młodym, by wczuć się w ówczesne realia«.

Każde młode pokolenie stopniowo zastępuje starsze generacje. Promuje własne idee, zmienia hierarchię wartości, odczytuje świat na własną modłę. Jednak zazwyczaj to proces ewolucyjny, dokonuje się w dialogu, nawet ostrej, ale twórczej polemice z tym, co zastane.

Tym razem do szturmu rusza pokolenie, które »po swoje« idzie – niestety, nieraz dosłownie – po trupach. Które za nic zdaje się mieć tradycję i cenny dorobek poprzedników, mimo iż patriotyczno-tradycjonalistyczny frazes nie schodzi mu z ust. Które intelektualnie nie ma nic do powiedzenia, poza międleniem »parcianej retoryki« swych mentorów. Które – nieczułe na czyjąś krzywdę – nie pojmuje, że dewastując wartości, samo podlega planowej deprawacji. I że już zaczyna płacić za to moralną cenę”.

          (T. Wołek, Pokolenie janczarów, „Gazeta Wyborcza” 8 IX 2006)

  

piątek, 08 września 2006
136. Cisza II

  

Sen? majaczenia? fantazje? Jakbyś chwilami wszystko wiedział, wszystko ogarniał, wszystko wyczuwał. Jakby chwilami ktoś stał z boku, patrzył od tyłu, kładł ci dłonie na ramionach. Mówił do ciebie. Jak gdyby to nie była cisza…

  

                    Odbicie najmniejszego poruszenia

                    w jedwabnej ciszy staje się widome;

                    ślad niezniszczalny odciska wzruszenie

                    w zasłonie oddalenia nieruchomej.

                    Na mym oddechu unoszą się w krąg

                    gwiazdy na niebie.

                    Ku wargom moim płyną wonie łąk,

                    i poznaję przeguby rąk

                    dalekich aniołów.

                    Tylko tej, o której myślę: Ciebie

                    nie widzę

                              [Rainer Maria Rilke, Cisza. Przeł. J. Brzostowska].

  

czwartek, 07 września 2006
135. Gniew

  

Stajemy się tacy jak oni – nie przyjmujemy argumentów sprzecznych z naszymi opiniami, staramy się wyciągać brudy z życiorysów przeciwników, by ich ostatecznie zdyskredytować, rzucamy im kłody pod nogi i przejmujemy ich język agresji.

Staraliśmy się walczyć z pogardą, a odkryliśmy pogardę w nas samych, obrażani, zaczęliśmy ich wyzywać, wzgardzeni, zaczęliśmy czuć odrazę do nich. Czy to wszystko stało się wyłącznie pod ich wpływem?

Cóż może być bardziej frustrującego, niż ujrzeć swego wroga w lustrze?

Nienawidzimy ich, bo obudzili w nas nienawiść.

     

23:39, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
wtorek, 05 września 2006
134. Demokratia

  

Czyta się to ze wzruszeniem, jako marzenie, jako ideał:

  

„Nasz ustrój polityczny nie jest naśladownictwem obcych praw, a my sami raczej jesteśmy wzorem dla innych niż inni dla nas. Nazywa się ten ustrój demokracją, ponieważ opiera się na większości obywateli, a nie na mniejszości. W sporach prywatnych każdy obywatel jest równy w obliczu prawa; jeśli zaś chodzi o znaczenie, to jednostkę ceni się nie ze względu na jej przynależność do pewnej grupy, lecz ze względu na talent osobisty, jakim się wyróżnia; nikomu też, kto jest zdolny służyć ojczyźnie, ubóstwo albo nieznane pochodzenie nie przeszkadza w osiągnięciu zaszczytów. W naszym życiu państwowym kierujemy się zasadą wolności. W życiu prywatnym nie wglądamy z podejrzliwą ciekawością w zachowanie się naszych współobywateli, nie odnosimy się z niechęcią do sąsiada, jeśli się zajmuje tym, co mu sprawia przyjemność, i nie rzucamy w jego stronę owych pogardliwych spojrzeń, które wprawdzie nie wyrządzają szkody, ale ranią. Kierując się wyrozumiałością w życiu prywatnym, szanujemy prawa w życiu publicznym; jesteśmy posłuszni każdoczesnej władzy i prawom, zwłaszcza tym niepisanym, które bronią krzywdzonych i których przekroczenie przynosi powszechną hańbę.

