~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
niedziela, 30 września 2007
300. Początek II

  

Dwadzieścia siedem – od dziś już pełnych – lat. Zaczynam życie od nowa. Znowu, tylko bardziej. Może tym razem się uda. A może nie...

„Wiele trzeba zmienić, żeby wszystko zostało po staremu” (Lampart).

  

sobota, 29 września 2007
299. Ona

  

Ta, o której półtora roku temu było tu tak często, tak gęsto, tak rozpaczliwie, znów pojawia się w moim życiu – tym razem bez bariery oficjalności, bo jako „koleżanka z pracy”. W jakiś sposób wiedziałem, że tak się stanie, że ona tak postąpi – swego czasu nawet rozmawialiśmy o tym jako o jednej z możliwości. Nasze drogi w dziwny sposób wciąż się krzyżują, jakby szła moim śladem, jakby nawet jej myśli zwracały się ku mnie.

Dlaczego mi to robi, teraz, gdy przestałem o Niej śnić, gdy śnią mi się inni? Właśnie – już nie inne, tylko inni. Tylko On…

  

piątek, 28 września 2007
298. Tabu

  

Nataniel pisze o języku, zabronionym przez ciało. A ja mam ciało zabronione przez język, ciało w okowach myśli. Zdawało mi się dotąd, że nie mam ciała. Dziwię się więc. Wszystko jest dla mnie tajemnicą, właśnie teraz, gdy wszystko zaczyna się budzić. Za późno jednak, dlaczego tak późno?…

  

               „powab miłosny, tęsknota pożądań i zwierzeń poufność,

               złudne podniety, co zwodzą umysły najrozumniejszych”

                                                  [Homer, Iliada. Przeł. K. Jeżewska]

  

Te noce są okropne. Tak gorące i lepkie, tak puste. Wystarczyłyby mi tylko Twoje oczy, żeby je zapełnić. Widocznie wciąż obywam się bez ciała…

  

czwartek, 27 września 2007
297. Podróż

    

Ruszasz, choć przecież siedzisz w miejscu, przyklejony do szyby w przeładowanym wagonie. Torba uwiera cię w prawe ramię, ale nie masz dość miejsca, by do niej sięgnąć. Samotne drzewa w polu (istota polskości dla ciebie), myszołów nad zeschłymi badylami kukurydzianych łodyg, zmęczeni życiem ludzie pracujący pośród jabłkowych sadów, pierwsze żurawie, rozwalające się poniemieckie stodoły – wszystko przechodzi przed twoimi oczami zanim zdąży w pełni zaistnieć. Zostaje tylko tło. Tu – harmider przyziemnych rozmów, melodie telefonów komórkowych. Nie słyszysz ich jednak. Tam – spokój, okrutna obojętność natury, niczym objawienie wieczności. Trwanie (wciąż najważniejsze dla ciebie słowo). Mgła spowijająca las na horyzoncie. Aż w końcu już tylko biel, biel pustego nieba…

Potem ciemność – półmrok peronu, na którym nikt nigdy na ciebie nie czeka, i setki twarzy, których nawet nie dotkniesz spojrzeniem. Przemykasz się niepostrzeżenie wzdłuż ścian śmierdzącego bezdomnością dworca – zdecydowanie, najpiękniejszy w Polsce. Wkraczasz do Miasta, recytując w myślach Leningrad Mandelsztama...

Po wakacyjnej przerwie powracasz do instytucji, z którą poza obowiązkami już nic cię nie wiąże. Tak, jak zawsze Puszkin – „Znowu odwiedziłem / Ziemi zakątek, kędym…” Mówisz każdemu „Dzień dobry” ze spokojem, bo wiesz, że te słowa nic nie znaczą – zdążyłeś już zapomnieć, że to ciebie się wita pierwszego. Żółte ściany na zewnątrz, żółte w środku. W Rosji żółtym domem nazywają dom wariatów. To właśnie mu zawdzięczasz – myśl o psychiatrze. Jeśli się uda, pójdziesz do niego we wtorek, gdy tylko opuścisz te przeklęte mury. Na tydzień zaledwie, niestety…

Potem znowu peron – zdaje się, że zawsze ten sam. Czekasz. Chodzisz wzdłuż i wszerz, choć potworne zmęczenie nieomal paraliżuje ci nogi, a w głowie temat przewodni z Całkowitego zaćmienia szarpie bezlitośnie nerwy dziwnym niepokojem. Tuż obok mija cię pociąg, i jeszcze jeden, i wreszcie nadjeżdża trzeci – patrzysz w jego żółte (znów!) oczy i, szukając przerwy między kołami, masz (wiadomo!) nieuchronne skojarzenia literackie. Skojarzenia-pragnienia. Ale nie, nie tym razem, jeszcze nie teraz – dopiero w nocy, w trupio zimnej pościeli stalowy chłód kolejowej szyny przeniknie przez twoją skórę i zatrzyma na szyi. Dopiero wtedy wrócisz, dopiero wtedy zgaśnie świeca Anny Kareniny…

  

środa, 26 września 2007
296. Do siebie

  

Nie chce mi się dzisiaj z tobą gadać. Naprawdę, nie mam już siły…

  

23:55, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 25 września 2007
295. Fellow

  

Profile. Twarze, ciała, opisy, słowa, oferty. Upozowane na łóżku, niedbałe przed lustrem w łazience, bezwstydne, wulgarnie jednoznaczne, ukrywające się. Zmanierowane, pretensjonalne, liryczne, prozaiczne. Interesujące, odpychające, owłosione, wydepilowane. Jedne nagie, ale w białych skarpetkach, inne fashionable (bluzy w paski z kapturem – to jakiś znak rozpoznawczy?), do tego przegląd bieliźnianej kolorystyki (Calvin Klein, rzecz jasna). Starcze, chłopięce, a tak rzadko niewinne… Setki, dziesiątki tysięcy. Poszukujące, poszukiwane, wciąż w oczekiwaniu. Przygnębiające. I ponoć nie wszystkim tam chodzi o to samo…

Odkrywam swoją przynależność (?) do nieznanych wcześniej światów. Tylko czego w nich szukam?...

  

Tagi: homo
23:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 24 września 2007
294. Stosowność

  

Ponownie uporczywe przestawianie książek na półkach, zakończone pełną przerażenia myślą, że niestety – nie ma już miejsca na kolejne i trzeba chyba będzie układać je w stosach na podłodze. Zawsze wydawało mi się to niestosowne i sądziłem, że w takiej pozycji książki odczuwają nieomal fizyczne cierpienie, stąd moje opory przed takim krokiem i poczucie bezsilności – bo jak się uśmierza ból książek? Masażem ich grzbietów, częstym kartkowaniem, dozowaną lekturą?

  

O północy mój blog zajmował na portalu Blox.pl pozycję nr 666. W kontekście tytułu Apocalypsis cum figuris i wczorajszego schyłkowego nastroju było to nawet stosowne. Niestety – już zdążyłem awansować.

  

niedziela, 23 września 2007
293. ...lub bez Ciebie

  

Wyrzekłem się dziś jesiennego słońca podobnie jak myśli o Tobie. Jedno bez drugiego było niemożliwością...

Ale od jutra już przestaję Cię zanudzać.

  

sobota, 22 września 2007
292. Z Tobą...

  

Każda minuta dziś jak wspomnienie – tego, czego nie było, a być miało. Pamięć o nieurzeczywistnionym.

Rada od A.: daj ptakowi fruwać – przecież powróci do właściciela. Jednakże czekam na Ciebie bez nadziei. Wypowiadam szeptem, bardzo powoli to, czego nie chcesz słyszeć. „Cała okazałość / Skrzydeł – to tylko trzepot / Powiek – przed Tobą” [Maryna Cwietajewa. Przeł. J. Salamon]. 

  

Mówisz: nabierz dystansu... Mówisz: są dla Ciebie inni... A ja mówię: inni nie będą jak Ty...

Ale nie bój się – do cierpienia jestem już przyzwyczajony. To miłość może być czymś nowym. Mam prawo i do tej lekcji. With or without you...

  

piątek, 21 września 2007
291. Zawód

   

               „Rzekł chłopiec: »Jakże to bolesne!«

               Bardzo mi żal chłopca.

               Tak niedawno jeszcze snuł marzenia wczesne

               I gorycz była mu obca”. 

                         [Anna Achmatowa. Przeł. W. Denhoff-Czarnocki]

  

Ten dzień, co miał być jutro – dzień tak wytęskniony i po wielekroć wyobrażony, tak długo przygotowywany i oczekiwany, dzień, do którego prowadziły wszystkie poprzednie, dzień tak idealny, bo cóż mogło nam przeszkodzić, skoro wszystko sprzyjało – ten dzień, co miał być, ten dzień zatem – tego dnia nie będzie. I nie mam nawet kogo przeklinać w swojej bezsilności. Bo przecież nie Ciebie. Nie za to, że nie żałujesz tak, jak ja...

   

               „A serce zbolałe już słyszy

               Z oddali wieść potajemną.

               Ja wiem: on żyje, on dyszy,

               On smutku nie dzieli ze mną”. 