(…) Miasto nasze pozostawiamy otwarte dla wszystkich; nie zdarza się, żebyśmy wydalali cudzoziemców i nie pozwalali komuś uczyć się u nas albo patrzeć na coś, co mogłoby się przydać naszym wrogom: mamy bowiem zaufanie nie tyle do przygotowań i podstępów wojennych, ile do własnej odwagi w działaniu. Inni przez twarde i pełne trudów wychowanie i ćwiczenie już we wczesnej młodości dochodzą do męskiej odwagi, my zaś żyjąc w sposób bardziej swobodny z nie mniejszą odwagą stawiamy czoło równym niebezpieczeństwom. (…)

Państwo nasze jest godne podziwu i pod tymi względami, i pod wielu innymi. Kochamy bowiem piękno, ale z prostotą, kochamy wiedzę, ale bez zniewieściałości, bogactwem się nie chwalimy, lecz używamy go w potrzebie; przyznanie się do ubóstwa nie przynosi nikomu ujmy, jednakże jest ujmą, jeśli ktoś nie stara się z niego wydobyć. U nas ci sami ludzie, którzy zajmują się sprawami państwa, zajmują się także swymi osobistymi, a ci, którzy ograniczają się tylko do swego rzemiosła, znają się także na polityce. Jesteśmy jedynym narodem, który jednostkę nieinteresującą się życiem państwa uważa nie za bierną, lecz za nieużyteczną. Zawsze sami oceniamy wypadki i staramy się wyrobić sobie trafny sąd; nie stoimy na stanowisku, że słowa szkodzą czynom, lecz że najpierw trzeba się dać pouczyć słowom, zanim się do czynów przystąpi. I w tym bowiem mamy przewagę nad innymi, że łączymy najwyższą śmiałość z najstaranniejszym obmyśleniem planów (…). Również w sposobie odnoszenia się do ludzi różnimy się od innych; zdobywamy sobie przyjaciół przez świadczenie dobrodziejstw, a nie przez ich przyjmowanie. (…) My też jesteśmy jedynym narodem, który bez obawy wspomaga innych, nie tyle licząc na korzyść, ile kierując się pełną zaufania wielkodusznością.

Krótko mówiąc twierdzę, że państwo nasze jako całość jest szkołą wychowania Hellady, i wydaje mi się, że u nas każda jednostka może z największą swobodą przystosować się do najrozmaitszych form życia i stać się przez to samodzielnym człowiekiem. A że nie są to okolicznościowe przechwałki, ale rzeczywista prawda, na to wskazuje potęga naszego państwa, którą zdobyliśmy dzięki tym cechom charakteru. Państwo nasze jest jedyne spośród współczesnych, które okazuje się w ogniu próby silniejsze niż opinia, jaką posiada; jedyne, które u napastników nie wywołuje oburzenia na ciosy, jakie im wymierza, ani u poddanych skargi, że rządzą nimi niegodni. Potęga naszego państwa, poświadczona przez tyle wspaniałych dowodów, podziw budzić będzie u współczesnych i u potomnych”. 

          [Tukidydes, Wojna peloponeska – mowa Peryklesa w 431 p.n.e.]

  

Tagi: Tukidydes
13:12, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
niedziela, 03 września 2006
133. Opoka

  

I cóż mi pozostało? W czym znajdę oparcie?

W mieście, którego nie znam?

W ludziach, których nie lubię i których się boję?

W ludziach, którzy mnie męczą?

W lenistwie, które mnie nie zawodzi?

W pamięci, która zawodzi mnie zbyt często?

W talencie, którego nie mam?

W urodzie, która tylko samej sobie się podoba?

Czy we wspomnieniu o Tobie, której nie zdążyłem zapamiętać?

Czy może w cieniu Twojej dłoni, której nigdy nie pochwyciłem?

Tak, cień daje mi pewność.

  

23:56, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
piątek, 01 września 2006
132. Mowa nienawiści

    

Największym skarbem tego narodu jest jego język. Być może – skarbem jedynym. Ale i w to można czasem stracić nadzieję. 

     

               Teraz przyznaję się do zwątpienia.

               Są chwile kiedy wydaje się, że zmarnowałem życie.

               Bo ty jesteś mową upodlonych,

               mową nierozumnych i nienawidzących

               siebie bardziej może od innych narodów,

               mową konfidentów,

               mową pomieszanych,

               chorych na własną niewinność.

  

Uratujmy nasz język – przed nami samymi.

     

               Więc będę dalej stawiać przed tobą miseczki z kolorami

               jasnymi i czystymi jeżeli to możliwe,

               bo w nieszczęściu potrzebny jakiś ład czy piękno.

                                   [Czesław Miłosz, Moja wierna mowo]

   

Archiwum
Tagi