                         [Anna Achmatowa. Przeł. Z. Dmitroca]

  

I znowu czekanie, ciągłe czekanie, znowu miejsca, które przypominają – tylko czas i przestrzeń, wciąż tylko czas i przestrzeń, które nas ograniczają i bolą, wciąż i wciąż czas i przestrzeń, co dają niegasnącą nadzieję…

   

               „Kochamy przeto surowe,

               Mnogowodne ciemne miasto,

               Kochamy nasze rozłąki

               I krótkich spotkań godziny”.

                         [Anna Achmatowa. Przeł. L. Lewin]

  

Miałem Cię jutro zabrać nad rzekę...

  

środa, 19 września 2007
290. Lustro

    

...A przecież ta twarz, której łagodność zdaje się współgrać z niejaką surowością rysów, twarz stęskniona za drugą twarzą – mogłaby się podobać; a przecież to ciało, w którym tak niewiele ciała, niepozbawione jednak pewnych krągłości, ciało stęsknione za drugim ciałem – mogłoby chyba stanowić pewną pokusę. A na razie żywi się tylko swoimi wyobrażeniami. Na siebie patrzę, a jeszcze kogoś widzę...

  

          „dziś wieczorem rzucił się na łóżko pełen miłosnego pragnienia:

          cała jego młodość płonie namiętnością cielesną,

          pięknej żarliwości oddana cała jego piękna młodość.

          I w śnie rozkosz go nawiedziła, w śnie

          widzi tę twarz, obejmuje to ciało, którego zapragnął…”

                    [Konstandinos Kawafis, W nudnym miasteczku. Przeł. Z. Kubiak]

    

wtorek, 18 września 2007
289. Głupstwa

  

Dziś – zamówione Promieniowania Ernsta Jüngera i Dziennik Sándora Máraia. Wkrótce – wychodzący (nareszcie!), w tej samej zresztą serii, pierwszy z trzech tomów Dzienników Jarosława Iwaszkiewicza. Wczoraj zaś – Dzienniki Sylvii Plath, ale chyba nie o sobie myślałem, kupując tę książkę. Zdecydowanie nie o sobie. Głupstwo, ale nie mogłem się powstrzymać.

  

Dziś jeszcze coś – to, co było tylko wirtualne, ulotne, nabierać zaczyna coraz bardziej konkretnych kształtów, wdziera się w moją codzienność: bo najpierw netowa rozmowa z tym, co od pewnego już czasu, w jej trakcie zaczyna się druga, z tą, co dopiero co, na dodatek jeszcze dwa listy, od trzeciego, który tak nieoczekiwanie, i jeszcze jeden od czwartej, co już zupełnie z zaskoczenia. Niby nic wielkiego, niby głupstwa, a jakie to przyjemne. I kto by pomyślał?

  

poniedziałek, 17 września 2007
288. Prozą?

  

...Co pozostanie z tego? Co zostanie? / Czy tylko wróbli / ćwierkanie nad ranem? / Wciąż to pytanie: / co się dzisiaj stanie? / I jeszcze pracy nawał – to konanie / czy przebudzenie? / I papierów szelest – / sądzisz, że wiesz coś, i wiesz, że tak nie jest. / Jeszcze czekanie na to, / co nie przyjdzie, / ciągłe czekanie – jak zamknięcie w windzie. / Jeszcze spojrzenie na milczące księgi. / I po pokoju ciągły spacer kręgi, / które zataczasz od ściany do ściany; / wypatrywanie kogoś zza firany. / Jeszcze marzenia nocne, / namacalne, ale wieszcze. / I myśl półsenna o Tobie, / i jeszcze…

  

niedziela, 16 września 2007
287. Mało...

    

…A przecież wystaczyłoby tak niewiele, mniej niż komukolwiek innemu: palce stykające się przy równoczesnym sięgnięciu po cukiernicę, świadomość, że pracujesz za moimi plecami, gdy ja czytam i śnię, powracanie do naszych miejsc, złączone oddechy przy porannym powitaniu, uśmiech w półobrocie przy codziennym rozstawaniu, nocne spacery, dłoń na nagich plecach, dłoń poniżej linii brzucha, wspólne fotografie, wspólna muzyka, ławki w parku, wspólne milczenie. Tak niewiele, a i tego nie. Bo wciąż mało i mało…

  

sobota, 15 września 2007
286. Honor

  

Wczoraj, dzień po emisji pierwszych odcinków serialu Agnieszki Holland „Ekipa”, pokazującym, że bieżąca polska polityka może opierać się na czymś więcej, niż walka w błocie, i że życie publiczne nie obejdzie się bez odrobiny idealizmu, Jan Rokita (PO) zrezygnował z udziału w wyborach po nominacji jego żony na doradcę prezydenta Kaczyńskiego (PiS). Decyzja ta jest tyleż zaskakująca, co godna szacunku. Jan Rokita zawsze był człowiekiem pełnym sprzeczności. Od wczoraj wiemy o nim więcej – jego zaletą niewątpliwą jest zdolność do zadziwiających poświęceń i poczucie honoru. Ma też jednak Rokita zasadniczą wadę nadzwyczaj nieodpowiedzialną (by nie powiedzieć głupią) żonę.

Wybitne jednostki albo niszczą się same, albo upadają przez kobietę. Wielką klasę zawsze ogląda się w towarzystwie braku klasy. Wczoraj znów można było się o tym przekonać: o ile do niedawna grało się dziadkiem, teraz gra się żoną.

  

piątek, 14 września 2007
285. Dzień II

   

                    „więc to był jeden dzień

                    z tych najcenniejszych dni

                    które nigdy nie wracają

   

                    Co mnie spotkało

   

                    Przeszedł minął

                    od rana do nocy 

                    podobny do zeszłego”

   

Nareszcie sam w domu.

Próby pracowania. Długie wracanie z zakupów – chwytanie słońca, szukanie czegoś (kogoś?) jeszcze. Robienie miejsca na pięć tomów Różewicza, które wreszcie nadeszły. Wieszanie prania. Nieśmiałe, ale konsekwentne rozwijanie netowych kontaktów, dość nieoczekiwanie (o radości!) się ostatnio mnożących. Odgrzewanie obiadu. Ustawiczne sprawdzanie, czy ktoś nie napisał, nie zadzwonił. Jednak nie. A wieczorem już tylko cisza. A wszystko to takie prozaiczne...

   

                    Dniu mój

                    jedyny

                    co ja zrobiłem

                    co ja zrobiłem

  

                    A może tak trzeba

                    wychodzić rano 

                    po południu wracać 

                    powtarzać kilka ruchów 

                    układać wiele rzeczy”

                                        [Tadeusz Różewicz]

  

23:52, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 13 września 2007
284. Chcieć

  

Najważniejsze, to wiedzieć, czego się chce.

Potem już jest łatwo.

Najtrudniej się tylko tego dowiedzieć...

  

środa, 12 września 2007
283. I jeszcze...

   

               „Wszystko, com pisał w te dni, nieodmiennie

               musiało kończyć się na wielokropku.

               Nie rozpinając ni guzika, sennie

               padałem w pościel. I jeżeli w mroku

               odnajdywałem gwiazdę na suficie,

               gwiazda umiała, w myśl reguł ciążenia,

               zbiec po policzku na poduszkę szybciej,

               nim pomyślałem początek życzenia”. 

                          [Josif Brodski, W krainie jezior. Przeł. S. Barańczak]

  

wtorek, 11 września 2007
282. Znowu...

  

Harmonia świata. Zasada równowagi. Coincidentia oppositorum.

Po euforii przychodzi rozpacz. I znowu bezsilność, strach, płacz.

Wyśnione nabrało realnych kształtów, ale jest wciąż (a nawet tym bardziej!) nieosiągalne. Jakbym jadł lody przez szybę.

Ach, nie myśleć, nie zastanawiać się, nie wspominać. Nie wyobrażać sobie tego, co i tak będzie tylko ułudą.

Tylko jak zapanować nad snami?...

  

poniedziałek, 10 września 2007
281. Wciąż Wrocław

  

Znowu Wrocław. Wciąż ten Wrocław.

Ostatnia z ciągnących się od dwóch miesięcy wizyt u dentysty (wciąż ten sam ząb!); przedpołudniowe przymierzanie kilku par spodni u państwa Hennes & Mauritz (wszystko wciąż za duże!); dziwnie znajome i obce jednocześnie odbicie w lustrze (to wciąż ja?); do kupionego w sobotę Wielkiego Fryderyka dołącza trzech kolejnych monarchów, i jeszcze Serhij Żadan, i jeszcze Bohema. Życie paryskiej cyganerii na początku XX wieku (wciąż nie mogę się oprzeć!); kroki dostosowują się do nuconych pod nosem quasi-barokowych tematów z Kontraktu rysownika (wciąż ten Nyman!); ukradkowe spojrzenia na pięknych młodzieńców wciąż bez koniecznej śmiałości (i wciąż nadzieja, że kiedyś podchwycą mój wzrok!); a w tle tego wszystkiego, w zakamarkach rozświetlonej nadzwyczaj dziś dobrym humorem świadomości – wspomnienie sobotniego spaceru, odnajdywanie wspólnych miejsc, ówczesnych słów. Wciąż i wciąż pana pamiętam, Mr Dalloway. Przechodząc przez Plac Solny omal nie kupiłem sobie kwiatów.

Ach, ten Wrocław!...

  

 
1 , 2
Archiwum
Tagi